27 marca 2006 r. zmarł Stanisław Lem.





PO ŚMIERCI STANISŁAWA LEMA





KRZYSZTOF T. FIAŁKOWSKI





Stanisłwa Lem, 2005,
(fot. Mariusz Kubik)



I.   CZEGO NAUCZYŁ NAS LEM?

Ktoś może żachnąć się na postawione w tytule pytanie. Przecież Stanisław Lem nie był uczonym, nie pełnił też żadnej ważnej funkcji państwowej, ani społecznej. Był "tylko" pisarzem i publicystą, choć jego dorobek klasyfikowany jest w innych krajach jako ważny przyczynek do filozofii współczesnej. Niemniej będę się upierał, że dla pokoleń Polaków Lem był bardzo ważnym nauczycielem, a dla mojego pokolenia – urodzonych podczas wojny, wychowywanych w stalinowskim PRL-u – jednym z najważniejszych.

Nie zamierzam tu wyliczać dziesiątków zjawisk dzisiejszego świata, które Lem przewidział, bo nie chodzi tu o to, że przygotowywał nas On do zmian, które nadchodzą. Każde społeczeństwo jest i tak nieodmiennie zaskakiwane takimi zmianami i dopiero po fakcie przypomina sobie: "ach, przecież ktoś nam to już zapowiadał". Uważam, że waga twórczości Lema wynikała głównie z innego faktu.

Lata stalinowskie były czasem tak groźnym nie tylko dlatego, że odebrano nam swobody obywatelskie, że nawet bezczynność nie zabezpieczała nikogo przed losowo spadającymi represjami, ale dlatego, że próbowano nas zniechęcić do samodzielnego myślenia. Mieliśmy czytać tylko książki upewniające nas w słuszności jedynej właściwej ideologii, przekonujące – niekiedy bardzo skutecznie – o nieuchronności biegu historii, prowadzącej wszystkich do nowego, wspaniałego świata komunizmu. Dawna literatura, stosownie przesiana, miała stopniowo odchodzić i odgrywać coraz mniejszą rolę, a nowe książki wydawano po uważnej cenzurze. Jak to się więc stało, że powieści i opowiadania Lema, pozornie zgodne z wymaganiami ideologicznej ortodoksji, wychowały młodych ludzi gotowych do kontestacji zastanej rzeczywistości?

Myślę, że można odpowiedzieć na to pytanie krótkim, ale naprawdę trafnym zdaniem: bo On uczył nas myśleć. Nawet w Jego wczesnych powieściach, opisujących podróże gwiezdne organizowane przez rządzących na całej Ziemi komunistów, występowali ludzie żywi, gotowi do poświęceń, ale nie wolni od wątpliwości, a przede wszystkim myślący i uznający prawa innych do samodzielnego myślenia. A z czasem Lem rozwijał i swoje umiejętności pisarskie, i wizję Człowieka, któremu żadna władza nie odbierze zdolności myślenia i (choć pozornie ograniczonego) kierowania własnym losem.

Przez ponad pół wieku powstawały kolejne książki Lema, a czytali je nie tylko uczniowie i studenci, ale coraz szersze rzesze dojrzałych czytelników. Wielu miało Mu za złe, że nie porzuca "getta" fantastyki naukowej, że po Szpitalu Przemienienia nie powrócił już do tematyki współczesnej. Ale przecież świat przyszłości z powieści Lema to ten sam świat, w którym my żyjemy, "tylko trochę później". Piloci rakiet kosmicznych muszą zmagać się z tymi samymi problemami, które znali marynarze Conrada i piloci Saint-Exupery’ego. A my, czytając książki Lema, na nowo przeżywamy te same rozterki. Nie wątpię, że lektura tych książek będzie udziałem jeszcze wielu pokoleń.


Krzysztof Fiałkowski
Tygodnik Powszechny 15 (2961), 9 kwietnia 2006.




II.   CZY LEM KPIŁ Z NAUKI, CZY Z UCZONYCH?

Pytanie zawarte w tytule może zaskoczyć tych, którzy nie znają dobrze twórczości Lema, a zapamiętali encyklopedyczną definicję literatury science-fiction jako "literatury, w której konstrukcję świata przedstawionego uzasadniają wyjaśnienia o charakterze naukowym" 1). Zatem pisarz science-fiction winien wielbić naukę jako ostateczną instancję objaśniającą świat i rozwiązującą wszystkie jego problemy. Te uwagi nie są gołosłowne: przez całe życie Lem cierpiał spotykając się z dziennikarzami, którzy a priori zakładali, że musi on być technokratą ufającym bezgranicznie nauce i technice, że musi on wierzyć w nieograniczony postęp nauki i techniki, który zapewni w przyszłości ludzkości trwałe szczęście i dobrobyt.

Tymczasem Lem już od początku swojej twórczości dał się poznać jako sceptyk, który nawet w sterowanych przez cenzurę utopiach, ukazujący szczęśliwy świat zwycięskiego komunizmu, powtarzał cicho: "tak, ale...". Nawet genialni uczeni z Obłoku Magellana popełniają głupie błędy, prowadzące do śmierci młodego człowieka, zarażonego nierozpoznaną chorobą, a później do śmierci całej eskadry pilotów, których rakiety niszczy obca cywilizacja w przekonaniu, że broni się przed niesprowokowanym atakiem. A w kolejnych utworach błędy i wręcz głupota uczonych stają się niemal leitmotivem.

W pierwszej serii Dzienników gwiazdowych z 1957 roku znajdujemy Podróż dwudziestą drugą w której Ijon Tichy na planecie Andrygonie wysłuchuje tamtejszego maturzysty, tłumaczącego wyczerpująco, dlaczego życie na Ziemi jest niemożliwe. Na nieśmiałe protesty Ziemianina egzaminatorzy stwierdzają z oburzeniem, że gdyby Ziemia naprawdę była zamieszkała, stanowiłoby to zboczenie natury. W Podróży dwudziestej piątej temat ten jest rozwinięty: uczony Flament z "gorącej, półpłynnej planety" wyjaśnia swoim młodszym kolegom, dlaczego nie może istnieć życie oparte na białku, rozwijające się w temperaturach niższych niż kilkaset stopni i korzystające zaledwie z dwu, a nie pięciu płci.

Można oczywiście stwierdzić, że Lem krytykuje tu tylko konserwatyzm instytucjonalnej nauki, a przy tym działa niejako pro domo sua, broniąc prawa autorów do tworzenia światów bardzo różnych od naszego. Jednak w opowiadaniach Ze wspomnień Ijona Tichego dostaje się także odkrywcom i nowatorom. Profesor Corcoran konstruuje "skrzynie", w których imituje losy ludzkie dla sztucznych inteligencji nieświadomych swojego sztucznego charakteru. Dumny ze swego osiągnięcia stawia pytanie: czy "możliwe jest i to, że właściciel zakurzonego laboratorium, w którym MY stoimy na półkach, sam jest też skrzynią, którą zbudował inny, wyższego jeszcze rzędu uczony"?.

Jeśli czytelnikowi spodoba się ten pomysł (wyprzedzający o trzydzieści lat Matrix!) sam Lem natychmiast dezawuuje go w opowiadaniu Doktor Diagoras, którego bohater kopię tegoż profesora Corcorana umieszcza w zegarze z kukułką, wykpiwając jego pomysły jako "zręczną imitację, nic więcej". Sam Diagoras tworzy sztuczne istoty nieograniczone podobieństwem do człowieka i odkrywa, że ich pierwszym odruchem jest próba wyzwolenia. Nie jest jednak świadomy faktu, że istoty te używają swojego twórcy jako narzędzia. A więc od śmieszności nie broni ani rutyna, ani nowatorstwo, ani odtwarzanie natury, ani próba tworzenia nowego?

Uczeni, których spotyka Tichy, są ludźmi. Nie lepiej wypadają uczeni – roboty z Bajek robotów i Cyberiady. I wtedy, gdy Trurl odnosi sukces, konstruując Elektrybałta, i wtedy, gdy ponosi klęskę jako twórca maszyny, dla której dwa razy dwa równa się siedem, wynik jego pracy jest bezwartościowy; nie lepiej jest z elektronicznym przyjacielem Automateusza. Nawet zwycięstwa uczonych nad brutalną siłą w Siedmiu wyprawach Trurla i Klapaucjusza nie są apoteozą nauki, ale raczej wskazaniem, że są na świecie rzeczy jeszcze bardziej godne wykpienia: armie, królowie, dwory i urzędnicy.

Ale Dzienniki gwiazdowe i Bajki robotów to utwory z założenia satyryczne, choć ich humor czasem bywa gorzki, jak we wspomnianych już tu Wspomnieniach. Jak odnosi się Lem do uczonych i nauki w swoich "typowych" powieściach science-fiction? Oczywiście są oni zwykle bohaterami pozytywnym, a ich "przygody intelektualne" są często ważnym elementem powieści. Nawet postacie drugoplanowe, jak doktor Lauda z Niezwyciężonego czy Snaut z Solaris zostają trwale w pamięci, a bezimienni bohaterowie Edenu przy całym swoim zróżnicowaniu są nam bliscy i sympatyczni. Można więc odnieść wrażenie, że Lem wykpiwał uczonych tylko w formach humorystycznych, a traktował ich z większą atencją w „poważnych” powieściach. Byłoby to jednak wrażenie złudne, bo zaprzecza mu lektura powieści, której jedynymi bohaterami są uczeni – Głosu Pana.

Przypomnijmy, że fabuła tego utworu nie jest oryginalna: przekaz obcej cywilizacji stanowiący "instrukcję konstrukcji" opisywali już np. Elliot i Hoyle w Andromedzie. Jednak Lem użył swojej ogromnej wiedzy o historii "Manhattan Project" – budowy amerykańskiej bomby atomowej – aby stworzyć realistyczny obraz społeczności uczonych zaangażowanej do udziału w grze, której stawką może być los ludzkości. Obraz ten nie jest bynajmniej pochlebny. I narrator, genialny matematyk, i jego przyjaciele bez specjalnych skrupułów oddają swoje zdolności i wiedzę manipulującym nimi urzędnikom, którzy tworzą dwa nieświadomie konkurujące ze sobą zespoły.

Dopiero odkrycie, że "recepta z Kosmosu" wydaje się zawierać przepis na superbroń, pobudza narratora i jego przyjaciela do zatajenia informacji i samotnych badań, które kończą się antyklimaktycznie: okazuje się, że "nadawca zabezpieczył przesyłkę" i broń jest w istocie bezwartościowa. Co zrobiliby bohaterowie, gdyby groźba zagłady ludzkości przez wykorzystanie tej broni była realna? Lem nie każe im przejść takiego egzaminu, ale można wyczuć jego sceptycyzm. Gdyby ludzkość mogła źle wykorzystać dar z Kosmosu, z pewnością zrobiłaby to. Uczeni z Głosu Pana nie tylko nie są ideałami, ale wręcz można powiedzieć, że prezentują wszystkie typowe wady występujące w społeczeństwie.

Większość krytyków analizujących twórczość Lema uważa, że w jego wczesnych utworach dominuje jednak stereotyp szlachetnego uczonego, dbającego o postęp nauki i dobro ludzkości bardziej niż o własną karierę, a niekiedy nawet bardziej niż o własne życie. Dopiero analiza roli nauki w XX wieku miała spowodować wzrost sceptycyzmu autora i większy krytycyzm wobec uczonych. Diagnoza taka nie wydaje się jednak być zgodna choćby z treścią jednego z pierwszych tekstów Lema, którego wyłącznymi bohaterami są uczeni: podwójnego opowiadania Topolny i Czwartek ze zbioru Sezam. Wprawdzie w tym opowiadaniu samotny asceta Topolny, poświęcający dnie i noce nauce, odnosi wielki sukces rozwiązując problem bezpiecznego źródła energii jądrowej i, jak przewiduje jego szef "pomniki będą mu stawiać", a erudyta i konformista Czwartek wygłupia się przed tymże szefem uwierzywszy w nadprzyrodzony charakter zaobserwowanego zjawiska, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że Lem napisał tak wyłącznie "dla pokrzepienia serc ludzkich". Chwila zastanowienia pozwala każdemu czytelnikowi na uświadomienie sobie, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto zaniedbujący inne obowiązki w pogoni za szczęściem ludzkości Topolny straciłby pracę po kilku latach bezowocnych badań, a skrupulatny przyczynkarz Czwartek awansowałby regularnie i doszedł do najwyższych godności akademickich. Chyba jednak Lem już bardzo wcześnie stracił złudzenia na temat "wyjątkowości" uczonych...

Zatem Lem nie miał dobrej opinii o uczonych, choć może wolał ich od wojskowych lub polityków. Czy lepiej myślał o samej nauce? Znów wypada wrócić do przygód Tichego i robotów. W wielu wersjach powtarza się wizja cywilizacji, która może wszystko – i używa swojej wszechmocy fatalnie, albo w najlepszym razie rezygnuje z niej, jak "enefercy", przedstawiciele najwyższej fazy rozwoju, leżący na plaży i odmawiający wszelkiego kontaktu z przybyszem. Zatem postęp naukowy, zdolny do przetwarzania świata i samej ludzkości, nie stanowi żadnej gwarancji "postępu społecznego", jeśli w ogóle takie pojęcie jest sensowne.

Ale to nie ostatni zarzut, jaki Lem ma wobec nauki. Jak przystało na twórcę science-fiction, chciałby, aby nauka umiała zrozumieć i opisać także i inne cywilizacje, ale w to nie wierzy. Swoje credo przedstawił w Solaris w formie streszczenia fikcyjnej broszury Grattenstroma, której autor dowodził, że w najbardziej abstrakcyjnych tworach ludzkiego umysłu są ślady "naszych zmysłów, budowy naszego organizmu, ograniczeń i ułomności zwierzęcej fizjologii człowieka". Zatem "o żadnym kontakcie człowieka z nieczłekokształtną, ahumanoidalną cywilizacją nie może być i nigdy nie będzie mowy".

Podsumujmy: nauka nie może nam zapewnić prawdziwego postępu, rozumianego jako konstrukcja sprawiedliwego i szczęśliwego społeczeństwa, nie może też przygotować nas na kontakt z naprawdę obcą cywilizacją. Uczeni zaś dzielą z resztą społeczeństwa wszystkie wady i przywary, niekiedy w stopniu wyższym niż przeciętny. Przede wszystkim zaś są niemniej śmieszni, niż reszta społeczeństwa. Nie powinni więc traktować się zbyt serio, choć powinni rzetelnie wykonywać swoją pracę, a przy tym nie powinni działać wbrew sobie i swojemu sumieniu. To jest lekcja, którą zostawił nam Lem – i lepiej, abyśmy się do niej stosowali.


Krzysztof Fiałkowski
Kraków, 10 kwietnia 2006.




Przypisy:
  1. Nowa Encyklopedia Powszechna PWN, 1996.   (powrót)




Teksty o podobnej tematyce zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2006 Zwoje