W minione w ubiegłym roku stupięćdziesięciolecie śmierci Adama Mickiewicza, zamieszczamy znakomity artykuł Profesora Tymona Terleckiego opublikowany 50 lat temu z okazji stulecia śmierci Adama Mickiewicza. – AMK
ŚMIERĆ PATETYCZNA
TYMON TERLECKI
I Mickiewicz umarł 26 listopada 1855 w Konstantynopolu.
Dwaj towarzysze ostatniej podróży i dwaj świadkowie śmierci byli pod wrażeniem jej niespodzianości i nagłości. W dwa dni potem Henryk Służalski pisał do ks. Adama Czartoryskiego: "Nie była to choroba, ale piorun". To samo stwierdzał Armand Lévy w liście do syna poety, Władysława, z 3 grudnia: "Ojciec wyrwany spośród nas jakby uderzeniem pioruna".
Z tą asocjacją obrazową łączy się inne skojarzenie – śmierci na polu bitwy. Nazajutrz po wydarzeniu Służalski i Lévy w takich słowach donosili o nim ambasadorowi angielskiemu, wszechmocnemu lordowi Stratford de Redcliffe of Canning:
"w chwili gdy wydawał ostatnie tchnienie, pewien pułkownik polski wymienił nazwisko Byrona. I rzeczywiście umarł jak wasz Byron, którego geniusz tak dobrze pojmował i o którym kiedyś powiedział: «Jeśli Byron zasłużył na to by dać imię poezji swego wieku, to tylko dlatego że czuł iż na to, aby być poetą, należy najpierw upoetycznić swą duszę, to znaczy wziąć czynny udział w wielkich przedsięwzięciach, do których zapalają się współcześnie szlachetne serca, ludzie i narody». Mickiewicz postąpił jak Byron: przybył jak tamten umrzeć na Wschodzie za sprawę słuszną.Tym, który złączył śmierć pod Missolonghi ze zgonem w Konstantynopolu mógł być płk Hipolit Kuczyński, Skinder-bej, szef sztabu Menekli Ahmeda-paszy, wodza Arabów, lub płk Emilian Bednarczyk, powstaniec listopadowy, uczestnik walk w latach 1848 i 1849, kilkakrotny emisariusz demokratyczny do kraju – raczej ten pierwszy, bo o drugim wiadomo że fatalnego dnia sam był chory, załamał się pod wrażeniem śmierci Mickiewicza i położył się na kilka miesięcy.
Do skojarzenia, które uderzyło przytomnych świadków tragedii, dołącza się przypomnienie dwu innych, bliższych nam nazwisk i losów: Charles Peguy i Antoine de Saint-Exupéry. Pierwszy padł 5 września 1914 pod Villeroy, o dwadzieścia kilka kilometrów przed Paryżem, od strzału karabinowego w skroń, dowodząc w ataku 276. kompanią piechoty u wstępu bitwy nad Marną. Drugi, major lotnictwa, ochotnik w 2/33 grupie śródziemnomorskich sił lotniczych, 31 lipca 1944 nie wrócił z rozpoznawczego lotu bojowego nad Sabaudię, kraj swoich lat dziecinnych, przepadł bez znaku i śladu. Te zgony zamknęły klamrami dwa życia i dwa działania literackie. Oba były niejako śmierciami z wyboru i z wyzwania.
Podobny patos ma śmierć Mickiewicza w Konstantynopolu.
II
Adam Mickiewicz, około 1840 r.,
Stara fotografia dagerotypu, już od dawna nie istniejącego.
Nic tej śmierci nie zapowiadało, brak jej też znamion konieczności. Umierając Mickiewicz liczył lat 57. W maju ostatniego roku pisał do Konstancji Łubieńskiej-Wodpolowej: "Wprawdzie zdrów jestem, tylko czuję się wstrząśniony i strudzony". Poruszyła go ostatnia, długotrwała, ciężka choroba żony i jej śmierć (5 marca 1855). Miał za sobą okres ciężkiej walki o byt, bolesnych rozczarowań, konfliktów sumienia i komplikacji rodzinnych. Lata między rozwianiem się "Wiosny Ludów" i zamknięciem Trybuny Ludów a śmiercią należą do najciemniejszych w jego życiu, najbardziej zawiłych i trudnych. Zaznaczyły się one przede wszystkim w wyglądzie zewnętrznym poety. Walerian Mrowiński, później ksiądz, w r. 1855 student, tak go zobaczył i opisał: "Twarz miał bladą, znękaną, która w otoczeniu siwych, długich, w nieładzie rozrzuconych włosów wydawała się o wiele starszą aniżeli mówił wiek poety". Jeszcze ostrzej wyraził to wrażenie portrecista Wojciech Stattler: "Taki wyraz miał na twarzy, jakby było napisano: posłannictwo jego się skończyło".
Ale przyjrzawszy się z bliska i trzeźwo tym latom, trzeba odrzucić pogląd, że wyjazd z Paryża był aktem desperackim, że zgon w Konstantynopolu był "katastrofą", czymś w rodzaju samobójstwa. W mrocznym, wilgotnym, zimnym pokoiku na Papas Kiprusz w dzielnicy Kalendżi-Oglu umierał nie "un poète manqué", człowiek przegrany. Przeciwnie, kładł tam ostatni akcent, znak zamknięcia ktoś, kto był wierny sobie i swoim nakazom wewnętrznym, intuicjom i przeświadczeniom.
Rozważywszy wszystko bez uprzedzenia, należy również odeprzeć sugestię, że podróżnik konstantynopolitański był to polityczny Jean de la lune, polityczna quantité négligeable. To prawda, Mickiewicz umierał z poczuciem bolesnej porażki, ale to również prawda, że w stygnących rękach trzymał możliwości działania, możliwości wpływu na bieg spraw polskich. Z owego sześciolecia czy siedmiolecia między ostatnim wybuchem inicjatywy: legionem włoskim i Trybuną Ludów a śmiercią należy odliczyć co najmniej trzy lata, które nie były bynajmniej jałowe. W tych latach mistyk, ojciec obciążony odpowiedzialnością za sześcioro dzieci, człowiek zaplątany w zawiłości uczuciowe – działa politycznie. Jest pozycją w życiu emigracyjnym. Jest czynnikiem kształtującym to życie. Gorący a trzeźwy wyrywa się do działania, ale je skrupulatnie obmyśla, starannie waży, z kim działać! I z kim się związać. Ostatni akt, wyjazd na Wschód, ma znamiona decyzji politycznej, decyzji człowieka wprzęgniętego w politykę, nie ma w sobie nic ze zrywu desperata.
W r. 1853 Mickiewicz wpisał Edwardowi Rastawieckiemu oryginalną cytatę z Ajschylosa, kończącą się słowami: "...Bóg da dobry koniec". Wybuch wojny krymskiej stał się dla niego nowym sygnałem nadziei. Uznał tę wojnę za możliwość, której nie wolno przeoczyć lub zlekceważyć. Jak w r. 1833 i 1848, zdeklarował się jako skrajny aktywista, zwolennik działania bez względu na okoliczności. "Potrzeba wywołać zbrojno Polskę i strzec jej godności, jej niepodległości; o ile jest w naszej mocy, o tyle zdobywaną i bronioną być powinna, nawet gdyby i gwarancji jej bytu nie dawano" – te słowa pochodzą z lata 1855, ale niewątpliwie wyrażają nastawienie Mickiewicza od początku wojny krymskiej.
Od tej chwili dla oceniających rzecz w podobny sposób staje się on partnerem pożądanym i poszukiwanym. Wśród sprzyjających okoliczności zewnętrznych i wewnętrznych nie porusza się po omacku. Przeciwnie: działa bardzo świadomie i ostrożnie, według własnej busoli, którą trzyma mocno w ręku i na którą patrzy bezustannie. Aż zdumiewa jego chłodna trzeźwość, jego zdolność taktyczna, gdy się go widzi w ruchu między dwoma obozami czynu: Hôtel Lambert i Kołem Polskim, odszczepionym od londyńskiej centralizacji Polskiego Towarzystwa Demokratycznego.
Motywem przewodnim jest jedność, jedność wszystkich odłamów myśli politycznej, wszystkich potencjalnych sił ludzkich, zdolnych zaważyć na rozgrywających się wypadkach: "Trzymajmy rzecz czysto narodową a co jest dobrego we wszystkich stronnictwach, pójdzie na koniec tam, gdzie zobaczy bezinteresowność i braterstwo". Ten ton zabrzmi jeszcze w mowie pożegnalnej, na obiedzie w Tour d'Argent, 11 września 1855: "Tylko wystrzegajmy się wprowadzać kwalifikacji: to polskie, to kozackie, to katolickie, to tureckie, to arystokracja, to demokracja, bo już skoro służą Polsce i biją się za nią, pozostanie tylko szablokracja". Już jesienią 1853 w mieszkaniu Mickiewicza, w bibliotece Arsenału, odbywa się spotkanie między przedstawicielem obozu arystokratycznego Władysławem Zamoyskim i Józefem Wysockim, przedstawicielem tej części obozu demokratycznego, która postanowiła wystąpić czynnie na rzecz sprawy polskiej. Na tym spotkaniu Zamoyski zajął stanowisko nieprzejednane, co miało zaważyć na stosunku Mickiewicza do niego w ostatnich miesiącach życia. Ale i od razu – jak donosił demokrata Karol Brzozowski – "Mickiewicz wziął naszą stronę i wystąpił z całą energią i potęgą poezji i świętością uczuć serdecznych gorącego Polaka". W maju następnego roku, inny demokrata, Seweryn Elżanowski, pisał do Wysockiego: "Pan Adam chciałby... uważać rozdwojenia emigracyjne za niebyłe i na drodze taktycznej działać i dzielić się, jeśli potrzeba; byłoby to dobrowolnym zapomnieniem przebytych doświadczeń".
Adam Mickiewicz, około 1850 r.
Według portretu Franciszka Tepy (1829-1889).
Raz po raz Mickiewicz występuje jako mediator. Pośredniczy między demokratami a Czartoryskim w sprawie utworzenia komitetu jedności, którego domagali się posłańcy z kraju. Bierze udział w ponadpartyjnym komitecie funduszowym. Wiosną 1854 towarzyszy Ludwikowi Mierosławskiemu w rozmowach z bratem stryjecznym cesarza, księciem Napoleonem, w sprawie legionu, na którego czele miał stanąć Wysocki. Z tego czasu pochodzi podany Napoleonowi III za pośrednictwem księcia zdumiewający memoriał o... strategicznym położeniu Rygi.
Drugi motyw działania Mickiewicza stanowi determinacja bardzo realistyczna: jeśli jedność jest niemożliwa do osiągnięcia, stanąć przy tym, kto ma wolę działania i siłę. Początek roku 1855 zagęścił się od wydarzeń: umarł satrapa Mikołaj I: wojna koalicji przeciw Rosji przybrała na sile; Wysocki wrócił z Turcji nie osiągnąwszy niczego; Mierosławski okazał się bardziej egotyczny i nieodpowiedzialny niż kiedykolwiek; rządy zaangażowane w walkę z Rosją uznały Hôtel Lambert za jedyne przedstawicielstwo polskie; wymierną, konkretną siłą okazała się formacja Kozaków stworzona przez byłego przedstawiciela Hôtel Lambert na Wschodzie Michała Czajkowskiego.
W tym stanie rzeczy Mickiewicz, który zaczął ostatni okres swojej działalności jako partner demokratów, kończy jako "człowiek Czartoryskich". Bierze udział w poufnych naradach (dokumenty pozwalają przypuszczać, że jest poinformowany o tajnej misji wysłannika z kraju Ryszarda Bielickiego – "Beckmana"), 11 maja 1855 towarzyszy staremu księciu na audiencji u cesarza Napoleona III, dostarcza materiałów i komentarzy do operatów dyplomatycznych, dołącza – według słów Ludwika Zwierkowskiego – "urocze imię i życzliwe chęci" do działań Hôtel Lambert. Ten obóz w pełni docenia, czym jest pozyskanie poety. "Trzeba, aby pakt Mickiewicza z naszą polityką, z naszą przewodniczącą Rodziną – pisze wspomniany Zwierkowski – uderzył imaginację Emigracji i kraju, rozstroił robótki menerów i pokrzepił politycznych przyjaciół księcia".
Podróż do Turcji doszła do skutku dzięki staraniom Czartoryskiego i za pożyczone od niego pieniądze. Jej istotnym celem było pośredniczenie tym razem między ludźmi z jednego obozu: Czajkowskim i Zamoyskim. Gdy ta misja nie powiodła się, Mickiewicz szuka nowej kombinacji siły: zbliża pokłóconego z czartoryszczyzną Czajkowskiego do demokratów.
I gdzie w tym wszystkim polityczny Jean de la lune?
III Inna rzecz, że nurt działania politycznego miał u Mickiewicza swój utajony prąd religijny. Byłoby to pospolite prostactwo umysłowe uważać, że nie mogą one płynąć jednym łożyskiem. Bergson mówił, że religia jest w zasadzie działaniem. Hagiografia dostarcza w Teresie z Avili przykładu świętości najbardziej ekstatycznej, zdolnej do najwyższych wzlotów, połączonej z działaniem, które wymagało wszystkich talentów dyplomatycznych i taktycznych, woli i przemyślności, odwagi i uporu.
Cały ostatni okres życia poety znamionuje wzmożenie religijności. "Podczas choroby swojej żony – świadczy Bohdan Zaleski – i po jej śmierci skruszył się był na duchu i spobożniał. Spotykałem go często z mokrymi oczyma modlącego się w domu i w kościele". Akcent religijny brzmi wyraźnie w mowie pożegnalnej z 11 września 1855; mowa tam o emigracji, jako "zawodzie apostolskim", jako "zakonie". Przed wyjazdem do obozu wojskowego w Burgas, Mickiewicz modli się w kościele św. Benedykta [w Stambule]. O przedostatnim dniu życia Lévy zanotował: "Rozmowa, jak to najczęściej bywało, dotykała ciągle zagadnień wzniosłych, religijnych". Strzępy i echa tych rozmów zachowały się w zapiskach wiernego towarzysza: "Człowiek nie może żyć bez religii. a są prawdy religijne, od których poszukiwania uwolnić się nie może".
Potrzeba działania wynikała u Mickiewicza z jego organizacji religijno-moralnej. Stąd wcześnie ujawniła się w nim jedna z osi osobowości, może jej oś główna: dialektyka działania i słowa. Można ją śledzić przez cały ciąg życia. Oto dwa sformułowania z roku 1842: "Przyszedł czas, że natchnienie musi być czynem a czyn natchnieniem, bo w dziele Bożym, jak w piorunie, uderzenie jest jedno, między błyskawicą a ciosem nie masz rozdziału." (przemówienie na dzień 3-Maja). "Czas, bracie, robić poezję. Tym tylko zwyciężymy wszystkich poetów, a o ile zrobim, o tyle zdołamy zaśpiewać..." (list do Aleksandra Chodźki).
W ostatnim okresie ta dialektyka osiąga bodaj najwyższe natężenie, ma charakter wyraźnie religijny i etyczny. Jak w stosunku: wiara-uczynki, działanie praktyczne jest tu dopełnieniem słowa i jego uwierzytelnieniem. Dopiero łącznie tworzą one pełnię osobowości. Dopiero łącznie harmonizują jednostkę z czasem, w którym żyje. Można by na poparcie tego rozpoznania przytoczyć całą antologię cytatów. Oto kilka najbardziej znamiennych i wymownych. Słowo o Napoleonie: "Był on naprawdę słowem epoki, słowem żywym, zawsze poprzedzonym lub potwierdzonym przez działanie"; "Jest czas mówienia i czas działania. Za Ludwika Filipa należało mówić... ale przy grzmocie armat nie mówi się"; "Ludwik Napoleon pokazał, że nie wystarczy mówić i pisać, że trzeba działać. Dał nam lekcję konieczności działania. Republikanin mówi: «Lud zdziała», tak jak mistyk mawiał: «Bóg zdziała». Jest to wygodny sposób dyspensy od działania. Tymczasem nic nie dzieje się na tym świecie inaczej, jak przez działanie jednostek". "Dziś najwyraźniej przyszedł na poetów czas budowania z ostruganych przez nich belek, ociosanych głazów i wypalonych cegieł"...
W działaniach ostatniego okresu i w wyjeździe po śmierć tkwi jeszcze jeden akt buntu przeciw Towiańskiemu, przeciw mistycyzmowi bierności. Nazwisko głównego towiańczyka, płk. Karola Różyckiego, raz po raz zjawia się w myślach, rachubach, planach Mickiewicza: jego osoba jako domniemanego dowódcy całości sił polskich w Turcji jest realną możliwością zamknięcia rywalizacji między Czajkowskim a Zamoyskim. Ta możliwość zawiedzie. Ale Mickiewicz – religijny, mistyczny aktywista – nie przestaje być towiańczykiem i umrze jako towiańczyk. "Idee pana Andrzeja – mówił do Lévy'ego na dwa dni przed śmiercią – są prawdziwe; nie godziliśmy się ze sobą tylko w kwestii zastosowania ich". "Co mnie oddziela od pana Andrzeja i pułkownika Różyckiego to to, że oni dla celu doskonałego chcą działać tylko przez środki doskonałe. A że doskonałość nie jest z tego świata, odraczałoby to siłą rzeczy działanie w przyszłość nieokreśloną".
Mickiewicz całe życie namiętnie zgłębiał zagadnienie stosunku między religią i polityką. Uważał politykę za organ, za objaw uczucia religijnego. Stawiał znak równania między religią a kulturą. Głosił przekonanie, że religia powinna przeniknąć w najszerszy zakres życia, przeistoczyć go i ukształtować na nowo. "Już czas – mówił do Lévy'ego – żeby religia przybrała charakter męski, rozwinęła w nas coś więcej, niż cnoty indywidualne i domowe, pchnęła nas do wielkich działań narodowych. Chrystianizm uświęcił jednostkę, dzisiaj winien on uświęcić narody, które winny żyć ze sobą po chrześcijańsku, tak jak to czynią stowarzyszenia, rodziny i ludzie poszczególni". Jeszcze bardziej wymowne jest inne odezwanie się do tego samego słuchacza; zawiera ono program cywilnej, świeckiej świętości: "Religia uświęciła jednostkę, teraz powinna uświęcić narody. Nie o to idzie, aby obalać świętych dawnych czasów, tylko żeby uczcić również świętych męczenników czasów nowych, bo gdy jedni nas uczą drogi wyrzekania się, wyzbycia się osobistego, to drudzy nas przyciągają ku sobie, zachęcają, by iść ich śladami, po ścieżce, gdzie się cierpi i gdzie się umiera za ojczyznę".
I jeszcze jeden motyw par excellence religijny tkwi w postanowieniu podróży na Wschód: wiara w wartość żywego przykładu. Brzmi ten motyw w rozstrzygającej rozmowie ze Zwierkowskim w lecie 1855 i wraca w rozmowie z Kuczyńskim na kilka godzin przed śmiercią: "...skoro by ujrzeli, że ja ze zbielałą głową ale gorącym sercem idę tam, gdzie ono mi wskazuje równie jak rozum, już nie wyższy, ale po prostu chłopski rozum, że Polskę znaleźć można, a zatem szukać jej należy, to by młodzi i zdolniejsi, bo są żołnierze, nie śmieli może dłużej gnić, jeśli nie co gorzej, a nie spełniać świętego obowiązku. Inaczej odzywać się do emigracji nie można, tylko skoro bym sam poszedł gdzie należy" (do Zwierkowskiego); "...każdy z emigrantów polskich powinien brać udział w tej wojnie... Ja w tym przekonaniu opuszczałem Francję; powiedziałem ja sobie, gdybym wiedział, że w Turcji gdzieś mam umrzeć na cholerę, jadę jednak, bo tam jest dziś moja powinność; wolę bowiem być pisarzem w jakimś pułku Kozaków polskich niż kanclerzem Instytutu Francuskiego." (do Kuczyńskiego).
W tym świetle całe działanie polityczne Mickiewicza w ostatnich latach i podróż do Turcji zamknięta śmiercią jest poszukiwaniem wzniosłości. Jest w nim coś z tego, co św. Teresa Wielka nazywała "aktem heroicznym". Spełnia on jej własny postulat: "Todo lo hace aventurar la vida (Rzucić w grę życie – w tym jest wszystko)".
Adam Mickiewicz, 1850 r.
Rysunek Cypriana Kamila Norwida.
IV Nie jest to jedyna dwoistość leżąca u dna ostatnich miesięcy, dni i godzin przeżytych przez Mickiewicza. Gdy się je ogląda z oddalenia, wyraźnie przewija się w nich światłocień życia i śmierci, planów na daleką przyszłość i przeczuć bliskiego końca. Wyraźnie widać sprzeczną grę świadomości i intuicji.
Najstarszemu synowi wydał się Mickiewicz na pogrzebie matki, dziewięć miesięcy przed własnym zgonem, "pełen czerstwości i siły". Zwierkowski świadczy, że czas gotowania się do podróży wschodniej był dla niego "drugą młodością". Doniesienia towarzyszy podróży z Francji do Turcji, z Konstantynopola do Burgas zgodnie stwierdzają kwitnący stan jego zdrowia i dobry nastrój. On sam na kilka dni przed śmiercią, może w przeddzień, mówił o dalszym ciągu swojej "misji" w Bułgarii, Serbii. Na dwa dni przed ostatnim poniedziałkiem postanowił uczyć się systematycznie języka tureckiego.
Ale jednocześnie uderza intuicyjne zamykanie wątków. Jest ono widoczne w zachowanej korespondencji z Henriettą Ankwiczówną-Kuczyńską, miłością rzymską (ostatni list do niej nosi datę wyjazdu z Marsylii 13 września 1855), z Konstancją Łubieńską-Wodpolową, partnerką bujnego romansu wielkopolskiego; można się domyśleć, że istniała taka korespondencja z Ksawerą Deybelówną, wtedy już panią Edmundową Mainard – ostatnią, ciemną namiętnością życia. Podobny, zamykający, pożegnalny charakter ma list do druha młodości Tomasza Zana, tym bardziej patetyczny, że jest to list pisany bezwiednie do człowieka już umarłego.
Jeszcze bardziej uderzające jest jedno z najtragiczniejszych postanowień Mickiewicza: całopalenie papierów w wigilię wyjazdu z Paryża. Władysław Mickiewicz opisuje je w takich słowach: "Zasiadł do biurka i przez parę godzin przezierał papiery rzucając synowi te, które kazał palić. Było dużo obcych listów, nie mało własnych rękopismów, sporo nawet i wierszy. Mickiewicz parę razy wahał się przez chwilę, kończyło się na tym, że rzucał papiery mówiąc. "Tego już nigdy nie dokończę". Jest w tym opisie akcent, łączący się ze wskazanym tłem religijnym: oszczędzanie świadectw działania praktycznego. "Tyczące się Sprawy [Towiańskiego] – czytamy dalej – odłożył nie rozpatrując bliżej; papiery tyczące się legii włoskiej tak samo, ale o tych ostatnich powiedział: "Będzie z nich użytek".
Ostatnie miesiące życia roją się od przeczuć. Słowa powiedziane do umierającej żony i zapisane przez panią Amalię Martin: "Będę niebawem razem z tobą, zakupię miejsce dla nas obojga" – nie są chyba tylko konwencjonalną pociechą. W liście do Zana jest wzmianka o drugim nieżyjącym serdecznym przyjacielu, Janie Czeczocie: "Ostatni raz pokazał się [w śnie] jakby zapraszając mnie do siebie". Przeczucie śmierci miesza się z obronnym żartem w ostatniej rozmowie z Kuczyńskim: "Wiesz, żem się zaczął uczyć po turecku. Lękam się tylko, by się ze mną tak samo nie stało jak z jednym z królów naszych, o którym kronika mówi, że już nieźle sylabizował, kiedy go śmierć zaskoczyła". Samoobronę przed nurtującym lękiem można by upatrywać w ostatnim utworze napisanym w ciągu posępnych dni listopada, Conversations des malades. Ta makabryczna groteska zawiera symptomatografię cholery odtworzoną z realizmem, jakbyśmy dziś powiedzieli, célline'owskim, z szubienicznym humorem. 70-letni pułkownik, Polak, mówi tam do adiutanta-Węgra: "J'ai enterré tout ton régiment... Il ne me ta reste que toi à enterrer". Podkomendny nie pozostaje w tyle: "Tu vas crever cette nuit – pociesza dowódcę – comme un brave vieux chien que tu es".
Ten światłocień, którym grają ostatnie miesiące i ostatnie godziny, nadaje jego zgonowi dodatkowy patos.
V Tkwi wymowna dwoistość także w doborze towarzyszy ostatnich chwil i świadków śmierci; jest w tym doborze jakby intuicyjna kompozycja.
Służalski i Lévy stanowią kontrastowy dwugłos: Polak i Francuz żydowskiego pochodzenia, w którym Mickiewicz rozbudził poczucie tego dziedzictwa; syn szlachecki, chudopachołek przywodzący na myśl Imć pana Jana Chryzostoma Paska i syn zasobnej haute bourgeoisie; tradycjonalista, zabytek muzealny, i rewolucjonizujący liberał; rodzajowość i intelekt; czerep rubaszny i dusza anielska; totumfacki z polskiego dworu i sekretarz w europejskim znaczeniu słowa; facecjonista i sensat; błazen i Eckermann; lechicki, skozaczony, wcale spaśny Sancho Pansa i miniaturowy Don Quijote; Marta i Maria z biblijnej przypowieści. Służalski zbliżył się do Mickiewicza, przez towianizm, był z nim w r. 1848 we Włoszech, w chwili wyjazdu do Turcji, miał ponad 40 lat, Lévy liczył ich niespełna 30, słuchał kiedyś wykładów poety w College de France. Łączył ich z Mickiewiczem związek patriarchalny. Pierwszy odnosił się do niego jak oficjalista do dziedzica, Kozak dworski do pana ("Waruję jak pies przy trumnie" – napisze po zamknięciu tragedii), drugi żywił dla u niego uczucia synowskie, kult ucznia dla mistrza ("Kocham twego ojca jak własnego" – stwierdzał w liście do z Władysława Mickiewicza, któremu miał dochować cennej, wiernej przyjaźni do końca życia). Ludwika Śniadecka-Czajkowska nie bez przekąsu nazwie ich "dworem Mickiewicza".
Obaj zostawili cenne świadectwa: pisane na gorąco listy (Służalski korespondował ze szwagierką Mickiewicza Zofią Szymanowską i Marynią Mickiewiczówną, Lévy z najstarszym synem poety Władysławem), dzienniki i późniejsze relacje. Pisali dużo: "Od 11-ej do 3-ej z rana – stwierdza gdzieś «Służalsio» – napisałem siedem listów do Paryża, toteż tak zekspensowałem imaginacją że mi teraz ołówek sztorcuje w ręku". Pisali każdy inaczej: Lévy pedantycznie, refleksyjnie, składnie i grzecznie, Służalski péle-méle, rozkosznym, wartkim, niedokształconym stylem konwersacyjnym, stylem staropolskiej gawędy, stylem żywego opowiadania przekazującym niewyczerpany i niepohamowany potok wymowy z wszystkimi jego barwami, z całą ciepłotą oddechu i pulsu. Służalski ma swoje niesporne miejsce wśród polskich pamiętnikarzy i gawędziarzy. Aż dziw bierze, iż dotąd nie przedrukowano jego relacji w krytycznym wydaniu.
Mickiewicz dobrał sobie te dwa zwierciadła z natchnienia intuicji, ale się w nich nie mieści. W doniesieniach swoich towarzyszy wraca rzadko i mówi mało ("Pan Adam pokazał mi jakąś rudą kaczkę podobną do gąski dzikiej tylko z lotu i noszenia szyi..." (Służalski, 17 września 1855) – częściej słychać jego głos w refleksjach Lévy'ego, niż w zawadiackich fanfaronadach Służalskiego. Wygląda jak góra, jak obłok, który nie odbija się nawet w dwu lusterkach. Głęboka prawda ostatnich miesięcy i dni, bodaj najobszerniej opisanych z całego jego życia, jest ukryta.
Tym większa pokusa by przeniknąć poza zasłonę tego milczenia.
VI Okoliczności towarzyszące ostatniemu wyjazdowi z Paryża są stosunkowo dobrze znane. Zwierkowski, współpracownik i mąż zaufania księcia Adama, jego długoletni przedstawiciel na Wschodzie, w tym czasie kierownik działu wschodniego w nieoficjalnym ministerstwie spraw zagranicznych Hôtel Lambert, utrwalił te okoliczności w szczegółowym protokole rozmowy przypominającym zapisy z ważnych rokowań dyplomatycznych. Jego relacja nie jest wierna w sformułowaniach słownych (poczciwy Zwierkowski był człowiekiem głuchym na styl i kiepskim stylistą) ale na pewno ściśle odtwarza tok myśli.
Wynika z niej ponad wszelką wątpliwość, że Mickiewicz wyjechał na Wschód z ramienia starego Czartoryskiego. On wyprosił u cesarza misję [„naukową”] dla Mickiewicza tak argumentując: "Jego obecność zjednoczy Polaków na Wschodzie i w wojsku. Nędza i tysiączne kłopoty przyczyniły się do dojrzałości jego sądu... Bieg wypadków dał na nowo siłę jego wpływowi". On deptał po piętach ministrowi oświaty Fortoul’owi, który nie lubił Mickiewicza i nie raczył go przyjąć. Gdy Fortoul naciśnięty z góry dał chcąc nie chcąc swoją zgodę na wyjazd, ale postanowił pokryć jego koszty dopiero z nowego budżetu, Czartoryski założył 1500 franków.
Miało to zaciążyć na całym przedsięwzięciu. Lévy, być może, miał pieniądze "z domu", ale Służalski, którego Mickiewicz wyciągnął na tę upragnioną podróż z posady dróżnika kolejowego, był niewątpliwie na jego utrzymaniu. Należało zaciskać pasa. Zachowane świadectwa dostarczają na to niejednego dowodu. "Dla pana Adama dobrodzieja – czytamy w liście Służalskiego z 23 listopada – zatrzymali pokoik za 25 fr. dziennie, lecz przeparliśmy i mieszkamy na trzecim za 20 fr. na miesiąc. Drugi dzień żyjemy sposobem tureckim ryżem z kurą, co nam tanio wychodzi a wszyscy się skandalizują", Ta gospodarka nie uszła kobiecemu oku Śniadeckiej: "Ja zaraz odgadłam nadzwyczajną jego oszczędność: odmawianie sobie wygód najpotrzebniejszych w jego stanie i z jego zdrowiem i wmawianie sobie, że on tak lubi"... Tu leży jedna z łatwo uchwytnych, przyziemnych przyczyn tego, co się miało niebawem zdarzyć.
Ale nic tego nie zapowiadało. Mickiewicz wyjechał "z gary chemin defer de Lyon" 11 września wieczorem. 13-go wsiadł w Marsylii na statek Le Thabor. Temu odbiciu od lądu pod feralną cyfrą towarzyszyły pomyślne wieści o wzięciu Małachowa, Katabelnej i części Sewastopola. Stała nad nim cudowna pogoda.
Z początku jest to trochę voyage romantique – nowa podróż krymska. Wyjście z przymusowego, dotkliwie odczuwanego zamknięcia działa ożywczo. Jest w nim spełnienie gorąco odczuwanego pragnienia: "...trzeba przestrzeni, wolności, żeby myśli i oko nie miały hamulca ani zawady i cokolwiek ścigać – laur, gazelę, czy nawet zająca, ale trzeba koniecznie mieć za czym pędzić". Być może, w tym wyliczeniu wstydliwie ominięto wyraz: "świętość", nasuwający jeszcze jedno skojarzenie z wyznaniem św. Teresy: "...jeśli się chce coś osiągnąć, trzeba nie iść, ale lecieć". Tak czy owak, dziesięciodniowa podróż morska antycznym szlakiem jest pełna odświeżających doznań.
Ale i tu wchodzi zjawisko nieromantyczne: rozbijanie tęczowej złudy. Mickiewicz jedzie na Wschód a myśli o Polsce, poddaje się nie bodźcom nowych, egzotycznych wrażeń, ale skojarzeniom z krajem tęsknoty:
"Mówiono mi – będzie opowiadał później Brzozowskiemu – że w Smyrnie ma być grota Homera, ale ja tam nieciekawy tego. Ja się przypatrywałem czemu innemu. Leżała tam kupa gnoju i śmieciska, wszystkie szczątki razem: gnój, śmieci, pomyje, kości, potłuczone czerepy, kawał podeszwy starego pantofla, pierza trochę – to mnie się podobało! Długo stałem tam, bo zupełnie tam było jak przed karczmą w Polsce. Syn mój to już by tego nie rozumiał co ja widzę i wolałby pójść do groty Homera".
Brzmi tutaj akcent, który każe o tym człowieku czynu, o tym człowieku głębokich doświadczeń religijnych myśleć jako – o Hiobie polskim. Jakże jest inny od wojażera i towarzysza Sobańskiej sprzed trzydziestu lat. Jak ogołocony z wszystkiego, zobojętniały na wszystko, co nie jest Polską.
Rysopis nieromantycznego pielgrzyma mgławieje w listach towarzyszy i ostro rysuje się w nielicznych własnych listach. Jedyny list do dzieci z dziesięciodniowej podróży morskiej cechuje trzeźwość i rzeczowość: "żyjem zwyczajnym sposobem – pisał poeta – tylko Henryk w ciągłych uniesieniach nad Wschodem. Na wszystko patrzy diamentowymi okularami i dziwy opowiada i dziwy spisuje".
Ale ciągle powtarzają, się optymistyczne doniesienia o zdrowiu: "Pan Adam Dobrodziej, choć przykuty do was sercem, coraz swobodniejszy, żwawszy, czerstwiejszy. Pan Lévy widocznie zmęczony tak, że wygląda na rekonwalescenta, boję się lecz mi się zdaje, że nie będzie on mógł nadążyć za panem Adamem" (Służalski, 12 września) ; "Nikt nie choruje" (Lévy, 15 t.m.); "Ojciec twój ma się doskonale" (Lévy 19 t.m.) ; "Pan Adam i ja nic nie cierpieliśmy [od choroby morskiej], chyba na za tęgi apetyt, rekieny [sic!] sławne z apetytu dlatego, że wciąż po morzu spacerują," (Służalski, 17 t.m.); "Pan Adam Dobrodziej najdoskonalej zdrów" (Służalski, 19 t.m.); "Ojciec twój nie zdaje się uczuwać najmniejszego zmęczenia. Cały ten sposób życia koczowniczego, który powaliłby innych, jest dla niego jakby naturalny. Henryk twierdzi, że to sęp więziony w klatce, któremu oddano wolność" (Lévy, 23 t.m.); "Nasz pan Adam Dobrodziej zdrów jak najlepiej i ja się dziwię z jakim hartem znosi życie obozowe, nawet gorsze" (Służalski, 27 t.m.) ; "Ojciec twój ma się bardzo dobrze" (Lévy, 29 t.m.) ; "Zdrowie pana Adama Dobrodzieja wyborne" (Służalski, 3 października).
Ta sama tonacja obejmuje dwa tygodnie pobytu w Stambule, surowe życie w klasztornej celi lazarystów na Galacie, wzruszające spotkanie z sędziwym atamanem kozackim Gonczarowem, zetknięcia z polskimi wojskowymi w służbie tureckiej, zanurzenie się w polskości fermentującej wśród stolików kawiarni Biulbiula na Perze i na Piccolo Campo. "Tu Polaków więcej jak Turków – notuje alter ego Służalski – tak się tu szwendają i politykują, jeszcze gorzej, niż w Paryżu".
Szczytowy punkt podróźy stanowi wyjazd do Burgas na brzegu morza Czarnego do obozu Kozaków ottomańskich. Jest znamienne, że ton relacji Służalskiego i Lévy'ego w tym punkcie zrównuje się i utożsamia. Proza refleksyjna Lévy'ego staje się prozą, opisową, nawet w przekładzie przekazująca coś z natężenia przeżyć i rytmu wzruszeń. Proza opisowa Służalskiego obfituje w wylewy liryczne: "Jeżelim nie zwariował ze szczęścia, to Bóg wie, co się ze mną jeszcze stanie". "Powiadają, że każda rzecz ma dwie strony, ja dotąd jedną widzę".
Powrót z polowania w obozie pod Burgas, listopad 1855.
Na piewszym planie, od lewej Służalski, Mickiewicz i Sadyk-pasza.
Według rysunku Piotra Suchodolskiego.
Trzeba przyjąć, że poeta czuł tak samo. Nie pozostawiają co do tego wątpliwości słowa listu do starego księcia, w których wraca jakby echo Pana Tadeusza. "Zdawało mi się, że byłem na łonie ojczyzny"...
Kilka miesięcy wcześniej w uwagach do listu lorda Harrowby przygotowanych dla Czartoryskiego, Mickiewicz przeprowadził rozróżnienie między a nie uznawaną przez państwa zachodnie narodowością polską a żywą, ciągle się odnawiającą, polską siłą zbrojną. To, co widział w Burgas, była to żywa, rzeczywista, obliczalna a tająca nieobliczalne możliwości potencjalne dziedziczka niepodległego wojska polskiego. "Polska na ziemi już jest" – pisał Mickiewicz z Rzymu w r. 1848 i zapewne to samo myślał w Burgas.
Pułki leżące tam obozem działały na wyobraźnię, ośrodki uczuciowe, ideowe punkty oparcia w jeszcze inny sposób. Były to oddziały nie czysto polskie, ale słowiańsko-polskie, nosiły historyczne imię, wracające dalekim echem i otwierające nowe perspektywy. W relacjach nie ma żadnych cieni, nie ma napomknień o mieszanym charakterze tego wojska, o jego niskim poziomie etycznym; jedna jedyna wzmianka o drakońskiej dyscyplinie, odwołującej się do pałki i nahaja, brzmi idyllicznie. Góruje ton najwyższego, ekstatycznego uniesienia.
VII To uniesienie pozwala zrozumieć postawę zajętą przez Mickiewicza w tych dniach i decyzję, która miała go zabić. Konsekwentny mediator, obciążony misją pośredniczenia, łagodzenia, godzenia wypadł z roli. Opowiedział się bez zastrzeżeń po stronie Czajkowskiego przeciw Zamoyskiemu. Dlaczego?
Nawet z odległości sprawa jest złożona, niełatwa do wyjaśnienia. Trzeba ją podejmować metodycznie.
Najpierw realia. Czajkowski przebywał na Wschodzie od lat piętnastu, od pięciu lat był muzułmaninem. Jedno i drugie miało uzasadnienie polityczne. Przez okrągły dziesiątek lat działał bardzo celowo i skutecznie jako przedstawiciel polityczny Czartoryskiego. Utraciwszy w r. 1850 poparcie Francji, przyjął Islam i przezwał się Mehmed Sadyk. Wojna wschodnia otwarła przed nim nowe pole działania. Porucznik pułku jazdy wołyńskiej Różyckiego w powstaniu listopadowym, w nowonadarzonym starciu wojennym okazał się człowiekiem z wizją, przedsiębiorczym, rzutkim, odważnym. Szybko doprowadził do utworzenia formacji mieszanej pod nazwą Kozaków Ottomańskich, w której z gruba rzecz biorąc szeregowi byli rozmaitego pochodzenia, dowodzili Polacy. W porozumieniu z Czartoryskim dokonał tą zbieraniną bosą, obdartą, głodującą niebłahych rzeczy: był przez pewien czas komendantem Bukaresztu. W pierwszym, przedkrymskim okresie wojny wschodniej miał pod swoją komendą 2500 ludzi. Widział jasno możliwości wzrostu tego sporego zalążka. Sam dał inicjatywę sprowadzenia do Turcji wyższych wojskowych polskich. Wśród nich był Zamoyski.
I tu wchodzą w grę personalia. Między Sadykiem a Zamoyskim niemal z miejsca zawiązał się konflikt, którego ofiarą miał paść także Mickiewicz. Ważyły tu rozmaite czynniki, właściwie irracjonalne. Wprzód różnica temperamentów i urobienia.
Nie mogli znaleźć wspólnego języka kresowiec i Polak z Polski środkowej, szlachetka przechowujący pamięć o pokrewieństwie z kozackim hetmanem Brzuchowickim, o stryjach służących pod malinowymi chorągwiami, i arystokrata wychowany na Zachodzie, urodzony organizator i dyplomata, żołnierz z fantazji, z instynktu i patrzący na niego z góry zawodowy oficer, przeczulony emocjonalista i zimny, pozbawiony wyobraźni mózgowiec, człowiek-płomień i człowiek-lód ("Cet homme – powiedział Mickiewicz o Zamoyskim – a assez de froid en lui pour glacer tout un regiment").
Dołączyła się do tego różnica religijna: "odszczepieństwo", "zaprzaństwo" Czajkowskiego i ciasna bigoteria Zamoyskiego; Zamoyski posuwał się tak daleko, że nie pozwalał żonie na utrzymywanie stosunków ze Śniadecką, żoną Sadyka według religii muzułmańskiej (we Francji żyła wraz z dziećmi jego żona zaślubiona w kościele katolickim).
Koronowała to wszystko różnica oceny rzeczy: Czajkowski myślał kategoriami tradycyjnej Rzeczypospolitej Polskiej trzech narodów. Zamoyski kategoriami nacjonalistycznymi. Pierwszy patrzył na Wschód, łączył nadzieje z Turcją, drugi oglądał się na Zachód, stawiał na mocarstwa zachodnie, mimo że nie pozostawiały one złudzeń co do swoich rzeczywistych poglądów na sprawę polską i rzeczywistych planów.
Te wszystkie istotne różnice byłyby niczym, gdyby nie ambicje osobiste posunięte do najdalszych granic egocentryzmu. Sadyk chciał rozwijać dzieło przez siebie zaczęte, Zamoyski dyskredytował go systematycznie zachowując gładkie pozory, przedstawiając się jako przyjaciel, czarując z rozmaitym skutkiem Sadykową. "Sami nawet Turcy dziwią się – pisała ona o tym "królu jezuitów" do Czartoryskiego – jak przedstawiciel Księcia, w imię którego Sadyk działa, może tak chcieć szkodzić temuż Sadykowi".
Sprawa ciągnęła się przez kilka lat i przyczyniała zgryzoty sędziwemu patriarsze. Zamoyski był jego bliskim krewnym, Czajkowski – agentem, pokojowcem, dworakiem; "królowi de facto" ofiarowywał nie mniej ni więcej tylko rzeczywistą koronę w Polsce, w której sam byłby hetmanem Kozaków. Czartoryski lawirował, odwoływał się to do jednego to do drugiego, usiłował rzucać mosty nad przepaścią, wreszcie posłużył się Mickiewiczem: zażegnanie konfliktu stanowiło główny i właściwy, choć ukryty cel jego "misji naukowej" na Wschód. Konflikt był już wtedy daleko posunięty, jeśli 19 czerwca 1855 książę Adam pisał do Sadyka: "Nie mam ja już pretensji was zupełnie pogodzić, to czas kiedyś sprawi".
Wyjeżdżając Mickiewicz bodaj nie zdawał sobie sprawy z głębi rozłamu. Wszedł w sam środek sporu w chwili ostatecznego przesilenia. Anglicy wskutek interwencji austriackiej ostatecznie zawiedli nadzieje tworzenia osobnego korpusu pod sztandarami narodowymi. W Stambule poeta przyjmowany z ostentacyjną grzecznością trafnie odczytał chłód, z jakim ambasador Stradford przyjał Władysława Czartoryskiego: "Anglia nie chce nic uczynić i nie uczyni niczego dla Polski".
Pozostawała tylko jedna konkretna możliwość: trzymanie się Turcji i rozszerzenie Kozaków ottomańskich do 10,000 ludzi. W takiej chwili Zamoyski, przebywający w Londynie, przeniósł drugi pułk, w przewadze polski, pod dowództwo angielskie. Ofiarował gotowe wojsko partnerowi nielojalnemu i niepewnemu. Rozpołowił istniejącą formację. Stworzył ośrodek konkurencyjny.
Rzecz budziła sprzeciwy w samym obozie Czartoryskiego. Przeciwstawiał się jej Zwierkowski, główny zwolennik Sadyka i główny inicjator misji Mickiewicza. Za Zwierkowskim stała cała frakcja Hôtel Lambert zwalczająca Zamoyskiego w imię obrony dobrych stosunków z Francją. Można przypuścić, że Mickiewicz, w szczytowym momencie dramatu rozgrywającego się w Burgas, był wyrazicielem tego poglądu.
W pewnej mierze przemawia za tym rola, jaką odegrał trzeci towarzysz podróży. Młodszy syn księcia Adama, Władysław Czartoryski. "Jest on jałowy, płytki i hypokryt, on dziś już nic nie znaczy, bo Zamoyski ich obległ" – nie bez uprzedzeń charakteryzował go Zwierkowski w liście do Sadykowej. W Stambule i w Burgas młody Czartoryski był tylko porte-parole nieobecnego Zamoyskiego. Ale i tej roli nie brakło zawikłania osobistego. Stała się ona źródłem konfliktu w konflikcie.
U jego dna było nierozstrzygnięte pytanie: kto komu towarzyszy w tej podróży? Czy skryty i dumny młokos z książęcym tytułem, ożeniony z córką królowej hiszpańskiej (co prawda z morganatycznego małżeństwa), świeżo przedstawiony królowej Wiktorii na jej wyraźne żądanie, towarzyszy nieoficjalnemu wodzowi narodu, siwemu fantaście, który mógłby być jego ojcem, czy – na odwrót? Obaj oczekiwali od siebie tego samego. Pośrodku uniesienia entuzjazmem doszło między nimi do gwałtownego starcia. Według relacji Sadykowej, Mickiewicz miał powiedzieć: "Więc książę tu przyjechałeś, żeby Sadykowi wydrzeć jego dzieło? Myślisz, że tego nie widzą? Chcesz Sadyka zgubić, przynajmniej nie róbże tego pod jego dachem i przy jego stole". Czartoryski wyjechał z Burgas i później z Konstantynopola nie pożegnawszy się z Mickiewiczem.
Mickiewicz stanął bez zastrzeżeń po stronie Sadyka, po stronie jedności, nienaruszalności wojska. Czy się pomylił? Czy zrobił dobrze? Gdyby przyjąć stosowaną w poezji i polemice historycznej metodę vaticinium ex eventu, wieszczenia o rzeczach już zdarzonych, trzeba by powiedzieć, że zagrał błędnie. Nie było się o co aż tak boleśnie spierać. Wojna krymska chyliła się ku schyłkowi.
Formacja Sadyka wyszła z tego kryzysu obronną ręką, ale na nic się nie przydała. On sam niebawem zacznie się wikłać w sprzecznościach, staczać po równi pochyłej, która antyrosyjskiego Kozaka doprowadzi do poddania się Rosji i – do samobójstwa.
Ale jeśli nie brać w rachubę tych wydarzeń, wtedy zasłoniętych, może nawet jeszcze nie poczętych, sprawa przedstawia się inaczej, ale nie mniej tajemniczo. Trudno zgodzić się z Zygmuntem Miłkowskim, że Mickiewicz dał się zwieść malowniczości wojska, kozackich chorągiewek i historycznych buńczuków. Nie przystaje to do ówczesnej trzeźwości Mickiewicza. Jeśli go coś mogło pociągać ku Sadykowi, to chyba to, że był to pisarz – jak on sam – urzeczywistniający się w czynie, najbardziej dosłownie przedłużający swe dzieło w życiu praktycznym, przeobrażający pisanych Kozaków w Kozaków żywych.
Kryło się pod tym coś jeszcze głębszego, bardziej istotnego. Mickiewicz opowiedział się za Sadykiem ze względów zasadniczych, polityczno-ideowych. Można je śledzić w antecedencjach dramatu i przez cały jego przebieg. "Zamiast – mówił do Zwierkowskiego w lecie tego roku – rzeczy rozłączać kwalifikacjami i celami osobistymi, że to polskie i katolickie, a to tureckie i kozackie – trzeba wiązać, łączyć, jednoczyć, przymnażać, gdyż inaczej sami ziarna rozdwojeń posiejemy tam, gdzie już węzły osłabły i ostygły jak na Rusi i Ukrainie". Ten sam ton brzmi w mowie pożegnalnej. Bodaj wiernie odtwarza go relacja Sadykowej o tym, co mówił po powrocie z Burgas: "Jądro jest tam, tam należy się jednoczyć… Jeśli się pragnie wskrzesić Polskę, trzeba usunąć przyczyny jej upadku, połączyć pod jednym sztandarem rozmaite rasy i religie Polski. Trzeba przywiązać do Polski Kozaków, którzy się pierwsi od niej oddzielili, trzeba ich łączyć pod tym imieniem"…
Dla Mickiewicza formacja kozacka była nie tylko przedłużeniem nieprzerwanej tradycji wojska porozbiorowego, ale także przedrozbiorowego, wojska polskiej wspólnoty narodów. Stanowisko dotyczące tej wspólnoty sformułował wyraźnie ostatni raz latem 1855 w odpowiedzi Tytusowi Działyńskiemu, który przyjechał z Berlina dla rokowań z przedstawicielami emigracji: "Polak połączyłby się z Rosjaninem, ale pod warunkiem że pozostanie Polakiem a to nie w cząstce dawnej Polski, lecz w całej, dawnej, starożytnej Polsce". Obecność Słowian, którzy do tej wspólnoty nigdy nie należeli, przede wszystkim Bułgarów i Serbów, popychała go ku myśli o wojsku jakiejś jeszcze większej jedności, federacji słowiańskiej. Był i tu wierny sobie, swojej "Realpolitik". Wiązał sprawę Polski z czymś większym od niej, wpisywał jej los w szerszy kontekst.
VIII Można by powiedzieć, że w stosunku Mickiewicza do Sadyka zwyciężył Służalski, wziął górę tradycjonalista. Ale i Lévy miał w tym swoje miejsce; obok tradycjonalisty w paradoksalnej zgodzie stanął rewolucjonista. Nie był to wcale rewolucjonizm, który po upływie dwudziestu lat w niezbyt wiarogodnych wspomnieniach przypisze mu Czajkowski – rewolucjonizm trochę w stylu Gonty, Żeleźniaka i Chmielnickiego. Przeciwnie, Mickiewicz zalecał "menażować" starego księcia, choć otwarte wystąpienie przeciw Zamoyskiemu, równające się przekreśleniu misji wschodniej, poważnie naderwało jego związki z Hôtel Lambert.
Rewolucyjność właściwa Mickiewiczowi doszła do głosu w idei "legii izraelskiej". Tkwiła ta idea korzeniami w doktrynie Towiańskiego i w doświadczeniach roku 1848, ale poczęła się lub skrystalizowała w Burgas. Przebywało tam około dwustu Żydów, przeważnie jeńców z Bomarsundu i Krymu. Ta okoliczność nasunęła Mickiewiczowi myśl stworzenia osobnej formacji żydowskiej, szanującej odrębność religijną i narodową jej żołnierzy.
Motyw leżący u dna tej myśli był polityczny i wojskowy, ale wynikające z niej konsekwencje – społeczne i rewolucyjne. Mickiewicz chciał ni mniej ni więcej tylko zrównać żywioł żydowski z wszystkimi innymi w obowiązkach a zatem i w prawach, chciał to sprawić – przez chrzest krwi: "Żydzi, dając dowód swego oddania się Polsce i swej dzielności, podniosą swą rasę we własnych oczach i oczach Polaków". Szło mu o pomnożenie siły efektywnej i siły przyciągającej wojska, które miało wywalczyć naszą niepodległość. "Jeżeli – mówił – stanąwszy na ziemi polskiej, pułk ten pociągnie Żydów jednej synagogi, to inne synagogi pójdą za tym" ... "Chłopi wątpić nie będą w powodzenie, bo znając przezorność Izraelitów powiedzą sobie: 'pewne musi być powodzenie, skoro Żydzi łączą się z powstaniem'. I jak lawina toczyć się będziemy z wzrastającą wciąż legią naszą od bóżnicy do bóżnicy i od wioski do wioski w głąb samej Polski i Litwy".
Ta myśl towarzyszyła poecie przez ostatnich 40 dni życia od wyjazdu z Burgas do śmierci na ubogim przedmieściu konstantynopolitańskim Pera. Obok manewru zmierzającego do zbliżenia Sadyka z aktywistycznym odłamem demokratów była to druga, konkretna możliwość przeciwdziałania szkodzie wynikłej z działań Zamoyskiego. W oczach Mickiewicza zmieniała się ona w ciało. Lévy okazał się szczególnie sprawnym narzędziem: zdołał poruszyć finansistów żydowskich, m.in. bankiera stambulskiego Cammondo, zainteresował tureckie sfery wojskowe i polityczne. Działał pod nadzorem Mickiewicza do ostatnich chwil jego życia. Wiemy, że na dwa dni przed jego śmiercią, w sobotę, czynił zabiegi w tej sprawie. Być może, iż fatalnego poniedziałku dla niej opuścił na kilka godzin już śmiertelnie chorego poetę.
W korespondencji Sadyków można śledzić, na jakie opory napotykała ta idea nawet u ludzi najbardziej zainteresowanych. Sadyk pokpiwał z niej, jak przystało na rasowego szlachcica i półpanka, jego żona wyznawała sama: "Myśl jego wielka, ale mało kto ją pojąć, zrozumieć może. Mnie nawrócił. Nikt więcej ode mnie nie miał odrazy do tej rasy, ale jak się raz za to izraelskie wojsko rozgniewał z uczuciem, tak mnie zabolało, żem go obrazić mogła, ażem się opamiętała". Ale było to przełamanie się tylko połowiczne. Już po śmierci poety, Sadykowa tak spowiadała się przed mężem z wątpliwości nurtujących ją w tej sprawie: "Nie wiem, czy można obce tak kochać, a może on tak kochał swój pomysł, życzenie i myśli swoje?… Skąd taka jego miłość do Izraela?… Może i Mickiewicza origine była taka czy jego familii czy familii żony?"...
Okoliczności udaremniły urzeczywistnienie tej rewolucyjnej myśli, ale jej obecność jest jednym ze składników patosu przenikającego śmierć Mickiewicza. Ugodzony w sam rdzeń życia nie zaprzestał walki do końca. Na cztery dni przed katastrofą Sadykowa pisała do Zwierkowskiego:
"Biję czołem przed sercem, przed geniuszem; jest on drażliwy, jak my z Sadykiem, ale mi mówił, co robi; działa bardzo mądrze, ostrożnie i jak mu się uda, a jest wiele nadziei, to da Sadykowi wielkie siły w ręce".
IX Nie ulega wątpliwości, że cios śmiertelny otrzymał Mickiewicz w Burgas. Tam rozchorował się po raz pierwszy od wyjazdu z Paryża. Odezwała się stara choroba przewodu pokarmowego przywieziona jeszcze z Włoch w r. 1848. Zaszkodziło mu spanie pod namiotem na gołej ziemi, zbyt surowe i na pewno niezbyt higieniczne jedzenie, ale przede wszystkim zaszkodziła mu głęboka zgryzota. Załamał się nagle i do tego stopnia, że z obozu w Burgas na statek w porcie Burgas trzeba go było przewieźć ambulansem, jak ciężko rannego. A przecież kilka dni temu brał udział w nabożeństwach, defiladach, przeglądach, ucztach, nawet polowaniach. Dosiadał – co prawda ze stołka – bułanego konia zwanego "Krokodylem" i nie rozstawał się z "chartem polskiej porody", który nosił tureckie imię "Kapłan".
W cztery dni po powrocie z Burgas, Sadykowa donosiła komuś: "Mickiewicz wrócił, lecz chory... zjadł u Sadyka kapustę z sarniną, napił się wody i zepsuł żołądek: był nawet mocno słaby". Wzmianka w liście Lévy'ego wysłanym już także z Konstantynopola 18 października, ostrożna jak biuletyn oficjalny, mówi: "Twój ojciec ma się dość dobrze. Niedomagał nieco, ale tyle tylko co czasami i w Paryżu". Służalski donosi w dwa dni później: "Pan Adam Dobrodziej zachorował na atak humoroidalny [sic!]. Bylibyśmy jeszcze dłużej bawili, lecz w obozie dnie są gorące, noce z chłodnymi rosami, a mógłby deszcz nas zaskoczyć". Powtarza się to w liście z 25 października: "Pan Adam Dobrodziej zupełnie zdrów, trochę osłabiony atakiem choroby; wczoraj chodziliśmy z milę na piechotę i widać, że to zdrowiu jego posłużyło". I jeszcze w liście z 19 listopada: "Pan Adam Dobrodziej zdrów, swobodny – przypatrywaliśmy się Stambułowi".
Ale to przejaśnienie było złudne. Zaczął się ostatni rapsod poematu biograficznego, rapsod który mógłby nosić tytuł: "Hiob polski". Po powrocie znad morza Czarnego Mickiewicz zamieszkał z powrotem w klasztorze lazarystów. Według świadectwa dr. Stanisława Drozdowskiego "był chorym, nawet i mocno", chorował tam na "dysenterię, która go nadzwyczajnie osłabiła". Nękały go niewygody i bezsenność; na tej prymitywnej, dzielonej z towarzyszami, kwaterze było "robactwo, ale to takie – opisywał malowniczo Służalski – że ręczę, że do tomu Buffona co o tej gromadzie stworzeń traktuje, moglibyśmy nie znanych temu naturaliście dostawić dużo egzemplarzy, zacząwszy od skorpionów, tarakanów, aż do pcheł ledwie dojrzanych okiem". Ten prymityw zmieniono na obskurny hotelik prowadzony przez krewkiego Francuza-żuawa, ale i tam nie było spokoju. Którejś nocy do pokoju poety przed razami właściciela schronił się Anglik wrzeszczący: "Français non bono – malo, malo!". Próba zdobycia wygodniejszego schronienia nad Bosforem rozbiła się o miejscowy fanatyzm religijny. Wreszcie Mickiewicz wylądował w mieszkaniu, w którym miał umrzeć. "Widziałem – opisuje Zenon Padalica – dużą izbę o jednym kwadratowym oknie... Umeblowanie składało się ze stołu, kilku krzeseł prostych i łóżka, co jeszcze prostsze, pokryte siennikiem i dywanem tureckim stało w kącie. Pokój trącił pustkowiem, był ciemny i nawet wilgotny, przypominał mi nasze karczemne izby, jakie czasem w jesiennej podróży zastajemy po szlakach ukraińskich".
Nad dniami spędzonymi w tym domu ciążyły dwie rzeczy: świadomość klęski i oszczędność nakazana przez utratę opieki Hôtel Lambert. "Stołowali się w jakichś tam gargotach" – świadczy Drozdowski. "Opuszczony, brudny, jadł byle co i spał byle gdzie – wtóruje mu Sadykowa. – Był zniszczony, osłabiony, wycieńczony; ta podróż w innych okolicznościach byłaby go może ożywiła, ale w "teraźniejszych"... Dołączyły się do tego deszcze i chłody. Mickiewicz był na to bardzo czuły i w nie opalanym mieszkaniu odczuwał to dotkliwie. Deszcz, z uporem bijący w drewniane ściany i zakratowane okno, był nieprzerwanym, monotonnym akompaniamentem jego ostatnich dni i godzin.
Ujawniły się w nich jaskrawo niedobory dwu towarzyszy drogi: Służalski był prymitywny, niezgrabny, Lévy – niedoświadczony i lekkomyślny. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że to właśnie Lévy stał się przekaźnikiem infekcji, która ostatecznie zabiła Mickiewicza. Odwiedzał znajomych w szpitalu wojskowym mieszczącym się w dawnej ambasadzie rosyjskiej i z upodobaniem snuł refleksje nad symboliczną wymową tej metamorfozy. W dniach bezpośrednio poprzedzających zgon poety chorował w zupełnie podobny sposób jak on, ale fatalnego poniedziałku mógł bez trudu wyjść na miasto.
Ta sama choroba zmogła Mickiewicza w jeden dzień. Po krótkim okresie niedomagania, gorszego samopoczucia, zachorował rankiem 26 listopada: miał torsje i cierpiał na rozstrój źoiądka. W ciągu dnia wystąpiły objawy bardziej gwałtowne – kurcze, gorączka, stygnięcie kończyn. Przed dziewiątą wieczorem już nie żył.
X Na co umarł?
Teza oficjalna postawiona tragicznego dnia i obowiązująca do dzisiaj brzmi: na piorunującą cholerę azjatycką. Cholera była epidemiczną chorobą wojny krymskiej. Żołnierze padali od niej, jak muchy; zmarli na nią zwycięzca spod Almy – marszałek St. Arnaud, głównodowodzący wojsk angielskich lord Raglan i na kilka tygodni przed Mickiewiczem – admirał francuski Bruat.
Ale niemal jednocześnie narodziła się pokątna, plotkarska przeciwteza, obejmująca szeroką skalę odcieni od powątpiewań do otwartych pomówień: może to nie była cholera, to mogło być coś innego, to było otrucie. Lévy zapisał w dzienniku nazajutrz po śmierci poety: "Czy to była cholera? Kto to wiedzieć może na pewno. Nie było śladu sczernienia na twarzy, co, jak mówią, bywa w podobnych wypadkach, ani po śmierci, ni przedtem. Żadnej zmiany oddechu, nawet podczas konania. Ni znaku rozkładu nawet po upływie 24 godzin. Jeden z lekarzy oświadczył na półtorej godziny przed śmiercią, że zupełnie nie ma cholery. Inny do końca twierdził, że to nie jest cholera". Podobnie donosiła komuś Ludwika Gropplerowa, która mieszkała stale w Konstantynopolu i stykała się z Mickiewiczem: "Wiedzieć nawet trudno czy to rzeczywiście cholera była, bo zupełnie nie sczerniał... W mieście jej nie ma, czasem w okolicach gdzieniegdzie zdarzy się wypadek". I dwa świadectwa, w których pada okrutne słowo: "Gawiedź stambulska Polaka, doktora Drozdowsklego o otrucie Mickiewicza oskarżyła" (Bednarczyk); "Aby siebie uniewinnić, puszczono tę straszną plotkę o otruciu" (Sadykowa). Dodatkowym źródłem niepewności stało się to, że nawet ci, którzy przyjęli wersję o cholerze jako niesporną, potem jej przeczyli z obawy, że spowoduje ona trudności w przewiezieniu zwłok do Europy. Adlatus Władysława Czartoryskiego, Francuz Leval, zresztą jak wszyscy głęboko wstrząśnięty śmiercią, poety, skarżył się na Drozdowskiego: "Pendant que nous étions tous convenus de ne pas parler de cholera, lui allait le déclarer à la chancellerie française (Podczas gdy uzgodniliśmy, że nie będziemy mówić o cholerze, on stwierdził w ambasadzie francuskiej, że to była cholera)". Drobnym argumentem w tym zakresie jest okoliczność, że nikt z najbliższego ani dalszego otoczenia Mickiewicza nie zachorował.
Nie ma dzisiaj zagadnienia, za czym się opowiedzieć: za tezą, czy przeciwtezą. Jest sprawa ich współistnienia – zwalczania się na długim rozstępie czasu. Taka rozbieżność w ocenie przyczyn śmierci mogła powstać tylko wobec przypadku uderzającego wyobraźnię swoją, niespodzianością, piorunową, nagłością, w atmosferze ostrego podziału opinii i roznamiętnienia. Tę atmosferę oddają, słowa Jana Gembickiego, pierwszego lekarza wezwanego do Mickiewicza: "Powiedzą, żem go struł". Alternatywy wynikające z tej rozbieżności były zwalczane lub popierane ze względów ubocznych. Jedni uważali, że byłoby w tym coś uchybiającego wielkości, gdyby dopuścić myśl o śmierci od trucizny. Inni nawet po upływie dziesiątków lat widzieli w tym możliwość odwetu na niemiłych sobie ludziach.
Można i to i tamto odprawić jednym machnięciem ręki. Gdyby istniała jakakolwiek możliwość wyrównania szans między tezą i przeciwtezą", należałoby je bezstronnie uznać. Gdyby zjawiły się nowe szczegóły rzucające światło na dramat konstantynopolitański, należałoby je przyjąć z pokorą. W naszym odczuciu, patos tej tak bardzo bolesnej śmierci w niczym by się nie zmniejszył, gdyby to była śmierć od trucizny. Pozostałby ten sam.
Wisława Knapowska, historyczka na pewno nie uprzedzona, poddawszy krytycznej ocenie wszystkie świadectwa o śmierci poety, stwierdziła, że hipoteza o otruciu jest "psychologicznie usprawiedliwiona". Ale rzecz psychologicznie możliwa i prawdopodobna nie ma żadnego poparcia w faktach i trudno przypuścić żeby je kiedykolwiek uzyskała. Czy można dziś, po stu latach, myśleć o ekspertyzie ciała – prawda zabalsamowanego? Ale też dlaczego o tym nie pomyślano wcześniej – przed pogrzebem paryskim na początku roku l856, przed drugim tryumfalnym pogrzebem na Wawelu w roku 1890? Z fałszywego kultu, z pigmejskiego lęku, by przypadkiem nie zwyciężyła przeciwteza o otruciu?
Jeśli także w tej oprawie ma coś do powiedzenia sam umarły, warto przytoczyć wspomnienie Ignacego Domeyki o podróży z Drezna do Paryża w r. 1832: "W Nancy umarł nagle z cholery w tej samej oberży, do której zajechaliśmy, jeden oficer polski, a ten wypadek, widok cholerycznego tak straszne zrobiły wrażenie na Adamie, te to odjęło mu przez wiele nocy sen, zachmurzyło mu umysł i powiadał: "Obaczysz, że umrę z cholery".
Opierając się na istniejącym materiale trzeba przyjąć, że przyczyna nagłej śmierci Mickiewicza była złożona. Mogła to być "biała cholera", mogła to być inna infekcja, ale cokolwiek to było, miało podkład duchowy – intensywnego cierpienia porażającego sam ośrodek życia.
XI Gdy z odległości stu lat myśl nachyla się nad drewnianą, posępną, izbą, gdy wyobraźnia usiłuje odtworzyć wydarzenia tragicznego dnia, uderzają dwie rzeczy: całkowite zaskoczenie i absolutna bezradność. Znalazły one odbicie w czterech relacjach świadków bezpośrednich i w jednej świadka pośredniego. Nie podobna z nich złożyć jednego synkretycznego obrazu. Następstwo wydarzeń jest często wątpliwe, pojedyncze szczegóły wirują osobno, bez związku z sobą. Niepewna jest nawet godzina, w której poeta oddał ostatnie tchnienie.
Dwaj najbliżsi towarzysze, mieszkający w "stancji" oddzielonej sienią, gospodarze mieszkania, zbiedniały kapitan Rudnicki, "co – według plotkarskiej informacji Gropplerowej – chciał wynaleźć perpetuum mobile", i jego żona, inni uczestnicy dramatu najpierw nie podejrzewają niczego złego, później są bezradni wobec ujawnionej grozy, jak wobec gromu z nieba. Lévy opuszcza Mickiewicza na dwie, trzy godziny, potem wychodzi Służalski na czas trudny do określenia, który w późniejszych relacjach będzie zacierał i pomniejszał. Podobnie zachowują się inni przygodni pielęgniarze: płk Kuczyński, domniemany przywódca "rajów" – słowiańskich chłopów, którzy mieli wzmocnić szeregi Sadyka, i płk Bednarczyk, upatrzony przez Mickiewicza na dowódcę pułku żydowskiego. W pewnej chwili chory, wijący się w strasznych bólach, zostaje tylko z Bednarczykiem, który sam tego dnia był niezdrów i słaby. Ten moment wprowadza do choroby nową komplikację, być może nawet rozstrzygającą: wstrząs całego ciała. Nagle, w malignie Mickiewicz zerwał się z pościeli, postąpił kilka kroków kurczowo uchwycił się uszaka drzwi. Bednarczyk zaczął się z nim szamotać, by go odprowadzić do łóżka, oderwał go, ale nie mógł utrzymać; obaj runęli całym ciężarem na podłogę. Chory stracił przytomność na czas dłuższy.
Tę bezradność otoczenia koronują lekarze. Cóż to za molierowska zbieranina! Pierwszy z nich Gembicki, podobno naprawdę nazywał się Rosenstrauch), pedicure-dentysta z zawodu, być może zbieg z wojska rosyjskiego, dla braku lekarzy mianowany w armii tureckiej lekarzem batalionowym, przybywa pod groźbą pistoletu Bednarczyka, na niewidziane przyjmuje jego rozpoznanie, że Mickiewicz zachorował na cholerę, na niewidziane zapisuje lekarstwo antycholeryczne. Dwu dalszym: dr. Narkiewiczowi, o którym nic bliższego nie wiadomo, poza tym, że był poturczeńcem, i felczerowi Szostakowskiemu relacje nie przypisują żadnego działania. Czwarty, dr Drozdowski, przedstawiciel polityczny Czartoryskiego w Stambule i zwolennik Sadyka, zjawia się przypadkiem i późno, także robi niewiele lub niewiele ma do zrobienia. Poza laudanum (opium), rozgrzewaniem, nacieraniem nieraz bardzo brutalnym, nie przedsięwzięto żadnych środków. Nikt nie pomyślał o podtrzymywaniu słabnącego serca. Jak się zdaje, to kaduczne konsylium nie zgadzało się co do rozpoznania choroby i bardzo szybko utraciło wiarę w jakąkolwiek możliwość ratunku.
Im bliżej końca tragedii, tym liczba świadków rośnie. Pod koniec w pokoju Mickiewicza, w przyległej sieni i w izbie sąsiedniej znajduje się aż trzynaścioro ludzi. Jest to tłum bezwolny, oszołomiony, bierny wobec tej choroby, jak wobec przyrodniczego kataklizmu, wobec pioruna, który ugodził majestatyczne drzewo.
Z woli losu gwałtownik umierał gwałtownie.
XII Cały ten ostatni dzień Mickiewicza ma podwójny rytm: szarpiących, przeszywających na wskroś bólów, które wyrywają okrzyk: "Dajcie mi lepiej nóż!" i długich interwałów ciszy, śmiertelnego pobicia, półsnu, niemal omdlenia. Z tym dwurytmem fizycznym kojarzy się inny – duchowy. Dwie myśli przesuwają się przez umęczoną, gasnącą głowę: dzieci i wojsko.
O sześciorgu swoich dzieci – według świadectwa Służalskiego – opowiada dużo w ciągu kilku nocy bezpośrednio wyprzedzających śmierć. Rozmawia o nich także ostatniego dnia z Kuczyńskim, zanim przyjdzie pierwszy gwałtowny atak bólów. W wigilię katastrofy otrzymał list od syna Władysława, w dzień śmierci list zbiorowy dzieci. Odpowiedział nań ostatnimi słowami do Służalskiego: "Powiedz im, niech się kochają zawsze"...
O wojsku w ostatnich dniach mówi i pisze bez przerwy. 19 listopada przygotowuje listy do księcia Adama, Zwierkowskiego i Sadyka. Lévy z jego polecenia biega na posyłki, prowadzi rozmowy, przygotowuje memoranda. Ostatnie słowa wypowiedziane do Kuczyńskiego zdradzają uporczywość, może rozpaczliwość tej ostatniej myśli: "Kuczyński, pułk Kozaków Ottomańskich"...
"Życia dokończył – mówi relacja Kuczyńskiego – z zupełną przytomnością, smutnym wejrzeniem, nic nie mówiąc. Ksiądz [Ławrynowicz, Żmudzin i demokrata] w ostatniej chwili namazał go olejem św., a Lévy zamknął mu oczy". Do trumny ubrano go w niebieską konfederatkę, którą nosił po domu i opisane przez Norwida na żywym człowieku "futerko wytarte, szaraczkowym suknem powleczone, które skąd w Paryżu można było dostać tej barwy, kroju i podżyłości! – pytanie ciekawe, bowiem była to, zdaje się, kapota jaką zagonowa szlachta zimą nosi w prowincjach dobrze od Warszawy oddalonych".
Adam Mickiewicz na łożu śmierci.
Według rysunku Teofila Kwiatkowskiego (1809-1891).
XIII "Łzy rzewne polały się nam z oczu – opowiadał Kuczyński Padalicy – gdyśmy spojrzeli po sobie a potem na trupa. Uczucie sieroctwa i pewnej próżni życia owiało nas... Podaliśmy sobie dłonie i łkając przyrzekliśmy spełnić godnie i z niezachwianym męstwem pielgrzymkę naszą. Patrzyliśmy na tę głowę szlachetną, po której w nieładzie białe i długie rozrzucały się włosy i na te usta wpół otwarte, lecz sine, jakby gotowe do odezwania się, i milczeliśmy grobowym milczeniem".
Maska pośmiertna Adama Mickiewicza.
Nikt z obecnych nie był świadom, że w tej strasznej godzinie, której nie zdołali ściśle i zgodnie zapamiętać – zaczęło się nowe życie, jeszcze bardziej natężone, niż wszystko, co było dotąd. Trwa to życie już sto [sto pięćdziesiąt] lat. I nie widać jego końca.
Tymon Terlecki
Wiadomości 14/15 (522/523), Londyn, 1 kwietnia 1956.
Kilka miesięcy temu dowiedziałem się, że Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu uzyskał prawa autorskie i prawa dysponowania spuścizną twórczą nieistniejącego od roku 1980 londyńskiego tygodnika Wiadomości. Administruje tą sprawą Pan Dr Mirosław Supruniuk. Łaskawie udzielił mi On pozwolenia na okazjonalne "przedrukowywanie" w internetowych Zwojach wybranych przeze mnie tekstów z Wiadomości. Ta drogą składam Panu Dr. Mirosławowi Supruniukowi z Uniwesytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu moje serdeczne podziękowania. – Andrzej M. Kobos.
Teksty o podobnej tematyce i teksty Tymona Terleckiego zamieszczone w Zwojach:
- Adam Mickiewicz: "Pan Tadeusz" - Tła, Zwoje 1/1, 1997
- Adam Mickiewicz: Zaloty / Świt Zwoje 9/13, 1998
- Wojciech Skalmowski: Mickiewiczowski "wskrzesiciel narodu", Zwoje 9/13, 1998
- Andrzej Kobos: Andrzej Wajda contra poema narodowe, Zwoje 5/25, 2000
- Zbigniew Wójcik: Wkład Ignacego Domeyki i innych Filaretów wileńskich do nauki, Zwoje 4/41, 2004
- Tymon Terlecki: Dramat o narodzie, Zwoje 2/27, 2001
- Tymon Terlecki: Zapiski o morzu, niebie i świecie, Zwoje 1/26, 2001
- Tymon Terlecki: Wyspiański – w stulecie urodzin, Zwoje 1/26, 2001
- Tymon Terlecki: Paryż, Zwoje 1/14, 1999
- Tymon Terlecki: El Greco, Zwoje 4/8, 1998
- Tymon Terlecki: Mieczysław Grydzewski, Zwoje 2/6, 1998
- Tymon Terlecki: Papierowa magia, Zwoje 4/4, 1997