W Zwojach 34/2003 zamieściłem wspomnienia serdecznie zaprzyjaźnionej za mną Pani Marii Wolskiej z Montrealu o Warszawie roku 1945. Interesujące, dość dramatyczne, ale w końcu był to jeden z wielu tekstów w Zwojach.

Tymczasem, w trzy lata później w Krakowie doszedł mnie list od Pana Marka Jacobsona, nieznanego mi wtedy czytelnika Zwojów ze Szwajcarii. I tu zaskoczenie: odnalazł on swoich Bliskich w tej historii – historii, którą znał od strony właśnie tych swoich Bliskich. Podałem mu adres Pani Marii Wolskiej i… potoczyła się bardzo interesująca korespondencja, którą przy czynnym udziale i zgodzie wszystkich zainteresowanych zamieszczam poniżej niemal w całości.

Tak to "góra z górą nigdy, ale człowiek z człowiek czasem" zeszło się dwoje ludzi w Zwojach. Ludzi, którzy, choć będąc w różnym wieku, byli wciągnięci w te same wydarzenia.

Na początku zamieszczam raz jeszcze fragment owego wspomnienia Pani Marii Wolskiej, istotny dla przedstawionej tu historii, a następnie obszerne fragmenty wspomnianej korespondencji.

Andrzej Kobos







WARSZAWA WCZESNYM ROKIEM 1945





Maria Jagowd Wolska


Zwoje 1 (34), 2003
[…]

13 kwietnia 1945 r., aby uzyskać uprawomocnienie zaświadczenia o zdaniu przeze mnie podczas okupacji matury na tajnych kompletach, udałam się razem z moim ojcem, do przedwojennego, ocalałego z Powstania Warszawskiego mieszkania, a zarazem kancelarii rejenta czy adwokata, mecenasa Kulczyckiego, przy ul. Mokotowskiej, róg Koszykowej. Tam wpadliśmy w "kocioł" sowieckiej NKWD. (Był to już okres po aresztowaniu Delegatury Rządu Londyńskiego na Kraj.)

NKWD-dziści zatrzymywali wewnątrz wszystkich, którzy przychodzili do tego mieszkania, zatrzymali nawet mleczarkę i listonosza. W pewnym momencie, po kilkunastu godzinach, przyszła jakaś kobieta, której dwie siostry zostały na ulicy, czekając na nią. Gdy po godzinie siostra nie wyszła na ulicę, druga z sióstr też udała się do kancelarii mec. Kulczyckiego. Kiedy i ta po godzinie nie wróciła, trzecia z sióstr poszła na milicję, oświadczając tam, że na mieszkanie mec. Kulczyckiego jest właśnie napad bandycki.

Po przyjeździe milicji przy drzwiach mieszkania wywiązała się strzelanina. NKWD-zista w cywilu, który otworzył drzwi, został zabity albo ciężko ranny. Ludzie znajdujący się w mieszkaniu przerażeni położyli się na podłodze. Jednemu młodemu człowiekowi w zamieszaniu udało się wyskoczyć przez okno na podwórze – było to mieszkanie na pierwszym piętrze, a pod oknem leżała góra gruzów z okresu Powstania – i słuch o nim zaginął.

W kilka minut po strzelaninie zajechał uzbrojony, umundurowany oddział NKWD, który po sprawdzeniu dokumentów zatrzymanych osób, wyprowadził nas wszystkich na podwórze domu z rękami podniesionymi do góry i ustawił pod murem, twarzami do ściany. Na ul. Koszykowej, ładując nas do "bud", zgromadzonym i ciekawym ludziom NKWD-ziści mówili: "to są znalezieni Volksdeutsche i Gestapowcy, którzy się ukrywali". Ludzie coś wrogo wykrzykiwali, pluli na nas i rzucali w nas kamieniami.

Przewieziono nas na Annopol – północno-wschodnią dzielnicę Pragi - do domków robotniczych, zarekwirowanych przez NKWD. Wyrzucono z nich mieszkańców a w piwnicach tych domków więziono wielu ludzi, o czym nikt nie wiedział.

Po oddzieleniu kobiet od mężczyzn, wszystkich nas umieszczono w małych, niskich piwnicach. Ojciec mój był mężczyzną wysokiego wzrostu; jak wielu innych mężczyzn, nie mógł stanąć prosto w tak niskiej piwnicy. Gołymi rękami wydrapali więc dziurę w klepisku piwnicy, by choć na chwilę móc się wyprostować.

Piwnice były przeludnione więźniami. Nie było wystarczająco miejsca na to, by wszyscy równocześnie mogli usiąść lub położyć się na ziemi. Oczywiście, w piwnicach nie było ani wody, ani ubikacji. Dwa razy dziennie wyprowadzano nas na podwórko do prowizorycznej ubikacji. Jedzenie przynoszono nam też dwa razy dziennie, w dużej, metalowej misce bez łyżek, więc wszyscy musieliśmy jeść rękami z tej samej miski. Przesłuchania przeprowadzał po rosyjsku oficer NKWD. Ponieważ ja nie znałam rosyjskiego, był tłumacz, także oficer NKWD, mówiący czystą polszczyzną, bez żadnego akcentu.

Po dziesięciu czy jedenastu dniach zwolniono wiele osób, między nimi mnie i ojca, ale było to już po godzinie policyjnej. Ponieważ wojna jeszcze trwała, chodzenie po ulicach po godzinie policyjnej było zabronione pod groźbą śmierci. W nocy dotarliśmy z ojcem do znajomych mieszkających na Pradze, którzy nas przyjęli i zaopiekowali się nami. Odwszyli nas, umyli i nakarmili. Mecenas Kulczycki i jego żona zostali zwolnieni później, bodajże po kilku tygodniach, dokładnie nie pamiętam. Co się potem z nimi działo – nie wiem. On był w wieku mojego ojca, czyli wówczas miał około 63 lat.


Maria Wolska



* * *




SZEŚĆDZIESIĄT LAT PÓŹNIEJ





MAREK JACOBSON i MARIA WOLSKA



25 lutego 2006, Marek Jacobson do Andrzeja Kobosa:

Szanowny Panie,

Z wielkim wzruszeniem przypadkowo przeczytałem na Internecie wspomnienie Marii Jagowd-Wolskiej, zatytułowane "Warszawa wczesnym rokiem 1945", opublikowane w Zwojach 1 (34), 2003. Jestem blisko spokrewniony z mecenasem Michałem Kulczyckim, a dokładniej z jego żoną Elżbietą. Historię, którą Pani Wolska przeżyła, słyszałem wielokrotnie jako mały chłopiec w mieszkaniu na pierwszym piętrze przy ulicy Koszykowej 24 m. 1, róg Mokotowskiej w Warszawie, gdzie spędziłem dzieciństwo, u ciotki i wuja mojej mamy, Elżbiety i Michała Kulczyckich, u których się wychowałem. Traktowali mnie jak syna.

Opowiadano mi, że kocioł NKWD był zorganizowany, aby złapać przedstawiciela rządu z Londynu, który, na jego szczęście, był wtedy w mieszkaniu piętro wyżej. Ciotka Elżbieta (ciotka mojej Mamy) opowiadała, że w piwnicach na Pradze, gdzie ją więziono na stercie węgla, całkowicie straciła poczucie czasu i miejsca. W momencie, gdy po wielu dniach uwolniono ją wczesnym rankiem, nie wiedziała gdzie się znajduje i przestraszała ludzi swoim wyglądem, uczerniona węglem, nie umyta i zdezorientowana. Historia, którą przytacza pani Wolska jest dokładnie taka, jak mi ją niegdyś opowiadano.

Mieszkaliśmy w tym mieszkaniu do 1958 lub 1959 roku. Wuj, tak go nazywałem (a był wujem mojej mamy), był uczestnikiem strajku szkolnego w Warszawie w 1905 roku, i został wyrzucony z wilczym biletem ze szkoły za udział w tym strajku. Z tego powodu ukończył studia prawnicze w Dorpacie (dzisiejsze Tartu w Estonii), ponieważ kształcenie się w Polsce (w gubernii Warszawskiej) było mu zabronione. Przed wojną miał swoja kancelarię adwokacką w Warszawie, w opisywanym mieszkaniu. Po wojnie pracował jako radca prawny elektrowni warszawskiej i jako adwokat w zespole adwokackim na Placu Zbawiciela. Był prezesem naczelnej rady adwokackiej, znany ze swojej wielkiej prawości, ogólnie szanowany przez środowisko adwokackie a nawet przez swoich wrogów politycznych, którzy w tamtych latach byli u władzy. Jako ciekawostkę mogę dodać, że po wojnie do naszego mieszkania dokwaterowano "przypadkowo" do jednego pokoju szofera z UB, jako "anioła stróża".

Wuj zmarł w połowie lat 1960. Ciotka Elżbieta, która pracowała jako lektorka na SGPiS zmarła na emeryturze około roku 1977; obydwoje są pochowani na Powązkach obok ich jedynego syna Andrzeja, żołnierza Armii Krajowej.

Jeżeli jest to możliwe, chciałbym nawiązać kontakt z Panią Wolską. Jeżeli Pan może, proszę Jej przekazać tych kilka słów. Jej tekst bardzo mnie poruszył.

Z wyrazami szacunku,

Marek Jacobson,
Genewa, Szwajcaria


* * *



27 lutego 2006, Andrzej Kobos do Marka Jacobsona:

Szanowny Panie,

Bardzo Panu dziękuję za zaskakujący list. Wzruszyła mnie cała ta historia. Jakież zbiegi okoliczności! Takie "spotkania" potwierdzają mi, że to, co robię, tzn. Zwoje, ma sens.

W tej chwili jestem w Krakowie do połowy kwietnia, potem będę robił nowe Zwoje. Bardzo chętnie zamieściłbym w następnym numerze całą tę historię, opisaną przez Pana. Może zechciałby Pan to trochę rozbudować i przysłać mi tekst do Zwojów?

Co do kontaktu z Panią Marią Wolską 1) w Montrealu, to najlepiej byłoby, gdyby Pan sam do niej napisał. Poniżej podaję Panu wszystkie jej adresy i numer telefonu. Nie miałem z Nią kontaktu przez ponad rok, nie bardzo wiem co się u nich teraz dzieje. Był okres, kilkanaście lat temu, kiedy często bywałem u Państwa Wolskich, przyjmowali mnie bardzo serdecznie i byliśmy blisko zaprzyjaźnieni. Nie wiem, czy Pani Wolska czyta teraz e-maile.

[...]

Serdecznie Pana pozdrawiam i ściskam dłoń,

Andrzej Kobos


* * *



27 lutego 2006, Marek Jacobson do Andrzeja Kobosa:

Szanowny Panie,

Serdecznie dziękuję za szybką odpowiedź i adres Pani Wolskiej. Napiszę do niej kilka słów.

Pańska inicjatywa publikacji tego w Zwojach ma oczywiście sens, ponieważ jest to ostatni moment utrwalenia świadectwa generacji, która odchodzi, lub już odeszła. Wszyscy moi bliscy juz odeszli i wiele pytań pozostanie bez odpowiedzi. Wiele dokumentów zostanie bez komentarzy.

Jedyne pytanie, które można postawić jest: czy warto odgrzebywać przeszłość i czy ta przeszłość kogoś interesuje? Tsunami historii i ludzkiego szaleństwa zmiotło tę część Europy bezpowrotnie. Nowe życie wyrasta na resztkach dawnego.

Osobiście myślę, że warto i sam jestem najlepszym przykładem osoby, która przeżyła moment głębokiego wzruszenia odkrywając kogoś, kto przeżył sytuację, która jest mi znana. Czasami odnalezione dokumenty są bolesne, okrutne, może lepiej by było zostawić je w zapomnieniu na korzyść mitów czy legend rodzinnych albo narodowych. Kto wie, co jest słuszniejsze?

Oczywiście zgadzam się na opublikowanie tej historii w Zwojach. Trudno mi jest dodać coś więcej do tego, co Panu już wysłałem – napisałem wszystko lub prawie wszystko, co o tym wiem. Ci, co mogliby rozwinąć kilka elementów tej historii, już nie żyją; na przykład nic więcej nie wiem na temat osoby, na która NKWD zorganizowała ten kocioł. Nie pamiętam również nazwiska naszych sąsiadów z drugiego piętra, wydaje mi się, że byli starsi od mojego wuja. Źródło informacji o tych trudnych latach wysycha. Zostało zaledwie parę kropli do zebrania.

Osobiście dziękuję Panu za Pańską inicjatywę i życzę powodzenia w kontynuowaniu Zwojów.

Z wyrazami szacunku,

Marek Jacobson


* * *



18 marca 2006, Marek Jacobson do Marii Wolskiej:

Szanowna Pani,

Według naszej rozmowy telefonicznej, załączam Pani tekst opublikowany w miesięczniku Zwoje przez pana Andrzeja Kobosa. Kopia jest w formacie Word, którą Pani będzie mogła otworzyć podwójnym kliknięciem myszą. […]

A teraz wracam do naszej rozmowy, która mnie poruszyła raz jeszcze do głębi z tej prostej przyczyny, że dzięki Pani odżyły dawne i liczne wspomnienia. Wszyscy moi bliscy już odeszli i miejsca i nazwiska, o których mówimy nic nie mówią mojej żonie i moim dzieciom. Czas zrobił swoje i pamięć mojej generacji nie jest dostępna generacji następnej.

Urodziłem się w Warszawie w 1942 roku i wydarzeń, o których mówimy nie przeżyłem świadomie. Byłem jeszcze bardzo mały, z wojny zostało mi kilka obrazów zarejestrowanych w pamięci. Wczesne lata powojenne zaznaczyły się dużo głębiej, niż można by się spodziewać. Wychowałem się w cieniu tej wojny i śmierć Andrzeja Kulczyckiego i Jurka Wakulińskiego, dwóch chłopców osiemnastoletnich z mojej najbliższej rodziny, naznaczyła całe moje dzieciństwo. Wychowywałem się w Warszawie u wuja Michała Kulczyckiego w mieszkaniu na Koszykowej 24, róg Mokotowskiej na pierwszym piętrze. Precyzuję, że wuj i ciotka byli wujostwem mojej mamy, ale ja ich tak nazywałem. Traktowali mnie jak syna, ale to jest już inna historia.

Zajmowałem dawny pokój Andrzeja. W pokoju tym stało jego pianino, jego biurko, przy którym się uczyłem, jego szafa a na szafie jego wypchana kaczka. Dźwięku jego pianina moi wujostwo nie mogli słuchać, wiec nigdy nie nauczyłem się grać na fortepianie. W pokoju wujostwa wisiał portret Andrzeja i stała gablota z pamiątkami harcerskimi, odznakami etc. Andrzej był absolwentem Liceum im. Króla Stefana Batorego. Często z ciotką Elżbietą oglądaliśmy albumy fotografii sprzed wojny, które są teraz u mnie w Genewie. Często też odwiedzaliśmy groby na Powązkach, gdzie Andrzej i Jurek są pochowani.

Wielkie spotkanie odbywało się co roku przy grobach na Zaduszki. W mieszkaniu na Koszykowej odbywały się spotkania Matek. Były to Matki chłopców poległych w czasie okupacji i powstania. Między innymi przychodziła pani Zofia Rodowiczowa, matka "Anody" 2). Pani Rodowiczowa bardzo mnie lubiła i czasami chodziliśmy z Ciotką Lilką (to było domowe imię Elżbiety Kulczyckiej), z wizytą do Pani Rodowiczowej na ulicę Lwowską. Nasz kontakt przedłużył się na wiele lat, ponieważ jako student Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej chodziłem do niej na pogawędki do jej gabinetu. Przez wiele lat Pani Rodowiczowa pracowała w bibliotece wydziału i gdy tylko widziała mnie nad książkami, zapraszała mnie zawsze na pogawędkę.

Kierowniczką biblioteki na Wydziale Architektury była jej przyjaciółka, która z nią mieszkała, jeżeli się nie mylę, pani Gołkowska. Obydwie straciły bliskich w czasie wojny i okupacji. Miałem trudności z przypomnieniem sobie nazwiska pani Gołkowskiej, ale w końcu przypomniałem sobie. Pamięć moja powraca mimo wszystko z "biblioteki", która zmagazynowana jest gdzieś w głębi.

To były już lata 1960. i następne.

Te wspomnienia przyciągają i następne. Moją profesorką angielskiego w Liceum Słowackiego przy ul. Wawelskiej, gdzie zrobiłem maturę w 1960 roku, była pani Tabęcka. Profesor Tabęcka ofiarowała mi w 1956 albo 1957 r. książkę "Kamienie na szaniec"; myślę, że Pani powinna znać postać jej syna, Jacka Tabęckiego 3). Strofa Testamentu Mojego Juliusza Słowackiego: "…Jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec…", która dała tytuł książce Aleksandra Kamińskiego, odzwierciedla rzeczywistość dwóch tragicznych pokoleń: Matek i Dzieci. Jedyna rzecz, która została tym wspaniałym kobietom po ich dzieciach, to były wspomnienia i groby. Tymi wspomnieniami żyły do ich ostatnich dni. Ciężkie dziedzictwo na dziesiątki lat.

Dziękuję Pani serdecznie za rozmowę telefoniczną. Ten nasz kontakt nie byłby możliwy bez Internetu. Myszkując motorem poszukiwań Google znalazłem nieoczekiwanie Pani wspomnienia i po nitce do kłębka, dzięki Panu Andrzejowi Kobosowi mogliśmy nawiązać kontakt.

Teraz Pani wie trochę więcej o losie Mecenasa Kulczyckiego i jego rodziny.

Życzę Pani wszystkiego najlepszego.

Z wyrazami szacunku,

Marek Jacobson.

Genewa, 18 marca 2006. Sześćdziesiąt lat później.


* * *



19 marca 2006 , Marek Jacobson do Andrzeja Kobosa:

Szanowny Panie,

Po rozmowie z Panią Marią Wolską, zastanowiłem się nad Pańska propozycją opublikowania tej historii w Zwojach i nad formą, którą można by jej nadać. Najprostszym rozwiązaniem byłaby publikacja wymiany naszych e-maili, która odzwierciedla przebieg wydarzenia. Zebrałem je razem w formie tekstu Word i załączam do tego e-mailu.

Heroizm konspiracji i Powstania żywił moją wyobraźnię chłopca i młodego człowieka. To, co dla mnie jest oczywiste nie jest wcale oczywiste dla dzisiejszej młodzieży. Ma ona dzisiaj inne problemy, tak jak cały świat. Czas jest bezlitosny.

Serdecznie pozdrawiam, z wyrazami szacunku,

Marek Jacobson


* * *



24 marca 2006, Marek Jacobson do Andrzeja Kobosa:

Szanowny Panie Andrzeju,

Dziękuję za e-mail.

Rozmowa z Panią Maria Wolska sprawiła mi wielką przyjemność. Odnalazłem nastrój rozmów rodzinnych i "powiew" głębokiej kultury Pani Wolskiej - to co było charakterystyczne dla polskiej inteligencji.

Z poważaniem.

Marek Jacobson


* * *



27 marca 2006, Marek Jacobson do Marii Wolskiej i Andrzeja Kobosa:

Szanowna Pani Mario, Szanowny Panie Andrzeju,

Jako ciekawostkę, bez związku z wydarzeniami 1945 r., załączam zdjęcie Elżbiety Kulczyckiej i mojej mamy, Natalii Wakulińskiej, uczennicy gimnazjum Plater-Zyberkówny w Warszawie. Nie znam dokładnej daty tego zdjęcia, może 1937.




Natalia Wakulińska, matka Marka Jacobsona (z lewej) i Elżbieta Kulczycka,
Warszawa 1937 (?).
(ze zbioru Marka Jacobsona)


Co jest interesujące, to styl ubioru i widok ulicy warszawskiej z kioskiem papierosowym i mieszkańcami miasta w tle. Oglądam to zdjęcie ze wzruszeniem, jako obraz świata, który minął.

Załączam pozdrowienia, z wyrazami szacunku,

Marek Jacobson


* * *



27 marca 2006, Marek Jacobson do Marii Wolskiej i Andrzeja Kobosa:

Szanowna Pani Mario, Szanowny Panie Andrzeju,

Załączam kilka zdjęć z albumu 1939 roku: W sierpniu 1939 roku w Warszawie, na balkonie mieszkania na pierwszym piętrze, od strony ulicy Mokotowskiej, mieszkania (w którym w 1945 r. odbyły się wydarzenia opisywane przez Panią Marię Wolską), stoją Andrzej Kulczycki i Jerzy Wakuliński.




Andrzej Kulczycki, uczeń Liceum im. Króla Stefana Batorego,
i Jerzy Wakuliński, uczeń Szkoły im. Wawelberga (z prawej),
na balkonie domu przy ul. Koszykowej 24 (od strony ul. Mokotowskiej) w Warszawie,
Warszawa, sierpień 1939.
(ze zbioru Marka Jacobsona)


Na drugim zdjęciu ich Matki; Nina Wakulińska moja babcia i Elżbieta Kulczycka, jej siostra.




Nina Wakulińska (babka Marka Jacobsona; z lewej) i Elżbieta Kulczycka, jej siostra (z prawej) – Matki Jerzego i Andrzeja
na balkonie domu przy ul. Koszykowej 24 (od strony ul. Mokotowskiej) w Warszawie,
Warszawa, sierpień 1939 (?).
(ze zbioru Marka Jacobsona)


Na innym zdjęciu stoją Andrzej Kulczycki i jego ojciec – mecenas Michał Kulczycki.




Michał Kulczycki (z lewej) i Andrzej Kulczycki, jego syn.
Raba Wyżna, zima 1938/39 (?).
(ze zbioru Marka Jacobsona)


Załączam również dwa zdjęcia z obozu harcerskiego nad Bugiem i jedno z gór.




Modlitwa młodzieży na obozie harcersko-wypoczynkowy młodzieży nad Bugiem,
późne lata 1930.
(ze zbioru Marka Jacobsona)




Na narty w górach!.
Po lewej, na skraju grupy, Natalia Wakulińska, uczennica liceum Platerówny-Zyberek, matka Marka Jacobsona)
Raba Wyżna, zima 1938/39 (?).
(ze zbioru Marka Jacobsona)

Ta wspaniała młodzież jest jeszcze nieświadoma nadchodzących wydarzeń, wojny, która zrujnuje ich życie, podczas której wielu z nich zginie. Miedzy nimi Jurek i Andrzej.

Z serdecznymi pozdrowieniami i wyrazami szacunku,

Marek Jacobson


* * *



31 marca 2006, Maria Wolska do Marka Jacobsona:

Drogi Panie Marku !

Dziękujemy z mężem za bardzo za miły list i za zdjęcia rodzinne.

Ja i moja siostra, Krystyna chodziłyśmy do tej samej szkoły, co Pana matka, to jest do Gimnazjum Cecylii Plater-Zyberkówny przy ulicy Pięknej 24.

Moja siostra, starsza ode mnie o kilka lat, w 1936 roku przeniosła się do innej szkoły; maturę zdała w 1938 roku. Ja maturę zdawałam u Platerówny, w czasie wojny, w czerwcu 1944 roku, na kompletach.

Bardzo możliwe, że Pana mama chodziła do szkoły razem z moja siostrą.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Maria


* * *



1 kwietnia 2006, Marek Jacobson do Marii Wolskiej i Andrzeja Kobosa:

Szanowna Pani Mario, Szanowny Panie Andrzeju,

Raz jeszcze pozwalam sobie przesłać e-mail Pani Marii Wolskiej Panu Andrzejowi do uzupełnienia całości korespondencji. Przedziwne spotkanie w Zwojach – losy, które się przeplatają, krzyżują, rozchodzą i znów przeplatają.

W Genewie jest zupełnie normalne, że kolejne pokolenia chodzą do tych samych szkół i żyją w podobny sposób, od zawsze. Dwieście lat wstecz jest jasne i znane. Nie ma niespodzianek. Życie odpowiada terminowi "zwój", rozwija się naturalnie w sposób przewidziany i zaplanowany od początku do końca. Życie Polaków z pokolenia na pokolenie urywa swój bieg, wszystko się zatrzymuje, a inne życie rozpoczyna wszystko od początku – na pewien czas.

Strzępy raczej niż zwoje.

Z serdecznymi pozdrowieniami i wyrazami szacunku,

Marek Jacobson


* * *



5 sierpnia 2006, Marek Jacobson do Andrzeja Kobosa:

Drogi Panie Andrzeju,

Pyta Pan o szczegóły śmierci Jurka Wakulińskiego i Andrzeja Kulczyckiego oraz o szczegóły co do fotografii sprzed wojny, które Panu posłałem.

Postaram się zwięźle odpowiedzieć.

[...]

Jurek Wakuliński został zabity w walce ulicznej w Warszawie w 1943 roku na ulicy Okolskiej na Mokotowie podczas strzelaniny przed domem. Był uzbrojony; nie wiemy w jakiej organizacji działał, niczego pewnego nie dowiedzieliśmy się.

Andrzej Kulczycki, żołnierz AK, był w powstańczej żandarmerii AK i zginął we wrześniu 1944 podczas Powstania.

Okoliczności śmierci tych młodych 18-letnich chłopców są niejasne i wchodzą raczej w kadr losu ich generacji, niż indywidualnego bohaterstwa. Ich śmierć pogrążyła ich rodziców w żałobie, z której się nie podnieśli do końca życia. Towarzyszyłem przez lata mojej Babci i Ciotce w wizytach na grobach na Powązkach i jestem drugą generacją, która do końca życia naznaczona jest ich śmiercią.

Co do mnie, urodziłem się w 1942 roku w Warszawie w klinice na ulicy Lwowskiej 13, na przeciwko Wydziału Architektury. Podczas Powstania był w tej klinice szpital powstańczy. Po rozwodzie moich rodziców w 1952 roku, 10-letni wtedy chłopiec zostałem przyjęty w rodzinie mojej Ciotki, to znaczy w rodzinie Mecenasa Kulczyckiego w mieszkaniu przy Koszykowej 24, o którym pisze Pani Maria Wolska. Od dzieciństwa znam tę historię kotła NKWD na pamięć. Dlatego byłem zaskoczony czytając wspomnienia Pani Marii.

Zająłem miejsce Andrzeja Kulczyckiego przy rodzinnym stole, spałem i uczyłem się w jego pokoju, przy jego biurku, czytałem jego książki i w witrynie oglądałem jego przedwojenne odznaki harcerskie, ułożone na wielobarwnej krajce.

Moja Ciotka i Babcia były uchodźcami z Ukrainy w czasie wojny domowej 1920 roku, ze Zmerynki koło Winnicy, pod Kijowem. Moja Babcia mieszkała z nami u Wuja Kulczyckiego. Nastrój w domu był bardzo patriotyczny, jak to nastrój Polski okresu dwudziestolecia międzywojennego.

Wuj, Michał Kulczycki, uczeń Liceum Władysława IV w Warszawie, uczestnik strajku szkolnego 1905 roku, mając zabronione przez władze carskie kształcenie się w rosyjskim zaborze Polski, studiował prawo na uniwersytecie w Dorpacie, razem z Ojcem Pani Marii Wolskiej. Świat jest mały.

Przychodziła często do Ciotki Elżbiety Kulczyckiej jej przyjaciółka, Pani Zofia Rodowiczowa, matka "Anody". Od dzieciństwa znałem szczegóły jego śmierci, na tyle, na ile znała je jego matka. Były to spotkania Matek chłopców, którzy zginęli.

W liceum, moją profesorką angielskiego była Pani Tabęcka, z którą miałem bardzo przyjazne stosunki. Któregoś dnia podarowała mi Kamienie na szaniec.

Ja skończyłem w 1960 roku Liceum im. Juliusza Słowackiego w Warszawie i wstąpiłem na Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej który skończyłem w 1966 roku. Jak Pan widzi, moje liceum, matura i studia odbyły się między Październikiem i Marcem. Od 1978 roku mieszkam i pracuję w Genewie, w Szwajcarii. Jest to skrót bardzo syntetyczny, wiele, wiele wydarzeń zdarzyło się oczywiście między 1966 i 1978 ale to jest już inna historia.

Kończę, ściskam dłoń i przekazuję najserdeczniejsze pozdrowienia.

Marek Jacobson



Przypisy:
  1. Maria Wolska, emerytowana lekarka, mieszka z mężem Andrzejem Wolskim w Montrealu, PQ, w Kanadzie. Andrzej Wolski, ps. "Jur", był członkiem Szarych Szeregów i żołnierzem Batalionu "Zośka" Armii Krajowej. Uczestnik wielu akcji zbrojnych Kedywu KGAK. W Powstaniu Warszawskim w Batalionie "Zośka" Zgrupowania "Radosława". Walczył na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie. Mianowany podporucznikiem, odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku Czerniakowa w niewoli niemieckiej. Aresztowany 3 stycznia 1949 przez Urząd Bezpieczeństwa, był więziony do roku 1955. (AMK)   (powrót)

  2. Jan Rodowicz, ps. "Anoda", VM. Urodzony 7 marca 1923 r. Uczestnik konspiracji harcerskiej, żołnierz Armii Krajowej w Batalionie "Zośka". Brał udział w wielu akcji dywersyjnych Kedywu KGAK (Arsenał, Celestynów, Sieczychy, Wilanów, Pogorzel, Rogoźno). W Powstaniu Warszawskim w Batalionie "Zośka" Zgrupowania "Radosława". Walczył na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie. Mianowany porucznikiem, odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari i dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Przed upadkiem Czerniakowa przepłynął Wisłę na Pragę; nie poszedł zatem do niewoli niemieckiej. W 1945 r. żołnierz Delegatury Sił Zbrojnych, tzw. Drugiej Konspiracji.

    Aresztowany 24 grudnia 1948 przez Urząd Bezpieczeństwa, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej w Warszawie. Najpierw wyskoczył (?) przez okno, być może próbując dostać się na teren ambasady brytyjskiej, złapany jednak i wciągnięty z powrotem do budynku MBP, już z niego nie wyszedł. Oficjalnie popełnił tam samobójstwo 7 stycznia 1949. Wydano rodzinie trumnę z jego zwłokami bez prawa jej otwarcia. Bardzo pobieżne oględziny zwłok w tajemnicy wskazały, że miał zmiażdżoną klatkę piersiową, nie wyjaśniły jednak okoliczności jego śmierci, które do dziś pozostają nieznane. Jego męczeństwo jest jedną z "symbolicznych" spraw terroru komunistycznego w Polsce w okresie powojennym. (AMK)   (powrót)

  3. Jacek Tabęcki, absolwent Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, harcerz. Od jesieni 1939 w konspiracyjnym harcerstwie, przekształconym później w Szare Szeregi, ps. "Czubek". Brał udział w akcjach tzw. "Małego Sabotażu" w Warszawie. Bliski przyjaciel Tadeusza Zawadzkiego "Zośki". Aresztowany przez Niemców jesienią 1941 r. przy zdzieraniu niemieckich plakatów w Warszawie, został wkrótce potem wywieziony do obozu Auschwitz, gdzie został zamordowany. (AMK)   (powrót)




Teksty o podobnej tematyce zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2006 Zwoje