Na śmierć Lechonia
O świcie nagle wyjęto z ram
spopieloną zieleń
Niebo spłynęło w otwarte jamy ścian
Runęło z domem
Przywalonym gryzącym dymem
Pozostali umarli
w sąsiedztwie wysokich ptaków
kreślących skrzydłami zatoki śmierci
Z oczu umarłych sypie się żółty piach
jak z klepsydr –
O świcie załzawionym pustka wypływa z okien
głuche milczenie i strach
w którym lata na proch nas starły
W sąsiednim domu stukają na alarm
– s.o.s. rozbitków rzuconych w pustkę
Ale rozpacz jest szybka
już nas dopadła –
podmywa
Żałobnym ptactwem w niebo biją klątwy i krzyki
i widma plamiące ludzką pamięć
jak chusta
świętej Weroniki
Nad snami Starców – ręka bezowocnej śmierci
gdy noc barami w jałowy dom się wparła
W świszczącym oddechu wpadniętej piersi
wygnańca na przedmieściach obcych stolic
jałowa noc pokrywa resztki snów umarłych
– wyrwanych z tkniętych paraliżem dłoni
W nierównym tętnie fabrycznych olbrzymów
szeleści łowiecka sieć pająka;
nim nas przysłoni śmiertelnym całunem –
porazi pamięć – ubezwładni
i gdy noc już dobrze cierpieniem nasiąknie
– pozwoli bezowocnie zginąć
Widziałem tę śmierć z wysoka
chwytającą was za gardła
W urnach wyschniętych czaszek
przesypywały się żywe prochy
bo żyliście jeszcze
a już nie żyli
mówiący językiem martwych
myślący coraz zawilej
Mówiono – Tęsknota
trąbiono do Czynu
ale dźwięki były fałszywe
słowa zgrzytały jak piasek
w zapienionych ustach
ludzi jeszcze żyjących
a już nie żywych
Widziałem tę śmierć z wysoka
dymiła z rumowisk idei
Nie chciałem taką śmiercią umierać
więc runąłem jak u Norwida
fortepian trumna
Niech serce pęka wysokim tonem
zerwanej struny.
Kultura, 9/107, 1956, Paryż.
|