Wykład wygłoszony na polsko-węgierskiej sesji naukowej, zatytułowanej: "Wierchy. Góry w historii kultury i cywilizacji Europy Środkowej" w Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, 21-22 października 2005.
Dziękuję serdecznie Panu Dr. hab. Stanisławowi Sroce za udostępnienie mi tego wykładu i ilustracji kopii listu zbójników do publikacji w Zwojach.Andrzej Kobos
JANOSIK I JEGO POPRZEDNICY
W ZBÓJNICKIM RZEMIOŚLE W KARPATACH
STANISŁAW A. SROKA
18 marca 1713 r. na rynku w Liptowskim Mikulaszu powieszono na haku za lewe żebro zbójnika, Jerzego Janosika. W chwili śmierci miał zaledwie 25 lat i niecałe dwa lata zbójowania za sobą. Niewiele wiemy o jego działalności jako zbójnika, a mimo to Janosik uchodzi za narodowego bohatera na Słowacji, jego biogramy można spotkać prawie we wszystkich encyklopediach, nawet w renomowanej Encyklopedii Larousse'a. W jego rodzinnej wsi Terchova wybudowano mu olbrzymi pomnik, a kinematografia zarówno słowacka jak i polska poświęciła mu niejeden film. Na początku XX wieku pomiędzy muzealnikami słowackimi i węgierskimi rozgorzał prawdziwy międzynarodowy konflikt o czapkę Janosika, którą do dzisiaj można podziwiać w muzeum w Rużomberku. Etnografowie i historycy od dłuższego czasu usiłują znaleźć przekonywujące argumenty, które by tłumaczyły dlaczego akurat ten zbójnik, niczym nie różniący się od innych, stał się tak sławny, a jego sława daleko wykroczyła poza granice państwa.
Władysław Skoczylas: Głowa Janosika.
Drzeworyt na gruszce, 1923, 21.7 x 21.2 cm.
Zanim jednak zajmę się bliżej historyczną postacią Janosika, przyjrzyjmy się jego poprzednikom w zbójeckim rzemiośle w Karpatach, głównie na ówczesnym pograniczu polsko-węgierskim. Pogranicze to było bardzo niespokojne, a wszelakim rozbojom na tym terenie sprzyjał chaos panujący w XV wieku na terenie północnych Węgier. Również sąsiednie tereny nie były wolne od wszelkiej maści rozbójników. Tytułem przykładu można wymienić grasującego w tym czasie na Żywiecczyźnie i w okolicach Barwałdu Włodka Skarzyńskiego, który swoją działalność uprawiał, co ciekawe, wraz ze swoją żoną Katarzyną.
Na pogranicznym polsko-węgierskim, rozboje były wyjątkowo liczne. Bardzo prężnie rozwijający się handel pomiędzy Bardiowem a pogranicznymi miastami polskimi powodował, że liczne karawany kupieckie podążały krętymi, górskimi drogami. To właśnie one na przestrzeni XV wieku na tym terenie były ulubionymi obiektami dokonywanych przez rabusiów napadów. Doszło do tego, że szczęśliwa wyprawa kupca jednego z pogranicznych miasteczek do Bardiowa lub z powrotem należała do rzadkości. Rozbojem na tym terenie trudnili się nie tylko pospolici przestępcy, ale również wysocy tamtejsi urzędnicy. Mam tutaj na myśli przede wszystkim braci Piotra i Mikołaja Komorowskich, żupanów Liptowa i Orawy. Wykorzystując panującą anarchię zapewniali bezpieczeństwo różnym bandom złodziei i rabusiów. Wśród ich popleczników byli również tzw. bratczycy, czyli bandy żołdactwa wynajmujące się za pieniądze.
Rozboje na pograniczu polsko-węgierskim możemy dokładnie zbadać w oparciu o archiwum w Bardiowie, które przetrwało do naszych czasów w nietkniętej postaci od Średniowiecza. Posiada ono ponad trzy tysiące dokumentów średniowiecznych oraz ponad sto ksiąg z tego czasu. Możemy zatem czytać nie tylko prośby o zwrot skradzionych towarów, niekiedy z bardzo dokładnym opisem okoliczności rozboju, ale również poświęcić się lekturze spisu krów z połowy XV wieku Takich źródeł badacz dziejów miast małopolskich może tylko pozazdrościć. Dla współczesnego czytelnika stanowią one prawdziwe bogactwo na temat życia kupców, którym przyszło handlować na polsko-węgierskim pograniczu. Wydawać by się mogło, że teren ten powinien być bardzo spokojny z uwagi na przyjacielskie więzy łączące Polskę i Węgry (przysłowie: "Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki" ; restauracja "Szabla i szklanka"). Jednakże owe przyjacielskie kontakty pomiędzy tymi krajami trudno odnieść do połowy XV wieku oraz do drugiej połowy tego stulecia. Poza tym pogranicze rządziło się innymi prawami aniżeli oficjalne kontakty pomiędzy panującymi dynastiami.
W archiwum w Bardiowie zachował się swoistego rodzaju średniowieczny list zbójników, skierowany do Bardiowa, a będący wypowiedzeniem przez grupę zbójników wojny temu miastu za to, że ci powiesili czterech ich współbraci. Grozili Bardiowowi zemstą na jego mieszkańcach, jeśli do trzech tygodni nie otrzymają 400 florenów. Okup ten miasto miało złożyć bądź w klasztorze w Mogile pod Krakowem, bądź u kartuzów w Lechnicy na Spiszu (tzw. Czerwony Klasztor). Na dole dokumentu widać po lewej stronie szubienicę z powieszonymi, i napisami nad nimi, że byli niewinni. Autorzy tego dziwnego listu pod jego treścią nakreślili też szablę, miotłę, ogień, rusznicę oraz nazwy sześciu miejscowości: Orawy, Murania, Dunajca, Sanoka, Rymanowa i Przemyśla. Pod każdą z tych nazw widać wypaloną dziurę. Nakreślone przedmioty miały symbolizować rodzaj zemsty na bardiowskich mieszczanach. Na samym dole dokumentu, w miejscu gdzie zazwyczaj wisi lub jest odciśnięta pieczęć wystawcy, zbójcy przywiązali niewielką miotłę.
Średniowieczny list zbójników do miasteczka Bardiów
Archiwum w Bardiowie
Przeważająca liczba zachowanych w archiwum w Bardiowie dokumentów wspomina o małych rozbojach, kradzieżach czy też bójkach. Dla zilustrowania tego typu przestępstw warto posłużyć się tutaj kilkoma przykładami. W 1452 roku sołtysowi z Czergowej grasanci zabrali konie. Zwierzęta te stanowiły nie tylko w Średniowieczu dużą wartość dla swoich właścicieli. W ręce rozbójników wpadały wszelkiego rodzaju towary wiezione przez kupców. Dosyć często było to wino, sprowadzane z Węgier do pogranicznych polskich miasteczek. Na przykład Andrzej Stadnicki sprowadzał wino dla swojej będącej w połogu żony. Napastnicy nie gardzili też miedzią i żelazem. Złodzieje kradli też inne towary: motki przędzy, ryby, ubrania, pieniądze, futra; nie gardzono też żywym inwentarzem w postaci świń. Rozbójnicy nie wahali się nawet napaść na kościół w Żmigrodzie, do czego doszło w 1474 roku. Pleban żmigrodzki Jakub wysłał potem do Bardiowa posła z pieniędzmi celem wykupienia wyposażenia obrabowanej świątyni. Tak się bowiem złożyło, że jeden mszał oraz kielich z tegoż kościoła znajdują się u proboszcza w Bardiowie. Trudno przypuścić, aby był on w jakikolwiek sposób zamieszany w napad na kościół w Żmigrodzie, raczej złodzieje po dokonaniu rabunku sprzedali mu skradzione kościelne paramenta.
Przestępcy grasujący na polsko-węgierskim pograniczu grabili nie tylko kupieckie towary, ale porywali też ludzi, starając się później uzyskać za nich odpowiedni okup. Grasanci atakujący ludzi na terenach pogranicznych pomiędzy Polską a Węgrami nie robili wyjątków dla przedstawicieli bogatych możnowładczych rodów, ani też dla królewskich posłańców. W 1479 roku Kazimierz Jagiellończyk zwrócił się do Bardiowa z prośbą o naprawienie krzywd Janowi Ossolińskiemu w związku z ograbieniem go podczas powrotu z Węgier do Polski. Niebezpieczeństwa kupieckich peregrynacji spowodowały, że co bardziej zapobiegliwi przed wyruszeniem w podróż zapewniali sobie w drugim kraju glejt bezpieczeństwa dla siebie i wiezionych towarów.
Największe zagrożenie dla kupców handlujących pomiędzy pogranicznymi miasteczkami stanowiły zamki w Makowicy i Brzozowicy, położone na drodze z Bardiowa do Żmigrodu. Z nich dokonywano najwięcej rozbojów, a tamtejszy burgrabia najwyraźniej był w zmowie z grasantami, udzielając im schronienia, i nie reagując na wszelkie monity i upomnienia dotyczące poczynionych rozbojów. Doszło nawet do tego, że poddani z Makowicy zawiesili na bramie miasta Żmigrodu list z pogróżkami, w którym domagali się zadośćuczynienia za zabicie ich towarzysza. Ton tego listu jest podobny do wspomnianego wyżej listu grupy zbójników wysłanego do Bardiowa.
Obok pojedynczych rabusiów czyhających na ograbienie podróżujących kupców, na pograniczu polsko-węgierskim działały zorganizowane grupy zbójeckie, liczące nawet do stu ludzi. Ich przywódcy są dobrze znani. Do największych rozbójników na tym terenie zaliczyć można: Tomasza z Tarczy i Lipan, Pobudę oraz Ratkowicza. Na początku lat 1460. duże zgromadzenie rabusiów znajdowało się na górze Homola, niedaleko Krościenka. Stanowili oni zagrożenie zarówno dla Bardiowa, jak i pogranicznych polskich miast. W ich zwalczanie zaangażował się podskarbi koronny Jakub z Dębna, obiecując radzie miejskiej w Bardiowie wysłanie odpowiednich posiłków.
Plaga rozbojów dokonywanych na pograniczu polsko-węgierskim, zwłaszcza około połowy XV wieku, skłoniła osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo tego obszaru do podjęcia działań. O różnych krokach służących wytępieniu złoczyńców słyszymy już od początku lat 1450. W 1463 r. odbyły się rokowania pomiędzy Niedzicą i Czorsztynem – zatem na samej ówczesnej granicy polsko-węgierskiej – pomiędzy Jakubem z Dębna a starostą Górnych Węgier Stefanem Zapolya. Jakub z Dębna zobowiązał się tępić rozbójników na podlegającym mu terenie, a Zapolya na swoich ziemiach. Wbrew jednak zawartemu porozumieniu dalej dokonywał rozbojów Tomasz z Tarczy, na co skarżyli się mieszczanie sądeccy. Sam Dębiński przypuszczał, że tym napadom sprzyjał Zapolya, co tym bardziej poddawało w wątpliwość dopiero co zawarte porozumienie. Wydaje się, że sami dostojnicy nie byli skłonni do jakiś bardziej zdecydowanych działań albo w trosce o swoje bezpieczeństwo, albo dlatego, że byli mniej lub bardziej w zmowie ze zbójnikami, czerpiąc z tego oczywiście profity.
Rozboje na pograniczu polsko-węgierskim stanowiły poważny problem dla obu krajów. Napady i łupiestwa na kupcach handlujących pomiędzy pogranicznymi miasteczkami nie sprzyjały rozwojowi gospodarczemu tego regionu. Z drugiej strony rabusie znajdowali schronienie w zamkach dostojników, zarówno polskich jak i węgierskich, których zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa na tym terenie. Przyczyną takiego stanu rzeczy był niewątpliwie chaos na terenie Górnych Węgier począwszy od połowy XV wieku, który sprzyjał działalności różnej maści rozbójników i grup zbójeckich. Brak silnej władzy politycznej i administracyjnej musiał prowadzić do rozprzężenia, w wyniku którego rabusie czuli się prawie bezkarnie na tym górzystym terenie. Zarówno próby rozprawienia się z nimi siłą, jak też próby nawiązania z nimi rozmów pokojowych kończyły się fiaskiem. Ta rozbójnicza działalność znajdowała w wiekach następnych naśladowców, spośród których największą sławę zdobył słowacki rozbójnik Janosik, którego rozboje przeszły do legendy wśród ludności polsko-węgierskiego pogranicza.
* * *
Janosik przyszedł na świat w 1688 roku we wsi Terchova na Liptowie. Otrzymał imię Jerzego i tak też jest znany na Słowacji, u nas natomiast bardziej popularną i zarazem jedyną formą jego imienia jest Janosik, czyli jego nazwisko. Niewiele wiemy o dzieciństwie i młodzieńczych latach Janosika. Prawdopodobnie wziął udział w powstaniu kuruców, które w 1703 roku wybuchło na ziemiach węgierskich. Było to powstanie antyhabsburskie, a jego wodzem został magnat Franciszek Rakoczy. Przypuszcza się, że Janosik zaciągnął się dobrowolnie do wojska kuruców gdzieś w latach 1706-1708, mając około 18-20 lat. Nie pobył w nim zbyt długo, skoro w 1711 roku był już zbójnikiem.
Po opuszczeniu wojsk powstańczych Janosik powrócił do rodzinnej wsi. Na razie nic nie wskazywało na to, że za kilka lat wstąpi on na rozbójniczą drogę, która przyniesie mu z kolei nieśmiertelną sławę. Zajął się rodzinnym gospodarstwem prowadząc je wraz ze swoim bratem. Najwyraźniej jednak młoda krew burzyła się mocno kierując myśli młodego Janosika ku żołnierskiej przygodzie. Postanowił on opuścić Terchovą i wstąpił tym razem do armii cesarskiej. Ten krótki pobyt w wojsku habsburskim był, jak się okazało, decydującym okresem w życiu Janosika. Został on przydzielony do oddziału stojącego na zamku w Bytczy. Sam zamek, mający dawny średniowieczny rodowód, służył także jako więzienie, w którego lochach trzymano różnych przestępców. Janosikowi przypadło w udziale pilnowanie groźnego zbójnika, Tomasza Uhorczika, który siedział w tamtejszym więzieniu od 1710 roku. I właśnie wówczas pomiędzy więźniem a jego strażnikiem nawiązała się jakaś bliższa nić przyjaźni. Nic więcej na ten temat nie wiemy, ale ta znajomość okazała się być decydującym momentem w życiu Janosika. Gdy bowiem rodzicom młodego Janosika udało się wykupić go z wojska, aby mógł powrócić w rodzinne strony i gospodarować na ojcowiźnie, to właśnie tam, w Terchovej, odnalazł go Tomasz Uhorczik, który – prawdopodobnie z pomocą Janosika – zbiegł z więzienia w Bytczy. Jak wynika z protokołów przesłuchania Janosika i Tomasza Uhorczika, do wybrania zbójnickiej drogi namówił Janosika Uhorczik przedstawiając mu szerokie możliwości łatwego dorobienia się. Sam Uhorczik przed sądem zaprzeczał takiemu przebiegowi wydarzeń twierdząc, że nikogo do zbójnictwa nie namawiał, a jedynie widząc wolę Janosika zostania zbójnikiem, zaproponował mu, aby poszedł z nim razem na Morawy, obiecując mu zarazem nieduży zarobek na tej wyprawie. Janosik udał się wraz z Uhorczikiem na Morawy, gdzie zrabowali płótno na koszule. Był to pierwszy zbójnicki łup Janosika.
Janosik, po złożeniu odpowiedniej przysięgi, przystał do zbójnickiej bandy około dnia św. Michała, tj. 29 września 1711 roku. W miesiącu następnym, 5 października, jego kompan Tomasz Uhorczik ożenił się i osiadł na stałe we wsi Klenovec, gdzie bacując prowadził spokojny żywot pod przybranym nazwiskiem Marcina Mrowca, co miało uchronić go przed aresztowaniem przez wojska cesarskie. Nie zerwał on jednak kontaktu ze swoimi towarzyszami, a wręcz przeciwnie udzielał im chętnie gościny i razem z nimi spędzał długie zimowe wieczory. Po osiedleniu się Tomasza Uhorczika w Klenovcu komendę nad zbójnicką bandą objął Janosik. Była to zatem wyjątkowo szybka kariera wśród zbójników. Widocznie Uhorczik miał do Janosika wyjątkowe zaufanie, którego najwyraźniej nabrał podczas pobytu w więzieniu w Bytczy. Janosik, jako nowy przywódca bandy, często zresztą bywał w Klenovcu, gdzie wraz z gospodarzami trwonił zdobyte łupy.
Wszystko, co wiemy o zbójnickich wyczynach Janosika opiera się na lekturze jego zeznań złożonych przed sądem w Liptowskim Mikulaszu, jak również na zeznaniach jego kompana Tomasza Uhorczika. Dokonane przez bandę Janosika napady trudno dokładnie oznaczyć w czasie i uszeregować według chronologii. Wiemy tylko, że miały miejsce w okresie od września 1711 roku do marca 1713 roku. Do wielu z tych rozbojów Janosik przyznał się podczas procesu. Zilustrujmy to kilkoma przykładami. W górach w okolicach Kremnicy banda Janosika złapała pocztowego, który ich najpierw poczęstował tytoniem, a potem ujawnił im, że niebawem pojedzie tędy do Turca na pogrzeb pana Petrycego Jan Radvanszky. Zbójnicy zabrali pocztowemu tytoń, a napadniętemu Radvanszky'emu zbrabowali juki. Na Żarach w pobliżu Turca napadnięto na hrabiego Pawła Révaia i zabrano mu m.in. srebrną szablę, którą Janosik początkowo zatrzymał dla siebie. Nie cieszył się nią jednak zbyt długo, bo ukradł mu ją niebawem jakiś kompan, który udawał się do Polski. Natomiast zrabowane Révaiowi flinty dostały się w ręce Uhorczika. Do kolejnego rozboju Janosikowej bandy doszło pod zamkiem Streczno, gdzie napadnięto na plebana z Orawy, któremu zabrano kapelusz oraz mantylkę. Kapelusz sprzedał niebawem Janosik Uhorczikowi, który z kolei zatrzymał dla siebie mantylkę. Przy przeprawie przez rzekę Wag w okolicach Sokoła poniżej Kralovian, banda Janosika napadła na żonę proboszcza z Liptowskiego Jana, która poszła nad rzekę po wodę. Janosik przed sądem nie pamiętał albo nie chciał pamiętać, czy zabrano tej kobiecie jakieś pieniądze. Zeznał jedynie, że mantylkę napadniętej wzięli Szutkowie. Dwukrotnie Janosik z kompanami dokonał napadu na bogatego kupca z Žyliny, Jana Šipoąa.
Dnia 26 października 1712 roku Janosik wraz z Uhorczikiem dostali się do rąk cesarskich hajduków i zostali osadzeni w więzieniu na zamku w Hrachovie. Jak wskazują współczesne źródła hajducy otrzymywali za każdego złapanego żywcem zbójnika 50 złotych, a za zabitego 25 złotych. Opłacało im się zatem dostarczyć zbójnika do najbliższego więzienia. Pobyt w murach hrachowskiego zamku nie trwał jednak zbyt długo, bowiem wstawił się za nimi podżupan komitatu liptowskiego, Lani. Był to dobry znajomy Uhorczika, a ten ostatni nadto wystawił Janosikowi alibi twierdząc, że Janosik przez cały czas był u niego w Klenovcu i nie trudnił się rozbojem. Dzięki temu zbójnicy uniknęli niechybnie szubienicy i wrócili na wolność, do swoich zbójnickich zajęć. Z wdzięczności podarowali podżupanowi pięć lisich skórek oraz siedem serów. Podżupan posiadał też od jakiegoś czasu piękną starą flintę, otrzymaną od Uhorczika. To ta sama flinta, którą zbójnicy zrabowali Pawłowi Révaiowi.
Trudno cokolwiek powiedzieć o innych przestępstwach Janosika, gdyż do zarzucanych mu różnego rodzaju rozbojów się nie przyznał lub twierdził, że sprawcami ich byli jego towarzysze z bandy. Niewątpliwie jednym z najcięższych przestępstw, jakiego dopuściła się banda Janosika było zabicie proboszcza z Demanicy. Doszło do tego koło Faczkowa w pobliżu zamku Streczno w momencie, gdy ksiądz pił wodę ze studni. Zginął od kul wystrzelonych znienacka przez członków bandy Janosika. Sam harnaś nie przyznał się do dokonania tej zbrodni, ale stwierdził, że do księdza strzelili jego koledzy, Plaucik z Dunajowa i Turjak Huncaga. To morderstwo niewątpliwie przeważyło szalę wyroku sądowego na niekorzyść Janosika i przyczyniło się do skazania go na karę śmierci przez powieszenie na haku. Zabicie proboszcza z Dunajowa, aczkolwiek nie dokonane osobiście przez Janosika, tylko członków jego bandy, zostało jako jedyne przestępstwo przytoczone w sentencji sądowego wyroku, który podkreślił obecność Janosika podczas zastrzelenia księdza. Morderstwo to jest to tym bardziej niezrozumiałe, ponieważ zbójnicy unikali w swojej działalności rozlewu krwi, co podkreślał też Janosik przed sądem. Nasz bohater nie przyznał się też do drugiej zbrodni zarzucanej mu przez sąd, a mianowicie zabicia w 1712 roku syna kowala z Bobrowca. Na to pytanie Janosik nic nie odpowiedział, nie wiemy zatem, kto był sprawcą tego czynu.
W trochę innych kategoriach należy rozpatrywać napady Janosika i jego bandy na hale pasterskie i zabieranie pasterzom owiec, które stanowiły główne pożywienie zbójników. W trakcie tych napadów przeważnie nie dochodziło do przemocy, bowiem pasterze byli często w zażyłych stosunkach ze zbójnikami, a ponadto nieoczekiwana wizyta zbójeckiej bandy stanowiła świetny pretekst do urządzenia zabawy. Co ciekawe, pasterze tłumaczyli potem zaginięcie kilku owiec napadem zbójników. Z lektury zeznań złożonych przez Janosika przed sądem w Liptowskim Mikulaszu wynika ponadto, że sąd interesował się również czarami i zabobonami, oskarżając o nie Janosika i jego towarzyszy.
Pomimo pytań w tym zakresie nie udało się uzyskać żadnej odpowiedzi. Również bez echa pozostały pytania sądu dotyczące bezczeszczenia hostii. Zarzucano zbójnikom, że po dokonaniu kradzieży hostii przybijali ją do drzewa, a następnie po jej przekrwawieniu mieli smarować nią broń w celu jej uodpornienia. Sąd był ciekaw, czy rzeczywiście z hostii płynęła krew i do czego jej zbójnicy używali, ale niestety Janosik na te pytanie nie udzielił żadnych odpowiedzi.
Tyle jesteśmy w stanie powiedzieć na temat zbójnickiej działalności Janosika. Trwała ona niecałe dwa lata, od września 1711 roku do wiosny 1713 roku, kiedy też Janosik został schwytany w Klenovcu i osadzony w więzieniu w Liptowskim Mikulaszu, gdzie oczekiwał na proces sądowy . Rzeczywisty czas dokonywania przez Janosika rozbojów był oczywiście krótszy bowiem okres zimy zbójnicy spędzali zazwyczaj w różnych miejscach ukrywając się przed hajdukami. Zima nie sprzyjała też dokonywaniu rozbojów. Wiemy, że Janosik bywał częstym gościem w Klenovcu u Tomasza Uhorczika, który wiódł tam żywot spokojnego bacy ukrywając się pod przybranym nazwiskiem Marcina Mrowca. Bywał też w rodzinnej Terchovej, gdzie m.in. obdarowywał miejscowe panny zdobyczami z rozbojów. Być może właśnie te prezenty oraz przystojny wygląd Janosika przyczyniły się do jego sławy po śmierci, w odróżnieniu od wielu innych zbójników, których nazwiska przechowały się jedynie w zakurzonych księgach sądowych protokołów.
W dniach 16 i 17 marca 1713 roku w Liptowskim Mikulaszu odbył się sąd nad Janosikiem. Jego przebieg jest nam dobrze znany z zachowanego protokołu. Sąd skazał Janosika na karę śmierci przez powieszenie na haku, który miał być wbity w lewym boku. Oto jego treść w tłumaczeniu:
"Ponieważ wyżej oznaczony Jerzy Janosik, nie bacząc tak na przykazania Boskie, jak i na prawa ojczyste, przed dwoma laty oddał się zbójnictwu i wodzem albo hetmanem takowym się mianował, i że z tymi towarzyszami swoimi na drogach się czając, licznych ludzi z dobytku ograbiał, jako też, co się z jego własnego wyznania okazuje, jego towarzysze, kiedy i on był obecny, pana plebana z Demanicy przestrzelili i bezbożnie zamordowali, jak również i innych, co jest wyżej opisane, złych uczynków się dopuścił: dlatego za te tak bardzo złe uczynki i przekroczenia przykazań ma być na hak w lewym boku wbity i tak dla przykładu innych takich złoczyńców powieszony".
Nie wiemy dokładnie, kiedy został wykonany wyrok na Janosiku. Przyjmuje się, że miało to miejsce następnego dnia, tj. 18 marca 1713 roku. Powieszono Janosika prawdopodobnie w Liptowskim Mikulaszu, gdzie odbywał się jego proces. Śmierć Janosika nie zmniejszyła aktywności innych zbójników. Nadal ten proceder był poważnym problemem dla zapewnienia bezpieczeństwa w Karpatach, a jego ukróceniu nie sprzyjały zarówno warunki naturalne, jak i słabość władz lokalnych, które niejednokrotnie były w zmowie ze zbójnikami. Kręte, górskie drogi stanowiły ulubione miejsce różnego rodzaju napadów nie tylko w XVIII wieku, ale już kilka stuleci wcześniej. Janosik był tylko jednym z licznej rzeszy zbójników uprawiających to rzemiosło nie tylko na terenie Karpat, ale i w wielu innych miejscach.
Jak stwierdził niegdyś Józef Krzyżanowski: "toteż każde nieomal pasmo górskie, każda podkarpacka ziemia w długim łańcuchu Karpat ma swego zbójnickiego bohatera, którego lud darzy sympatią, nadając mu cechy rycerskie i szlachetne i akcentując częstokroć społeczny walor jego czynów".
Władysław Skoczylas: Pochód zbójników.
Drzeworyt na gruszce, 1919, 29.5 x 25.0 cm.
Władysław Skoczylas: Taniec zbójników.
Drzeworyt na gruszce, 1919, 22.6 x 29.5 cm.
Władysław Skoczylas: Zbójnicy ze skarbem.
Drzeworyt na bukszpanie, 1918, 15.7 x 19.7 cm.
Dr hab. Stanisław A. Sroka, historyk-mediewista, jest wicedyrektorem Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się historią Europy Środkowej ze szczególnym uwzględnieniem stosunków polsko-węgierskich w Średniowieczu. Jest członkiem Komisji Polsko-Węgierskiej Polskiej Akademii Nauk i Komisji Środkowoeuropejskiej Polskiej Akademii Umiejętności. Jest autorem m.in. książki pt. Janosik. Prawdziwa historia karpackiego zbójnika. Wyd. Homini, Kraków 2004, 93s.
Teksty o podobnej tematyce zamieszczone w Zwojach:
- Stanisław Woźnicki: Kreskowy rytm duszy polskiej (O drzeworytach Władysława Skoczylasa), Zwoje 5/9, 1998
|
|
|
|
|
|
|