Poniższy tekst jest moim przekładem na język polski jednego z rozdziałów książki Meriana C. Cooper'a "Things, Men Die For" – "Sprawy, za które umierają mężczyźni", wydanej pod autorstwem "C" w roku 1927.

Autor książki, Merian C. Cooper (1894-1973), VM, był amerykańskim lotnikiem, walczącym we Francji podczas pierwszej wojny światowej. Po Wielkiej Wojnie, w latach 1919-1920 był jednym z głównych pilotów ochotniczej amerykańskiej eskadry "Kosciuszko Squadron", walczącej z ogromnym poświęceniem i sukcesem w ramach lotnictwa polskiego na południowym froncie w wojnie polsko-bolszewickiej. Zestrzelony 13 lipca 1920 r. na froncie, dostał się do bolszewickiej niewoli i spędził w więzieniu w Moskwie ponad rok. W zimie 1921 r., wraz z kilkoma polskimi oficerami-więźniami, uciekł podczas pracy więźniów na zewnątrz. Uciekinierom udało się przedostać na Łotwę. O amerykańskiej Eskadrze Kościuszki przeczytać można m. in. w moim artykule pt. "Partnerstwo Orłów" w Zwojach 13/1998.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych, Cooper był m.in. dziennikarzem w lokalnej gazecie w Des Moines, Iowa. Podczas II wojny światowej, w randze generała wrócił do służby w lotnictwie amerykańskim na Pacyfiku i w Azji. Po wojnie był m.in. producentem filmowym.

W okresie pracy dziennikarskiej napisał wspomnieniową książkę pt. Things, Men Die For. Jest to zbiór autobiograficznych, ale nie tylko, opowieści... To jest książka o różnych ludziach, którzy ginęli dla idei..., i o nim samym. W książce autor opowiada o szerokim wachlarzu ludzi, od mordercy dziecka, poprzez głód prawdziwy i głód książek i więźniów w Moskwie, po tancerzy diabła na Ceylonie i Roberta Imbrie, amerykańskiego konsula w Finlandii, Petrogradzie i Angora w Turcji, zabitego przez fanatyczny tłum w Teheranie, gdy ocalił życie dwóm amerykańskim misjonarzom Bahai. Tę opowieść o Imbrie, Cooper kończy tak:

"Ale wiem, jak każdy człowiek, który go kiedykolwiek go znał, wie, że zanim zginął, miał jedną wspaniałą minutę pełni życia, gdy machał swą okutą laską, walcząc beznadziejnie; tak, jak życzył sobie umrzeć, "nie w spokoju w łóżku, ale gdzieś w dalekim, obcym miejscu, z plecami opartymi o ścianę i z twarzą w kierunku wrogów."
Tylko niewielkie fragmenty rozdziałów I i III oraz rozdział V dotyczą wspomnień wojennych Cooper'a z Polski. W rozdziale III "Seven Christmases" (Siedem Świąt Bożego Narodzenia) wspomina święta Bożego Narodzenia w Polsce, w chałupie służącej za messę lotników. Skromnie, nic nie ma o jego lotach bojowych, nie tylko zresztą w Polsce. Z osobistych wspomnień jest tylko więzienie bolszewickie w Moskwie, gdy, zestrzelony, dostał się do niewoli rosyjskiej.


* * *


Ciekawa jest historia mojego "encounter" – "kontaktu" z tą książką. Przez szereg lat, mimo, że słyszałem o jej istnieniu, nie podjąłem wysiłku jej odszukania. Aż dopiero w czerwcu 2005, akurat podczas mojego pobytu w Edmonton w Kanadzie, otrzymałem e-mail od pana Michała Trusiewicza z polskiej telewizji, który natrafiwszy na mój ślad przez w/w mój artykuł w Zwojach 13, prosił mnie teraz o zdobycie tej książki na potrzeby telewizji. Poprzez University of Alberta Library i Interlibrary Loan wypożyczono mi tę książkę z Franklin F. Moore Library, Rider College, Lawrenceville, NJ, USA. Zrobiłem jej kopię dla Michała Trusiewicza i dla siebie.

Jak już wspomniałem, książka Meriana C. Cooper'a stosunkowo niewiele mówi o tematach związanych z Polską, może mniej, niż można by oczekiwać. Jeszcze mniej możnaby się spodziewać, że w książce o tak męskim tytule Things, Men Die For, to rozdział "Women" – "Kobiety" dotyczy jego polskiego doświadczenia. W dodatku nie wspomina on tam swoich lotów bojowych, ale głównie dobro, którego zaznał od nieznanych kobiet w bolszewickiej niewoli i w więzieniu w Moskwie.

Rozdział ten jest napisany tak porywająco, że zdecydowałem się go przetłumaczyć do Zwojów, tym bardziej, że jest to na czasie, w 85 rocznicę wojny bolszewicko-polskiej.

Andrzej Kobos






KOBIETY





MERIAN C. COOPER



Pewnego dnia zaszedłem do modnego domu towarowego, by kupić jakiś prezent. Przejścia zapełnione byly kobietami. Jaskrawe kolory, zabawne kapelusze, wysokie obcasy, szeleszczące jedwabie, miękkie futra, iskrzące się klejnoty i wszędzie trajkot. Porywczy trajkot, głupi trajkot, zły trajkot, przebiegły plotkarski trajkot, chciwy trajkot. Kobiety stały na środku przejść, blokowały drzwi. Wszędzie trajkotały. Wyglądały lśniąco i tłusto. Pomyślałem sobie o papugach i samicach małp i rajskich ptakach – ale najbardziej myślałem o tłustych, lśniących kotach, chciwie chłepcących mleko z głębokich talerzy.


*


Byłem cuchnąco brudny. Byłem w łachmanach. Ciało miałem pokaleczone i posiniaczone. Ledwo mogłem ustać na nogach. Na moich policzkach była szczecina dwutygodniowej brody. Ciało swędziało mnie od wszy.

Leżałem na twardej podłodze brudnego wagonu towarowego. Pełzały po mnie wstrętne robaki. Przy mnie, na swoim plecaku, siedział jeden z moich strażników, mongolski słowianin, o skośnych oczach, o twarzy tępo przebiegłej, z karabinem u boku. Na drugim końcu wagonu mój drugi strażnik rozmawiał z kilkunastoma cywilami – jednonogim marynarzem, chłopami, licho odzianymi ludźmi z miasta. Leżeli oni albo siedzieli na brudnej słomie, która była rozrzucona w tamtym końcu wagonu, i gadali, gadali. Ziewałem ze zmęczenia. Wieźli mnie już tak przez cztery dni, w drodze do Moskwy. Moja dusza cierpiała. Byłem więźniem.

"Ba!. Nie bądź wstrętnym tchórzem", powiedziałem do siebie, szepcząc moje myśli na głos, jak to wchodzi w zwyczaj, gdy jest się wśród ludzi, którzy nie rozumieją ani słowa z twego języka. "Jeśli ma cię to spotkać, to cię spotka. I to wszystko."

Pociąg zarzucił i zatrząsł się stając na bocznicy jakiejś stacji. Spojrzałem na zewnątrz. Zwyczajny na stacjach tłum pędził tam i z powrotem. Chłopskie dziewczęta w jaskrawo kolorowych chustach na głowie, większość bosa, kilka z nich w ciężkich, męskich butach, żadna w bucikach. Żołnierze Armii Czerwonej w najróżniejszych mundurach lub półmundurach; wielu z nich to Kozacy z ciężkimi szablami, obijającymi się o ziemię. Mali, obdarci chłopcy i dziewczynki, handlujący na peronie jabłkami i mlekiem, czarnym chlebem i białymi bulkami. Wszędzie hałas, zamieszanie, szmaty i brud. Bez żadnego porządku.

Ludzie zaczęli się tłoczyć wchodząc do naszego wagonu, bełkocąc w podnieceniu, jak to Rosjanie. Na końcu wspięła się do wagonu jakaś dziewczyna. Miała krótko obcięte włosy – co dowodziło, że niedawno przeszła tyfus. Jej oczy były brunatne i miękkie. Szedł od niej pewien powiew dobrego wychowania. Była piękna.

Niebawem, jak zwykle, przybysze zaczęli obrzucać mnie spojrzeniami i wypytywać moich strażników. "Wojnyj plienyj" (jeniec wojenny) usłyszałem. Te słowa rozumiałem. Podczas dwóch już tygodni, wydawało mi się, że dzwonią mi uszach bez przerwy. Potem było jeszcze więcej gadaniny moich strażników i wszyscy gapili się na mnie z ciekawością. Wiedziałem, że mówiono, że byłem amerykańskim lotnikiem.

Dziewczyna patrzyła na mnie z żałością w oczach. Wstała ze sterty słomy, na której siedziała i chciała do mnie podejść. Strażnicy zatrzymali ją. Uśmiechnęła się do nich i zaczęła mówić wyśmienitym i miękkim rosyjskim. Śmiała się przy tym wesoło.

Żołnierze widocznie zmiękli. Jeden z nich skinął głową w moją stronę i powiedział szorstko; "Da, Da" (tak, tak). Podeszła do mnie.

"Nie mówi pan w ogóle po rosyjsku?" Jej francuski był czysty i znakomity; jej akcent bezmiernie lepszy od mojego.

"Nie, ani słowa", odpowiedziałem, próbując wstać. Powstrzymała mnie, kładąc mi rękę na ramieniu. "Nie, nie, biedny jeńcu". "Ja usiądę przy panu", rzekła. I usiadła.




Przez trzy dni próbowała dzielić się ze mną swoim jedzeniem.
Godzinami siedziała przy mnie, nie umytym, zawszonym, bezsilnym więźniu, ohydnym brudasie.
Opiekowała się mną, opatrywała moje rany, przynosiła mi wodę do picia – błogosławiona to rzecz, woda.
Wyżebrała gdzieś tytoń i zwijała dla mnie papierosy. Oh, co za Oddech Rozkoszy gdy je paliłem!

(Rys. Van Werveke)


W zapomnienie poszły myśli o "piwnicy i strzale w tył głowy", w zapomnienie poszła moja puchnąca, boląca noga, prawie zapomniany został głód.

Opowiedziała mi o swoim własnym życiu. Ojciec nie, żyje, matka też, brat zabity – wszystko przez wojnę i rewolucję. Tyfus. Praca przez dwa miesiące w państwowym biurze. A teraz na wieś, by odpocząć i wydobrzeć.

"Teraz jestem biedna", powiedziała do mnie. "Mam tylko 40,000 rubli na wakacje. W Moskwie jest to nic. Ale tu, to jest ciągle coś. To oznacza mleko i biały chleb i cukier i masło. Potrzebuję tego. Uśmiechnęła się czarująco. "Znowu wrócą mi róże na policzki", powiedziała do mnie.

Przez trzy dni próbowała dzielić się ze mną swoim jedzeniem. Godzinami siedziała przy mnie, nie umytym, zawszonym, bezsilnym więźniu, ohydnym brudasie. Opiekowała się mną, opatrywała moje rany, przynosiła mi wodę do picia – błogosławiona to rzecz, woda. Wyżebrała gdzieś tytoń i zwijała dla mnie papierosy. Oh, co za Oddech Rozkoszy gdy je paliłem!

I potem, jednego dnia musiała wysiąść na następnej stacji. Nie mogłem mówić. Patrzyłem na nią. Zrozumiała.

Pociąg zatrzymał się. Podeszła do mnie.

"Napisałam małą notkę. To jest sekret, tylko dla ciebie. Nie czytaj tego, zanim nie zniknę. Z ciekawości, przyrzekłem.

"Zamknij oczy", szepnęła.

Miękkie jej wargi musnęły moje. Chłodne jak woda dla rannego mężczyzny, chłodne i czyste jak strumienie Krainy z Bajki. – jej wargi.

Otworzyłem oczy. Już jej nie było.

Siedziałem przez długi, długi czas, patrząc tępo na przeciwległą ścianę wagonu, na karalucha pełzającego to w górę to w dół. Później, gdy strażnicy nie patrzyli, rozerwałem kopertę. W niej cztery arkusiki zadrukowanego papieru – cztery banknoty po dziesięć tysięcy rubli.

Dała mi, zawszonemu, ohydnemu więźniowi – dała mi róże ze swoich policzków.


* * * * *


Niedawno otwarto obóz lotniczy. Był prymitywny i toporny. Hangary samolotowe, kilka drewnianych bud jako kwatery mieszkalne – to wszystko. Kadeci nazwali go "najbardziej błotnistą dziurą we Francji". Ale wymagania lotników muszą być spełniane i w złych warunkach. Wszystko wyglądało ponuro i zniechęcająco. Konieczne było coś, co by rozweseliło lotników, jeżeli to wszystko miało działać.

W obozie zjawiła się mała grupka kobiet. Widać było, że dotąd żyły one delikatnie. Były przyzwyczajone do służących, kafelkowanych łazienek, puchowych łóżek; ciepłych, komfortowych domów, i do wszystkich innych akcesoriów amerykańskiego postępu, które są tak zwyczajne w naszym kraju, że zapominamy, iż są luksusem. Delikatne ręce, delikatne ciała – te kobiety.

Otwarta została kantyna Czerwonego Krzyża. Deszcz i zimno. Błoto i breja. Nie ma pod ręką pieca, mało drewna, niewielkie zapasy, nie ma służących. Każdego ranka latanie zaczynało się o świcie. Loty przerywano dopiero gdy zapadała noc. I tak przez cały dzień, do późna w nocy, lotnicy chcieli jedzenia, kakao i kawy, a przede wszystkim miłej wesołości.

Rozpalać ogień z nastaniem zimnego dnia, przy świetle naftowej lampy, palcami zsiniałymi od zimna; skrobać podłogi; gotować; usługiwać; zmywać naczynia; robić sto rzeczy w tej budzie, w której hulał zimowy wiatr, od świtu do niemal północy – zawsze na nogach – a potem wczołgiwać się do zatłoczonego pokoiku i rzucać na twardą, wojskową pryczę. Delikatne te kobiety; delikatne ich ciała; delikatne ich ręce.

Ale praca była zrobiona.

Chore od zimna; chore na influezę, chore na pneumonię.

Ale praca była zrobiona.

Nadeszła wiadomość, że narzeczony jednej z nich został zabity na froncie. Był walecznym żołnierzem. Już wcześniej był raz ranny i zdobył Distinguished Service Cross i Croix de Guerre. Przez kilka dni przed nadejściem telegramu, który donosił jej o końcu wszystkiego, leżała chora w łóżku. Pomyślałem sobie, że szok może ją zabić – tę delikatną kobietę wśród delikatnych kobiet.

Poszedłem do kantyny Czerwonego Krzyża, by zapytać jej przyjaciółki, czy lotnicy mogliby świadczyć tam jakieś drobne uslugi.

Na zapleczu kuchni, w półmroku, przez hol messy ledwo widoczna była postać kobiety ze schylonymi ramionami. Jej ręce były głęboko zanurzone w zatłuszczonej wodzie. Zmywała naczynia.

Kiedy przyjrzałem się, dostrzegłem, że to była ta dziewczyna – ta delikatna dziewczyna, której serca życie umarło tegoż dnia.

I tak robota była robiona dalej.


* * * * *


Miasto Lwów było oblężone. Pięć tysięcy mężczyzn, chłopców i dziewcząt utrzymywało linię frontową, która rozciągała się wokoło samych przedmieść tego miasta. Wodociągi były przerwane. Sześć starodawnych studni dostarczało wody dla ponad dwustu tysięcy mieszkańców. Kobiety, długo stojące w kolejkach, przynosiły do domu wodę w słojach. Bez światła elektrycznego, bez nafty, bez świec; kanalizacja nie działa, nie ma tramwajów, nie ma mleka dla niemowląt, nie ma jajek, nie ma świeżego mięsa. Pół funta czarnego chleba dziennie. I zapas ziemniaków maleje. Głodowanie.

Byłem tam jedynym amerykańskim oficerem. Pewnego dnia poszedłem do okopów, by zobaczyć jak walczą kobiety. Wiele źle strzelało. Zamykały oczy i strzelały wysoko. Ale zatrzymały wroga. A szpitalach leżały ranne; rów chował je zabite.

Mój tłumacz przedstawił mnie komendantce. Mówiła coś do niego szybko po polsku. Odwrócił się do mnie i powiedział: "Tu jest jedna amerykańska dziewczyna walcząca razem z nami". Roześmiałem się. Myślałem, że żartuje.

Komendantka poszła do innej części okopu. Wróciła w towarzystwie młodej dziewczyny w mundurze, z karabinem w ręce i taśmą z nabojami przerzuconą przez ramiona. Do jej bluzy przypięte było odznaczenie, które dobrze znałem: Za waleczność w walce. Zobaczywszy mnie, uśmiechnęła się czarująco.

"O, Amerykanin!", wykrzyknęła po angielsku. "Ja jestem z Chicago."

Zacząłem z nią rozmawiać. To była prawda. Urodziła się w Chicago i tam chodziła do szkoły. W 1914 roku przyjechała z matką do Polski, żeby odwiedzić swoich dziadków. Potem wojna. Ale i wielka wojna miała swój koniec.

"Ale tu jest ciągle wojna", powiedziała. "I ja walczę o odzyskaną wolność Polski". Dumnie poderwała w górę głowę. "To miło walczyć o to", powiedziała.

Nasza rozmowa skończyła się, odwróciła się i odeszła wzdłuż okopu, jej buty głośno chlupotały w błotnistej wodzie zalegającej dno okopu. Odeszła z powrotem na swoje stanowisko na linii ognia.

I tam, gdy stałem w tym źle zrobionym okopie, drżąc z zimna w moim grubym płaszczu, przy odgłosie karabinu maszynowego terkoczącego w pobliżu, jej słowa zadzwoniły powtórnie w moich uszach:

"To miło walczyć o Polskę".


* * * * *


W moim małym mieszkaniu, na półce nad otwartym kominkiem stoi obrazek dziewczyny w wieczorowej sukni, z pięknie ułożonymi włosami, gołymi ramionami; typowa pasożytnicza kobieta w społeczeństwie.


*


Mężczyźni w moim rosyjskim więzieniu byli bliscy głodu. Funt czarnego chleba i nieco zupy raz na dzień. Czasem nie funt chleba a trzy-czwarte. A w niektóre dni nie trzy-czwarte, lecz pół. Głód. Kto może zrozumieć głód, kto nie głodował? Zimny druk pisze: "głód". Ale Głód jest Piekłem.

Wychudli i słabi żołnierze czołgali się po posadzce więzienia. Chleb był życiem, chleb był nadzieją, chleb był niebem. A było tak mało, tak bardzo mało chleba.

W kobiecej części więzienia była dziewczyna z twarzą jak lalka – okrągłe niebieskie oczy, długie rzęsy, dwa warkoczyki związane sznurkami, zwisające na brudny, zielony sweter. Jej spódnica, stara i podarta, została kiedyś uszyta na kogoś dwa razy takiego jak ona, jej buty musiały być już wyrzucone dużo wcześniej, niż zeszłego roku.

Szmaciana lalka ciśnięta w kąt. Taką się zdawała.

Jakoś jednak, każdego tygodnia ta polska dziewczyna rozdzielała chleb wśród najsłabszych żołnierzy. Mówiła, że dostała wielką paczkę żywnościową od przyjaciółki w mieście. I stąd – mówiła – miała chleb do rozdania, którego sama nie mogła zjeść. Chleb, dawała. Chleb, dawcę życia.

"Masz dość dla siebie?" – pytali żołnierze.

"Nigdy, nigdy nie jestem głodna", odpowiadała.

Jednego dnia została odesłana do szpitala. "Co się jej stało?", zapytałem lekarza więziennego.

"Wygłodzenie", odpowiedział.


*


Każdego ranka, zanim nadejdzie świt wracam do mojego mieszkania z nocnej pracy w gazecie. Rozpalam ogień w moim kominku, siadam i obserwuję płomienie, myśląc, marząc. Gdy żar przygasa, sięgam i zdejmuję z górnej półki wizerunek dziewczyny w wieczorowej sukni. Patrząc wtedy w miękkim czerwonym świetle, nie widzę głęboko wyciętej sukni i ułożonej przez służącą fryzury. Ale widzę ją – tę samą dziewczynę w brudnym starym zielonym swetrze, z warkoczykami na plecach, oddającą swój chleb życia głodującym więźniom.



Przełożył z angielskiego Andrzej M. Kobos, 2005.




Things Men Die For by "C", with illustrations by Van Werveke. G.P. Putman's Sons, New York & London, The Knickerbocker Press, 1927, 175pp.






Tekst o podobnej tematyce zamieszczony w Zwojach:





Copyright © 1997-2005 Zwoje