DWA SZKICE Z HISTORII GDAŃSKA






WITOLD MĘŻNICKI




METRYKA GDAŃSKA


Jak stary jest Gdańsk – dokładnie nigdy się zapewne nie dowiemy. Prace archeologiczne nie potrafią odpowiedzieć ściśle na to pytanie.

Pierwsza historyczna relacja o ziemiach nadbałtyckich u ujścia Wisły – opowieść anglosaskiego żeglarza Wulfstana, który w końcu IX wieku wylądował w osadzie Truso, opodal dzisiejszego Elbląga, wpłynąwszy nawet poprzednio do ujścia Wisły – nic nie wspomina o Gdańsku. Czyżby Gdańska w ogóle jeszcze wtedy nie było? Prawdopodobnie istniała już wówczas osada miejska – protoplasta dzisiejszego Gdańska, ale zapewne nie była ona jeszcze portem i Wulfstan, który zwiedzał tylko pobrzeże nadmorskie, nie natknął się na nią. Dlatego w jego opisie podróży, pełnym ciekawych szczegółów o nadbałtyckiej krainie i jej mieszkańcach, nazywanych Wenedami, nie ma o Gdańsku wzmianki.

Ledwie w sto lat później, w roku 999, napisano księgę o życiu i męczeńskiej śmierci Św. Wojciecha: Vita Sancti Adalberti. Dotąd jest rzeczą sporną, kto jest jej autorem – czy Jan Canaparius – opat rzymskiego klasztoru Benedyktynów, czy Św. Brunon – współtowarzysz misyjny Św. Wojciecha, czy też biskup gnieźnieński Gaudenty Radzim, rodzony brat Męczennika.

Nie jest jednak dla nas ważne. Ważne jest to, że omawiając w Żywocie ostatnie dni Św. Wojciecha, hagiograf szeroko opowiedział, jak to do Gdańska, który określa jako "urbs Gyddanyzc", przybyli wiosną 997 na łodziach wiślanych trzej misjonarze, wśród nich biskup misyjny Wojciech, wraz z towarzyszącymi im trzydziestoma zbrojnymi rycerzami króla Bolesława Chrobrego.

Urbs, a więc nie drobna miejscowość, lecz już wtedy – w roku 997 – ludne miasto, które na tych terenach musiało odgrywać naczelną rolę. Leżało ono wówczas – jak wynika dalej z opisu – w obrębie państwa Chrobrego, który władał brzegami Bałtyku niemal dokładnie w takich samych granicach, w jakich włada nimi Polska dziś, po latach tysiącu.

Słowiańskie pochodzenie nazwy Gdańska jest niewątpliwe. Nawet poważniejsi uczeni niemieccy w czasach, gdy nacjonalistyczny szowinizm nie kazał jeszcze nauce przemilczać prawdy, nie próbowali tego kwestionować i przyznawali, że niemiecka nazwa Danzig jest tylko zniekształceniem słowiańskiego miana miasta, które od swego zarania leżało na słowiańskiej ziemi, co między innymi poświadczył wspomniany Wulfstan w opisie ujścia Wisły.

Upłynęło jednak znów 150 lat, zanim w źródłach pisanych zjawiła się nowa wiadomość o Gdańsku. W dokumencie z roku 1148 występuje ta sama słowiańska nazwa grodu gdańskiego, w nieco tylko innej transkrypcji – Kdanzc. Jest to już wówczas i gród i port. Usytuowany był dokładnie tam, gdzie niedawno jeszcze stała Zielona Brama, zwana też Bramą Kogi, oraz trochę poniżej, tam gdzie Radunia wpada do Mołtawy. W tym miejscu wznosił się zamek książąt pomorskich. Na jego gruzach zbudowali Krzyżacy swoją warownię, którą Gdańszczanie zburzyli do szczętu, gdy wreszcie w roku 1454 wypędzili znienawidzonych zakonników z miasta i znowu oddali się królowi polskiemu.

Po roku 1148 nazwa Gdańska coraz częściej powtarza się w dokumentach, które albo tylko wspominają miasto, albo też wyłącznie jemu są poświęcone. W 1180 r. zapisano Gdańsk jako Danzko, w r. 1229 – Gdanizc, w r. 1263 – Danzeke, w latach 1267, 1272 i 1285 – Gdanzke; w innym dokumencie z r. 1285 – Gdanzeke, w latach 1292 i 1304 – Danzke i wreszcie w r. 1310 przeciwkrzyżacka bulla papieska napiętnowała zbrodnie Zakonu w podstępnie zagarniętym przezeń Gdańsku: "in civitate Gdansco".

Wiele wysiłku poświęcili uczeni sprawie pochodzenia nazwy Gdańsk. Wojciech Kętrzyński wywodził nazwę Gdańsk od rzeki Gdan. Ponieważ jednak rzeka o tej nazwie ani nie istnieje, ani też zdaje się nigdy nie istniała, hipoteza ta jest niewątpliwie chybiona. X. Czapliński, chciałby pochodzenie nazwy Gdańsk wyprowadzić znowu poprzez wodę – wdo, gda, z tym, że Wisła miałaby być ową ową wodą, z której wywodziłaby się nazwa miasta. Profesor Mikołaj Rudnicki zbadał całą rzecz gruntownie. Wyniki swoich dociekań ogłosił w poznańskim Slavia Occidentalis w 1921 r, dowodząc, że rdzeń nazwy Gdańsk jest bardzo stary i występuje w nazwach wielu miejscowości na całym terenie Kaszub; nie wykazał jednak jakie nazwy pospolite są na tym samym rdzeniu zbudowane.

Dalej więc nie wiemy od czego pochodzi nazwa Gdańsk.








KRÓL I KUPIEC


Rozejm w Sztumskiej Wsi, zawarty 12 września 1635 między Polską i Szwecją, na długie lata – jak się błędnie wydawało – odsunął groźbę wojny na polskim Bałtyku. Mimo to, Władysław IV postanowił nie likwidować swojej floty morskiej, lecz tylko przeobrazić większą jej część z eskadry wojennej w zespół statków handlowych, który stałby się podstawą przedsiębiorstwa armatorsko-kupieckiego. Tak się też stało. Z ośmiu okrętów zdjęto armaty, rozbrojono na nich załogi, i pierwsze polskie państwowe przedsiębiorstwo armatorskie gotowe było do rozpoczęcia działalności handlowej.

Nim to jednak nastąpiło, trzeba było uregulować kilka spraw. Okręty, którymi król rozporządzał, formalnie wciąż były własnością Hewla, bogatego kupca gdańskiego, który w dużej części sfinansował budowę polskiej floty i był komisarzem morskim. Nie mniej ważne było uruchomienie znacznej gotówki na zakup towarów na wywóz. Trzeba było wreszcie opracować plan działań kupieckich, a więc ustalić – z kim handlować i do których portów wysyłać statki.




Matthäus Seutter:   Plan żaglowca morskiego.
ok. 1730, Augsburg. Miedzioryt kolorowany, 50.5 x 57.5 cm.
(Kolekcja Tomasza Niewodniczańskiego, Bitburg)


Najpierw zakupiono okręty od Hewla. Rokowania prowadził Adam Kazanowski, który też dokonał transakcji. Należność za przejętą flotę ustalono w wysokości 379,500 złp. Król nie miał takiej sumy, okrętów więc nie zapłacono gotówką. Władysław IV wystawił tylko skrypt dłużny, który wykupiono dopiero po śmierci Hewla, kiedy król spłacił także i inne swoje zobowiązania wobec niego.

W ciągu października i listopada 1635 opracowano plany działalności nowego królewskiego przedsięwzięcia, Jego kierownikiem został Hewel. On też nabywał towary, wprawdzie za swoje pieniądze, ale na rachunek i ryzyko króla. Z tego tytułu należności Hewla wzrosły już w połowie roku 1637 do ogromnej sumy 1,079,411 złp., a nie był to jeszcze koniec współpracy finansowej gdańskiego kupca z królewskim kontrahentem.

Handlować miało przedsiębiorstwo przede wszystkim z Portugalią i Hiszpanią, a więc krajami, z którymi Rzeczpospolita była w przyjaznych stosunkach i w których odczuwać się dawał brak towarów wywożonych z Polski.

W końcu 1635 roku przedsiębiorstwo zaczęło działać. Król rozpisał do państw i miast nadmorskich listy, w których prosił, żeby statki zaopatrzone w paszporty królewskie zwalniano od opłat i ceł portowych. Gdańsk wzbraniał się przyznać ulgi okrętom Władysława IV. Jaki skutek odniosły wezwania królewskie gdzie indziej – nie wiemy, możemy jednak przypuszczać, że pożądany. Wskazywałby na to cichy układ Władysława IV z Hewlem. Otóż na podstawie tego porozumienia, Władysław IV wziął na listę okrętów królewskich kilka prywatnych statków Hewla i zaopatrzył je w dokumenty królewskie, co zapewniało gdańskiemu kupcowi znaczne korzyści materialne. To był chyba główny powód, dla którego Hewel podjął się kierowania przedsiębiorstwem armatorskim króla.

U samych więc podstaw działalności przedsiębiorstwa kryła się szacherka. Rzecz zresztą w XVII wieku bardzo częsta, zwłaszcza u najwyżej postawionych osobistości. Niezależnie zresztą od względów merkantylnych, Hewel kontynuując współpracę z królem miał niewątpliwie inne jeszcze zamysły. Zależało mu na pozyskaniu sobie życzliwości króla, a następnie pomocy dla kalwinów gdańskich, których bez miłosierdzia prześladował rządzący w Gdańsku patrycjat luterański.

Początek działalności przedsiębiorstwa nie był fortunny. "Wielki Czarny Orzeł" zatonął na redzie gdańskiej, zaskoczony przez gwałtowny sztorm, który w burzliwym grudniu 1635 poczynił prawdziwe spustoszenie wśród statków żeglujących na Bałtyku. Drugi statek – "Mały Biały Orzeł" – zatonął u brzegów duńskich. Strata była poważna, gdyż wartość ładunków wynosiła 24,000 złp., a oba statki kosztowały przeszło 75,000 złp.

Rok 1636 też nie był zbyt pomyślny. Z braku kapitału obrotowego, statki nieraz przez kilka miesięcy czekały w portach na ładunki, co naturalnie ujemnie odbijało się na zyskowności przedsiębiorstwa. Były też trudności w portach hiszpańskich. Dopiero na jesieni tego roku usunął je poseł Hiszpanii w Polsce – hrabia Solre, który wydał sześciu okrętom królewskim zezwolenia na swobodny handel w portach Półwyspu Pirenejskiego.

Niepowodzenia handlowe skłoniły Hewla w początkach 1637 roku do podania się do dymisji. Król dymisji nie przyjął, polecił tylko sprawdzić rachunki – zrobił to znów Kazanowski – po czym stwierdził, że król jest winien kupcowi gdańskiemu wspomnianą już sumę 1,079,411 złp.

Lata 1637 i 1638 były zdaje się pomyślniejsze. Okręty króla i pływające pod jego znakami prywatne statki Hewla szczęśliwie żeglowały po morzach. Dopiero w 1639 roku zaczęła się druga seria katastrof. Okręt "Gwiazda" zatonął na redzie portu San Lucar u ujścia rzeki Gwadalkwiwir, a "Fortuna" poszła na dno w Sundzie. W rok później armada francuska płynąca z Genui do Marsylii zagarnęła bezprawnie "Charitas", a król hiszpański wcielił do swojej floty "Myśliwca".

Mimo to przedsiębiorstwo prosperowało dalej, choć faktorzy hiszpańscy nieraz nie wywiązywali się ze swych zobowiązań i choć czasem trzeba było sprzedawać ze stratą przywiezione z Hiszpanii towary. Dopiero niespodziewana śmierć Hewla w październiku 1640, położyła kres przedsięwzięciu. Przedsiębiorstwo zlikwidowano, a okręty sprzedano w Antwerpii.

W całej tej sprawie zastanawia jeden fakt. Dlaczego Władysław IV tworząc pierwsze polskie przedsiębiorstwo armatorskie nie powołał do życia, wzorem zachodnioeuropejskim, prywatnej kompanii żeglugowej, której udziałowcami mogliby stać się magnaci polscy, przeważnie przecież bardzo bogaci? Dlaczego z pomocą jednego tylko kupca gdańskiego uruchomiono królewskie, a więc państwowe przedsiębiorstwo?

Być może król obawiał się wchodzić w spółkę z polskimi feudałami, którzy przyzwyczajeni byli tylko brać i zwykle z najwyższą niechęcią otwierali mieszek, gdy świadczyć mieli na cele publiczne. A przecież flota królewska na Bałtyku, choć pływała w celach handlowych, miała być ową rezerwą, którą w każdej chwili – gdyby zaszła potrzeba – można było znów przekształcić w eskadrę wojenną.

Wiadomości





Teksty o tematyce gdańskiej zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2005 Zwoje