Piecdziesiat lat temu, 3-19 sierpnia 1956 r., Kazimierz Kowalski, Oleg Czyzewski i Andrzej Radomski, krakowscy grotolazi z Klubu Grotolazow wzieli udzial w miedzynarodowej wyprawie speleologicznej do jaskini Gouffre Berger w masywie Vercors, kolo Montpelliér, we Francji, odkrytej w roku 1953 przez zespol Josepha Berger. Byla to wowczas najglebsza znana jaskinia swiata, a ta wyprawa byla trzecia z kolei wyprawa do niej. Podczas tej wyprawy po raz pierwszy ludzie przekroczyli w jaskini glebokosc 1000 m. Choc nie osiagnieto wtedy samego dna Gouffre Berger, siedmioosobowa grupa, z Kowalskim i Czyzewskim zeszla na glebokosc -1122 m. Znane obecnie dno jaskini znajduje sie na glebokosci -1278 m. Jaskinia Gouffre Berger nazywana jest czasem Everestem jaskin.

Oleg Czyzewski opublikowal po powrocie do Krakowa krotkie "migawki" z zejscia ponizej glebokosci -940 m. w nieoficjanym pisemku pt. Grotolaz, nieoficjalnego wowczas krakowskiego Klubu Grotolazow.

Doc. Dr Oleg Czyzewski (1931-1972) byl znanym polskim grotolazem i znakomitym fizykiem wysokich energii i czastek elementarnych. Zmarl nagle podczas pobytu naukowego w CERNie pod Genewa.

Serdecznie dziekuje Panu Profesorowi Dr Kazimierzowi Kowalskiemu z Krakowa, zalozycielowi i prezesowi nieoficjalnego Klubu Grotolazow w 1952 r., prezesowi Polskiej Akademii Umiejetnosci w latach 1994-2000, za udostepnienie mi kilku archiwalnych, rzadkich dzis zeszytow Grotolaza.

Andrzej Kobos





W GOUFFRE BERGER





OLEG CZYZEWSKI






Gouffre Berger: Salle de Treize, –500 m.
(fot. G. Stibranyi)


Budze sie nagle, potracony przez kogos lezacego obok. Otwieram oczy – nie widze dalej nic. Przeciez noce nie sa tak ciemne? Dlaczego slychac ten bezustanny grzmot? W tym momencie przypominam sobie – jestem w Obozie na –940 m. Jeszcze raz staje mi przed oczyma obraz Wielkiego Kanionu, monotonia przepraw na lodkach pomiedzy niezliczonymi wodospadami, bryzgi lecace z wielkich kaskad. Ale ten ryk rzeki – wczoraj nie byl tak glosny. "Ee – moze byl". Z ta mysla znowu zasypiam.

Ponownie budzi mnie swiatlo przenikajace przez sciany namiotu i podniesione glosy. W trojkacie wejscia pojawia sie brodata twarz Alda [Sillanoli]: "Wstawajcie zaraz". Zdziwiony stanowczoscia glosu wylaze ze spiwora szybko, choc z niechecia. Powoli zbieramy sie wszyscy: siedzacy w tej dziurze juz chyba ze dwa tygodnie: wychudzony i zarosniety [Georges] Garby, jak zwykle usmiechniety Aldo, spokojny i zamyslony Renaud, wysoki na dwa blisko metry "Petit Suisse" [Claude] Arnaud, Andrzej [Radomski] i ja. Liste chwilowych mieszkancow Obozu –940 zamyka lezacy w namiocie chory Wloch [W.] Maucci.




Gouffre Berger: Grand Bassin, –940 m.
(fot. G. Stibranyi)


Moje nocne wrazenia znajduja potwierdzenie: rzeka wezbrala i plynie w niej kilka razy wiecej wody, niz zwykle. Wieksze wodospady stanowia w tych warunkach przeszkody nie do przebycia. Wszystko to zostalo spowodowane nagla burza, ktora kilka godzin temu rozpetala sie na powierzchni. Nasza sytuacja przedstawia sie zreszta zupelnie dobrze – mamy zywnosc, suche ubrania, namioty, mozemy spokojnie przespac okres przyboru wody. Ale znajdujaca sie w tej chwili ponizej "Studni Huraganu", jakies 150 m pod nami, druga grupa szturmowa jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Drabina, stanowiaca ich droge odwrotu znajduje sie teraz w zasiegu wodospadu. Zmeczeni i przemoczeni po wielogodzinnej akcji w wodzie, bez zywnosci i suchych ubran, zdani sa na czekanie, ktorego kazda chwila to ubytek sil tak fizycznych, jak i psychicznych. Musimy dostarczyc tym ludziom zywnosc i sprzet; po to nas Aldo tak energicznie budzil. Wyciagamy wiec z namiotow spiwory, swetry i inne czesci garderoby, zwijamy jeden z namiotow, przygotowujemy zywnosc i kocher. Wszystko to pakujemy do nieprzemakalnych pokrowcow plastikowych, a nastepnie do workow. Wreszcie jestesmy gotowi. Kazdy sprawdza jeszcze szczegoly ekwipunku, zarzuca worek na plecy i ruszamy. Strome usypisko sprowadza nas nad brzeg rzeki. Sciany sali zbiegaja sie po chwili w waski korytarz, zmuszajac nas do brodzenia w rwacej wodzie. Dziury w plastikowych, teoretycznie nieprzemakalnych spodniach szybko daja znac o sobie: najpierw po lewej, a zaraz po tym po prawej nodze zaczynaja mi ciec zimne strumyczki, ktore zreszta szybko przestaja sie lac w momencie, gdy i buty i spodnie zostaja wypelnione woda. Przeciskajac sie przez nieprzyjemny "zacisk kapielowy" omijamy syfon, schodzimy poprzez maly, ale niemilo chlapiacy wodospadzik. Coraz wyrazniej dobiega nas odglos wodospadu. Rzeka staje sie coraz bardziej rwaca, lozysko jej coraz bardziej strome.

Dalsze posuwanie sie korytarzem staje sie ryzykowne. Droga prowadzi dalej eksponowanym trawersem po prawej scianie korytarza. Poczatek jest latwy, liczne zacieki stanowia doskonale chwyty i stopnie – dalszej drogi nie widac spoza zalomu. Pierwszy idzie Garby. Znika za wystepem. Po kilku minutach dobiega gdzies z dolu przytlumiony rykiem wody gwizd. Wszystko w porzadku. Nastepny rusza Aldo. Ma zostac na trawersie i przepinac worki w miejscu, gdzie lina przechodzi przez karabinek. Pozostali podaja sobie worki do poczatku trudniejszej czesci trawersu, skad posyla sie je na linie. W koncu ostatni worek jest na dole. Schodzi Arnaud. Wreszcie przychodzi kolej na Renaud’a. Andrzej i ja mamy zostac na asekuracji. Ku memu zdziwieniu, Renaud zwraca sie do mnie „Encordes toi”. Okazuje sie, ze chce zostac za mnie. Moje grzecznosciowe protesty uspokaja mowiac, ze byl juz tam, gdzie mamy isc. Trawers, rzeczywiscie niezwykle eksponowany, ulatwia drabinka uzyta w charakterze poreczowki. Dochodze do jej konca, dalej droga prowadzi po zwisajacej w ciemnosc drabinie. Gdzies w dole, po drugiej stronie rzeki, poprzez mgle wodospadu widze swiatla kolegow, czekajacych na mnie. Schodze. Drabina zwisa lukiem ponad nurtem. W miare, jak jestem coraz nizej, drobne poczatkowo bryzgi wody zamieniaja sie w pokazne chlusniecia, co w polaczeniu faktami, ze moja pozycja na drabinie staje sie coraz bardziej pozioma oraz, ze zapomnialem ubrac kaptur, nie wprawia mnie wcale w rozowy humor. W najnizszym punkcie drabiny wala sie juz na mnie cale wiadra wody. Trace rownowage i pieknym obrotem o 180o wjezdzam prosto pod wodospad. Plujac, parskajac i ociekajac woda wylaze wreszcie na brzeg, ktory okazuje sie oknem w lewej scianie korytarza. Niewielki korytarzyk, stromy prozek i jestesmy znowu nad rzeka, tym razem nad samym Wodospadem Huraganu. Widok imponujacy: rozpedzona masa wody wali sie w dol z potwornym hukiem, spotegowanym przez echo z czterdziestotrzymetrowego pionowego progu. Waska polka nad woda doprowadza nas do korytarzyka, konczacego sie oknem, wychodzacym nad sale. Tam w dole migoca swiatla tych, ktorzy na nas czekaja.


Grotolaz, 3-4 (19-20), Krakow, grudzien 1956.








Copyright © 1997-2006 Zwoje