Awrom Frisch urodzil sie w 1891 r. w Kolomyi. Byl najstarszym synem Motela Frischa. Studiowal medycyne w Wiedniu i w 1916 r. otrzymal dyplom lekarski. W miedzyczasie, w latach 1914–1918, podczas pierwszej wojny swiatowej, odbyl sluzbe w armii austriackiej. Ozenil sie z Ida Schorr. W 1918 r. urodzila sie im corka Miriam.

W 1920 r. powrocil z rodzina do Kolomyi gdzie objal stanowisko dyrektora zydowskiego szpitala. W krotkim czasie Frisch stal sie popularnym i lubianym lekarzem w miescie. Byl szanowany przez wszystkich pacjentow. Szczegolnie pomagal biednym nie biorac wynagrodzenia za leczenie. Dostarczal im takze darmowe leki.

Poza praca w szpitalu, w latach 1918-1939 dzalal w socjalistycznym Ogolnozydowskim Zwiazku Robotniczym "Bund". Jako ich rzecznik pisal artykuly i sprawozdania zwiazkowe.

Awrom Frisch mial glebokie zainteresowania literackie. Wiele czasu spedzal nad tlumaczeniami dziel Szekspira na jidysz; do 1939 r. przetlumaczyl na jidysz wiele dramatow Szekspira. Zamierzal przetlumaczyc wszystkie dziela Szekspira.

Przez wiele lat pisal wiersze poezji. Zbior jego poezji obejmuje 62 wiersze (122 str.), ktore w 1938 r. zostaly wydane w Kolomyi w tomiku Libe. Niszt mer – "Milosc. Nie wiecej", przez Wydawnictwo Blojer Sztroch, Kolomyja, 1938.




Awrom Frisch:   Libe. Niszt mer, Kolomyja, 1938.
Okladka jedynego ocalalego egzemplarza.


W 1942 r. w Kolomyi do jego domu wprowadzili sie zolnierze niemieccy. Wtedy Frisch spalil swoje ksiazki i papiery. W marcu 1943 r. w Kolomyi, prowadzony przez Niemcow w grupie Zydow na egzekucje, tuz przed rozstrzelaniem otrul sie cyjankiem potasu.

Ocalal tylko jeden egzemplarz tomiku Libe. Niszt mer, zabrany krotko przed wojna przez najmlodszego brata autora, gdy ten wyjechal do Stanow Zjednoczonych. Po wojnie tomik ten wrocil do corki Frischa, Miriam Sandek, ktora mieszkala w Szwecji, w Sztokholmie. Tomik ten zostal przetlumaczony z jidysz na szwedzki przez Lenarta Kerbela ze Sztokholmu, ale nigdy nie opublikowany. To szwedzkie tlumaczenie z jidysz trafilo niedawno do mnie.




Awrom Frisch:   Libe. Niszt mer, Kolomyja, 1938.
Strona tytulowa jedynego ocalalego egzemplarza.


Choc niektore wiersze Frischa sa pogodne albo pisane z miloscia do zony, inne wydaja sie byc jakimis parabolicznymi zapisami jego mysli, moze snow – siegaja surrealizmu, sa otwarte na wiele interpretacji znaczen. Juz nikt nie rozstrzygnie, jakie byly skojarzenia autora. I przez to sa interesujace do przeczytania. Tym bardziej, ze zostal po nich tylko ten jeden jedyny slad.

Wiersze Awroma Frischa nie byly dotychczas znane po polsku. Prezentowane tu kilka moich ich przekladow na polski ze szwedzkiego przekladu Kerbela sa pierwsza taka proba. Jest oczywiste, ze wiele moglo zostac stracone w takim podwojnym przekladzie, nie mniej – mysle – ze istota ciekawych mysli Frischa zostala tutaj w jakims stopniu oddana.

Pani Karin Sandek, wnuczka Awroma Frischa, przyslala mi skany kilku poczatkowych stron oryginalnego tomiku Awroma Frischa w jidysz i zgodzila sie, ze opublikuje w Zwojach przeklady na polski kilku z wierszy jej Dziadka. Serdecznie za to dziekuje Pani Karin Sandek.

Ms. Karin Sendek, the granddaughter of Awrom Frisch, provided me with scans of several front pages of the original Awrom Frisch's poetry volume in Yiddish and has kindly agreed that I publish in Zwoje – The Scrolls my translations from Swedish into Polish of a number of poems by her grandfather. Mr. Lenart Kerbel also allowed me to use his Swedish translations of Frisch's poems from Yiddish. I am most grateful to both Ms. Karin Sandek and Mr. Lenart Kerbel for all this.

Barbara Kobos Kaminska






AWROM FRISCH

MILOSC. NIE WIECEJ






Dar kobiet

Kobiety zapoczatkowaly spiew
wspanialy, wspanialy, wspanialy!

Z ognia i iskry, bolu,
na zlotym polmisku pozlacany dar
dla ludzi, za to co najwazniejsze.

Czlowiek pyta: Dlaczego u kobiet jest
wiecej wspanialego, wspanialego
niz u mezczyzn,
ktorzy przez lata studiowali
te najwazniejsze ksiegi?

Od kobiet pochodzi najwazniejszy dzwiek,
od wspanialych, wspanialych, wspanialych!
Z samej ziemi, tej najglebszej, tajemniczej mysli
w wiecznosci. Lecz tylko dla mezczyzn
jedno zycie ludzkie nie jest wazne.




Jest takie piekno

Jest takie piekno,
ktore wzielo poczatek w szalejacym tajfunie
lecz nie to formowalo zone moja,
nas i dzieci.

Jest taka wolnosc
wywodzaca z knowania Cyklopa,
lecz nie ta
zrodzila zone moja,
nas i dzieci.

Jest raj,
ktory kwitnie krwia i lzami
lecz zona moja
nie chce do niego nalezec.

Jest taka milosc,
ktora zrodzila sie z watpliwosci i pytan.
Wlasnie taka zona moja chce
dac naszym dzieciom.




Rozkwitle roze

Gdy lato podaje jesieni
swoja dlon,
graja soki, szumy
i szelesty,
rozweselone wokol nas razem
zarza sie i spalaja, jak rozkwitle roze.

Jak miodem ociezale winorosle,
nasza stara krew
wypelniona jest nadchodzacym pokoleniem,
ktore burzy sie i rozbrzmiewa.
Pelne ogrzanych sloncem zapachow
nasze noce otulone sa
otwartymi, rozkwitlymi rozami.

Piekne, zdrowe lato wypelnione jest prosbami,
jak wirujaca rzeka
poszumem, pogodnymi melodiami.
Jesien, drzemie w rozkwitnietych rozach,
czuje sie najpiekniejsza wsrod kwiecia.




Szczescie

Szczesciem jest chod.
Szczesciem jest praca.
Szczesciem jest byc zmeczonym,
odpoczywac w cieniu.

Szczesciem jest huragan,
deszcz, wiatr
byc mezczyzna, kobieta,
byc dzieckiem.

Odkrywac nowosc
bystrym spojrzeniem,
rozumiec przeszlosc –
wszystko jest szczesciem.

I szczesciem jest cierpienie,
udreczenie, zaloba
po sobie, po innych
po dzisiejszym dniu, po jutrzejszym.

Nie ma takiej glebiny
co nie teskni by wzniesc sie na powierzchnie.
Nie ma takiego swiatla,
ktore nie gasnie.

Szczescie – to byc w glebinie
i dazyc na powierzchnie,
szczescie – to byc poczatkiem,
trwaniem i koncem.

Kazda mysl,
kazde wytlumaczenie
to wszystko jest szczesciem,
nalezacym do zycia.

Tylko jedno moze
zniszczyc szczescie:
niemoznosc zycia jak czlowiek,
niemoznosc smierci jak czlowiek.




Z niezagojonymi ranami

Z niezagojonymi ranami, ciezko ranni
Przezywamy nasze dni z nadzieja;
Moze dzis? Moze jutro? Slonce zachodzi,
splywa jak zabity, krwia po scianach.
Noc nam nie daje spokoju. Koszmary nas nawiedzaja,
Lecz zaden niewidomy nie widzi a zaden gluchy nie slyszy,
I dziekuja oniemieniu, jak przyjacielowi w potrzebie,
temu najbardziej nikczemnemu z oszustow
i najbardziej krwawemu grabiezcy.

I prawda bedzie okrutnym klamstwem.
Milosc stanie sie nienawiscia, z nienawisci wyjdzie szyderstwo,
jak u pijanego rzeznika, ktory radosnie razi
szyje wolow, wyciagniete w jego strone.

Jak my mozemy spac, kobieto, moj losie, moja ty swiatlosci
z tak wyraznymi, wszystko wiedzacymi spojrzeniami?
Co robimy w tej dzikiej dzungli tych czasow,
ktore zwa sie historyczne a sa tylko tak niebezpieczne?
Nie jestesmy hienami ani jadowitymi wezami
co w kazda noc drecza strapione cialo zmeczonego.

Moze jutro?
Idziemy na spotkanie kazdego dnia
z niezagojonymi ranami, ciezko ranni.




I jutro...

I jutro – jutro z obiecanym krajobrazem:
otoczeni otwartymi, pustymi wiezieniami,
pojdziemy zostawiajac po drodze nasze problemy,
by wyjsc naprzeciw wieczornemu, plonacemu lekowi smierci.

Nikt nas nie bedzie potrzebowal, nikt nie bedzie o nas sie troszczyl
teskniacych za swiatlem w ciemnej nocy.
Zabladzilismy po drodze –
teraz obaj samotni, wygasli.

Objelismy sie, jak za naszych najlepszych czasow,
ucalowalismy nawzajem nasze oczy, ktore rozumialy wszystko;
calkowicie opuszczeni; to co pozostalo po nas,
zlaczylo sie w szerokiej, wspanialej teczy.




Milczaco

Cisza.
Nie myslec!

Czuc. Sluchac. Patrzec:
Biale, zielone, niebieskie.

Zrodlane krople na kroplach lez,
tam, tutaj, z kamienia.

Czlowiek czuje.
Zwierzeta, woda, drzewo, ziemia,
wszystko czuje,
mucha i kamien –
wszystko bedzie.

Czlowiek mysli:
Co sie wydarzy?
Jak to bedzie?

Lzy wody
tam, tutaj.
Leza rozrzucone w trawie.

Ogromny bol:
Dlaczego?

Szare skaly,
blask slonca,
Tylko czlowiek
stara sie cos pojac...

Krople opadaja
zimnym gromem.
Wiatr powiewa.
Czarny las,
nie las, drzewo,
nie drzewo, galazka,
nie galazka, lisc –
wlasnie tak –
milczaco.




Wieczne pytanie

Policzone dni naszego zycia
zalosne dni naszej milosci –
ta nieskonczona ciemnosc
dla nas i po nas!

Skape swiatlo w ciemnosci,
czara z zarzacym sie weglem
w gwiezdzistym chlodzie.

W policzonych dniach naszego zycia
przy skapym swietle,
toczymy trudna uswiecona walke
z bezgraniczna ciemnoscia,
naczynia zlewaja sie z zarzacym sie weglem
w naszych marnych dniach milosci.

Czlowieku, przyjacielu we wszystkich stronach swiata!
W tobie tkwi iskierka nadziei
i czara ognia,
piekno swiecacej drogi zycia
nie istnieje wcale,
tylko ta niekonczaca sie ciemnosc?




Daremna gra

Rzadko liczone godziny
krotka sekunda, ktora zaledwie
moze dac wam czas, by marzyc.

Rzucam obrazy i slowa
pod niebo, w gore i w dol.
Czy to orzel gra gre gwiazd z Bogiem?

Przyjaciele wychodza
z polany po drugiej stronie lasu.
Tacy przyjaciele naprawde zjawiaja sie
nie tylko w snach.

Gromadza sie wokol nas.
Silny, celny strzal do tarczy.
Ciesza sie, gdy mysla, ze wygramy,
Placza, gdy nie trafilem.

Nie czesto dowiaduje sie prawdy.
Ciezko trafic do celu.
Musze na nowo
pograzyc w snie.

Rzadko liczone godziny,
albo nawet natychmiast policzone.
Czy wowczas mozna odkryc tajemnice?
Wszystko od poczatku jest bledem.

Przeciwniku w grze! Nieprzyjacielu wielkiego losu!
Zatrzymaj sie, jak przyjaciele z boku!
Bezcelowe? Pokolenie go sciga.
Nie moze stanac. – Tylko czas pozostal.




Nieprawdziwa wiosna

Jeszcze nie czuje tego ostrego zapachu
pierwszej wiosennej zieleni.
Pachna butwiejace liscie
i siapi deszcz, jak jesienny.

Jesli krawiec Josl nie ma co jesc,
a glod meczy kulejacego Vasila –
tak mysli Josl: Dokad mam uciekac?
Vasili mysli o pogromach.

Drogie oczekiwania! Tkaja razem
krew ze zlotem w barwna tkanine.
Sa zarzacym sie zyciem,
nie zauwazaja, ze smierc kwitnie.

Vasili ostrzy siekiere i noz,
Josl przygotowuje sie do drogi.
Ot, necace obrazki,
rym nieprawdziwego poety!


Wybor wierszy z tomiku
Libe. Niszt mer – "Milosc. Nie wiecej"

Ze szwedzkiego przekladu z jidisz przetlumaczyla
Barbara Kobos Kaminska









Copyright © 1997-2006 Zwoje