29 stycznia 2005, w Krakowie na ulicy Gołębiej 3, w kawiarni Gołębia byłem na kolejnym spotkaniu Rynny Poetyckiej prowadzonej przez Leszka Długosza. Tym razem jurorem Rynny był Profesor Andrzej Szczeklik, znany internista i autor znakomitej książki Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy sztuki. Nagrałem dyskusję na tym spotkaniu, chociaż pod sam koniec spotkania, magnetofon mnie zawiódł (typowy przykład działania prawa złośliwości rzeczy martwych – bodajże pierwszego prawa Przyrody, jakiego w roku 1961 na Uniwersytecie Jagiellońskim nauczył mnie Profesor Jerzy Janik).
Tak czy inaczej, sądzę, że dyskusja o wierszach na tej swego rodzaju zabawie intelektualnej była tak ciekawa, że poniżej zamieszczam jej skrócony zapis, oczywiście wraz z wierszami, o których mowa. Dyskusja ta, była znakomitym przykładem tego, jak, może nawet i nie największa poezja, potrafi wyzwolić u wrażliwych ludzi ciekawe, intelektualnie stymulujące myśli i skojarzenia. Jak może być tym, co po angielsku nazywa się "food for thoughts", powiedzmy "chlebem dla myśli".
Andrzej Kobos
RYNNA POETYCKA
Kraków, 29 stycznia 2005
LESZEK DŁUGOSZ, ANDRZEJ SZCZEKLIK,
MARIA BUREK, JAKUB SPISAK, IWONA TUBEK
Leszek Długosz : Kolejna Rynna Poetycka kłania się ze mną. Bardzo serdecznie zapraszam Państwa na kolejne spotkanie, styczniowe, mroźne, zimowe, które będzie trochę inne niż dotychczas, ponieważ to nie ja będę rozsądzającym, lecz ustąpię pierwszego miejsca Panu Profesorowi Andrzejowi Szczeklikowi, który uprzejmie zgodził się na spotkanie i na trud zapoznania się z pewną liczbą wierszy, które wrzucono do Skrzynki. Profesor Szczeklik przedstawi je z własnym osądem i komentarzem.Pomysł na te nasze spotkania jest teraz szerszy. Chcę zapraszać na te, mniej więcej comiesięczne spotkania, ludzi niekoniecznie profesjonalnie związanych z zawodem pisarskim szeroko potraktowanym, ale z tym zawodem romansujących, zaczynających, czy już nim tkniętych, ludzi różnych zawodów, którzy swoją postawą intelektualną zaskarbili sobie autorytet, sympatię i uznanie. Osoby, którym potrzebny jest kontakt ze sztuką, które są ludźmi szeroko otwartymi, humanistami.
Leszek Długosz, Bożena Adamek, Andrzej Szczeklik
Rynna Poetycka, Kraków, 29 stycznia 2005.
(fot. Andrzej Kobos)
Ja już wcześniej przeprowadziłem pewną selekcję, bo ludzie wrzucają do Skrzynki wszystko, nawet skradzione portfele... Papier przyjmuje wszystko, ale na ogół są to lepsze utwory, niż można by się spodziewać.Panie Andrzeju, tak sobie pozwolę sfraternizować się na oczach publiczności z autorytetem w tak szacownej i życiowej profesji, jaką jest Twoja profesja czynienia ludzi zdrowszymi, pogodniejszymi. Proszę...
Andrzej Szczeklik : Ja się bardzo cieszę z tego spotkania Rynny Poetyckiej i dziękuję Leszkowi za zaproszenie mnie. Znalazłem tutaj też i ze względów kurtuazyjnych. Mianowicie, my robimy koncerty dla chorych w naszej klinice i Leszek występował tam kilka razy, razem zresztą z naszymi innymi kolegami, głównie z Piwnicy pod Baranami, ale nie tylko.
Zapoznałem się z tym, co mi wczoraj Leszku podrzuciłeś. Poproszę Panią Bożenę Adamek o przeczytanie tego wiersza, nie bardzo mogę odczytać nazwisko autora...
Leszek Długosz : Ja wiem o kogo chodzi. To jest pani Maria Burek z Brennej, koło Żywca. To jest nasza zdobycz przy Rynnie. Jest to kobieta szalona, o niezwykle żywym usposobieniu, łatwości zręcznego składania, dużo pisze i potok tego do Rynny płynie... Bez ironizowania, bardzo ciekawa osoba. Chyba jest nieczynnym fizykiem, z jakichś powodów utknęła w Brennej. Długi wiersz.
Chodzę po drodze
Chodzę po drodze i zbieram myśli
Które do głowy mi kiedyś przyszły
Czasu wciąż dla nich miałam zbyt mało
Gdzieś się po drodze porozpraszały
Nie chcąc na zawsze ich jednak stracić
Wybrałam się na zimowy spacer
I w mroźny ranek, po białym śniegu
Idę, by zdobyć mój własny biegun
Lewa półkula, prawa półkula
Wiatr wspomnieniami po mózgu hula
Trzeba by zajrzeć w mózgowe zwoje
Lecz, co w nich znajdę, trochę się boję
Więc je rozwijam bardzo wolniutko
By nie wypuścić za wiele smutków
Myśli zbyt ciężkich nie chcę zabierać
Same się do mnie przyczepią nieraz
A te wesołe, proste, dziecinne
Najbardziej lekkie, z lekkości zwinne
Wciąż uciekają, z trudem je łapię
I umiejscawiam na mózgu mapie
Plączą się wszędzie też myśli cudze
Ale ich przecież stąd nie wyrzucę
Bo wtedy moim byłoby przykro
Z kim by robiły myśli gonitwę
Trochę mnie martwi komórek szarość
Bo może tak się objawia starość
Powinny wszak być i kolorowe
Czemu ich nie ma – zachodzę w głowę
Rozglądam się w mej czasoprzestrzeni
Może by warto w niej coś odmienić
Przeszłość jest jedna, lecz stąd, gdzie nogi
W przód wiodą różne drogi odnogi
Idę, rozmyślam, wspominam, marzę
Płynie przeze mnie potok wydarzeń
Zaś obok drogi – woda w potoku
Pluszcze cichutko przynosząc spokój
Wzrok swój opieram o górski pierścień
Znów świat zewnętrzny i moje wnętrze
Są w błogostanie tej równowagi
Z którą przez życie przejść mam odwagę
Chodzę po drodze i zbieram myśli
Które do głowy mi kiedyś przyszły
Po co je zbieram – najkrócej streszczę
By się przekonać, kim teraz jestem
Maria Burek
11.01.2005
Andrzej Szczeklik : To jest drugie miejsce. Spodobał mi się ten wiersz. Jest w nim kilka rzeczy, które mnie zastanowiły, może z powodu mego lekkiego skrzywienia zawodowego. Główna dotyczy zwojów (mózgowych). Jest to także tytuł wziętego internetowego pisma kulturalnego Zwoje. Jest tutaj pan Andrzej Kobos, jego redaktor. Ale nie z tego powodu wybrałem ten wiersz.
Nasz mózg jest pofałdowany, ułożony w pewne zwoje. Pisali już o tym Egipcjanie 1700 lat przed Chrystusem. Oni wiercili dziury w czaszkach, robili trepanacje, zaglądali do mózgu, poza tym mumifikowali ciała, znali szereg rzeczy anatomicznych. Np. w jednym papirusie, którego tylko kopię widziałem, napisano coś takiego: "jeślibyś chciał sobie wyobrazić jak wygląda mózg, po wierzchu w każdym razie, to wyobraź sobie, że wylewa się płynną miedź do formy, i kiedy ona zastyga, to wyraźnie układa się w zwoje". Widocznie wylewanie miedzi, nie było wtedy taką rzadką sztuką. Już dużo później, w XVII, XVIII wieku, obserwowano szczegółowo zwoje na powierzchni mózgu, nazywano to "rowki". Nie chciałbym tu robić jakiejś mikrolekcji z anatomii człowieka, natomiast co mnie zastanowiło, co nigdy mi to nie przyszło do głowy, to to, że ta pani pisze, że ona rozwija te zwoje. I to mi się spodobało. Jeżeli coś jest zwinięte, to zatem jest tam coś schowane. I ona próbuje dotrzeć do tego wnętrza. Więc co z tym zrobić? Ja chociaż miałem mózg w ręce wiele razy, już jako student, nie wpadło mi to głowy – no, żeby rozwinąć te zwoje. A zwoi jest tam strasznie dużo. To są te skojarzenia, jakie mnie się nasunęły z tym rozwijaniem zwoi...
Leszek Długosz : To już jest jakby pewien termin poetycki. Powiedziałbym, pewna czynność fizjologiczna, którą autorka puściła w sfery metaforyczne.
Andrzej Szczeklik : Tak. I to jest bardzo interesujące dla mnie.
Leszek Długosz : Tu można dodać, że to jest jedna z siły poezji, że jakąś czynność, czy realność można przenieść na pole metaforyczne innego znaczenia. I to jest ta gra przeniesienia walorów, która świadczy o poetyckości.
Andrzej Szczeklik : Bez wątpienia. Jeżeli na pewnej mapie mózgu ona chciałaby dojść do miejsca, gdzie tkwią jej odczucia, to można powiedzieć że takie mapy mózgu, takie miejsca są już pojęciem bardzo anatomicznym i to realnym. To te elementy, które mnie się spodobały, ale szczególnie to rozwijanie zwojów wydało mi się bardzo trafne.
Leszek Długosz : To jest bardzo porządne i logiczne, świadczące o precyzji myślenia, zwłaszcza puenta. To jest kobieta, wyliczalna, powiedziałbym. Ma potrzebę autoanalizy, określenia siebie, swojego stosunku do różnych rzeczy, miejsc. Bo pomyślcie Państwo:
Chodzę po drodze i zbieram myśli,
Które do głowy mi k i e d y ś przyszły.
Po co je zbieram – najkrócej streszczę,
By się przekonać, k i m t e r a z jestem.
To nie jest banalny problem.
Andrzej Kobos : Leszku, ponieważ atmosfera jest tu kameralna, jeśli można zrobić komentarz do tych zwojów, nie Zwojów, którymi ja się zajmuję. Przyszło mi tu głowy, że trzy tygodnie temu, może cztery, odebrano na Ziemi zdjęcia powierzchni Tytana, ogromnego księżyca Saturna, wykonane przez sondę kosmiczną Huyghens. I tam, na Tytanie, wyschnięte niegdysiejsze rzeki, najprawdopodobniej płynnego metanu, przypominają nasze zwoje mózgowe. Skąd na Tytanie? To już Pana dziedzina, Panie Andrzeju, nie ta medyczna, ale rzekłbym mitologiczna... To wszystko jest jakby gigantycznie sprzężone, jakby istniał jakiś topologicznie dominujący kształt...
Andrzej Szczeklik : Tak, to bardzo ciekawe. Dobre spostrzeżenie. Kto wie, kto wie...
Zacząłem od drugiego wiersza. Teraz przeszedłbym do trzeciego miejsca.
Andrzej Szczeklik : Zastanowiło mnie ten wiersz. Jeśli miałbym już bawić się w jakąś klasyfikację, to tamten wiersz bardziej trafił do mnie, ale ten zastanowił mnie dlatego, że widywałem takich ludzi, którzy, przez to okno, będąc śmiertelnie chorzy, albo czasem "tylko" ciężko chorzy, przez to okno szpitalne patrzyli na świat i w jakiś sposób było to dla nich bardzo ważne. Pamiętam, może rok temu, pewnego malarza krakowskiego, uroczego człowieka, nie ma go już wśród nas. Leżał w separatce i powiedział kiedyś do mnie, "wie Pan, Panie Andrzeju, to jest ta separatka, w której leżał Andrzej Wajda, Miłosz tu leżał... To znaczy oni musieli widzieć to samo, co ja widzę w tej chwili, w tym kadrze". W jakiś sposób, jego przedarcie się przez to okno – to w końcu prosta historia – jego spojrzenie na świat spoza murów szpitalnych musiało mieć dla niego znaczenie. On, malarz w dodatku, ten świat w jakiś sposób malował. Leżał, pory roku się zmieniały, zaczęło się zimą, potem wiosna, ten ograniczony wycinek świata stał się inny... To sobie przypomniałem, gdy czytałem teraz ten wiersz, ta scena w wierszu wydała mi się bardzo mocna.Scena w oknie szpitalnym
W otwartym pozwól
Zostaw
Nie chcę przez szybę
Muszę się napatrzeć jak inni
– Jak biegną idą
Muszę się ich najeść
Muszę się ich napić
Pozwól w otwartym
Jeszcze chwilę
Boje się że tam
Nie tylko szyby, okna
Boję się że tam gdzie idę
Nie ma nawet dnia
Za tą sterylną białą salą
Jałowe pole waty
Agonia tylko kwitnie
Jakub Spisak
Andrzej Szczeklik
Rynna Poetycka, Kraków, 29 stycznia 2005.
(fot. Andrzej Kobos)
Leszek Długosz : Kontynuując ten kadr w oknie, to trzeba tu przywołać ostatnie pastele, rysunki Wyspiańskiego, które są z okna. Kopiec Kościuszki malowany w różnych porach roku, kiedy biedny nie mógł już chodzić, właściwie nawet malować, tylko przywiązywał sobie do ręki jakieś kredki, czy pędzel. Cała seria, ten sam motyw, widok na Kopiec z okna ich mieszkania na Krowoderskiej, jedyny kadr, jaki Wyspiański mógł rejestrować, taki jego ostatni rzut na wszystko, na świat. Otwarte okno – dotyk życia...
Andrzej Szczeklik : W tym wierszu jest i lęk, jaki człowiek odczuwa. Jeśliby próbować to lokalizować, tak, jak ja sobie to wyobrażam, gdyż poruszam się w tym entourage codziennie przez wiele godzin, to jeżeli autor pisze "za tą sterylną białą salą, jałowe pole waty", oznacza to, że coś go czeka, jakaś operacja, jakiś zabieg.
Leszek Długosz : Ja myślę, że to można rozszerzyć. Każda sytuacja człowieka, powiedzmy przytrzaśniętego w jakimś kadrze, wydobywa pewną inwencję, jak tu można by się jakoś poszerzyć, że użyję takiego słowa, poszerzyć swoje doznania, obserwacje, słyszenie. Ludzie, którzy np. w więzieniu widzą tylko kawałek dachu czy nieba, pewnie coś wyciągają z tego, może jakieś przeloty ptaków, coś, na co inaczej nie zwraca się uwagi.
Andrzej Szczeklik : Ale może dość tej medycyny. Tu jest coś, co najbardziej mi się podobało. Autorka nazywa się Iwona Tubek. Sama napisała do tego proste, ale miłe wprowadzenie, jak wrzucając swoje wiersze do Skrzynki Poetyckiej, czuła na sobie wzrok jakichś starszych ludzi, była przy tym nieśmiała i spłoszona. Mam tu jej trzy krótkie wiersze.
Pakuję
porozrzucane
po moim niebie
rzeczy i myśli.
Niektóre wrosły,
więc zostawiam korzenie
i okaleczone
wkładam do torby.
Każde miejsce na ziemi
nawet jeśli jest niebem
ma dwoje drzwi i
czas zawarty pomiędzy nimi.
*
Pytasz córeczko... po co mi te kolorowe
kredki w torebce?
Muszę namalować
radość w oczach, a pyłkiem
nałożyć
blask.
– Patrzysz zdziwiona...
Wiem, robiłam
to już wczoraj, ale nocą spłynęły;
wsiąkły w poduszkę...
Muszę namalować je od nowa.
Iwona Tubek
* * *
Tutaj niestety, niezauważenie, mój magnetofon wyłączył się. Nie ma więc tutaj wyjaśnienia decyzji Profesora Szczeklika przyznania tym wierszom pierwszej nagrody, ani krótkiej już (to pamiętam) dyskusji o tych wierszach.W tej niefortunnej sytuacji, proszę by Czytelnicy teraz sami spróbowali sobie wyobrazić, dlaczego te wiersze Pani Tubek spodobały się Profesorowi Andrzejowi Szczeklikowi najbardziej...
Andrzej Kobos
P.S. Nikt z laureatów styczniowej Rynny Poetyckiej nie był obecny na tym spotkaniu. O ile wiadomo, wszyscy oni byli spoza Krakowa.
|
|
|
|
|
|
|