DON KISZOT POLSKI





JERZY MIKUŁOWSKI POMORSKI


Dlaczego liczna grupa polskich artystów z różnych pokoleń tak żywo reaguje na Don Kiszota? To pytanie zastanawia. Ktoś przyzwyczajony do traktowania sztuki jako zmagania się z formą zacznie poszukiwać formalnej atrakcyjności tej postaci. A więc jego znakowej, wręcz graficznej pionowej figury skonfrontowanej z krągłością postaci jego giermka. To wysoki przecinek i małe kółko wędrują po krajobrazie, czy to hiszpańskim, czy polskim, stanowiąc dla tego przyrodniczego otoczenia ludzki kontrapunkt. Prosta odpowiedź, która nie wyczerpuje tematu, a może nawet go spłyca. Nie wyjaśnia nadto tego polskiego zafascynowania.




Andrzej Dudziński:   Sancho i Don, 2005,
serigrafia, 89 x 63 cm.


Chodzi bowiem o treść tego przecinka i koła – a ta zapisana jest na kartach powieści. Tu grozi nam kolejne zafałszowanie. Otóż błędem jest zakładać, że powieść Cervantesa jest powszechnie czytana. Przekonałem się sam, poszukując pełnego wydania książki. Nie było go ani w domowej bibliotece, ani u przyjaciół, pożyczył mi ją dopiero wielki miłośnik tematu Dominik Rostworowski. Sądzę, że artyści także mieli trudności w dotarciu do egzemplarza i reagowali na postać Don Kiszota, jaka zapisała się w ich świadomości, nie zaś na stronach książki.

Może nawet prędzej szukali go na stronach polskiej powieści gotyckiej dziejącej się w Hiszpanii, a mianowicie Jana Potockiego Rękopisu znalezionego w Saragossie, która dzięki mistrzowskiemu filmowi Wojciecha Hasa trafiła do naszej świadomości. W powieści Potockiego tak wiele zaczerpnięte jest z Cervantesa! Tam młody porucznik gwardii walońskiej Warvorden odbywa swą podróż błędnego rycerza po fantastycznym świecie, który konstruuje mu przebiegły szejk Omajjadów, i to z bardzo praktycznej przyczyny, chce bowiem, by młody Warvorden, sekretnie spokrewniony z jego możnym, a wymierającym rodem, zapłodnił dwie swoje kuzynki i zapewnił rodowi trwanie. I tu, i w książce Cervantesa podatni na fantazje bohaterowie spotykają się z życiem praktycznym, a sami wychodzą na głupków.

Trzymajmy się jednak postaci Don Kiszota, a nie książki Cervantesa, postać bowiem odcisnęła się w naszej świadomości i została w potocznym mniemaniu opatrzona wieloma negatywnymi komentarzami. Ten bowiem "oszołom", krytycznie traktowany na kartach powieści, uosabia ludzką bezradność wobec zmieniającego się świata. Zasłuchany w swoje myśli, podejrzliwy nawet wobec najbardziej mu życzliwych, apodyktyczny, kłótliwy i skłonny do bójki, którą zawsze przegrywa.

Donkiszotyzm to bezsilność umysłu wobec zmieniającego się życia, a donkiszoteria to ucieczka w wirtualny świat w obronie przed rzeczywistością. Nie bądź Don Kiszotem, patrz trzeźwo w przyszłość, dostosowuj się do teraźniejszości. Takie wezwanie jest jak najbardziej współczesne. Podejmowane było w literaturze, w czasach zmiany, i bywało bez powodzenia rozwiązywane w różnych narodowych literaturach. Nie darmo postacie stworzone przez największych nowoczesnych pisarzy świata germańskiego – Hermanna Hesse'go, Roberta Musil'a czy Maxa Frisch'a – uciekały przed rzeczywistością w świat specjalizacji i techniki, by przegrywać z życiem. Tak reagowali Germanie, a jak Polacy?

By zafascynować się bohaterem Cervantesa, trzeba być choćby trochę Don Kiszotem. Czy wrażliwy Polak nim jest? Spójrzmy na to zagadnienie z perspektywy naszych doświadczeń. Tu na myśl przychodzą dwa jakże ważne okresy współczesnych życiorysów. Komunistyczna przeszłość i wejście w kapitalistyczny dzień dzisiejszy. Wprowadzany zza miedzy komunizm miał dwa oblicza: zgrzebnej rzeczywistości i ideologicznej wizji. Nikt lepiej od Polaka nie doświadczał ich treściowej ambiwalencji. Tu pojawia się motyw starcia życia realnego z wirtualnym. Komunistyczny ideolog wierzył w jedną fantastyczną wizję świata, Polak w inną, tę, której nauczyła go jego historia, a właściwie jej literacka romantyczna interpretacja. Obydwie rodem z Cervantesa. Zbyt blisko byliśmy tej rzeczywistości, w końcu przez dziesięciolecia w niej tkwiliśmy, by poddawać się wizjonerom komunistycznego szczęścia. Nasza wizja była lepsza, bardziej dowiedziona, głębiej przeżyta. W końcu wytrwałość, z jaką tę wizję pielęgnujemy, była dla opresorów trudna do przezwyciężenia, nie poddawała się argumentom praktycznego racjonalizmu.




Paweł Taranczewski:   Don Kiszot zwycięski, 2005,
olej na płótnie, 110 x 140 cm.


Często zastanawiam się, jak trudnym jesteśmy narodem do rządzenia, jeżeli ktoś stara się łamać naszą wolę i narzuca obce porządki. Polski Don Kiszot ma bardzo silne przekonania o swojej racji. Potwierdzają to badania nad poddawanymi sowietyzacji Polakach w Kazachstanie. Jak zrozumieć to, że inne liczne narodowości tej ziemi niemal w całości wstąpiły do kołchozów, bez względu na to, czy byli to Niemcy, Grecy, czy Koreańczycy, a Polacy tylko w bardzo niewielkim procencie? Ale im dalej od tej zgrzebnej rzeczywistości i im bardziej pragmatyczny wydawał się świat, tym wizja komunistyczna działała silniej. Przekonali się o tym zachodni intelektualiści, którzy nawet w latach głodu na Ukrainie i w innych częściach ZSRR dawali się przekonać sowieckim propagandystom i naocznie widzieli ten kraj jako oazę dobrobytu i społecznej sprawiedliwości. Ci, którzy takich podróży nie podejmowali, wierzyli jeszcze głębiej. Tymczasem Polacy, z wyjątkiem grona ideologicznie zaślepionych, wiedzieli swoje. Donkiszotyzm jednych spotykał się z donkiszotyzmem drugich.

Przez wiele lat odwiedzenie Związku Sowieckiego przez zwykłego polskiego turystę było bardzo trudne. Ci, którzy tam i to najczęściej nie z własnej woli dotarli, woleli milczeć. Tymczasem kraj "ludzkiej szczęśliwości" sposobił się do przyjęcia turystów, w końcu nawet i Polaków. Pamiętam swoją wycieczkę do Moskwy, Kijowa i Odessy w końcu lat [19]sześćdziesiątych. Wielka praca włożona w "potiomkinowskie" powitanie była widoczna i jej efekty mieliśmy podziwiać. Grupa była zwyczajna, złożona nie ze spostrzegawczych inteligentów, lecz zwykłych ludzi, którzy jednak chcieli zobaczyć, jak tam jest. Tu jednak polska wizja świata za Bugiem, narodowe dziedzictwo wiedzy wirtualnej zwyciężało. Ja i moi koledzy wiedzieliśmy, czego szukać, i to znajdowaliśmy. Pamiętam, jak udało się nam uzyskać zgodę na odwiedzenie podmoskiewskiego Kołomienskoje, dawnej carskiej wsi, gdzie dwa wielkie piękne sobory były celem wycieczki. Długo autobus wiózł nas przedmieściami Moskwy, coraz to bardziej nędznymi. Po godzinie takiej podróży, gdy już kierowcy zdawało się, że nie odnajdzie tego miejsca, wszyscy uznali, że cel wycieczki został osiągnięty – widzieliśmy prawdziwą Moskwę, nie tę dla turystów. W końcu jednak było i Kołomienskoje: biedna wieś, kobiety dźwigające w nosidłach wodę z wiejskiej studni i dalej piękny zakątek carskiej potęgi. To było to, czego szukaliśmy. Carskie bogactwo i biedny lud. Walczono z wirtualnymi wizjami osób, które chciało się zmienić, skazać na zapomnienie, co miało pozwolić i na dostosowanie się do rzeczywistości.

Takie zabijanie pamięci było częstą praktyką. Doświadczyła tego biblioteka Don Kiszota skazana na spalenie przez proboszcza i balwierza, którzy dbali o stan umysłu rycerza. Doświadczaliśmy tego i my, gdy klasyka polska, a zwłaszcza polska literatura polityczna, wycofywana była z bibliotek. Podziemne wydawnictwa tego czasu wydawały tyle samo dzieł klasyków polskiej myśli, co współczesnych pamfletów politycznych.

Polak trwał przy swoim obrazie świata i kierował się nim, aż do granic "oszołomstwa". Nie darmo właśnie ono objawiło się jako wielka siła w chwili, gdy przekraczaliśmy granice realnego socjalizmu i wchodzili w młody kapitalizm. Polski Don Kiszot miał wówczas swoje pięć minut. Nagle zawiodły wszystkie racjonalne kalkulacje, z których wynikało, że upadek komunizmu jest wykluczony. Zwyciężył pogląd polskiego Don Kiszota, który zawsze uważał, że komunizm jest skazany na zagładę. A także lekceważone przez światłe umysły zdanie Sancho Pansy z kolejki pod sklepem, że tak dalej żyć się nie da. Raz odniesiony spektakularny sukces wzmocnił polską donkiszoterię. Nastąpiło to wtedy, gdy tak potrzebny jest zdrowy rozsądek. Dziś wydaje się szkodliwy. Tymczasem ogarniająca nas fala zmian zaprasza do ucieczki w wirtualne wizje.




Grzegorz Wnęk:   Błędny rycerz, 2005,
olej na płótnie, 200 x 190 cm.


Don Kiszot jako wzorzec wierności swoim fantastycznym nawet przekonaniom pomaga stworzyć koncepcję przetrwania. Ale nie pozytywnego budowania. Dlatego uważam kolekcję prac polskich autorów poświęconych postaci Don Kiszota za swoisty hołd złożony własnej przeszłości. Przyszłość wymaga bowiem otwarcia. Ono też kieruje się wizją, ale zdecydowanie inną.


Przedruk z katalogu wystawy Don Kiszot. Współczesna próba interpretacji.
Muzeum Narodowe w Krakowie, Kamienica Szołayskich,
październik 2005.



Serdecznie dziękuję Panu Profesorowi Jerzemu Mikułowskiemu Pomorskiemu za pozwolenie mi na zamieszczenie tego tekstu w Zwojach. –
Andrzej Kobos





Teksty o podobnej tematyce zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2006 Zwoje