
JEDENASTU SYNOW
Elf Söhne
FRANZ KAFKA
Mam jedenastu synow.Pierwszy jest zewnetrznie bardzo niepozorny, lecz jest powazny i madry; pomimo to, choc kocham go jak wszystkie inne dzieci, nie cenie go bardzo wysoko. Mysli jego wydaja mi sie zbyt ubogie. Nie patrzy ani w prawo, ani w lewo, ani w dal; w swym malym kregu mysli biega on zawsze albo raczej kreci sie w kolko.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Drugi jest piekny, smukly, swietnie zbudowany; gdy stoi w szermierczej pozycji, patrzy sie na niego z zachwytem. I on takze jest madry, lecz ponadto obyty ze swiatem, duzo widzial i dlatego wydaje sie, ze nawet ojczysta przyroda obcuje z nim poufalej niz z kims, kto zawsze siedzial w domu. Wyzszosci tej jednak nie zawdziecza z pewnoscia wylacznie ani przede wszystkim podrozom; nalezy ona raczej do nie dajacych sie nasladowac cech tego dziecka, co na przyklad uznaje kazdy, kto pragnie nasladowac jego skok do wody, polegajacy na wielokrotnym koziolkowaniu, a przeciez wprost dziko opanowany. Odwagi i ochoty wystarcza az do konca trampoliny, lecz tam, zamiast skakac, nasladowca siada nagle i usprawiedliwiajacym sie gestem podnosi ramiona. Mimo tego wszystkiego (przeciez wlasciwie powinienem byc szczesliwy z posiadania takiego dziecka) moj stosunek do niego nie jest niezmacony. Jego lewe oko jest nieco mniejsze od prawego i czesto mruga; zapewne, to tylko drobny brak, ktory twarz jego czyni nawet zuchwalsza, niz bylaby bez tego; i wobec niedostepnosci jego zamknietej natury nikt nie zwroci krytycznej uwagi na to mniejsze, mrugajace oko. Ja, ojciec, czynie to. Naturalnie, to nie ten brak fizyczny sprawia mi bol, lecz jakas zwiazana z nim, drobna nieprawidlowosc jego umyslu, jakas trucizna krazaca w jego krwi, jakas niezdolnosc do pelnego urzeczywistnienia dla mnie tylko widocznego przeznaczenia jego zycia. Z drugiej strony zreszta wlasnie to czyni z niego mojego prawdziwego syna, gdyz ta jego ulomnosc jest rownoczesnie ulomnoscia calej naszej rodziny; u tego syna tylko wystapila ona az nazbyt wyraznie.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Trzeci syn jest takze piekny, ale nie jest to pieknosc, ktora mi sie podoba. Jest to pieknosc spiewaka: drgajace usta, marzace oko, glowa, ktora potrzebuje jako tla draperii, aby sie uwydatnic, piers nadmiernie wypukla, latwo sie podrywajace i o wiele za latwo opadajace rece, nogi, ktore sie kryguja, poniewaz nie umieja nosic. A ponadto: ton jego glosu nie jest pelny; zwodzi przez chwile, kaze znawcy nadstawic ucha, lecz wkrotce potem wygasa. I jakkolwiek, na ogol biorac, wszystko zacheca do tego, aby popisywac sie takim synem, najchetniej trzymam go w ukryciu; on sam takze sie nie narzuca, ale nie dlatego, ze zna swoje braki, lecz przez skromnosc. Czuje sie on tez obcy w naszej epoce; jak gdyby nalezal wprawdzie do mojej rodziny, lecz poza tym jeszcze i do innej, ktora na zawsze utracil: czesto bywa osowialy i nic nie moze go rozweselic.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Moj czwarty syn jest moze najbardziej towarzyski ze wszystkich. To prawdziwe dziecko swego czasu, wszyscy go moga rozumiec, stoi na wspolnej wszystkim plaszczyznie i kazdy ma ochote mu przytaknac. Mozliwe, ze wlasnie to powszechne uznanie daje jego naturze pewna lekkosc, jego ruchom jakas swobode, jego sadom jakas beztroske. Chetnie powtarzaloby sie niektore jego wyrazenia, zreszta tylko niektore, gdyz ogolnie rzecz biorac cierpi on jednak na zbytnia lekkosc. Jest on jak skoczek, ktory zadziwiajaco sie odbija, pruje powietrze jak jaskolka, lecz konczy potem beznadziejnie, w pustym pyle jako wielkie nic. Takie mysli zatruwaja mi widok tego dziecka.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Piaty syn jest mily i dobry; obiecywal o wiele mniej, niz dotrzymal, byl tak niepozorny, ze czlowiek czul sie po prostu sam w jego obecnosci, doszedl przeciez jednak do pewnego znaczenia. Gdyby mnie spytano, jak sie to stalo, nie bardzo umialbym odpowiedziec. Niewinnosc byc moze najlatwiej jeszcze przedziera sie przez rozpetane zywioly tego swiata, a on jest niewinny. Moze zanadto niewinny. Uprzejmy wobec wszystkich. Moze zanadto uprzejmy. Przyznaje: nie jestem zadowolony, kiedy go chwala przede mna. Takie pochwaly staja sie po prostu czyms zbyt latwym, jesli chwali sie kogos tak widocznie na to zaslugujacego jak moj syn.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Moj szosty syn wydaje sie, przynajmniej na pierwszy rzut oka, najglebiej myslacym ze wszystkich. Sklonny do depresji, a przy tym gadula. Totez nielatwo go rozgryzc. Kiedy przegrywa, popada w nieprzezwyciezony smutek; gdy osiaga przewage, broni jej gadaniem. Nie odmawiam mu jednak jakiejs zapamietalej namietnosci; w jasny dzien czesto przebija sie przez swe mysli jak we snie. Nie bedac chrorym – zdrowie ma raczej znakomite – zatacza sie czasem, zwlaszcza o zmierzchu; ale nie potrzebuje zadnej pomocy, nie upada. Byc moze, zawinil tu jego rozwoj fizyczny: jest o wiele za duzy na swoj wiek. I to czyni go w calosci nieladnym, pomimo uderzajaco pieknych szczegolow, na przyklad rak i nog. Nieladne jest zreszta takze jego czolo, jakies zmarszczone, i to zarowno jesli idzie o naskorek, jak o budowe kosci.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Siodmy syn nalezy do mnie moze wiecej niz wszyscy inni. Swiat nie umie go ocenic; nie pojmuje szczegolnego rodzaju jego dowcipu. Ja go nie przeceniam; i wiem, ze nie jest to wielka indywidualnosc; i gdyby swiat nie mial innej winy jak te, ze nie potrafi go ocenic, bylby wciaz jeszcze nieskazitelny. Ale w kregu rodzinnym nie umialbym obejsc sie bez tego syna. Wnosi on zarowno niepokoj, jak gleboki szacunek dla tradycji, i obydwie te rzeczy stapia, przynajmniej jak na moje odczucie, w nienaruszalna calosc. On sam zreszta najmniej wie, co poczac z ta caloscia; nie wprawi on w ruch kola przyszlosci; lecz ten jego talent jest tak zachecajacy, zapowiada tak duze nadzieje, ze chcialbym, aby mial dzieci i zeby jego dzieci takze mialy dzieci. Niestety, zdaje sie, ze to zyczenie sie nie spelni. Zadowolony z siebie – rozumiem go wprawdzie, choc to jego zadowolenie nie jest mi mile i zreszta zupelnie sie sprzeciwia ocenie otoczenia – chodzi sobie sam po swiecie, nie troszczy sie o dziewczeta i mimo to nie traci nigdy dobrego humoru.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Moj osmy syn jest moim wiecznym zmartwieniem, a wlasciwie nie mam po temu zadnej przyczyny. Spoglada na mnie obco, choc czuje sie bardzo blisko, po ojcowsku z nim zwiazany. Czas wiele juz naprawil, lecz dawniej, na sama mysl o nim, nieraz przejmowalo mnie drzenie. Idzie on swoja wlasna droga; zerwal ze mna wszelkie zwiazki, i ze swa twarda czaszka, ze swym malym, atletycznym cialem – tylko nogi mial juz jako chlopiec bardzo slabe, ale to moglo sie tymczasem poprawic – z pewnoscia bedzie mial powodzenie wszedzie, gdzie mu sie spodoba. Mialem czesto ochote przywolac go z powrotem, zapytac, jak to z nim naprawde jest, dlaczego tak odsunal sie od ojca i jakie sa w gruncie rzeczy jego zamiary, lecz jest on teraz tak daleko i tyle czasu juz minelo, niechze wiec zostanie tak, jak jest. Slysze, ze jako jedyny z moich synow nosi brode; tak niskiemu mezczyznie nie jest z tym oczywiscie ladnie.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Moj dziewiaty syn jest bardzo elegancki i posiada owo slodkie spojrzenie przeznaczone dla pan. Tak slodkie, ze jak sie zdarzy, nawet mnie moze uwiesc, mnie, ktory przeciez wiem, ze wystarczy po prostu mokra gabka, aby zetrzec caly ten nadziemski blask. Jest jednak rzecza szczegolna, ze ten chlopak wcale nie stara sie uwodzic; dosyc by mu bylo przelezec cale zycie na kanapie wodzac wzrokiem po suficie albo jeszcze chetniej pozwalajac mu spoczywac pod powiekami. Gdy trwa w tej swojej ulubionej pozycji, to wtedy mowi z ochota i nie mowi zle; jest zwiezly i wyrazisty, lecz tylko w waskich granicach; gdy je przekracza, czego wobec ich waskosci nie da sie uniknac, jego mowa staje sie calkiem pusta. Najchetniej daloby mu sie znak, zeby przestal, gdyby sie mialo nadzieje, ze jego oczy pelne snu zauwaza ten ruch.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Moj dziesiaty syn uchodzi za obludnika. Tej wady nie chce calkiem negowac ani jej w zupelnosci potwierdzac. Pewne jest, ze gdy sie go widzi, jak nadchodzi, z daleko ponad swoj wiek posunieta uroczysta powaga, zawsze w szczelnie zapietym surducie, w starym, ale nadzwyczaj starannie wyczyszczonym czarnym kapeluszu, z twarza nieruchoma z wystajacym nieco podbrodkiem, z powiekami sklepionymi ciezko nad oczyma, z dwoma palcami, ktore niekiedy trzyma przy ustach – kto go tak widzi, ten mysli: oto bezgraniczny obludnik! Ale prosze posluchac go, gdy mowi! Rozsadnie; z namyslem; zwiezle; ze zlosliwa werwa krzyzujac pytania; w zdumiewajacej, calkiem naturalnej i radosnej zgodzie z calym swiatem; w zgodzie, ktora z koniecznosci usztywnia kark i kaze wyprostowac cialo. Wiele ludzi, ktorzy uwazaja sie za bardzo madrych i ktorzy z tego powodu, jak sadzili, powinni czuc sie odepchnieci przez jego powierzchownosc, zostalo silnie pociagnietych przez jego slowo. Ale sa takze ludzie, dla ktorych jego wyglad jest obojetny, lecz ktorym jego slowo wydaje sie obludne. Ja, jako ojciec, nie chce tu rozstrzygac, lecz musze przyznac, ze ci ostatni obserwatorzy w kazdym razie sa bardziej godni uwagi, niz pierwsi.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Moj jedenasty syn jest delikatny, zapewne najslabszy z moich synow; lecz jest to slabosc, ktora myli; potrafi on mianowicie, gdy trzeba, byc silnym i zdecydowanym, a jednak nawet wtedy gdzies u podstaw tego lezy slabosc. Lecz nie jest to slabosc, ktorej nalezaloby sie wstydzic, jest to cos, co wydaje sie slaboscia tylko na tej naszej ziemi. Bo czy na przyklad gotowosc do lotu nie jest takze slaboscia; skoro jest to przeciez chwianie sie, niepewnosc, trzepotanie skrzydlami? Cos takiego wlasnie okazuje moj syn. Ojcu naturalnie takie przymioty nie sprawiaja radosci; prowadza one wyraznie do upadku rodziny.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Czasem patrzy na mnie, jakby chcial mi powiedziec: "Wezme cie z soba, ojcze". Wtedy mysle: "Bylbys ostatnim, ktoremu bym sie powierzyl". A jego wzrok zdaje sie mowic z kolei: "A wiec niech bede przynajmniej tym ostatnim!"
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Oto moich jedenastu synow.
Rys. Andrzej Ploski, 2005.
Z niemieckiego przelozyl Juliusz Kydrynski
Andrzej Ploski (ur. 1949) jest znanym polskim artysta-malarzem, grafikiem i ilustratorem ksiazek. Wyksztalcony w krakowskiej Akademii Sztuk Pieknych, od roku 1975 mieszka w Lund, w Szwecji.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||