Pamiętam, dzieckiem – bardzo dawne czasy – Widziałem gwiazdy podszedłszy do okna. Tak czas się spieszy z początkiem istnienia. Tak goni sam siebie przez szyby pokoi, Rzuca się na dwór by do wewnątrz wrócić, I na dwór rzuca się by wrócić do wewnątrz, I na dwór się rzuca do wewnątrz by wrócić. Piszę historię mojego życia.
Byłaś pod ręką przed początkiem:
Potem się stałaś ogniem i wrzątkiem,
Jednak istnienie się plącze. Drzewo się gnie Od wiatru lub od stolarza, A naokoło trawa Wysoka po kolana Do drzewa się pochyla. Dlaczego? Przez szybę okna deszczem zalaną Widać rośliny nieostre, wygięte. Między oddechem a zaśnięciem Oglądasz myśli swego Przeznaczenia. Zbiegają się ćmy do świecy zagrożone świtem, Słychać trzepotanie skrzydeł, ich ogień trzeszczy od pyłu. Tak wybór światła jest w każdej istocie, Nie jestem wyjątkiem. Im bardziej się spieszę, tym szybciej czas mija. Już świt mi gasi lampę – jak ja, za słaba – Oświetla rzędy niepełnych słowników, Błędnych gramatyk. Przekładam jeden tekst na wiele języków, I gdy o świecie podejdę do okna Dawnymi oczyma oglądnąć świat nowy Myślę: jeden jest język, a w nim jedno słowo. Są ludzie, którzy szukają gwiazd jasnych, Ich niebo pełne ciągnie tak jak miłość. Ja, wolę widok słabych konstelacji, Te strony nieba prawie ciemne. Nim się zakochałem, co tam było? Porą, kiedy niż południe Świty i zmierzchy są jaśniejsze, Niepewność końca, niepewność jutra Siedzi za biurkiem. To ja siedzę. Piszący dzieło bardzo długie. Od lewej ze stosu książek czasem kot złapie za pióro, Od prawej z podłogi czasem pies rękę trąci nosem, Lecz zaraz z powrotem pismo się staje wyraźne. Od nieba tylko dach mnie oddziela, Spać mi się nie chce. Słyszę oddech, łzy i westchnienia, Lecz inne. Na poddaszu nie ma się wyrzutów sumienia. Jak miękkie są ćmy przed świtem pył niosące na sobie. Wolę nie dotykać, Wolę nie wiedzieć co dotyk W pyle pulsu nieznanym, Z obu stron domu świta, przeze mnie nie dotykanym. Zwierzęta dziksze w wietrze silniejszym, Księżyc większy prędzej kwadry zmienia. Trwa co niezmiennie. Próżna jest nadzieja. Gdy lipiec kocha pola W zbożu czekają kosy Bławatki, maki, kąkole. O gwiazdy, chwasty nieba, Nadchodzą żniwa. Będzie jedna przestrzeń, jedno pożegnanie. Jeszcze raz ogień pieców zstąpił wraz z jesienią Na wszystkie pola widoczne przez okna. Gdziekolwiek przystanąć w domu, widać ten sam ogień Z bliska lub z daleka. Od kropli wody po kwiat szałwii Nie widzę rzeczy naprawdę bezbarwnej. Porządek w jakim znikają kolory O zmroku, Czy taki sam jest, gdy się umiera Powoli? O daj mi Boże śmierć gwałtowną. Znikają, więdną, gasną, nie ma. Podrosły drzewa a światło ściemniało, Cicho spłowiały meble i dywany, I kroki mniej słychać gdy chodzę w pokoju, I kolor twych oczu pozostaje żywy. Czekamy, aż się zrobi cicho, Wtedy szukamy razem Raju, Idąc na palcach polami By się nie spłoszyć, bo jesteśmy Parą zajęcy drżących od myśli Że będą pola pełne kapusty. Zamknięte oczy zmęczone oczami. W świetle tych obu mógłbym zobaczyć Zamknięte oczy oczami zmęczone. Niebo szare zamiast rozległego I deszcz owocny, Myślę, że wracam do miejsca przeszłego, Do środka. Gdy rzucę w ogień listy nie wysłane, Czy słowo "kocham" ostatnie się spali? Sięgam po płomień. Nic nie ocalisz. Kiedy się stało tak ciemno, Że każda gwiazda miała kolor własny Bliski mi z czasów dawnych, Poszedłem do stajni, ubrany czarno, Z czarnymi na noc ostrogami. Przez okno gwiazdy w butach się odbijały, W świetle tych odbić, prawie po omacku, Osiodłałem karego konia. "Czemu poczułem żar na ręce, Wędzidło w pysku masz czerwone?" "Jestem Ares": odparł "uważaj gdy na mnie wsiądziesz, Jeśli mnie dotkniesz nimi, rozżarzą się i ostrogi". "Nie wiem, czy chrześcijaninowi Przystoi trzymać w stajni pogańskiego bożka". "To dawne czasy, gdy ja byłem bożkiem, A tyś mnie siodłał późno w nocy". |
|
|
|
|
|
|
|