W minione w ubieglym roku stupiecdziesieciolecie smierci Adama Mickiewicza, zamieszczamy znakomity artykul Profesora Tymona Terleckiego opublikowany 50 lat temu z okazji stulecia smierci Adama Mickiewicza. – AMK
SMIERC PATETYCZNA
TYMON TERLECKI
I Mickiewicz umarl 26 listopada 1855 w Konstantynopolu.
Dwaj towarzysze ostatniej podrozy i dwaj swiadkowie smierci byli pod wrazeniem jej niespodzianosci i naglosci. W dwa dni potem Henryk Sluzalski pisal do ks. Adama Czartoryskiego: "Nie byla to choroba, ale piorun". To samo stwierdzal Armand Lévy w liscie do syna poety, Wladyslawa, z 3 grudnia: "Ojciec wyrwany sposrod nas jakby uderzeniem pioruna".
Z ta asocjacja obrazowa laczy sie inne skojarzenie – smierci na polu bitwy. Nazajutrz po wydarzeniu Sluzalski i Lévy w takich slowach donosili o nim ambasadorowi angielskiemu, wszechmocnemu lordowi Stratford de Redcliffe of Canning:
"w chwili gdy wydawal ostatnie tchnienie, pewien pulkownik polski wymienil nazwisko Byrona. I rzeczywiscie umarl jak wasz Byron, ktorego geniusz tak dobrze pojmowal i o ktorym kiedys powiedzial: «Jesli Byron zasluzyl na to by dac imie poezji swego wieku, to tylko dlatego ze czul iz na to, aby byc poeta, nalezy najpierw upoetycznic swa dusze, to znaczy wziac czynny udzial w wielkich przedsiewzieciach, do ktorych zapalaja sie wspolczesnie szlachetne serca, ludzie i narody». Mickiewicz postapil jak Byron: przybyl jak tamten umrzec na Wschodzie za sprawe sluszna.Tym, ktory zlaczyl smierc pod Missolonghi ze zgonem w Konstantynopolu mogl byc plk Hipolit Kuczynski, Skinder-bej, szef sztabu Menekli Ahmeda-paszy, wodza Arabow, lub plk Emilian Bednarczyk, powstaniec listopadowy, uczestnik walk w latach 1848 i 1849, kilkakrotny emisariusz demokratyczny do kraju – raczej ten pierwszy, bo o drugim wiadomo ze fatalnego dnia sam byl chory, zalamal sie pod wrazeniem smierci Mickiewicza i polozyl sie na kilka miesiecy.
Do skojarzenia, ktore uderzylo przytomnych swiadkow tragedii, dolacza sie przypomnienie dwu innych, blizszych nam nazwisk i losow: Charles Peguy i Antoine de Saint-Exupéry. Pierwszy padl 5 wrzesnia 1914 pod Villeroy, o dwadziescia kilka kilometrow przed Paryzem, od strzalu karabinowego w skron, dowodzac w ataku 276. kompania piechoty u wstepu bitwy nad Marna. Drugi, major lotnictwa, ochotnik w 2/33 grupie srodziemnomorskich sil lotniczych, 31 lipca 1944 nie wrocil z rozpoznawczego lotu bojowego nad Sabaudie, kraj swoich lat dziecinnych, przepadl bez znaku i sladu. Te zgony zamknely klamrami dwa zycia i dwa dzialania literackie. Oba byly niejako smierciami z wyboru i z wyzwania.
Podobny patos ma smierc Mickiewicza w Konstantynopolu.
II
Adam Mickiewicz, okolo 1840 r.,
Stara fotografia dagerotypu, juz od dawna nie istniejacego.
Nic tej smierci nie zapowiadalo, brak jej tez znamion koniecznosci. Umierajac Mickiewicz liczyl lat 57. W maju ostatniego roku pisal do Konstancji Lubienskiej-Wodpolowej: "Wprawdzie zdrow jestem, tylko czuje sie wstrzasniony i strudzony". Poruszyla go ostatnia, dlugotrwala, ciezka choroba zony i jej smierc (5 marca 1855). Mial za soba okres ciezkiej walki o byt, bolesnych rozczarowan, konfliktow sumienia i komplikacji rodzinnych. Lata miedzy rozwianiem sie "Wiosny Ludow" i zamknieciem Trybuny Ludow a smiercia naleza do najciemniejszych w jego zyciu, najbardziej zawilych i trudnych. Zaznaczyly sie one przede wszystkim w wygladzie zewnetrznym poety. Walerian Mrowinski, pozniej ksiadz, w r. 1855 student, tak go zobaczyl i opisal: "Twarz mial blada, znekana, ktora w otoczeniu siwych, dlugich, w nieladzie rozrzuconych wlosow wydawala sie o wiele starsza anizeli mowil wiek poety". Jeszcze ostrzej wyrazil to wrazenie portrecista Wojciech Stattler: "Taki wyraz mial na twarzy, jakby bylo napisano: poslannictwo jego sie skonczylo".
Ale przyjrzawszy sie z bliska i trzezwo tym latom, trzeba odrzucic poglad, ze wyjazd z Paryza byl aktem desperackim, ze zgon w Konstantynopolu byl "katastrofa", czyms w rodzaju samobojstwa. W mrocznym, wilgotnym, zimnym pokoiku na Papas Kiprusz w dzielnicy Kalendzi-Oglu umieral nie "un poète manqué", czlowiek przegrany. Przeciwnie, kladl tam ostatni akcent, znak zamkniecia ktos, kto byl wierny sobie i swoim nakazom wewnetrznym, intuicjom i przeswiadczeniom.
Rozwazywszy wszystko bez uprzedzenia, nalezy rowniez odeprzec sugestie, ze podroznik konstantynopolitanski byl to polityczny Jean de la lune, polityczna quantité négligeable. To prawda, Mickiewicz umieral z poczuciem bolesnej porazki, ale to rowniez prawda, ze w stygnacych rekach trzymal mozliwosci dzialania, mozliwosci wplywu na bieg spraw polskich. Z owego szesciolecia czy siedmiolecia miedzy ostatnim wybuchem inicjatywy: legionem wloskim i Trybuna Ludow a smiercia nalezy odliczyc co najmniej trzy lata, ktore nie byly bynajmniej jalowe. W tych latach mistyk, ojciec obciazony odpowiedzialnoscia za szescioro dzieci, czlowiek zaplatany w zawilosci uczuciowe – dziala politycznie. Jest pozycja w zyciu emigracyjnym. Jest czynnikiem ksztaltujacym to zycie. Goracy a trzezwy wyrywa sie do dzialania, ale je skrupulatnie obmysla, starannie wazy, z kim dzialac! I z kim sie zwiazac. Ostatni akt, wyjazd na Wschod, ma znamiona decyzji politycznej, decyzji czlowieka wprzegnietego w polityke, nie ma w sobie nic ze zrywu desperata.
W r. 1853 Mickiewicz wpisal Edwardowi Rastawieckiemu oryginalna cytate z Ajschylosa, konczaca sie slowami: "...Bog da dobry koniec". Wybuch wojny krymskiej stal sie dla niego nowym sygnalem nadziei. Uznal te wojne za mozliwosc, ktorej nie wolno przeoczyc lub zlekcewazyc. Jak w r. 1833 i 1848, zdeklarowal sie jako skrajny aktywista, zwolennik dzialania bez wzgledu na okolicznosci. "Potrzeba wywolac zbrojno Polske i strzec jej godnosci, jej niepodleglosci; o ile jest w naszej mocy, o tyle zdobywana i broniona byc powinna, nawet gdyby i gwarancji jej bytu nie dawano" – te slowa pochodza z lata 1855, ale niewatpliwie wyrazaja nastawienie Mickiewicza od poczatku wojny krymskiej.
Od tej chwili dla oceniajacych rzecz w podobny sposob staje sie on partnerem pozadanym i poszukiwanym. Wsrod sprzyjajacych okolicznosci zewnetrznych i wewnetrznych nie porusza sie po omacku. Przeciwnie: dziala bardzo swiadomie i ostroznie, wedlug wlasnej busoli, ktora trzyma mocno w reku i na ktora patrzy bezustannie. Az zdumiewa jego chlodna trzezwosc, jego zdolnosc taktyczna, gdy sie go widzi w ruchu miedzy dwoma obozami czynu: Hôtel Lambert i Kolem Polskim, odszczepionym od londynskiej centralizacji Polskiego Towarzystwa Demokratycznego.
Motywem przewodnim jest jednosc, jednosc wszystkich odlamow mysli politycznej, wszystkich potencjalnych sil ludzkich, zdolnych zawazyc na rozgrywajacych sie wypadkach: "Trzymajmy rzecz czysto narodowa a co jest dobrego we wszystkich stronnictwach, pojdzie na koniec tam, gdzie zobaczy bezinteresownosc i braterstwo". Ten ton zabrzmi jeszcze w mowie pozegnalnej, na obiedzie w Tour d'Argent, 11 wrzesnia 1855: "Tylko wystrzegajmy sie wprowadzac kwalifikacji: to polskie, to kozackie, to katolickie, to tureckie, to arystokracja, to demokracja, bo juz skoro sluza Polsce i bija sie za nia, pozostanie tylko szablokracja". Juz jesienia 1853 w mieszkaniu Mickiewicza, w bibliotece Arsenalu, odbywa sie spotkanie miedzy przedstawicielem obozu arystokratycznego Wladyslawem Zamoyskim i Jozefem Wysockim, przedstawicielem tej czesci obozu demokratycznego, ktora postanowila wystapic czynnie na rzecz sprawy polskiej. Na tym spotkaniu Zamoyski zajal stanowisko nieprzejednane, co mialo zawazyc na stosunku Mickiewicza do niego w ostatnich miesiacach zycia. Ale i od razu – jak donosil demokrata Karol Brzozowski – "Mickiewicz wzial nasza strone i wystapil z cala energia i potega poezji i swietoscia uczuc serdecznych goracego Polaka". W maju nastepnego roku, inny demokrata, Seweryn Elzanowski, pisal do Wysockiego: "Pan Adam chcialby... uwazac rozdwojenia emigracyjne za niebyle i na drodze taktycznej dzialac i dzielic sie, jesli potrzeba; byloby to dobrowolnym zapomnieniem przebytych doswiadczen".
Adam Mickiewicz, okolo 1850 r.
Wedlug portretu Franciszka Tepy (1829-1889).
Raz po raz Mickiewicz wystepuje jako mediator. Posredniczy miedzy demokratami a Czartoryskim w sprawie utworzenia komitetu jednosci, ktorego domagali sie poslancy z kraju. Bierze udzial w ponadpartyjnym komitecie funduszowym. Wiosna 1854 towarzyszy Ludwikowi Mieroslawskiemu w rozmowach z bratem stryjecznym cesarza, ksieciem Napoleonem, w sprawie legionu, na ktorego czele mial stanac Wysocki. Z tego czasu pochodzi podany Napoleonowi III za posrednictwem ksiecia zdumiewajacy memorial o... strategicznym polozeniu Rygi.
Drugi motyw dzialania Mickiewicza stanowi determinacja bardzo realistyczna: jesli jednosc jest niemozliwa do osiagniecia, stanac przy tym, kto ma wole dzialania i sile. Poczatek roku 1855 zagescil sie od wydarzen: umarl satrapa Mikolaj I: wojna koalicji przeciw Rosji przybrala na sile; Wysocki wrocil z Turcji nie osiagnawszy niczego; Mieroslawski okazal sie bardziej egotyczny i nieodpowiedzialny niz kiedykolwiek; rzady zaangazowane w walke z Rosja uznaly Hôtel Lambert za jedyne przedstawicielstwo polskie; wymierna, konkretna sila okazala sie formacja Kozakow stworzona przez bylego przedstawiciela Hôtel Lambert na Wschodzie Michala Czajkowskiego.
W tym stanie rzeczy Mickiewicz, ktory zaczal ostatni okres swojej dzialalnosci jako partner demokratow, konczy jako "czlowiek Czartoryskich". Bierze udzial w poufnych naradach (dokumenty pozwalaja przypuszczac, ze jest poinformowany o tajnej misji wyslannika z kraju Ryszarda Bielickiego – "Beckmana"), 11 maja 1855 towarzyszy staremu ksieciu na audiencji u cesarza Napoleona III, dostarcza materialow i komentarzy do operatow dyplomatycznych, dolacza – wedlug slow Ludwika Zwierkowskiego – "urocze imie i zyczliwe checi" do dzialan Hôtel Lambert. Ten oboz w pelni docenia, czym jest pozyskanie poety. "Trzeba, aby pakt Mickiewicza z nasza polityka, z nasza przewodniczaca Rodzina – pisze wspomniany Zwierkowski – uderzyl imaginacje Emigracji i kraju, rozstroil robotki menerow i pokrzepil politycznych przyjaciol ksiecia".
Podroz do Turcji doszla do skutku dzieki staraniom Czartoryskiego i za pozyczone od niego pieniadze. Jej istotnym celem bylo posredniczenie tym razem miedzy ludzmi z jednego obozu: Czajkowskim i Zamoyskim. Gdy ta misja nie powiodla sie, Mickiewicz szuka nowej kombinacji sily: zbliza pokloconego z czartoryszczyzna Czajkowskiego do demokratow.
I gdzie w tym wszystkim polityczny Jean de la lune?
III Inna rzecz, ze nurt dzialania politycznego mial u Mickiewicza swoj utajony prad religijny. Byloby to pospolite prostactwo umyslowe uwazac, ze nie moga one plynac jednym lozyskiem. Bergson mowil, ze religia jest w zasadzie dzialaniem. Hagiografia dostarcza w Teresie z Avili przykladu swietosci najbardziej ekstatycznej, zdolnej do najwyzszych wzlotow, polaczonej z dzialaniem, ktore wymagalo wszystkich talentow dyplomatycznych i taktycznych, woli i przemyslnosci, odwagi i uporu.
Caly ostatni okres zycia poety znamionuje wzmozenie religijnosci. "Podczas choroby swojej zony – swiadczy Bohdan Zaleski – i po jej smierci skruszyl sie byl na duchu i spoboznial. Spotykalem go czesto z mokrymi oczyma modlacego sie w domu i w kosciele". Akcent religijny brzmi wyraznie w mowie pozegnalnej z 11 wrzesnia 1855; mowa tam o emigracji, jako "zawodzie apostolskim", jako "zakonie". Przed wyjazdem do obozu wojskowego w Burgas, Mickiewicz modli sie w kosciele sw. Benedykta [w Stambule]. O przedostatnim dniu zycia Lévy zanotowal: "Rozmowa, jak to najczesciej bywalo, dotykala ciagle zagadnien wznioslych, religijnych". Strzepy i echa tych rozmow zachowaly sie w zapiskach wiernego towarzysza: "Czlowiek nie moze zyc bez religii. a sa prawdy religijne, od ktorych poszukiwania uwolnic sie nie moze".
Potrzeba dzialania wynikala u Mickiewicza z jego organizacji religijno-moralnej. Stad wczesnie ujawnila sie w nim jedna z osi osobowosci, moze jej os glowna: dialektyka dzialania i slowa. Mozna ja sledzic przez caly ciag zycia. Oto dwa sformulowania z roku 1842: "Przyszedl czas, ze natchnienie musi byc czynem a czyn natchnieniem, bo w dziele Bozym, jak w piorunie, uderzenie jest jedno, miedzy blyskawica a ciosem nie masz rozdzialu." (przemowienie na dzien 3-Maja). "Czas, bracie, robic poezje. Tym tylko zwyciezymy wszystkich poetow, a o ile zrobim, o tyle zdolamy zaspiewac..." (list do Aleksandra Chodzki).
W ostatnim okresie ta dialektyka osiaga bodaj najwyzsze natezenie, ma charakter wyraznie religijny i etyczny. Jak w stosunku: wiara-uczynki, dzialanie praktyczne jest tu dopelnieniem slowa i jego uwierzytelnieniem. Dopiero lacznie tworza one pelnie osobowosci. Dopiero lacznie harmonizuja jednostke z czasem, w ktorym zyje. Mozna by na poparcie tego rozpoznania przytoczyc cala antologie cytatow. Oto kilka najbardziej znamiennych i wymownych. Slowo o Napoleonie: "Byl on naprawde slowem epoki, slowem zywym, zawsze poprzedzonym lub potwierdzonym przez dzialanie"; "Jest czas mowienia i czas dzialania. Za Ludwika Filipa nalezalo mowic... ale przy grzmocie armat nie mowi sie"; "Ludwik Napoleon pokazal, ze nie wystarczy mowic i pisac, ze trzeba dzialac. Dal nam lekcje koniecznosci dzialania. Republikanin mowi: «Lud zdziala», tak jak mistyk mawial: «Bog zdziala». Jest to wygodny sposob dyspensy od dzialania. Tymczasem nic nie dzieje sie na tym swiecie inaczej, jak przez dzialanie jednostek". "Dzis najwyrazniej przyszedl na poetow czas budowania z ostruganych przez nich belek, ociosanych glazow i wypalonych cegiel"...
W dzialaniach ostatniego okresu i w wyjezdzie po smierc tkwi jeszcze jeden akt buntu przeciw Towianskiemu, przeciw mistycyzmowi biernosci. Nazwisko glownego towianczyka, plk. Karola Rozyckiego, raz po raz zjawia sie w myslach, rachubach, planach Mickiewicza: jego osoba jako domniemanego dowodcy calosci sil polskich w Turcji jest realna mozliwoscia zamkniecia rywalizacji miedzy Czajkowskim a Zamoyskim. Ta mozliwosc zawiedzie. Ale Mickiewicz – religijny, mistyczny aktywista – nie przestaje byc towianczykiem i umrze jako towianczyk. "Idee pana Andrzeja – mowil do Lévy'ego na dwa dni przed smiercia – sa prawdziwe; nie godzilismy sie ze soba tylko w kwestii zastosowania ich". "Co mnie oddziela od pana Andrzeja i pulkownika Rozyckiego to to, ze oni dla celu doskonalego chca dzialac tylko przez srodki doskonale. A ze doskonalosc nie jest z tego swiata, odraczaloby to sila rzeczy dzialanie w przyszlosc nieokreslona".
Mickiewicz cale zycie namietnie zglebial zagadnienie stosunku miedzy religia i polityka. Uwazal polityke za organ, za objaw uczucia religijnego. Stawial znak rownania miedzy religia a kultura. Glosil przekonanie, ze religia powinna przeniknac w najszerszy zakres zycia, przeistoczyc go i uksztaltowac na nowo. "Juz czas – mowil do Lévy'ego – zeby religia przybrala charakter meski, rozwinela w nas cos wiecej, niz cnoty indywidualne i domowe, pchnela nas do wielkich dzialan narodowych. Chrystianizm uswiecil jednostke, dzisiaj winien on uswiecic narody, ktore winny zyc ze soba po chrzescijansku, tak jak to czynia stowarzyszenia, rodziny i ludzie poszczegolni". Jeszcze bardziej wymowne jest inne odezwanie sie do tego samego sluchacza; zawiera ono program cywilnej, swieckiej swietosci: "Religia uswiecila jednostke, teraz powinna uswiecic narody. Nie o to idzie, aby obalac swietych dawnych czasow, tylko zeby uczcic rowniez swietych meczennikow czasow nowych, bo gdy jedni nas ucza drogi wyrzekania sie, wyzbycia sie osobistego, to drudzy nas przyciagaja ku sobie, zachecaja, by isc ich sladami, po sciezce, gdzie sie cierpi i gdzie sie umiera za ojczyzne".
I jeszcze jeden motyw par excellence religijny tkwi w postanowieniu podrozy na Wschod: wiara w wartosc zywego przykladu. Brzmi ten motyw w rozstrzygajacej rozmowie ze Zwierkowskim w lecie 1855 i wraca w rozmowie z Kuczynskim na kilka godzin przed smiercia: "...skoro by ujrzeli, ze ja ze zbielala glowa ale goracym sercem ide tam, gdzie ono mi wskazuje rownie jak rozum, juz nie wyzszy, ale po prostu chlopski rozum, ze Polske znalezc mozna, a zatem szukac jej nalezy, to by mlodzi i zdolniejsi, bo sa zolnierze, nie smieli moze dluzej gnic, jesli nie co gorzej, a nie spelniac swietego obowiazku. Inaczej odzywac sie do emigracji nie mozna, tylko skoro bym sam poszedl gdzie nalezy" (do Zwierkowskiego); "...kazdy z emigrantow polskich powinien brac udzial w tej wojnie... Ja w tym przekonaniu opuszczalem Francje; powiedzialem ja sobie, gdybym wiedzial, ze w Turcji gdzies mam umrzec na cholere, jade jednak, bo tam jest dzis moja powinnosc; wole bowiem byc pisarzem w jakims pulku Kozakow polskich niz kanclerzem Instytutu Francuskiego." (do Kuczynskiego).
W tym swietle cale dzialanie polityczne Mickiewicza w ostatnich latach i podroz do Turcji zamknieta smiercia jest poszukiwaniem wznioslosci. Jest w nim cos z tego, co sw. Teresa Wielka nazywala "aktem heroicznym". Spelnia on jej wlasny postulat: "Todo lo hace aventurar la vida (Rzucic w gre zycie – w tym jest wszystko)".
Adam Mickiewicz, 1850 r.
Rysunek Cypriana Kamila Norwida.
IV Nie jest to jedyna dwoistosc lezaca u dna ostatnich miesiecy, dni i godzin przezytych przez Mickiewicza. Gdy sie je oglada z oddalenia, wyraznie przewija sie w nich swiatlocien zycia i smierci, planow na daleka przyszlosc i przeczuc bliskiego konca. Wyraznie widac sprzeczna gre swiadomosci i intuicji.
Najstarszemu synowi wydal sie Mickiewicz na pogrzebie matki, dziewiec miesiecy przed wlasnym zgonem, "pelen czerstwosci i sily". Zwierkowski swiadczy, ze czas gotowania sie do podrozy wschodniej byl dla niego "druga mlodoscia". Doniesienia towarzyszy podrozy z Francji do Turcji, z Konstantynopola do Burgas zgodnie stwierdzaja kwitnacy stan jego zdrowia i dobry nastroj. On sam na kilka dni przed smiercia, moze w przeddzien, mowil o dalszym ciagu swojej "misji" w Bulgarii, Serbii. Na dwa dni przed ostatnim poniedzialkiem postanowil uczyc sie systematycznie jezyka tureckiego.
Ale jednoczesnie uderza intuicyjne zamykanie watkow. Jest ono widoczne w zachowanej korespondencji z Henrietta Ankwiczowna-Kuczynska, miloscia rzymska (ostatni list do niej nosi date wyjazdu z Marsylii 13 wrzesnia 1855), z Konstancja Lubienska-Wodpolowa, partnerka bujnego romansu wielkopolskiego; mozna sie domyslec, ze istniala taka korespondencja z Ksawera Deybelowna, wtedy juz pania Edmundowa Mainard – ostatnia, ciemna namietnoscia zycia. Podobny, zamykajacy, pozegnalny charakter ma list do druha mlodosci Tomasza Zana, tym bardziej patetyczny, ze jest to list pisany bezwiednie do czlowieka juz umarlego.
Jeszcze bardziej uderzajace jest jedno z najtragiczniejszych postanowien Mickiewicza: calopalenie papierow w wigilie wyjazdu z Paryza. Wladyslaw Mickiewicz opisuje je w takich slowach: "Zasiadl do biurka i przez pare godzin przezieral papiery rzucajac synowi te, ktore kazal palic. Bylo duzo obcych listow, nie malo wlasnych rekopismow, sporo nawet i wierszy. Mickiewicz pare razy wahal sie przez chwile, konczylo sie na tym, ze rzucal papiery mowiac. "Tego juz nigdy nie dokoncze". Jest w tym opisie akcent, laczacy sie ze wskazanym tlem religijnym: oszczedzanie swiadectw dzialania praktycznego. "Tyczace sie Sprawy [Towianskiego] – czytamy dalej – odlozyl nie rozpatrujac blizej; papiery tyczace sie legii wloskiej tak samo, ale o tych ostatnich powiedzial: "Bedzie z nich uzytek".
Ostatnie miesiace zycia roja sie od przeczuc. Slowa powiedziane do umierajacej zony i zapisane przez pania Amalie Martin: "Bede niebawem razem z toba, zakupie miejsce dla nas obojga" – nie sa chyba tylko konwencjonalna pociecha. W liscie do Zana jest wzmianka o drugim niezyjacym serdecznym przyjacielu, Janie Czeczocie: "Ostatni raz pokazal sie [w snie] jakby zapraszajac mnie do siebie". Przeczucie smierci miesza sie z obronnym zartem w ostatniej rozmowie z Kuczynskim: "Wiesz, zem sie zaczal uczyc po turecku. Lekam sie tylko, by sie ze mna tak samo nie stalo jak z jednym z krolow naszych, o ktorym kronika mowi, ze juz niezle sylabizowal, kiedy go smierc zaskoczyla". Samoobrone przed nurtujacym lekiem mozna by upatrywac w ostatnim utworze napisanym w ciagu posepnych dni listopada, Conversations des malades. Ta makabryczna groteska zawiera symptomatografie cholery odtworzona z realizmem, jakbysmy dzis powiedzieli, célline'owskim, z szubienicznym humorem. 70-letni pulkownik, Polak, mowi tam do adiutanta-Wegra: "J'ai enterré tout ton régiment... Il ne me ta reste que toi à enterrer". Podkomendny nie pozostaje w tyle: "Tu vas crever cette nuit – pociesza dowodce – comme un brave vieux chien que tu es".
Ten swiatlocien, ktorym graja ostatnie miesiace i ostatnie godziny, nadaje jego zgonowi dodatkowy patos.
V Tkwi wymowna dwoistosc takze w doborze towarzyszy ostatnich chwil i swiadkow smierci; jest w tym doborze jakby intuicyjna kompozycja.
Sluzalski i Lévy stanowia kontrastowy dwuglos: Polak i Francuz zydowskiego pochodzenia, w ktorym Mickiewicz rozbudzil poczucie tego dziedzictwa; syn szlachecki, chudopacholek przywodzacy na mysl Imc pana Jana Chryzostoma Paska i syn zasobnej haute bourgeoisie; tradycjonalista, zabytek muzealny, i rewolucjonizujacy liberal; rodzajowosc i intelekt; czerep rubaszny i dusza anielska; totumfacki z polskiego dworu i sekretarz w europejskim znaczeniu slowa; facecjonista i sensat; blazen i Eckermann; lechicki, skozaczony, wcale spasny Sancho Pansa i miniaturowy Don Quijote; Marta i Maria z biblijnej przypowiesci. Sluzalski zblizyl sie do Mickiewicza, przez towianizm, byl z nim w r. 1848 we Wloszech, w chwili wyjazdu do Turcji, mial ponad 40 lat, Lévy liczyl ich niespelna 30, sluchal kiedys wykladow poety w College de France. Laczyl ich z Mickiewiczem zwiazek patriarchalny. Pierwszy odnosil sie do niego jak oficjalista do dziedzica, Kozak dworski do pana ("Waruje jak pies przy trumnie" – napisze po zamknieciu tragedii), drugi zywil dla u niego uczucia synowskie, kult ucznia dla mistrza ("Kocham twego ojca jak wlasnego" – stwierdzal w liscie do z Wladyslawa Mickiewicza, ktoremu mial dochowac cennej, wiernej przyjazni do konca zycia). Ludwika Sniadecka-Czajkowska nie bez przekasu nazwie ich "dworem Mickiewicza".
Obaj zostawili cenne swiadectwa: pisane na goraco listy (Sluzalski korespondowal ze szwagierka Mickiewicza Zofia Szymanowska i Marynia Mickiewiczowna, Lévy z najstarszym synem poety Wladyslawem), dzienniki i pozniejsze relacje. Pisali duzo: "Od 11-ej do 3-ej z rana – stwierdza gdzies «Sluzalsio» – napisalem siedem listow do Paryza, totez tak zekspensowalem imaginacja ze mi teraz olowek sztorcuje w reku". Pisali kazdy inaczej: Lévy pedantycznie, refleksyjnie, skladnie i grzecznie, Sluzalski péle-méle, rozkosznym, wartkim, niedoksztalconym stylem konwersacyjnym, stylem staropolskiej gawedy, stylem zywego opowiadania przekazujacym niewyczerpany i niepohamowany potok wymowy z wszystkimi jego barwami, z cala cieplota oddechu i pulsu. Sluzalski ma swoje niesporne miejsce wsrod polskich pamietnikarzy i gawedziarzy. Az dziw bierze, iz dotad nie przedrukowano jego relacji w krytycznym wydaniu.
Mickiewicz dobral sobie te dwa zwierciadla z natchnienia intuicji, ale sie w nich nie miesci. W doniesieniach swoich towarzyszy wraca rzadko i mowi malo ("Pan Adam pokazal mi jakas ruda kaczke podobna do gaski dzikiej tylko z lotu i noszenia szyi..." (Sluzalski, 17 wrzesnia 1855) – czesciej slychac jego glos w refleksjach Lévy'ego, niz w zawadiackich fanfaronadach Sluzalskiego. Wyglada jak gora, jak oblok, ktory nie odbija sie nawet w dwu lusterkach. Gleboka prawda ostatnich miesiecy i dni, bodaj najobszerniej opisanych z calego jego zycia, jest ukryta.
Tym wieksza pokusa by przeniknac poza zaslone tego milczenia.
VI Okolicznosci towarzyszace ostatniemu wyjazdowi z Paryza sa stosunkowo dobrze znane. Zwierkowski, wspolpracownik i maz zaufania ksiecia Adama, jego dlugoletni przedstawiciel na Wschodzie, w tym czasie kierownik dzialu wschodniego w nieoficjalnym ministerstwie spraw zagranicznych Hôtel Lambert, utrwalil te okolicznosci w szczegolowym protokole rozmowy przypominajacym zapisy z waznych rokowan dyplomatycznych. Jego relacja nie jest wierna w sformulowaniach slownych (poczciwy Zwierkowski byl czlowiekiem gluchym na styl i kiepskim stylista) ale na pewno scisle odtwarza tok mysli.
Wynika z niej ponad wszelka watpliwosc, ze Mickiewicz wyjechal na Wschod z ramienia starego Czartoryskiego. On wyprosil u cesarza misje [„naukowa”] dla Mickiewicza tak argumentujac: "Jego obecnosc zjednoczy Polakow na Wschodzie i w wojsku. Nedza i tysiaczne klopoty przyczynily sie do dojrzalosci jego sadu... Bieg wypadkow dal na nowo sile jego wplywowi". On deptal po pietach ministrowi oswiaty Fortoul’owi, ktory nie lubil Mickiewicza i nie raczyl go przyjac. Gdy Fortoul nacisniety z gory dal chcac nie chcac swoja zgode na wyjazd, ale postanowil pokryc jego koszty dopiero z nowego budzetu, Czartoryski zalozyl 1500 frankow.
Mialo to zaciazyc na calym przedsiewzieciu. Lévy, byc moze, mial pieniadze "z domu", ale Sluzalski, ktorego Mickiewicz wyciagnal na te upragniona podroz z posady droznika kolejowego, byl niewatpliwie na jego utrzymaniu. Nalezalo zaciskac pasa. Zachowane swiadectwa dostarczaja na to niejednego dowodu. "Dla pana Adama dobrodzieja – czytamy w liscie Sluzalskiego z 23 listopada – zatrzymali pokoik za 25 fr. dziennie, lecz przeparlismy i mieszkamy na trzecim za 20 fr. na miesiac. Drugi dzien zyjemy sposobem tureckim ryzem z kura, co nam tanio wychodzi a wszyscy sie skandalizuja", Ta gospodarka nie uszla kobiecemu oku Sniadeckiej: "Ja zaraz odgadlam nadzwyczajna jego oszczednosc: odmawianie sobie wygod najpotrzebniejszych w jego stanie i z jego zdrowiem i wmawianie sobie, ze on tak lubi"... Tu lezy jedna z latwo uchwytnych, przyziemnych przyczyn tego, co sie mialo niebawem zdarzyc.
Ale nic tego nie zapowiadalo. Mickiewicz wyjechal "z gary chemin defer de Lyon" 11 wrzesnia wieczorem. 13-go wsiadl w Marsylii na statek Le Thabor. Temu odbiciu od ladu pod feralna cyfra towarzyszyly pomyslne wiesci o wzieciu Malachowa, Katabelnej i czesci Sewastopola. Stala nad nim cudowna pogoda.
Z poczatku jest to troche voyage romantique – nowa podroz krymska. Wyjscie z przymusowego, dotkliwie odczuwanego zamkniecia dziala ozywczo. Jest w nim spelnienie goraco odczuwanego pragnienia: "...trzeba przestrzeni, wolnosci, zeby mysli i oko nie mialy hamulca ani zawady i cokolwiek scigac – laur, gazele, czy nawet zajaca, ale trzeba koniecznie miec za czym pedzic". Byc moze, w tym wyliczeniu wstydliwie ominieto wyraz: "swietosc", nasuwajacy jeszcze jedno skojarzenie z wyznaniem sw. Teresy: "...jesli sie chce cos osiagnac, trzeba nie isc, ale leciec". Tak czy owak, dziesieciodniowa podroz morska antycznym szlakiem jest pelna odswiezajacych doznan.
Ale i tu wchodzi zjawisko nieromantyczne: rozbijanie teczowej zludy. Mickiewicz jedzie na Wschod a mysli o Polsce, poddaje sie nie bodzcom nowych, egzotycznych wrazen, ale skojarzeniom z krajem tesknoty:
"Mowiono mi – bedzie opowiadal pozniej Brzozowskiemu – ze w Smyrnie ma byc grota Homera, ale ja tam nieciekawy tego. Ja sie przypatrywalem czemu innemu. Lezala tam kupa gnoju i smieciska, wszystkie szczatki razem: gnoj, smieci, pomyje, kosci, potluczone czerepy, kawal podeszwy starego pantofla, pierza troche – to mnie sie podobalo! Dlugo stalem tam, bo zupelnie tam bylo jak przed karczma w Polsce. Syn moj to juz by tego nie rozumial co ja widze i wolalby pojsc do groty Homera".
Brzmi tutaj akcent, ktory kaze o tym czlowieku czynu, o tym czlowieku glebokich doswiadczen religijnych myslec jako – o Hiobie polskim. Jakze jest inny od wojazera i towarzysza Sobanskiej sprzed trzydziestu lat. Jak ogolocony z wszystkiego, zobojetnialy na wszystko, co nie jest Polska.
Rysopis nieromantycznego pielgrzyma mglawieje w listach towarzyszy i ostro rysuje sie w nielicznych wlasnych listach. Jedyny list do dzieci z dziesieciodniowej podrozy morskiej cechuje trzezwosc i rzeczowosc: "zyjem zwyczajnym sposobem – pisal poeta – tylko Henryk w ciaglych uniesieniach nad Wschodem. Na wszystko patrzy diamentowymi okularami i dziwy opowiada i dziwy spisuje".
Ale ciagle powtarzaja, sie optymistyczne doniesienia o zdrowiu: "Pan Adam Dobrodziej, choc przykuty do was sercem, coraz swobodniejszy, zwawszy, czerstwiejszy. Pan Lévy widocznie zmeczony tak, ze wyglada na rekonwalescenta, boje sie lecz mi sie zdaje, ze nie bedzie on mogl nadazyc za panem Adamem" (Sluzalski, 12 wrzesnia) ; "Nikt nie choruje" (Lévy, 15 t.m.); "Ojciec twoj ma sie doskonale" (Lévy 19 t.m.) ; "Pan Adam i ja nic nie cierpielismy [od choroby morskiej], chyba na za tegi apetyt, rekieny [sic!] slawne z apetytu dlatego, ze wciaz po morzu spaceruja," (Sluzalski, 17 t.m.); "Pan Adam Dobrodziej najdoskonalej zdrow" (Sluzalski, 19 t.m.); "Ojciec twoj nie zdaje sie uczuwac najmniejszego zmeczenia. Caly ten sposob zycia koczowniczego, ktory powalilby innych, jest dla niego jakby naturalny. Henryk twierdzi, ze to sep wieziony w klatce, ktoremu oddano wolnosc" (Lévy, 23 t.m.); "Nasz pan Adam Dobrodziej zdrow jak najlepiej i ja sie dziwie z jakim hartem znosi zycie obozowe, nawet gorsze" (Sluzalski, 27 t.m.) ; "Ojciec twoj ma sie bardzo dobrze" (Lévy, 29 t.m.) ; "Zdrowie pana Adama Dobrodzieja wyborne" (Sluzalski, 3 pazdziernika).
Ta sama tonacja obejmuje dwa tygodnie pobytu w Stambule, surowe zycie w klasztornej celi lazarystow na Galacie, wzruszajace spotkanie z sedziwym atamanem kozackim Gonczarowem, zetkniecia z polskimi wojskowymi w sluzbie tureckiej, zanurzenie sie w polskosci fermentujacej wsrod stolikow kawiarni Biulbiula na Perze i na Piccolo Campo. "Tu Polakow wiecej jak Turkow – notuje alter ego Sluzalski – tak sie tu szwendaja i politykuja, jeszcze gorzej, niz w Paryzu".
Szczytowy punkt podrozy stanowi wyjazd do Burgas na brzegu morza Czarnego do obozu Kozakow ottomanskich. Jest znamienne, ze ton relacji Sluzalskiego i Lévy'ego w tym punkcie zrownuje sie i utozsamia. Proza refleksyjna Lévy'ego staje sie proza, opisowa, nawet w przekladzie przekazujaca cos z natezenia przezyc i rytmu wzruszen. Proza opisowa Sluzalskiego obfituje w wylewy liryczne: "Jezelim nie zwariowal ze szczescia, to Bog wie, co sie ze mna jeszcze stanie". "Powiadaja, ze kazda rzecz ma dwie strony, ja dotad jedna widze".
Powrot z polowania w obozie pod Burgas, listopad 1855.
Na piewszym planie, od lewej Sluzalski, Mickiewicz i Sadyk-pasza.
Wedlug rysunku Piotra Suchodolskiego.
Trzeba przyjac, ze poeta czul tak samo. Nie pozostawiaja co do tego watpliwosci slowa listu do starego ksiecia, w ktorych wraca jakby echo Pana Tadeusza. "Zdawalo mi sie, ze bylem na lonie ojczyzny"...
Kilka miesiecy wczesniej w uwagach do listu lorda Harrowby przygotowanych dla Czartoryskiego, Mickiewicz przeprowadzil rozroznienie miedzy a nie uznawana przez panstwa zachodnie narodowoscia polska a zywa, ciagle sie odnawiajaca, polska sila zbrojna. To, co widzial w Burgas, byla to zywa, rzeczywista, obliczalna a tajaca nieobliczalne mozliwosci potencjalne dziedziczka niepodleglego wojska polskiego. "Polska na ziemi juz jest" – pisal Mickiewicz z Rzymu w r. 1848 i zapewne to samo myslal w Burgas.
Pulki lezace tam obozem dzialaly na wyobraznie, osrodki uczuciowe, ideowe punkty oparcia w jeszcze inny sposob. Byly to oddzialy nie czysto polskie, ale slowiansko-polskie, nosily historyczne imie, wracajace dalekim echem i otwierajace nowe perspektywy. W relacjach nie ma zadnych cieni, nie ma napomknien o mieszanym charakterze tego wojska, o jego niskim poziomie etycznym; jedna jedyna wzmianka o drakonskiej dyscyplinie, odwolujacej sie do palki i nahaja, brzmi idyllicznie. Goruje ton najwyzszego, ekstatycznego uniesienia.
VII To uniesienie pozwala zrozumiec postawe zajeta przez Mickiewicza w tych dniach i decyzje, ktora miala go zabic. Konsekwentny mediator, obciazony misja posredniczenia, lagodzenia, godzenia wypadl z roli. Opowiedzial sie bez zastrzezen po stronie Czajkowskiego przeciw Zamoyskiemu. Dlaczego?
Nawet z odleglosci sprawa jest zlozona, nielatwa do wyjasnienia. Trzeba ja podejmowac metodycznie.
Najpierw realia. Czajkowski przebywal na Wschodzie od lat pietnastu, od pieciu lat byl muzulmaninem. Jedno i drugie mialo uzasadnienie polityczne. Przez okragly dziesiatek lat dzialal bardzo celowo i skutecznie jako przedstawiciel polityczny Czartoryskiego. Utraciwszy w r. 1850 poparcie Francji, przyjal Islam i przezwal sie Mehmed Sadyk. Wojna wschodnia otwarla przed nim nowe pole dzialania. Porucznik pulku jazdy wolynskiej Rozyckiego w powstaniu listopadowym, w nowonadarzonym starciu wojennym okazal sie czlowiekiem z wizja, przedsiebiorczym, rzutkim, odwaznym. Szybko doprowadzil do utworzenia formacji mieszanej pod nazwa Kozakow Ottomanskich, w ktorej z gruba rzecz biorac szeregowi byli rozmaitego pochodzenia, dowodzili Polacy. W porozumieniu z Czartoryskim dokonal ta zbieranina bosa, obdarta, glodujaca nieblahych rzeczy: byl przez pewien czas komendantem Bukaresztu. W pierwszym, przedkrymskim okresie wojny wschodniej mial pod swoja komenda 2500 ludzi. Widzial jasno mozliwosci wzrostu tego sporego zalazka. Sam dal inicjatywe sprowadzenia do Turcji wyzszych wojskowych polskich. Wsrod nich byl Zamoyski.
I tu wchodza w gre personalia. Miedzy Sadykiem a Zamoyskim niemal z miejsca zawiazal sie konflikt, ktorego ofiara mial pasc takze Mickiewicz. Wazyly tu rozmaite czynniki, wlasciwie irracjonalne. Wprzod roznica temperamentow i urobienia.
Nie mogli znalezc wspolnego jezyka kresowiec i Polak z Polski srodkowej, szlachetka przechowujacy pamiec o pokrewienstwie z kozackim hetmanem Brzuchowickim, o stryjach sluzacych pod malinowymi choragwiami, i arystokrata wychowany na Zachodzie, urodzony organizator i dyplomata, zolnierz z fantazji, z instynktu i patrzacy na niego z gory zawodowy oficer, przeczulony emocjonalista i zimny, pozbawiony wyobrazni mozgowiec, czlowiek-plomien i czlowiek-lod ("Cet homme – powiedzial Mickiewicz o Zamoyskim – a assez de froid en lui pour glacer tout un regiment").
Dolaczyla sie do tego roznica religijna: "odszczepienstwo", "zaprzanstwo" Czajkowskiego i ciasna bigoteria Zamoyskiego; Zamoyski posuwal sie tak daleko, ze nie pozwalal zonie na utrzymywanie stosunkow ze Sniadecka, zona Sadyka wedlug religii muzulmanskiej (we Francji zyla wraz z dziecmi jego zona zaslubiona w kosciele katolickim).
Koronowala to wszystko roznica oceny rzeczy: Czajkowski myslal kategoriami tradycyjnej Rzeczypospolitej Polskiej trzech narodow. Zamoyski kategoriami nacjonalistycznymi. Pierwszy patrzyl na Wschod, laczyl nadzieje z Turcja, drugi ogladal sie na Zachod, stawial na mocarstwa zachodnie, mimo ze nie pozostawialy one zludzen co do swoich rzeczywistych pogladow na sprawe polska i rzeczywistych planow.
Te wszystkie istotne roznice bylyby niczym, gdyby nie ambicje osobiste posuniete do najdalszych granic egocentryzmu. Sadyk chcial rozwijac dzielo przez siebie zaczete, Zamoyski dyskredytowal go systematycznie zachowujac gladkie pozory, przedstawiajac sie jako przyjaciel, czarujac z rozmaitym skutkiem Sadykowa. "Sami nawet Turcy dziwia sie – pisala ona o tym "krolu jezuitow" do Czartoryskiego – jak przedstawiciel Ksiecia, w imie ktorego Sadyk dziala, moze tak chciec szkodzic temuz Sadykowi".
Sprawa ciagnela sie przez kilka lat i przyczyniala zgryzoty sedziwemu patriarsze. Zamoyski byl jego bliskim krewnym, Czajkowski – agentem, pokojowcem, dworakiem; "krolowi de facto" ofiarowywal nie mniej ni wiecej tylko rzeczywista korone w Polsce, w ktorej sam bylby hetmanem Kozakow. Czartoryski lawirowal, odwolywal sie to do jednego to do drugiego, usilowal rzucac mosty nad przepascia, wreszcie posluzyl sie Mickiewiczem: zazegnanie konfliktu stanowilo glowny i wlasciwy, choc ukryty cel jego "misji naukowej" na Wschod. Konflikt byl juz wtedy daleko posuniety, jesli 19 czerwca 1855 ksiaze Adam pisal do Sadyka: "Nie mam ja juz pretensji was zupelnie pogodzic, to czas kiedys sprawi".
Wyjezdzajac Mickiewicz bodaj nie zdawal sobie sprawy z glebi rozlamu. Wszedl w sam srodek sporu w chwili ostatecznego przesilenia. Anglicy wskutek interwencji austriackiej ostatecznie zawiedli nadzieje tworzenia osobnego korpusu pod sztandarami narodowymi. W Stambule poeta przyjmowany z ostentacyjna grzecznoscia trafnie odczytal chlod, z jakim ambasador Stradford przyjal Wladyslawa Czartoryskiego: "Anglia nie chce nic uczynic i nie uczyni niczego dla Polski".
Pozostawala tylko jedna konkretna mozliwosc: trzymanie sie Turcji i rozszerzenie Kozakow ottomanskich do 10,000 ludzi. W takiej chwili Zamoyski, przebywajacy w Londynie, przeniosl drugi pulk, w przewadze polski, pod dowodztwo angielskie. Ofiarowal gotowe wojsko partnerowi nielojalnemu i niepewnemu. Rozpolowil istniejaca formacje. Stworzyl osrodek konkurencyjny.
Rzecz budzila sprzeciwy w samym obozie Czartoryskiego. Przeciwstawial sie jej Zwierkowski, glowny zwolennik Sadyka i glowny inicjator misji Mickiewicza. Za Zwierkowskim stala cala frakcja Hôtel Lambert zwalczajaca Zamoyskiego w imie obrony dobrych stosunkow z Francja. Mozna przypuscic, ze Mickiewicz, w szczytowym momencie dramatu rozgrywajacego sie w Burgas, byl wyrazicielem tego pogladu.
W pewnej mierze przemawia za tym rola, jaka odegral trzeci towarzysz podrozy. Mlodszy syn ksiecia Adama, Wladyslaw Czartoryski. "Jest on jalowy, plytki i hypokryt, on dzis juz nic nie znaczy, bo Zamoyski ich oblegl" – nie bez uprzedzen charakteryzowal go Zwierkowski w liscie do Sadykowej. W Stambule i w Burgas mlody Czartoryski byl tylko porte-parole nieobecnego Zamoyskiego. Ale i tej roli nie braklo zawiklania osobistego. Stala sie ona zrodlem konfliktu w konflikcie.
U jego dna bylo nierozstrzygniete pytanie: kto komu towarzyszy w tej podrozy? Czy skryty i dumny mlokos z ksiazecym tytulem, ozeniony z corka krolowej hiszpanskiej (co prawda z morganatycznego malzenstwa), swiezo przedstawiony krolowej Wiktorii na jej wyrazne zadanie, towarzyszy nieoficjalnemu wodzowi narodu, siwemu fantascie, ktory moglby byc jego ojcem, czy – na odwrot? Obaj oczekiwali od siebie tego samego. Posrodku uniesienia entuzjazmem doszlo miedzy nimi do gwaltownego starcia. Wedlug relacji Sadykowej, Mickiewicz mial powiedziec: "Wiec ksiaze tu przyjechales, zeby Sadykowi wydrzec jego dzielo? Myslisz, ze tego nie widza? Chcesz Sadyka zgubic, przynajmniej nie robze tego pod jego dachem i przy jego stole". Czartoryski wyjechal z Burgas i pozniej z Konstantynopola nie pozegnawszy sie z Mickiewiczem.
Mickiewicz stanal bez zastrzezen po stronie Sadyka, po stronie jednosci, nienaruszalnosci wojska. Czy sie pomylil? Czy zrobil dobrze? Gdyby przyjac stosowana w poezji i polemice historycznej metode vaticinium ex eventu, wieszczenia o rzeczach juz zdarzonych, trzeba by powiedziec, ze zagral blednie. Nie bylo sie o co az tak bolesnie spierac. Wojna krymska chylila sie ku schylkowi.
Formacja Sadyka wyszla z tego kryzysu obronna reka, ale na nic sie nie przydala. On sam niebawem zacznie sie wiklac w sprzecznosciach, staczac po rowni pochylej, ktora antyrosyjskiego Kozaka doprowadzi do poddania sie Rosji i – do samobojstwa.
Ale jesli nie brac w rachube tych wydarzen, wtedy zaslonietych, moze nawet jeszcze nie poczetych, sprawa przedstawia sie inaczej, ale nie mniej tajemniczo. Trudno zgodzic sie z Zygmuntem Milkowskim, ze Mickiewicz dal sie zwiesc malowniczosci wojska, kozackich choragiewek i historycznych bunczukow. Nie przystaje to do owczesnej trzezwosci Mickiewicza. Jesli go cos moglo pociagac ku Sadykowi, to chyba to, ze byl to pisarz – jak on sam – urzeczywistniajacy sie w czynie, najbardziej doslownie przedluzajacy swe dzielo w zyciu praktycznym, przeobrazajacy pisanych Kozakow w Kozakow zywych.
Krylo sie pod tym cos jeszcze glebszego, bardziej istotnego. Mickiewicz opowiedzial sie za Sadykiem ze wzgledow zasadniczych, polityczno-ideowych. Mozna je sledzic w antecedencjach dramatu i przez caly jego przebieg. "Zamiast – mowil do Zwierkowskiego w lecie tego roku – rzeczy rozlaczac kwalifikacjami i celami osobistymi, ze to polskie i katolickie, a to tureckie i kozackie – trzeba wiazac, laczyc, jednoczyc, przymnazac, gdyz inaczej sami ziarna rozdwojen posiejemy tam, gdzie juz wezly oslably i ostygly jak na Rusi i Ukrainie". Ten sam ton brzmi w mowie pozegnalnej. Bodaj wiernie odtwarza go relacja Sadykowej o tym, co mowil po powrocie z Burgas: "Jadro jest tam, tam nalezy sie jednoczyc… Jesli sie pragnie wskrzesic Polske, trzeba usunac przyczyny jej upadku, polaczyc pod jednym sztandarem rozmaite rasy i religie Polski. Trzeba przywiazac do Polski Kozakow, ktorzy sie pierwsi od niej oddzielili, trzeba ich laczyc pod tym imieniem"…
Dla Mickiewicza formacja kozacka byla nie tylko przedluzeniem nieprzerwanej tradycji wojska porozbiorowego, ale takze przedrozbiorowego, wojska polskiej wspolnoty narodow. Stanowisko dotyczace tej wspolnoty sformulowal wyraznie ostatni raz latem 1855 w odpowiedzi Tytusowi Dzialynskiemu, ktory przyjechal z Berlina dla rokowan z przedstawicielami emigracji: "Polak polaczylby sie z Rosjaninem, ale pod warunkiem ze pozostanie Polakiem a to nie w czastce dawnej Polski, lecz w calej, dawnej, starozytnej Polsce". Obecnosc Slowian, ktorzy do tej wspolnoty nigdy nie nalezeli, przede wszystkim Bulgarow i Serbow, popychala go ku mysli o wojsku jakiejs jeszcze wiekszej jednosci, federacji slowianskiej. Byl i tu wierny sobie, swojej "Realpolitik". Wiazal sprawe Polski z czyms wiekszym od niej, wpisywal jej los w szerszy kontekst.
VIII Mozna by powiedziec, ze w stosunku Mickiewicza do Sadyka zwyciezyl Sluzalski, wzial gore tradycjonalista. Ale i Lévy mial w tym swoje miejsce; obok tradycjonalisty w paradoksalnej zgodzie stanal rewolucjonista. Nie byl to wcale rewolucjonizm, ktory po uplywie dwudziestu lat w niezbyt wiarogodnych wspomnieniach przypisze mu Czajkowski – rewolucjonizm troche w stylu Gonty, Zelezniaka i Chmielnickiego. Przeciwnie, Mickiewicz zalecal "menazowac" starego ksiecia, choc otwarte wystapienie przeciw Zamoyskiemu, rownajace sie przekresleniu misji wschodniej, powaznie naderwalo jego zwiazki z Hôtel Lambert.
Rewolucyjnosc wlasciwa Mickiewiczowi doszla do glosu w idei "legii izraelskiej". Tkwila ta idea korzeniami w doktrynie Towianskiego i w doswiadczeniach roku 1848, ale poczela sie lub skrystalizowala w Burgas. Przebywalo tam okolo dwustu Zydow, przewaznie jencow z Bomarsundu i Krymu. Ta okolicznosc nasunela Mickiewiczowi mysl stworzenia osobnej formacji zydowskiej, szanujacej odrebnosc religijna i narodowa jej zolnierzy.
Motyw lezacy u dna tej mysli byl polityczny i wojskowy, ale wynikajace z niej konsekwencje – spoleczne i rewolucyjne. Mickiewicz chcial ni mniej ni wiecej tylko zrownac zywiol zydowski z wszystkimi innymi w obowiazkach a zatem i w prawach, chcial to sprawic – przez chrzest krwi: "Zydzi, dajac dowod swego oddania sie Polsce i swej dzielnosci, podniosa swa rase we wlasnych oczach i oczach Polakow". Szlo mu o pomnozenie sily efektywnej i sily przyciagajacej wojska, ktore mialo wywalczyc nasza niepodleglosc. "Jezeli – mowil – stanawszy na ziemi polskiej, pulk ten pociagnie Zydow jednej synagogi, to inne synagogi pojda za tym" ... "Chlopi watpic nie beda w powodzenie, bo znajac przezornosc Izraelitow powiedza sobie: 'pewne musi byc powodzenie, skoro Zydzi lacza sie z powstaniem'. I jak lawina toczyc sie bedziemy z wzrastajaca wciaz legia nasza od boznicy do boznicy i od wioski do wioski w glab samej Polski i Litwy".
Ta mysl towarzyszyla poecie przez ostatnich 40 dni zycia od wyjazdu z Burgas do smierci na ubogim przedmiesciu konstantynopolitanskim Pera. Obok manewru zmierzajacego do zblizenia Sadyka z aktywistycznym odlamem demokratow byla to druga, konkretna mozliwosc przeciwdzialania szkodzie wyniklej z dzialan Zamoyskiego. W oczach Mickiewicza zmieniala sie ona w cialo. Lévy okazal sie szczegolnie sprawnym narzedziem: zdolal poruszyc finansistow zydowskich, m.in. bankiera stambulskiego Cammondo, zainteresowal tureckie sfery wojskowe i polityczne. Dzialal pod nadzorem Mickiewicza do ostatnich chwil jego zycia. Wiemy, ze na dwa dni przed jego smiercia, w sobote, czynil zabiegi w tej sprawie. Byc moze, iz fatalnego poniedzialku dla niej opuscil na kilka godzin juz smiertelnie chorego poete.
W korespondencji Sadykow mozna sledzic, na jakie opory napotykala ta idea nawet u ludzi najbardziej zainteresowanych. Sadyk pokpiwal z niej, jak przystalo na rasowego szlachcica i polpanka, jego zona wyznawala sama: "Mysl jego wielka, ale malo kto ja pojac, zrozumiec moze. Mnie nawrocil. Nikt wiecej ode mnie nie mial odrazy do tej rasy, ale jak sie raz za to izraelskie wojsko rozgniewal z uczuciem, tak mnie zabolalo, zem go obrazic mogla, azem sie opamietala". Ale bylo to przelamanie sie tylko polowiczne. Juz po smierci poety, Sadykowa tak spowiadala sie przed mezem z watpliwosci nurtujacych ja w tej sprawie: "Nie wiem, czy mozna obce tak kochac, a moze on tak kochal swoj pomysl, zyczenie i mysli swoje?… Skad taka jego milosc do Izraela?… Moze i Mickiewicza origine byla taka czy jego familii czy familii zony?"...
Okolicznosci udaremnily urzeczywistnienie tej rewolucyjnej mysli, ale jej obecnosc jest jednym ze skladnikow patosu przenikajacego smierc Mickiewicza. Ugodzony w sam rdzen zycia nie zaprzestal walki do konca. Na cztery dni przed katastrofa Sadykowa pisala do Zwierkowskiego:
"Bije czolem przed sercem, przed geniuszem; jest on drazliwy, jak my z Sadykiem, ale mi mowil, co robi; dziala bardzo madrze, ostroznie i jak mu sie uda, a jest wiele nadziei, to da Sadykowi wielkie sily w rece".
IX Nie ulega watpliwosci, ze cios smiertelny otrzymal Mickiewicz w Burgas. Tam rozchorowal sie po raz pierwszy od wyjazdu z Paryza. Odezwala sie stara choroba przewodu pokarmowego przywieziona jeszcze z Wloch w r. 1848. Zaszkodzilo mu spanie pod namiotem na golej ziemi, zbyt surowe i na pewno niezbyt higieniczne jedzenie, ale przede wszystkim zaszkodzila mu gleboka zgryzota. Zalamal sie nagle i do tego stopnia, ze z obozu w Burgas na statek w porcie Burgas trzeba go bylo przewiezc ambulansem, jak ciezko rannego. A przeciez kilka dni temu bral udzial w nabozenstwach, defiladach, przegladach, ucztach, nawet polowaniach. Dosiadal – co prawda ze stolka – bulanego konia zwanego "Krokodylem" i nie rozstawal sie z "chartem polskiej porody", ktory nosil tureckie imie "Kaplan".
W cztery dni po powroie z Burgas, Sadykowa donosila komus: "Mickiewicz wrocil, lecz chory... zjadl u Sadyka kapuste z sarnina, napil sie wody i zepsul zoladek: byl nawet mocno slaby". Wzmianka w liscie Lévy'ego wyslanym juz takze z Konstantynopola 18 pazdziernika, ostrozna jak biuletyn oficjalny, mowi: "Twoj ojciec ma sie dosc dobrze. Niedomagal nieco, ale tyle tylko co czasami i w Paryzu". Sluzalski donosi w dwa dni pozniej: "Pan Adam Dobrodziej zachorowal na atak humoroidalny [sic!]. Bylibysmy jeszcze dluzej bawili, lecz w obozie dnie sa gorace, noce z chlodnymi rosami, a moglby deszcz nas zaskoczyc". Powtarza sie to w liscie z 25 pazdziernika: "Pan Adam Dobrodziej zupelnie zdrow, troche oslabiony atakiem choroby; wczoraj chodzilismy z mile na piechote i widac, ze to zdrowiu jego posluzylo". I jeszcze w liscie z 19 listopada: "Pan Adam Dobrodziej zdrow, swobodny – przypatrywalismy sie Stambulowi".
Ale to przejasnienie bylo zludne. Zaczal sie ostatni rapsod poematu biograficznego, rapsod ktory moglby nosic tytul: "Hiob polski". Po powrocie znad morza Czarnego Mickiewicz zamieszkal z powrotem w klasztorze lazarystow. Wedlug swiadectwa dr. Stanislawa Drozdowskiego "byl chorym, nawet i mocno", chorowal tam na "dysenterie, ktora go nadzwyczajnie oslabila". Nekaly go niewygody i bezsennosc; na tej prymitywnej, dzielonej z towarzyszami, kwaterze bylo "robactwo, ale to takie – opisywal malowniczo Sluzalski – ze recze, ze do tomu Buffona co o tej gromadzie stworzen traktuje, moglibysmy nie znanych temu naturaliscie dostawic duzo egzemplarzy, zaczawszy od skorpionow, tarakanow, az do pchel ledwie dojrzanych okiem". Ten prymityw zmieniono na obskurny hotelik prowadzony przez krewkiego Francuza-zuawa, ale i tam nie bylo spokoju. Ktorejs nocy do pokoju poety przed razami wlasciciela schronil sie Anglik wrzeszczacy: "Français non bono – malo, malo!". Proba zdobycia wygodniejszego schronienia nad Bosforem rozbila sie o miejscowy fanatyzm religijny. Wreszcie Mickiewicz wyladowal w mieszkaniu, w ktorym mial umrzec. "Widzialem – opisuje Zenon Padalica – duza izbe o jednym kwadratowym oknie... Umeblowanie skladalo sie ze stolu, kilku krzesel prostych i lozka, co jeszcze prostsze, pokryte siennikiem i dywanem tureckim stalo w kacie. Pokoj tracil pustkowiem, byl ciemny i nawet wilgotny, przypominal mi nasze karczemne izby, jakie czasem w jesiennej podrozy zastajemy po szlakach ukrainskich".
Nad dniami spedzonymi w tym domu ciazyly dwie rzeczy: swiadomosc kleski i oszczednosc nakazana przez utrate opieki Hôtel Lambert. "Stolowali sie w jakichs tam gargotach" – swiadczy Drozdowski. "Opuszczony, brudny, jadl byle co i spal byle gdzie – wtoruje mu Sadykowa. – Byl zniszczony, oslabiony, wycienczony; ta podroz w innych okolicznosciach bylaby go moze ozywila, ale w "terazniejszych"... Dolaczyly sie do tego deszcze i chlody. Mickiewicz byl na to bardzo czuly i w nie opalanym mieszkaniu odczuwal to dotkliwie. Deszcz, z uporem bijacy w drewniane sciany i zakratowane okno, byl nieprzerwanym, monotonnym akompaniamentem jego ostatnich dni i godzin.
Ujawnily sie w nich jasltrawo niedobory dwu towarzyszy drogi: Sluzalski byl prymitywny, niezgrabny, Lévy – niedoswiadczony i lekkomyslny. Istnieje uzasadnione podejrzenie, ze to wlasnie Lévy stal sie przekaznikiem infekcji, ktora ostatecznie zabila Mickiewicza. Odwiedzal znajomych w szpitalu wojskowym mieszczacym sie w dawnej ambasadzie rosyjskiej i z upodobaniem snul refleksje nad symboliczna wymowa tej metamorfozy. W dniach bezposrednio poprzedzajacych zgon poety chorowal w zupelnie podobny sposob jak on, ale fatalnego poniedzialku mogl bez trudu wyjsc na miasto.
Ta sama choroba zmogla Mickiewicza w jeden dzien. Po krotkim okresie niedomagania, gorszego samopoczucia, zachorowal rankiem 26 listopada: mial torsje i cierpial na rozstroj zoiadka. W ciagu dnia wystapily objawy bardziej gwaltowne – kurcze, goraczka, stygniecie konczyn. Przed dziewiata wieczorem juz nie zyl.
X Na co umarl?
Teza oficjalna postawiona tragicznego dnia i obowiazujaca do dzisiaj brzmi: na piorunujaca cholere azjatycka. Cholera byla epidemiczna choroba wojny krymskiej. Zolnierze padali od niej, jak muchy; zmarli na nia zwyciezca spod Almy – marszalek St. Arnaud, glownodowodzacy wojsk angielskich lord Raglan i na kilka tygodni przed Mickiewiczem – admiral francuski Bruat.
Ale niemal jednoczesnie narodzila sie pokatna, plotkarska przeciwteza, obejmujaca szeroka skale odcieni od powatpiewan do otwartych pomowien: moze to nie byla cholera, to moglo byc cos innego, to bylo otrucie. Lévy zapisal w dzienniku nazajutrz po smierci poety: "Czy to byla cholera? Kto to wiedziec moze na pewno. Nie bylo sladu sczernienia na twarzy, co, jak mowia, bywa w podobnych wypadkach, ani po smierci, ni przedtem. Zadnej zmiany oddechu, nawet podczas konania. Ni znaku rozkladu nawet po uplywie 24 godzin. Jeden z lekarzy oswiadczyl na poltorej godziny przed smiercia, ze zupelnie nie ma cholery. Inny do konca twierdzil, ze to nie jest cholera". Podobnie donosila komus Ludwika Gropplerowa, ktora mieszkala stale w Konstantynopolu i stykala sie z Mickiewiczem: "Wiedziec nawet trudno czy to rzeczywiscie cholera byla, bo zupelnie nie sczernial... W miescie jej nie ma, czasem w okolicach gdzieniegdzie zdarzy sie wypadek". I dwa swiadectwa, w ktorych pada okrutne slowo: "Gawiedz stambulska Polaka, doktora Drozdowsklego o otrucie Mickiewicza oskarzyla" (Bednarczyk); "Aby siebie uniewinnic, puszczono te straszna plotke o otruciu" (Sadykowa). Dodatkowym zrodlem niepewnosci stalo sie to, ze nawet ci, ktorzy przyjeli wersje o cholerze jako niesporna, potem jej przeczyli z obawy, ze spowoduje ona trudnosci w przewiezieniu zwlok do Europy. Adlatus Wladyslawa Czartoryskiego, Francuz Leval, zreszta jak wszyscy gleboko wstrzasniety smiercia, poety, skarzyl sie na Drozdowskiego: "Pendant que nous étions tous convenus de ne pas parler de cholera, lui allait le déclarer à la chancellerie française (Podczas gdy uzgodnilismy, ze nie bedziemy mowic o cholerze, on stwierdzil w ambasadzie francuskiej, ze to byla cholera)". Drobnym argumentem w tym zakresie jest okolicznosc, ze nikt z najblizszego ani dalszego otoczenia Mickiewicza nie zachorowal.
Nie ma dzisiaj zagadnienia, za czym sie opowiedziec: za teza, czy przeciwteza. Jest sprawa ich wspolistnienia – zwalczania sie na dlugim rozstepie czasu. Taka rozbieznosc w ocenie przyczyn smierci mogla powstac tylko wobec przypadku uderzajacego wyobraznie swoja, niespodzianoscia, piorunowa, nagloscia, w atmosferze ostrego podzialu opinii i roznamietnienia. Te atmosfere oddaja, slowa Jana Gembickiego, pierwszego lekarza wezwanego do Mickiewicza: "Powiedza, zem go strul". Alternatywy wynikajace z tej rozbieznosci byly zwalczane lub popierane ze wzgledow ubocznych. Jedni uwazali, ze byloby w tym cos uchybiajacego wielkosci, gdyby dopuscic mysl o smierci od trucizny. Inni nawet po uplywie dziesiatkow lat widzieli w tym mozliwosc odwetu na niemilych sobie ludziach.
Mozna i to i tamto odprawic jednym machnieciem reki. Gdyby istniala jakakolwiek mozliwosc wyrownania szans miedzy teza i przeciwteza", nalezaloby je bezstronnie uznac. Gdyby zjawily sie nowe szczegoly rzucajace swiatlo na dramat konstantynopolitanski, nalezaloby je przyjac z pokora. W naszym odczuciu, patos tej tak bardzo bolesnej smierci w niczym by sie nie zmniejszyl, gdyby to byla smierc od trucizny. Pozostalby ten sam.
Wislawa Knapowska, historyczka na pewno nie uprzedzona, poddawszy krytycznej ocenie wszystkie swiadectwa o smierci poety, stwierdzila, ze hipoteza o otruciu jest "psychologicznie usprawiedliwiona". Ale rzecz psychologicznie mozliwa i prawdopodobna nie ma zadnego poparcia w faktach i trudno przypuscic zeby je kiedykolwiek uzyskala. Czy mozna dzis, po stu latach, myslec o ekspertyzie ciala – prawda zabalsamowanego? Ale tez dlaczego o tym nie pomyslano wczesniej – przed pogrzebem paryskim na poczatku roku l856, przed drugim tryumfalnym pogrzebem na Wawelu w roku 1890? Z falszywego kultu, z pigmejskiego leku, by przypadkiem nie zwyciezyla przeciwteza o otruciu?
Jesli takze w tej oprawie ma cos do powiedzenia sam umarly, warto przytoczyc wspomnienie Ignacego Domeyki o podrozy z Drezna do Paryza w r. 1832: "W Nancy umarl nagle z cholery w tej samej oberzy, do ktorej zajechalismy, jeden oficer polski, a ten wypadek, widok cholerycznego tak straszne zrobily wrazenie na Adamie, te to odjelo mu przez wiele nocy sen, zachmurzylo mu umysl i powiadal: "Obaczysz, ze umre z cholery".
Opierajac sie na istniejacym materiale trzeba przyjac, ze przyczyna naglej smierci Mickiewicza byla zlozona. Mogla to byc "biala cholera", mogla to byc inna infekcja, ale cokolwiek to bylo, mialo podklad duchowy – intensywnego cierpienia porazajacego sam osrodek zycia.
XI Gdy z odleglosci stu lat mysl nachyla sie nad drewniana, posepna, izba, gdy wyobraznia usiluje odtworzyc wydarzenia tragicznego dnia, uderzaja dwie rzeczy: calkowite zaskoczenie i absolutna bezradnosc. Znalazly one odbicie w czterech relacjach swiadkow bezposrednich i w jednej swiadka posredniego. Nie podobna z nich zlozyc jednego synkretycznego obrazu. Nastepstwo wydarzen jest czesto watpliwe, pojedyncze szczegoly wiruja osobno, bez zwiazku z soba. Niepewna jest nawet godzina, w ktorej poeta oddal ostatnie tchnienie.
Dwaj najblizsi towarzysze, mieszkajacy w "stancji" oddzielonej sienia, gospodarze mieszkania, zbiednialy kapitan Rudnicki, "co – wedlug plotkarskiej informacji Gropplerowej – chcial wynalezc perpetuum mobile", i jego zona, inni uczestnicy dramatu najpierw nie podejrzewaja niczego zlego, pozniej sa bezradni wobec ujawnionej grozy, jak wobec gromu z nieba. Lévy opuszcza Mickiewicza na dwie, trzy godziny, potem wychodzi Sluzalski na czas trudny do okreslenia, ktory w pozniejszych relacjach bedzie zacieral i pomniejszal. Podobnie zachowuja sie inni przygodni pielegniarze: plk Kuczynski, domniemany przywodca "rajow" – slowianskich chlopow, ktorzy mieli wzmocnic szeregi Sadyka, i plk Bednarczyk, upatrzony przez Mickiewicza na dowodce pulku zydowskiego. W pewnej chwili chory, wijacy sie w strasznych bolach, zostaje tylko z Bednarczykiem, ktory sam tego dnia byl niezdrow i slaby. Ten moment wprowadza do choroby nowa komplikacje, byc moze nawet rozstrzygajaca: wstrzas calego ciala. Nagle, w malignie Mickiewicz zerwal sie z poscieli, postapil kilka krokow kurczowo uchwycil sie uszaka drzwi. Bednarczyk zaczal sie z nim szamotac, by go odprowadzic do lozka, oderwal go, ale nie mogl utrzymac; obaj runeli calym ciezarem na podloge. Chory stracil przytomnosc na czas dluzszy.
Te bezradnosc otoczenia koronuja lekarze. Coz to za molierowska zbieranina! Pierwszy z nich Gembicki, podobno naprawde nazywal sie Rosenstrauch), pedicure-dentysta z zawodu, byc moze zbieg z wojska rosyjskiego, dla braku lekarzy mianowany w armii tureckiej lekarzem batalionowym, przybywa pod grozba pistoletu Bednarczyka, na niewidziane przyjmuje jego rozpoznanie, ze Mickiewicz zachorowal na cholere, na niewidziane zapisuje lekarstwo antycholeryczne. Dwu dalszym: dr. Narkiewiczowi, o ktorym nic blizszego nie wiadomo, poza tym, ze byl poturczencem, i felczerowi Szostakowskiemu relacje nie przypisuja zadnego dzialania. Czwarty, dr Drozdowski, przedstawiciel polityczny Czartoryskiego w Stambule i zwolennik Sadyka, zjawia sie przypadkiem i pozno, takze robi niewiele lub niewiele ma do zrobienia. Poza laudanum (opium), rozgrzewaniem, nacieraniem nieraz bardzo brutalnym, nie przedsiewzieto zadnych srodkow. Nikt nie pomyslal o podtrzymywaniu slabnacego serca. Jak sie zdaje, to kaduczne konsylium nie zgadzalo sie co do rozpoznania choroby i bardzo szybko utracilo wiare w jakakolwiek mozliwosc ratunku.
Im blizej konca tragedii, tym liczba swiadkow rosnie. Pod koniec w pokoju Mickiewicza, w przyleglej sieni i w izbie sasiedniej znajduje sie az trzynascioro ludzi. Jest to tlum bezwolny, oszolomiony, bierny wobec tej choroby, jak wobec przyrodniczego kataklizmu, wobec pioruna, ktory ugodzil majestatyczne drzewo.
Z woli losu gwaltownik umieral gwaltownie.
XII Caly ten ostatni dzien Mickiewicza ma podwojny rytm: szarpiacych, przeszywajacych na wskros bolow, ktore wyrywaja okrzyk: "Dajcie mi lepiej noz!" i dlugich interwalow ciszy, smiertelnego pobicia, polsnu, niemal omdlenia. Z tym dwurytmem fizycznym kojarzy sie inny – duchowy. Dwie mysli przesuwaja sie przez umeczona, gasnaca glowe: dzieci i wojsko.
O szesciorgu swoich dzieci – wedlug swiadectwa Sluzalskiego – opowiada duzo w ciagu kilku nocy bezposrednio wyprzedzajacych smierc. Rozmawia o nich takze ostatniego dnia z Kuczynskim, zanim przyjdzie pierwszy gwaltowny atak bolow. W wigilie katastrofy otrzymal list od syna Wladyslawa, w dzien smierci list zbiorowy dzieci. Odpowiedzial nan ostatnimi slowami do Sluzalskiego: "Powiedz im, niech sie kochaja zawsze"...
O wojsku w ostatnich dniach mowi i pisze bez przerwy. 19 listopada przygotowuje listy do ksiecia Adama, Zwierkowskiego i Sadyka. Lévy z jego polecenia biega na posylki, prowadzi rozmowy, przygotowuje memoranda. Ostatnie slowa wypowiedziane do Kuczynskiego zdradzaja uporczywosc, moze rozpaczliwosc tej ostatniej mysli: "Kuczynski, pulk Kozakow Ottomanskich"...
"Zycia dokonczyl – mowi relacja Kuczynskiego – z zupelna przytomnoscia, smutnym wejrzeniem, nic nie mowiac. Ksiadz [Lawrynowicz, Zmudzin i demokrata] w ostatniej chwili namazal go olejem sw., a Lévy zamknal mu oczy". Do trumny ubrano go w niebieska konfederatke, ktora nosil po domu i opisane przez Norwida na zywym czlowieku "futerko wytarte, szaraczkowym suknem powleczone, ktore skad w Paryzu mozna bylo dostac tej barwy, kroju i podzylosci! – pytanie ciekawe, bowiem byla to, zdaje sie, kapota jaka zagonowa szlachta zima nosi w prowincjach dobrze od Warszawy oddalonych".
Adam Mickiewicz na lozu smierci.
Wedlug rysunku Teofila Kwiatkowskiego (1809-1891).
XIII "Lzy rzewne polaly sie nam z oczu – opowiadal Kuczynski Padalicy – gdysmy spojrzeli po sobie a potem na trupa. Uczucie sieroctwa i pewnej prozni zycia owialo nas... Podalismy sobie dlonie i lkajac przyrzeklismy spelnic godnie i z niezachwianym mestwem pielgrzymke nasza. Patrzylismy na te glowe szlachetna, po ktorej w nieladzie biale i dlugie rozrzucaly sie wlosy i na te usta wpol otwarte, lecz sine, jakby gotowe do odezwania sie, i milczelismy grobowym milczeniem".
Maska posmiertna Adama Mickiewicza.
Nikt z obecnych nie byl swiadom, ze w tej strasznej godzinie, ktorej nie zdolali scisle i zgodnie zapamietac – zaczelo sie nowe zycie, jeszcze bardziej natezone, niz wszystko, co bylo dotad. Trwa to zycie juz sto [sto piecdziesiat] lat. I nie widac jego konca.
Tymon Terlecki
Wiadomosci 14/15 (522/523), Londyn, 1 kwietnia 1956.
Kilka miesiecy temu dowiedzialem sie, ze Uniwersytet im. Mikolaja Kopernika w Toruniu uzyskal prawa autorskie i prawa dysponowania spuscizna tworcza nieistniejacego od roku 1980 londynskiego tygodnika Wiadomosci. Administruje ta sprawa Pan Dr Miroslaw Supruniuk. Laskawie udzielil mi On pozwolenia na okazjonalne "przedrukowywanie" w internetowych Zwojach wybranych przeze mnie tekstow z Wiadomosci. Ta droga skladam Panu Dr. Miroslawowi Supruniukowi z Uniwesytetu im. Mikolaja Kopernika w Toruniu moje serdeczne podziekowania. – Andrzej M. Kobos.
Teksty o podobnej tematyce i teksty Tymona Terleckiego zamieszczone w Zwojach:
- Adam Mickiewicz: "Pan Tadeusz" - Tla, Zwoje 1/1, 1997
- Adam Mickiewicz: Zaloty / Swit Zwoje 9/13, 1998
- Wojciech Skalmowski: Mickiewiczowski "wskrzesiciel narodu", Zwoje 9/13, 1998
- Andrzej Kobos: Andrzej Wajda contra poema narodowe, Zwoje 5/25, 2000
- Zbigniew Wojcik: Wklad Ignacego Domeyki i innych Filaretow wilenskich do nauki, Zwoje 4/41, 2004
- Tymon Terlecki: Dramat o narodzie, Zwoje 2/27, 2001
- Tymon Terlecki: Zapiski o morzu, niebie i swiecie, Zwoje 1/26, 2001
- Tymon Terlecki: Wyspianski – w stulecie urodzin, Zwoje 1/26, 2001
- Tymon Terlecki: Paryz, Zwoje 1/14, 1999
- Tymon Terlecki: El Greco, Zwoje 4/8, 1998
- Tymon Terlecki: Mieczyslaw Grydzewski, Zwoje 2/6, 1998
- Tymon Terlecki: Papierowa magia, Zwoje 4/4, 1997
![]() | |||||