Elzbieta Jasinska Brunnberg jest znana dziennikarka i pisarka. Mieszka w Lund w Szwecji.

Dziekuje Jej serdecznie za natychmiastowe przyslanie mi do Zwojow fragmentu o buncie robotnikow w Poznaniu z jej powiesci przygotowywanej do wydania po szwedzku w Szwecji i po polsku w Polsce. Fragment ten oparty jest na jej autentycznych wspomnieniach z tego dnia w Poznaniu.

Andrzej Kobos





POZNAN,   28 czerwca 1956

fragment powiesci "Kropla krwi"





ELZBIETA JASINSKA BRUNNBERG



Bija dzwony, wybiegam na balkon. Jest jeszcze za wczesnie i drewniane koziolki nie pokazuja sie. Te koziolki wyjezdzaja z malego okienka w wiezy ratusza, objezdzaja wieze dokola w takt muzyki. Stukaja sie rogami i znow sie chowaja. Ale na rynku juz jest i tak tlum ludzi, w miescie odbywaja sie miedzynarodowe targi. Pstrykaja aparaty fotograficzne.

Jestem zmeczona i boli mnie glowa. Zle spalam tej nocy, pierwszej nocy wizyty w Poznaniu, poscielili mi na waskiej kanapce w jadalni, budzilam sie czesto i nad ranem snilam o koniu, ktorego widzialam poprzedniego dnia.

Kon ciagnal pod gore stromej ulicy woz wyladowany weglem, woznica walil konia biczem i wykrzykiwal przeklenstwa, kon slizgal sie po wilgotnym bruku i przewrocil sie, woznica z czerwona twarza i oczyma wybaluszonymi ze zlosci bil lezace zwierze, kopnal je kilka razy w glowe. Nikt z przechodniow nie zwracal na to uwagi. Rozplakalam sie i pobieglam do konia, objelam rekami glowe zwierzecia. Woznica przestal kopac konia i zagapil sie oslupialy na dziecko.

– Dziecko kochane, co ty wyprawiasz… – mama podniosla mnie i postawila na chodniku.

Snilo mi sie tej nocy, ze kon podniosl glowe i probowal cos do mnie powiedziec, ale nie dal rady, patrzyl tylko na mnie okiem zwroconym w moja strone, oko zaczelo sie powiekszac, stawalo sie coraz wieksze, az zrobilo sie duze jak owalne lustro, zobaczylam w tym lustrze-oku moje odbicie.

Stoje na balkonie, za mna w pokoju glosy mowia nie, nie bedzie strajku, sa przeciez targi, w miescie pelno milicji i tajniakow, zagranicznych gosci, nie, na pewno nic nie bedzie. Wuj Stefan skrocil rano swoja ulubiona chwile strzyzenia wasow do minimum, spieszyl sie do pracy.

Gdzies w glebi mieszkania dzwoni telefon. Biegne do przedpokoju i podnosze sluchawke.

– Cegielski stoi! Bedzie goraco! Daj mi kogos doroslego! Szybko! – szepcze goraczkowo glos wuja Stefana w sluchawce. Oddaje sluchawke Lilce i patrze pytajaco na matke.

– Strajkuja! Idz do piekarni, ja polece do rzeznika, bo mam chody u niego – mowi Lilka z niepokojem w glosie, kladac sluchawke. – Kupcie tez pare kilo cukru, nie wiadomo jak to sie wszystko skonczy – dodaje, gaszac papierosa w popielniczce na stoliku. Zdecydowanym ruchem zdejmuje koszyk na zakupy wiszacy za drzwiami kuchni.

Mama rzuca szybkie, krytyczne spojrzenie na swoje odbicie w lustrze, poprawia wlosy wprawnym ruchem i wklada letni zakiet na sukienke, czy tak tez zrobila zanim pojechala TAM? mysle, nie chyba nie, nie musiala miec dlugich rekawow, bo nie miala tego numeru, ten numer to TAM jej zrobili, ten glupi i okrutny Hitler jej to zrobil. Biore mame za reke:

– Mamo, ja z toba.

– Dobrze. Ale zadnych konskich wyglupow, rozumiesz? Przeczesuje mi wlosy palcami.

Zblizamy sie do piekarni. Przechodnie idacy w przeciwnym kierunku dzwigaja po kilka bochenkow chleba. Nad domami slychac dzwiek nisko lecacego samolotu. Nagle gdzies blisko rozlegaja sie strzaly. Ludzie rozbiegaja sie na wszystkie strony, na ich twarzach widac przerazenie. Trzymam mocno reke mamy, ona idzie zdecydowanym krokiem, patrzy spokojnie, ale uwaznie przed siebie. Przed piekarnia przy glownej alei, po ktorej kursuja tramwaje jest juz tlok. Mama podnosi mnie do gory, zebym mogla zajrzec do srodka ponad glowami tloczacymi sie przy wejsciu, dojrzec czy cos jeszcze jest na polkach, czy wystarczy tez dla nas chleba. Wyglada na to, ze kto moze robi zapasy.

My – chcemy – chleba! My – chcemy – chleba! – Szara, zbita masa ludzka z napietymi twarzami i zdecydowanymi spojrzeniami zbliza sie srodkiem alei, w wiekszosci mezczyzni w robotniczych kombinezonach, kilka mlodych kobiet.

Robotnicy – patrze zafascynowana tym niecodziennym widokiem. Robotnicy…

My – chcemy – chleba! My chcemy – chleba!

Skandujaca demonstracja przybliza sie do skrzyzowania. Zza rogu pojawia sie nagle czolg, tlum przystaje, slysze swiszczacy odglos strzalow. Robotnicy cofaja sie w panice, kilku zostaje rannych na bruku. Z tramwaju, ktory utknal miedzy demonstrantami i czolgiem wyskakuje mloda konduktorka, rozwija polska flage i moczy ja w kaluzy krwi wyplywajacej spod cial lezacych na ulicy. W oknach tramwaju migocza przerazone twarze. Mama wciaga mnie do wneki w fasadzie kamienicy i chowa za soba, wokol biegaja ludzie, potykajac sie o pogubione bochenki chleba, buty i torby z zakupami. Mloda konduktorka idzie w strone czolgu, krzyczac cos, czego nie moge zrozumiec, wywijajac flaga, ciezka od krwi, za nia posuwaja sie robotnicy z kostkami bruku w rekach.

– Mordercy! Mordercy! Do braci strzelacie?! – wola starszy mezczyzna w bialej koszuli, nie wygladajacy na robotnika.

Znow slysze te swiszczace dzwieki i zatykam uszy. Pod konduktorka uginaja sie nogi i jakos tak dziwnie, powoli, jakby tanczyla, obracajac sie, opada na ziemie. Z jej szyi wylewa sie pulsujaca krew na ulice.

– Nie patrz dziecko, nie patrz na to — mama zaslania mi oczy dlonia. Robie szparke miedzy palcami matki i patrze. Gdzies juz przeciez widzialam ta scene. Tak, w tej francuskiej ksiazce z okladka z rozowej skory, ze srebrzystym napisem GOYA. W ksiazce kolorowe portrety krola i krolowej, z dziecmi i smiesznymi pieskami, ale gdzies w polowie ksiazki obrazki zmieniaja sie z wesolych na przerazajace, ciemne ryciny z ludzmi o odrabanych rekach, kobietami rozpaczajacymi nad niezyjacymi, na smierc zameczonymi dziecmi.

I przede wszystkim ten obraz z mezczyzna w bialej koszuli, do ktorego strzelaja zolnierze. Kilku innych mezczyzn lezy juz na ziemi, na ubraniach krew.

Patrze. Juz teraz wiem na pewno. Ten malarz Goya tego wcale nie wymyslil, on wcale nie zwariowal, to sie dzieje naprawde, tutaj, w srodku swiatecznie przyozdobionego miasta, niedaleko od kanapy, na ktorej spalam i snilam o koniu.

Mama ciagnie mnie za soba, skrecamy w boczna ulice i biegniemy ulica Lodowa w strone domu. Po kilku minutach jedziemy juz znajomo, bezpiecznie skrzypiaca winda. Lilka tez juz zdazyla szczesliwie wrocic do mieszkania, kuca przed radiem i kreci podniecona rozregulowanymi galkami.

– Juz byly tylko puste haki, mowi.

"…Obywatele, mieszkancy Poznania… do was z glebokim bolem, bo to nasze piekne miasto stalo sie terenem zbrodniczej prowokacji… krwawe zajscia w Poznaniu nie wstrzymaja… W najg…" – charczy niewyraznie radio.

– Lilko przestan juz, przeciez nic to nie pomoze, niech bedzie jak jest, daj posluchac.

– Cholerna komunistyczna robota, nic nie mozna zrozumiec – Lilka uderza lekko w radio piescia i siada z westchnieniem na krzesle.

"…kazdy prowokator, czy szaleniec, ktory odwazy sie podniesc reke przeciw wladzy ludowej niech bedzie pewien, ze mu te reke wladza ludowa odrabie w interesie klasy robotniczej…" – skrzeczy radio.

– Mamo slyszysz, mowia o obrazkach w tej rozowej ksiazce – mowie.

Matka rzuca szybkie spojrzenie na corke. Odwiesza zakiet na wieszak i wzdycha.

– Mamy tylko dwa bochenki, ale jest taki chaos, ze lepiej juz nie wychodzic – dodaje po chwili.

Bez przeprowadzania sie mieszkamy juz po roku przy innej ulicy, juz nie przy ulicy Jozefa Stalina. Wyjmuje z szafki przedwojenna niemiecka mape, przekreslam ul. Jozefa Stalina pod ktorym wciaz widac Adolf Hitler Strasse i wpisuje drukowanymi literami, lewa reka, bo nikt na mnie nie patrzy, nowa nazwe ulicy.


© Elzbieta Jasinska Brunnberg





Teksty o podobnej tematyce zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2006 Zwoje