15 sierpnia 2005 zmarł Maciej Łukasiewicz (1941–2005), były Redaktor Naczelny dziennika Rzeczpospolita, Redaktor cotygodniowego dodatku społeczno-kulturalnego Plus Minus do Rzeczpospolitej.

Nie mam wątpliwości, że historia polskiego dziennikarstwa uzna Go za wzór światłego, rzetelnego, wyczulonego i społecznie zaangażowanego redaktora wielkiej, opiniotwórczej, codziennej gazety i magazynu kulturalnego.

Nigdy nie zetknąłem się osobiście z Maciejem Łukasiewiczem. Nie mniej, był On tym, który w roku 1998 udzielił mi stałego pozwolenia na zamieszczanie w moich internetowych Zwojach artykułów z Plusa Minusa, a w roku 2000 potwierdził takie zezwolenie na zamieszczanie w Zwojach artykułów z Rzeczpospolitej, którego udzielił mi był poprzedni Redaktor Naczelny "Rz", Piotr Aleksandrowicz. Przy tych okazjach Maciej Łukasiewicz i ja wymieniliśmy kilka miłych listów e-mailowych.

Wspominam zgody Macieja Łukasiewicza na "przedruk" i tę naszą korespondencję z wdzięcznością. Zwoje niewątpliwie zyskały na tym, że w pewnym niewielkim stopniu, są "depozytorem" szeregu bardzo wartościowych artykułów z Plusa Minusa, być może najlepszego pisma kulturalnego w Polsce.

Teraz, gdy Macieja Łukasiewicza już nie ma wśród nas, mogę tylko pochylić głowę, oddając hołd Jego pracy i Jego Pamięci.

Andrzej Kobos







POŻEGNANIE MAĆKA ŁUKASIEWICZA





REDAKCJA   "RZECZPOSPOLITEJ"






Maciej Łukasiewicz
(fot.   Andrzej Wiktor)



Długo chorował. Przez półtora roku zmagał się z rakiem. W tej walce On i Jego bliscy wykorzystali wszystkie dostępne środki. Do końca o Jego życie walczył w Krakowie profesor Tadeusz Popiela.

Życie Maćka – jak się do Niego zwracaliśmy w redakcji – ułożyło się w wyraźne rozdziały. To rozdziały związane z ważnymi wydarzeniami, bliskimi Mu ludźmi, tytułami prasowymi, w jakich pracował, i organizacjami, w których działał.

"I kiedy kręci się świat, kiedy
kręcą się ludzie, kiedy kręci się
wszystko dookoła, ty jeden
jedyny stoisz prosto.
Wiesz, że jeden jedyny
jesteś sobą"
Maciek przez całe życie był związany z Warszawą. "Urodziłem się w Warszawie, całe życie w niej przemieszkałem. Przeżywałem wraz z nią jej dźwiganie się z wojennych ruin, radość z odbudowy Starówki i budowy Trasy W–Z, jej upokorzenie w postaci Daru Stalina w samym centrum miasta" – deklarował w jednym z felietonów.

Chodził do podstawówki na Parkowej, tuż przy Łazienkach. Do szkoły przez cały rok przychodził w krótkich spodenkach i podkolanówkach. Jedni uważali Go za szaleńca, a inni za twardziela.

Potem było Liceum im. Karola Świerczewskiego, no i studia. Od razu wiedział, czego chce. Wybrał archeologię śródziemnomorską. Na roku było ich czterech, w tym późniejszy mundurowy spiker telewizyjny z czasów stanu wojennego.

Maciek związał się z klubem młodych poetów przy "Hybrydach", po latach wydał nawet swoje wiersze.

Koledzy wspominają, że był dobrym kumplem i do wypitki, i do bitki. 8 marca 1968 r. po wiecu na uniwersytecie, rozbitym przez milicję i ORMO, wieczorem, to właśnie przy wódeczce u Maćka lizali rany.

Pracę dziennikarską zaczął jeszcze na studiach. Najpierw była Wiedza i Życie, w której spędził 12 lat – od 1961 do 1973 r.

Potem związał się z prasą Stronnictwa Demokratycznego, którego był członkiem. Do SD trafił wraz z kolegami. Była jakaś odwilż, a oni, młodzi, chcieli coś robić. Oczywiście PZPR była wykluczona. Jego przynależność do Stronnictwa stała się jednak zadrą w kontaktach z częścią przyjaciół.

Od połowy lat siedemdziesiątych Maciek był zastępcą sekretarza redakcji w Kurierze Polskim, wydawanym przez należące do Stronnictwa Demokratycznego wydawnictwo "Epoka".

W ekipie Kuriera Polskiego Łukasiewicz jest wspominany jako "energiczny, przystojny młody dziennikarz". Kiedy trzeba, przymykał oczy. Gdy młody reporter, któremu zlecono zebranie opinii od zwykłych ludzi o oczekiwaniach wobec zjazdu PZPR, wymyślił wszystko od początku do końca, Łukasiewicz udał, że o niczym nie wie.

W 1973 r. Maciek wstąpił do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, wówczas jedynej organizacji środowiska dziennikarskiego. Po latach wspominał:

"Władza poddawała dziennikarzy swoistej korupcyjnej obróbce. Posłusznych nagradzano orderami, przydzielano im talony na samochody i tanie mieszkania, wysyłano na wycieczki "pociągami przyjaźni", a najbardziej wiernych – na intratne placówki zagraniczne. (...) Siedziba SDP przy ulicy Foksal w Warszawie była prestiżowym politycznym salonem stolicy".
W 1980 r. SDP przeszło rewolucję. Czołówka dziennikarzy się zbuntowała, domagała się wolności prasy. Na nadzwyczajnym zjeździe SDP wybrano nowe władze. W tym odnowionym SDP stał się aktywny.

Po Sierpniu Maciek zaangażował się w "S", z Jego inicjatywy powstała tuż po strajkach komisja zakładowa związku.

"Są takie ulice w nocy,
którymi byś szedł, szedł, szedł.
Tak przez godziny, wieki,
tak daleko, że aż donikąd,
by wreszcie o jakiejś porze siąść
na zrębie chodnika i zapłakać.
Po prostu zapłakać"
O tym, że wprowadzono stan wojenny, dowiedział się rano od sąsiadki. Właśnie od tej sceny zaczyna się Jego książka-pamiętnik "Weryfikacja". Do druku poszła tylko część zapisków, a przyjaciele przypuszczają, że takie codzienne porządkowanie piórem rzeczywistości było dla Maćka rodzajem psychoterapii. Bo wprowadzenie stanu wojennego i to, co nastąpiło później, było dla Niego nie tylko zaskoczeniem, ale i wstrząsem. Jednym z najpoważniejszych w życiu.
"Nocą 13 grudnia zawalił się mój świat. Poranne telewizyjne wystąpienie generała Jaruzelskiego do dziś jest jednym z moich najgorszych sennych koszmarów" – wspominał Maciek po latach. – "Te czołgi, skoty i hordy ZOMO wyprowadzili wówczas towarzysze przeciwko sobie. Tylko skutek został odłożony w czasie".
Stan wojenny zastał Maćka w Kurierze Polskim. "Kurier" miał opinię gazety dość niepokornej, która często informowała o "Solidarności". Dlatego weryfikacja była tam brutalna.

Łukasiewicz, podobnie jak kilkunastu kolegów, weryfikacji nie przeszedł. Był zbyt aktywny dla władz, wszędzie było Go pełno – w SDP, w SD, w "Solidarności".

Maciek i inni dziennikarze obawiali się, czy będą mieli z czego utrzymać rodziny. Bali się też aresztowań.

"Ja – mógłbym ci mówić
bez końca
Ty – byś mógł mnie
słuchać tak długo
I obaj jesteśmy
piekielnie szczęśliwi"
W stanie wojennym Maciek zaczął blisko współpracować z Dariuszem Fikusem z Polityki, działaczem zdelegalizowanego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Zaprzyjaźnili się. Ci, którzy ich wtedy znali, opowiadają, że Fikus był dla Maćka inspiracją i autorytetem. Okazał się jednym z najważniejszych ludzi, jakich Maciek spotkał w swoim życiu.

Kiedy Maciek stracił pracę w "Kurierze", u Łukasiewiczów było bardzo ubogo. Żona Lena nie pracowała, już wtedy mieli dwie córki, młodsza jeszcze raczkowała. Rodzina i znajomi pomagali, ale nie było im łatwo.

Po kilkunastu miesiącach pracy w dziwnych miejscach (jak "Poradnik Sprzedawcy Żywności"), Maciek wszedł do kierownictwa dziennikarskiej spółdzielni Omnipress. Miejsce okazało się doskonałe dla negatywnie zweryfikowanych. Koledzy uważają, że właśnie w tym momencie wyrósł na przywódcę.

Maciek był pragmatyczny: uważał, że przede wszystkim należy dziennikarzom zapewnić byt.

Omnipress drukował kalendarze, naklejki. Hitami wydawniczymi okazał się m.in. album z drugiej pielgrzymki papieża. Typowo dziennikarska działalność – serwisy dla gazet terenowych – była marginesem.

Niemal równolegle z pracą w spółdzielni Maciek zajął się wydawnictwami II obiegu. Najpierw wydawał razem z Andrzejem Karczewskim periodyk Most, później – gdy dołączył Marek Krawczyk – Most stał się oficyną wydawniczą, jedną z najważniejszych w drugim obiegu.

Omnipress był świetną przykrywką dla działalności opozycyjnej. Znajomy Maćka, który zajmował się kolportażem bibuły i regularnie bywał u Łukasiewiczów, opowiada taką scenę: – Maciek siedział na ławie, na stole stała flaszka, a pod stołem torba z wydawnictwami Mostu, resztę trzymał w piwnicy sąsiada, prostego człowieka, do którego odnosił się z ogromną życzliwością.

Częstym gościem był Fikus. Na imieninach Maćka, na które przychodziło kilkadziesiąt osób, Fikus z damską torebką przewieszoną przez ramię wycinał hołubce przez wszystkie pokoje. Jak Fikus to Maciek, jak Maciek to Fikus – tak oceniali ich wzajemne relacje znajomi. Fikus był szorstki, a nawet ostry w kontaktach z ludźmi. Maciek był duszą towarzystwa i bratem łatą.

Jesienią 1989 r. Dariusz Fikus zaproponował Łukasiewiczowi objęcie stanowiska swojego pierwszego zastępcy w Rzeczpospolitej. Gazetę przekazał im Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier.

Maciek był prawą ręką Fikusa. Często w nocy lądował u niego w domu z butelką jakiegoś trunku i właśnie wówczas podejmowali decyzje. Kiedy Fikus zachorował, to Maciek kierował gazetą.

W październiku 2000 r. Łukasiewicz został wybrany na redaktora naczelnego Rzeczpospolitej – zawsze było to Jego marzenie.

Tuż po wyborze w przesłaniu do czytelników deklarował: "Informacja jest bezpartyjna i każdej władzy trzeba patrzeć na ręce".

Postawił na dziennikarstwo śledcze, którego Rzeczpospolita stała się niekwestionowanym liderem. Zapłacił za to prokuratorskimi zarzutami, o stekach obelg nie wspominając. Gdy miał podjąć decyzję o publikacji tekstu o arcybiskupie Paetzu, przebywał w Stanach. Nim powiedział: – Puszczamy, wypisał sobie na kartce wszystkie za i przeciw tej publikacji. Wielu zastanawiało się, jak będzie wyglądało Jego szefowanie. Na pewno przy stosunku Maćka do ludzi – otwartości, wyrozumiałości i dozie luzactwa – musiał jako redaktor naczelny przeżywać trudne chwile. Ale przez cztery lata, kiedy Maciek kierował "Rz", Jego gabinet był zawsze otwarty. On przyciągał ludzi.

"Są przecież i takie godziny,
kiedy rozmawiałbyś z duszą"
Wszyscy znajomi podkreślają szczególną więź, jaka łączy Go z żoną i córkami. "Moje dwie piękne córki" – mówił z dumą o Małgorzacie i Magdalenie. Znajomi podkreślają, że zawsze najważniejsza była dla Niego rodzina, że ją stawiał na pierwszym miejscu. Córki zabierał na zagraniczne wyjazdy, chodził z nimi na bale. Był z nimi do końca. Odszedł 15 sierpnia, o 14.30. 15 sierpnia 1979 roku o 14.30 urodziła się Małgorzata.

Ale wszyscy w "Rz" wiedzą, że Maciek miał jeszcze jedno kochane dziecko. To weekendowy społeczno-kulturalny dodatek do naszej gazety Plus Minus. "Chcieliśmy, aby w biegu, w lawinie codziennych obowiązków, przynajmniej raz w tygodniu, w weekend, wspólnie spojrzeć na rzeczywistość, która nas otacza – z większego dystansu" – pisał Łukasiewicz w listopadzie 1996 r., kiedy ukazywał się dwusetny numer.

Było w Plusie Minusie miejsce wyjątkowe. W małym okienku, w kilkudziesięciu słowach zabierał głos w sprawach najważniejszych dla Rzeczypospolitej i Rzeczpospolitej.

Jak wtedy, gdy w 2000 r. pisał o porażce wyborczej Lecha Wałęsy. Były lider "Solidarności" otrzymał wówczas 1 proc. głosów. "Bez świeczek w oknach milionów Polaków w stanie wojennym i domowych ballad o uwięzionym Wałęsie – nie byłoby Okrągłego Stołu i wyborów czerwcowych 1989 roku. Wszyscy to jemu zawdzięczamy" – pisał z goryczą.

Zawsze podziwiał Jerzego Giedroycia. W 1996 r. z okazji jubileuszu 90-lecia Giedroycia pisał: "Niewielu jest ludzi tak ogromnie zasłużonych dla Polski, dla wychowania przynajmniej dwóch pokoleń Polaków do wolności i niepodległości".

Po śmierci Giedroycia w 2000 r. zaangażował się w ustanowienie nagrody jego imienia za działalność w imię polskiej racji stanu. Pierwszy raz "Rzeczpospolita" przyznała nagrodę w 2001 roku, w rocznicę śmierci Giedroycia.

Choć czasami pisał z goryczą o nowej Polsce, nie był nią zawiedziony. Wręcz przeciwnie – był z niej dumny. W czerwcu 1996 r. pisał:

"Spotkaliśmy się w Kazimierzu nad Wisłą, rocznik maturalny 1958. Zdumiewające, ilu nas przyjechało. Zza oceanu, z Francji, Szwajcarii, Szwecji, Anglii, Izraela – i my, z Polski, ale jakże innej niż jeszcze 7 lat temu, już bez krat. (...) Zadałem sobie pytanie Jacka Kaczmarskiego – co się stało z moją klasą? Korzeniami pozostali tutaj. Widzą i mają z tego satysfakcję, że Polska coraz bardziej staje się częścią ich świata. Żegnając się po dziennych i nocnych Polaków rozmowach, jedno mieliśmy przede wszystkim zmartwienie – czy nikogo z nas nie zabraknie na następnym spotkaniu".
Podsumowując dyskusję na temat 15-lecia niepodległości, ocenił:
"Polsce się udało, że generalnie odnieśliśmy w ciągu tych 15 lat sukces, że na pytanie: orzeł czy reszka – trzeba jednak odpowiedzieć: orzeł. Każdy przyzna, że ten orzeł mógłby być sporo większy i silniejszy; wiadomo też, że nie ma orła bez jakiejś reszki, której należy się wstydzić. Jest ona pozostałością peerelowskiej gangreny, choćby właśnie w postaci korupcji i nepotyzmu, nie mówiąc o cynicznym psuciu obyczajów politycznych".

"W zakopceniu
nudą tytoniu
gardła podgryzającego
uczysz się życia"

Przeklęte papierosy. "Miałem 12 lat, gdy rozpoczęto, tuż obok naszej kamienicy na Siennej, budowę Pałacu Kultury. Ożywiło się życie całego warszawskiego "dzikiego Zachodu". Obroty bazaru na Pańskiej wzrosły kilkakrotnie, od kiedy pojawili się "Ruscy". My, małolaty, kupowaliśmy od nich tajemnicze papierosy "Kazbek" z długimi munsztukami. To wtedy popadłem w ów fatalny nałóg, który trwa do dzisiaj" – wspominał w 1998 r.

Maciek palił wszędzie. I tak dużo, że wielu nie wyobrażało Go sobie bez papierosa w dłoni. "Ciężka choroba dopada każdego i jest po prostu dopustem, z którym każdy musi sobie sam radzić, jak tylko potrafi. Szczęście, jeśli ma wokół siebie kochającą rodzinę, serdecznych przyjaciół i ludzki szacunek" – pisał w październiku ubiegłego roku.

Rok temu ustąpił z kierowania Rzeczpospolita, by wrócić do redagowania ukochanego Plusa Minusa. Choć choroba nie dawała za wygraną, On sobie żartował. W grudniu ubiegłego roku pisał:

"Jest w Bydgoszczy aparatura, która pozwala leczonemu na nowotwór zdiagnozować, czy ma to wszystko już za sobą, czy też musi tego raka dobić w inny sposób. Jest to swego rodzaju superrura, nadtomograf o niebywałej rozdzielczości. Ale piszę o tym nie dlatego, że właśnie mi się to ostatnio przytrafiło. Pomyślałem sobie, iż podobne ustrojstwo przydałoby się nam przed wyborami parlamentarnymi i prezydenckimi. Tyle że nie świeciłyby się na ekranie stany zapalne czy nowotworowe, ale stany umysłowe elit politycznych".

"A gdy płomień przygasa,
nigdy nie pozwolisz,
by kiedykolwiek mógł
zgasnąć zupełnie"

Jak będzie wyglądała Maćka nota w encyklopedii? Zapewne tak – Maciej Łukasiewicz, rocznik 1941, dziennikarz, działacz społeczny, w latach 2000 – 2004 redaktor naczelny Rzeczpospolitej, wcześniej przez ponad 10 lat – I zastępca redaktora naczelnego. Pierwszy laureat Lauru Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, przyznawanego za "przyzwoitość, profesjonalizm i pojmowanie dziennikarstwa jako służby publicznej". Pewnie napiszą znacznie więcej, ale i tak nie odda to wszystkiego, co Maciek po sobie zostawił.
"Zbliżam się powoli do wieku, o którym mawia się, że jest stateczny. Czyli już nie junak, ale i nie bardzo stary" – pisał dwa lata temu w swym okienku w Plusie Minusie. – "Różnie bywało, jak to w życiu i w PRL. Oj, nie zawsze byłem z siebie dumny. Na ogół jednak uważany byłem – i sam siebie może niezbyt trafnie tak postrzegałem – za poczciwego faceta, który, jeśliby skrzywdził muchę, to raczej przypadkiem".

Redakcja Rzeczpospolitej
Rzeczpospolita, 16 sierpnia 2005.




W tekście wykorzystano fragmenty wierszy Macieja Łukasiewicza.









Copyright © 1997-2005 Zwoje