Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:PRZESZLOSC, KTORA NIE CHCE UMRZEC
HALINA BIRENBAUM
Minely lata odkad napisalam moja ksiazke Nadzieja umiera ostatnia, o losach moich i moich bliskich w warszawskim getcie oraz w niemieckich obozach zaglady na Majdanku, Auschwitz i innych. Okolo dwa lata minelo juz takze od czasu, gdy pewien ksiadz katolicki z Centrum Dialogu i Modlitwy w Oswiecimiu poprosil mnie o napisanie skrotu mojego swiadectwa o tych zdarzeniach, do 10 stron w sposob jakim zazwyczaj opowiadam o nich mlodziezy i doroslym w roznych krajach...Kiedy zasiadlam do pisania tej ksiazki, balam sie, ze nie bede w stanie objac tego ogromu ludzi i zdarzen, ktorych doswiadczylam z bliska w latach Holocaustu, dlugich jak wieki, co spowodowalo, iz nie przylozylam wiekszej uwagi do wymieniania imion ludzi, ktorych opisywalam i o ktorych losach opowiadalam.
Ich charaktery, zachowanie sie, reakcje w warunkach piekla tam, zycie i smierc tak wielu wydawaly mi sie nieporownalnie wazniejsze – bo, co powie ludziom samo imie nieznanego czlowieka? – myslalam wowczas. Wypelnilam jednak ten brak w skroconej wersji mego swiadectwa – w monografii Zycie jako nadzieja opublikowanej w kilku jezykach w internecie, ktora musialam pod wewnetrznym naciskiem wspomnien rozszerzyc podwojnie, ponad owe dziesiec stronic, o jakie mnie poproszono.
Juz dawno ulotnily sie w przestworzach glosy, obrazy, zapachy i dymy spalanych ulic getta warszawskiego mojego dziecinstwa i dojrzewania – obozow smierci, ktorymi tam oddychalam. Ich slady w glebi mojej duszy nie sa widocznie na zewnatrz. Opowiadam o nich, wracam do tych wspomnien niezliczona liczbe razy, w roznych jezykach, w rozmaitych krajach – grzebie w zyciu ktore bylo, ich i swoim wlasnym wsrod nich, jak w grobie duchow we mnie, imion, twarzy, obrazow i zdarzen, ktore przykrywam soba, moim istnieniem, jak zywa macewa.
Upieram sie przywrocic do zycia zamordowanych i wierzyc, ze jest to mozliwe przez pisanie i opowiadanie na przekor zimnej logice rzeczywistosci... I tak trwa to od mego wyzwolenia z Neustadt-Glewe, ostatniego obozu, w ktorym bylam zamknieta na niemieckiej ziemi do 3 maja 1945 roku.
W moja pamiec wyryly sie najdrobniejsze szczegoly z kazdego z tych miejsc i ludzi tam, z kazdej godziny i chwili. Ryje w nich jak kret, szukam zycia w umarlych, by ich odczuc i przekazywac pamiec o nich nastepnym pokoleniom, ktore nie wiedza o ich istnieniu na tym swiecie, zanim zostali oni zgladzeni z niego doszczetnie. Pragne stworzyc moimi watlymi silami most nad przepascia Tamtej przeszlosci do terazniejszosci tutaj. I zdarza mi sie, ze nagle odzywa sie jakies echo cudowne, dowod, iz moje wysilki nie sa daremne, ze zycie jest pelne nieoczekiwanych niespodzianek, nie zawsze zlych akurat.
Natykam sie nieraz przypadkowo na utwory czy osoby z Tamtego zgladzonego swiata zwiazane z moja przeszloscia, dzis wlaczajace sie w terazniejszosc, jak czesci lamiglowki mojego pochodzenia i losow, jak odkrycia z wykopalisk archeologicznych, spod ziemi, spod gor gruzow i zgliszcz. Dowody na to, ze to wszystko kiedys bylo, zdarzylo sie, tak jak zostalo opisane przeze mnie i wielu innych, bo trudno juz jest to nawet sobie samemu realnie uzmyslowic.
Napisalam na poczatku swej ksiazki Nadzieja umiera ostatnia i po latach dodalam troche szczegolow we wspomnianym skrocie Zycie jako nadzieja, miedzy innymi tak:
"... rodzice znalezli znalezli pokoj na Muranowskiej w kamienicy nr 7/9 u pewnej dentystki, Zydowki. W pieciopokojowym mieszkaniu gniezdzily sie juz cztery rodziny, sypiano takze w kuchni. ..."(Losy tej rodziny z kuchni opisalam po latach w wierszu To byl tylko poczatek.) Nasz dom wraz calym mieniem spalil sie na ulicy Nowiniarskiej w czasie bombardowania Warszawy.I dalszy fragment z Nadziei:
"... chociaz sama nie glodowalam jeszcze, serce sciskalo mi sie na widok meki glodowej innych ludzi, moich kolezanek, Elusi i jej rodzenstwa, dzieci dentystki, u ktorej mieszkalismy, sparalizowanej po szoku nerwowym, jakiego doznala w czasie bombardowania Warszawy we wrzesniu 1939 roku. ..."A pod koniec w tej samej ksiazce, w rozdziale o postrzeleniu mnie w Auschwitz przez wartownika niemieckiego w styczniu 1945 roku, wracam znow do opowiesci z getta w rozmowie z sanitariuszem na rewirze ("szpitalu") w Auschwitz:"... chcialam, aby bodaj z opowiadan poznal moja matke, ojca, braci. Moich kolegow z getta: Pinka Zborowskiego, ktory cieszyl sie najwieksza sympatia w grupie moich rowniesnikow na podworku, a ktory zawsze mi dokuczal i nieraz mnie doprowadzal do placzu (ojciec Pinka i wujek, Fryszberg, byli czlonkami komitetu domowego w naszym domu i pomagali sasiadom, ktorzy nie mieli juz co jesc. Ojca Pinka zastrzelili Niemcy na ulicy na poczatku wielkiej akcji, Pinka z matka i Fryszberga z zona i malutkim synkiem, Jurkiem, zawlekli na Umschlagplatz, do Treblinki); grubego i smiesznego Mariana Kokieta (syna adwokatow), ktory byl najlepszym uczniem w naszym komplecie; malego Sewka Zajnderosa z Nowolipia, ktory pisal takie sliczne wiersze (spotkalam Sewka w drodze na Majdanek, gdy nas tam zawlekli w wagonach bydlecych, po powstaniu w getcie, na poczatku maja 1945 roku. Zostal zagazowany na Majdanku)."Lubilam moje kolezanki, zwlaszcza Erne Zajdman i Elusie Geszychter, corke dentystki, u ktorej mieszkalismy na Muranowskiej. Lubilam przesiadywac przy lozku sparalizowanej dr Geszychter, sluchac zabawnych historyjek z jej dziecinstwa, mlodosci spedzonej w Rosji i z czasow praktyki lekarskiej w Polsce.Lubilam przygladac sie, jak Elusia obiera miekkie, zmarzniete kartofle, kroi je cieniutko, ostroznie, aby ich najmniej ubylo, z powaga i w skupieniu wsypuje do garnka z woda, stawia na z trudem rozpalony piecyk (mokre drzewo bylo tansze i latwiejsze do kupienia). W milczeniu podziwialam, jak szybko i zrecznie, z jakim zapalem i umiejetnoscia przygotowuje zasmazke do zupy z jednego dekagrama masla i szczypty maki, ktore co dzien kupowala w pobliskim sklepiku. Zanim jeszcze zupa zdazyla sie zagotowac, Elusia zdejmowala z garnka pokrywke, zanurzala w wodzie lyzke i brala sobie mala zaliczke; smakowala z rozkosza ten wyczekiwany, jeden jedyny posilek w ciagu dnia; oblizywala starannie lyzke, przykrywala garnek, zeby po chwili rozpoczac na nowo degustacje. Kiedy wreszcie zupa byla gotowa, Elusia nalewala sobie i matce po talerzu; jadly lapczywie i z takim zadowoleniem, ze nieraz, patrzac na nie, nabieralam szalonego apetytu, chociaz bylam syta i w naszym "domu" jadalam smaczniejsze potrawy...
Ceremonial gotowania i jedzenia nigdy nie ulegal zadnym zmianom, tylko twarze Elusi i pani Geszychterowej stawaly sie z kazdym dniem bledsze i bardziej ziemiste, a brzuchy ich wzdymaly sie od tej jalowej kartoflanki...
Niemal wszyscy zgineli w Treblince... Poszli "dobrowolnie" na Umschlagplatz na poczatku wielkiej akcji latem 1942 roku, podczas ktorej Niemcy przyrzekli "ochotnikom" do wagonow jeden bochenek chleba i kilogram marmolady z brukwi... Erne Zajdman z rodzicami zatopili w bunkrze na Nalewkach podczas ostatecznej likwidacji getta i zydowskiego powstania w kwietniu 1943 roku. O malo nie podzielilam ich losu, ale tamtego wieczoru Marek, moj starszy brat, nie pozwolil mi zostac na noc u Erny, czego tak bardzo pragnelysmy obie...
* * *
Przed kilkoma dniami, pod koniec listopada 2004, zadzwonil moj domowy telefon i w sluchawce odezwal sie glos nieznanej mi kobiety: "Pani mnie nie zna, ale ja znalazlam wlasnie w internecie imiona rodziny Geszychter podane przez Pania... Jestem corka Zygmunta Geszychtera... Moja siostra dotarla do tego opowiadania w internecie niespodziewanie... Czy moglaby Pani opowiedziec cos wiecej, bo my nie wiemy nic..."Dreszcz mna wstrzasnal. Nie wierzylam, w pierwszej chwili tez nie okazalam mego poruszenia. Powiedzialam tylko, ze znalam z bliska te rodzine, wiem o niej wiele i oczywiscie, moge opowiedziec. Z miejsca dowiedzialam sie, iz ojciec im niczego nie opowiadal o swej przeszlosci i o rodzinie, bo takze nie zdazyl – zmarl wkrotce po wojnie w wieku 48 lat, gdy obie corki byly jeszcze male. Matka rowniez nie wiedziala o niczym, nie znala rodziny meza i nie mogla niczego przekazac dzieciom.
A ja tak czesto slyszalam wtedy o najstarszym synu Geszychterowej, Zygmuncie! W atakach kurczow i bolu zwykla wolac pieszczotliwie "Zygmusiu!", jakby w dzwieku jego imienia znajdowala pocieszenie i ulge jakas...
Nazajutrz po tej rozmowie telefonicznej, obie siostry zjawily sie w moim domu z pieknym bukietem ciemnoczerwonych roz. I jakby nagle zmartwychwstala rodzina wraz z wszystkim stamtad! Moje dziecinstwo w warszawskim getcie na Muranowskiej, moja rodzina, sasiedzi z tej kamienicy, koledzy i kolezanki, towarzysze zabaw na podworku i marzen o swiecie bez Niemcow, glodu, strachu, grasujacej smierci...
Przed oczyma znow dzieci dentystki – najstarsza, piekna Bela, Tadek, technik dentystyczny, Elusia, moja przyjaciolka; dlugie, wspolnie spedzane wieczory podczas obowiazujacej godziny policyjnej. Rozmowy i komentarze na temat zdarzen politycznych, naszej pogarszajacej sie z dnia na dzien sytuacji, poglosek o komorach gazowych, w ktorych Niemcy morduja wszystkich Zydow w Chelmnie, Belzcu, Auschwitz. Wspolne pisanie i czytanie wierszy pelnych goryczy, krytyki wartosci humanistycznych, ktore zdradzaly nasze tesknoty do jasniejszych dni, nadziei, mozliwosci zycia nie ziszczonych...
Ogarnely mnie natychmiast wspomnienia, obrazy bliskich, atmosfera grozy i smierci wokol nas w getcie, poprzedzajaca lapanki do wagonow wywozacych Zydow do obozow zaglady... Elusia i jej matka, z ktorymi spedzilam wtedy tyle dni, miesiecy i godzin w ciagu trzech lat! Tadek, jej starszy brat i jego milutka dziewczyna, Pepa; Bela i jej zawsze powazny narzeczony (widze go przed oczyma, ale juz nie pamietam jego imienia...), tez lekarz dentysta...
Oni byli babka i wujostwem moich, jakby z nieba spadlych dzis gosci, Cipi i Alizy-Elusi, corek Zygmunta, ktoremu udalo sie wyrwac z niemieckich szponow i uratowac sie w Rosji, na Syberii. Z poczatku docieraly jeszcze od niego do getta nieliczne listy stamtad; pamietam je takze.
Wiele slyszalam od Fani Geszychter o jej mezu, Izydorze Geszychterze, rowniez lekarzu dentyscie, ktory mial to "szczescie", ze umarl przed wojna i koszmarami Shoa... Z opowiesci Geszychterowej uczylam sie o ludziach i zyciu. Czesto rozczesywalam jej sklebione od ciaglego lezenia w lozku wlosy, ku jej wielkiemu zadowoleniu.
Wielokrotnie – gdy my jeszcze mielismy co jesc, dzieki przedwojennym jeszcze kontaktom mojego ojca z pewnym Polakiem, inz. Strojwasem, dzielilam sie z Geszychterowa i Elusia przydzielona mi przez matke porcja jedzenia. Sasiedzi, a takze moja matka, ktorych sytuacja byla jeszcze nieco lepsza, po kolei dawali raz w tygodniu obiad przykutej do lozka dentystce Geszychterowej. Ona i jej rodzina nie mialy juz z czego zyc, nikt wszak nie leczyl sobie zebow w getcie, ani nie placil im komornego za wynajmowane u nich pokoje.
* * *
Cipi, starsza wnuczka Geszychterowej jest bardzo do niej podobna. O malo nie wybuchlam placzem na jej widok. Nagle jakbym ujrzala je obie jednoczesnie w wyobrazni – bylam Tam i tutaj w tej samej chwili, z trudem dzwigajac siebie z tym ciezarem, ktorego nie da sie komukolwiek dokladnie przekazac, mimo checi z mojej strony oraz wielkiego pragnienia zdumionych siostr dowiedzenia sie jak najwiecej o ich nieznanej rodzinie.Jak opowiedziec to, co we mnie? To, co bylo wspaniale przed Holocaustem i tak straszne na koncu?! Droge cierpien ich rodziny w getcie, do tego konca w Treblince?! Jaka ze mnie zwiastunka?! W jednej chwili, moim bezposrednim swiadectwem, jakby zwracam wnuczkom ich najdrozszych, i natychmiast odbieram im ich wszystkich w zakonczeniu!
Cipi i Aliza nie mialy nawet pojecia, ze ich ojciec mial brata i dwie siostry. Nic nie wiedzialy o istnieniu Beli, Tadka, Elusi, ktorych ja widywalam codziennie w ciagu tych lat w getcie, roslam wsrod nich i wchlanialam w siebie ich usmiechy i lzy, wyrazy radosci albo gniewu, depresje bezradnosci wobec wyroku totalnej, nieuniknionej zaglady.
Nie wiedzialam od czego zaczac, o czym najpierw opowiedziec, jak opowiedziec o tym najgorszym, zeby bolalo troche mniej, kiedy w naszym spotkaniu i w naszej niesamowitej rozmowie zrobic to?
– A co stalo sie w koncu ze sparalizowana Doktor Geszychter? – powtarzaja pytanie.
Musze odpowiedziec, nie ma co zwlekac. Nie mozna umknac prawdzie, strasznym faktom, chociaz staram sie opisac tych ludzi z lzejszego okresu tamtych lat, z poczatku mojej znajomosci z nimi w Warszawie na Muranowskiej, mojego wlasnego poczatku w swiecie wojny i Holocaustu, gdy jeszcze nie wiedzielismy, co gotuje nam niedaleka przyszlosc.
A kiedy juz odgadlismy byli TO ze sposobu, jakim lapali i zganiali na Umschlagplatz i pchali do wagonow bydlecych – niejedni woleli umrzec przedtem wraz z obezwladnionymi choroba bliskimi, malenkimi dziecmi, polykajac popularna w tym okresie w getcie pigulke cyjanidu, ktora natychmiast wyzwalala z mak. Tak umarla w swym lozku Dr Fania Geszychter. Slowa te z trudem przeszly mi przez usta. Lzy palily oczy wszystkich nas.
Otrzymalam od nich piekne zdjecie Fani Geszychter z jej lat mlodosci. I znow moglam spojrzec w jej twarz nie tylko w zakamarkach mojej pamieci. Trudno mi bylo uwierzyc, ze ta rzeczywistosc nie jest snem, ze ta przeszlosc stamtad i terazniejszosc tutaj lacza sie w jeden prawdziwy fakt.
Fania Geszychter
Swiat tamten i obecny! Kilka niezmiernie wzruszajacych godzin w moim domu, lzy wspolne i przedziwna bliskosc miedzy nami, a jeszcze przed kilkoma dniami nie wiedzialysmy o istnieniu jedne drugich.I ja, ktora zwracam wnuczkom Geszychterowej ich przeszlosc, przynosze droga im wiadomosc o ich przynaleznosci rodzinnej – a one obdarzaja mnie swiadomoscia kontynuacji zycia, sensem pamietania, opowiadania, pisania. Przeswiadczeniem, ze wszystko w zyciu moze sie zdarzyc.
Pozegnalysmy sie nocnym, dlugim usciskiem i pocalunkami, ktore wyrazily wiecej od slow. Ale nie moge wrocic do siebie po tym spotkaniu, oderwac sie od intensywnych wspomnien, od tej przeszlosci, ktora nie chce umrzec i wstaje wciaz na nowo do zycia roznymi drogami.
listopad 2004
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||