EUROPA ŚRODKOWA JAKO ŹRÓDŁO CIERPIEŃ
LEONARD NEUGER
Sezamie, otwórz się! Ja chcę wyjść!
Stanisław Jerzy Lec
Pod koniec XIX wieku pojawiło się w Niemczech pojęcie Mitteleuropy, dyskursywnie kolonialne, w intencjach niecne. Warto tu jednak przypomnieć, że słowo "kolonia" (i jego derywaty) pochodzi z łaciny, gdzie colonia znaczyło: zagroda wieśniacza, osada, by później, przez francuskie colonus (ten kto uprawia rolę, osadnik) wejść w XVIII wieku do słowników europejskich w dzisiejszym, raczej pejoratywnym a w każdym razie szeroko dyskutowanym, znaczeniu. Zachowało ono jednak w dyskursie kolonialnym pewną heroiczną aurę, woli on bowiem osadników od Nomadów i tych co uprawiają cokolwiek od ignorantów. Łacińska kolonia spotyka się tu z bliską jej kulturą (od łacińskiego cultus – uprawa, pielęgnowanie, hodowla) w źródłowo rolniczym przywiązaniu do tego co stabilne, osiadłe, fachowe i poddawane troskliwości. Trzeba jednak wspomnieć, że Mitteleuropa była nie tylko wyrazem swoistej nacjonalistycznej megalomanii niemieckiej, ale też wpisywała się łatwo w oświeceniowy model świata, gdzie, według Larriego Wolffa 1) dotychczasowa, wywodząca się od Rzymian, fundamentalna dla renesansowych włoskich państw-miast, oś północ–południe oddzielająca dzicz (barbarię) od cywilizacji, skompletowana została nową konstrukcją geograficznie-kulturową, osią wschód–zachód. Granica cywilizacji pokrywała się tutaj najpierw z granicą z Polską, po 1795 roku zaś z granicą z Rosją, w tym, rzecz jasna, z ziemiami polskimi przez Rosję okupowanymi. Owszem, nie kwestionowano własnej wspólnoty z arystokracją, ze Stanisławem Augustem Poniatowskim, czy carycą Katarzyną, ale traktowano ich jako przyczółek czy wyspę cywilizacji na morzu barbarii.Przykładem niech będą Przygody barona Münchhausena, choćby w wersji Teofila Gautier. Otóż przygody te z reguły rozgrywają się poza granicą cywilizacji, w Turcji, czy na księżycu, ale też w Rosji, w tym na polskich terenach zaboru rosyjskiego, gdzie w czasie niebywale ostrej zimy (sygnał dominacji Natury), baron spotyka półnagich zdziczałych chłopów w dzikim, opanowanym przez Naturę pejzażu.
Zabór pruski natomiast postrzegano jako obszar dziki ale graniczny, podatny bardziej lub mniej na zabiegi cywilizatorskie. Pod koniec XVIII wieku (1791) Johann Gottlieb Fichte, odwiedzając ten zabór dobitnie wyrażał swój narastający dyskomfort. Na Śląsku (Schlesien), gdzie zgłębiał prawdziwie śląski charakter zobaczył [cytuję za Wolffem]: "wsie gorsze od saskich, które już wyglądają jak polskie", wszechobecnych Żydów, "wszystko inaczej niż w Saksonii". Jadąc dalej, za Breslau, Fichte zwrócił uwagę na problemy ekonomiczne, etniczne jak też na krajobraz: pola wydały mu się "gorzej uprawiane", ludność "bardziej słowiańska", a język "bardziej chropawy" (przypominam, że chodzi tu o język niemiecki), prawie niezrozumiały. Przekroczywszy granicę Śląska Fichte notuje:
Na dobre już na terenach polskich (Śląsk to dla Fichtego teren pograniczny) Fichte poczynił – jak pisze Wolff – obserwacje na temat Polek. Wszystkie miały długie czarne włosy, a szczególnie jedna była "tak niechlujna (schlumpig), jak wszystkie Polki: tak właśnie wyglądała, tak była wyzywająca, i tak brudna." Później zauważył, że Polki wykazywały "silniejsze popędy seksualne niż Niemki" 3).Pierwsza wieś to Ponikowo, niemiecka, ale wzdrygnąłem się, szczególnie na widok wielkich psów biegających swobodnie dokoła… Ubrania, jakie wkładają na siebie tutejsi chłopi, już w tej pierwszej wsi są dzikie i zaniedbane 2).Otóż, jak sądzę, właśnie ta konstrukcja dzieląca obszary na podatne na zabiegi cywilizatorskie i obszary całkowicie dzikie, niemożliwe do ucywilizowania, legła u źródeł koncepcji Mitteleuropy, powtórzmy, z końca XIX wieku, można ją zatem uznać za pewną ramę nowoczesności. Geograficznie była to granica płynna, zawsze jednak wyrazista. Fichte zarysowuje pewien obszar przygraniczny, swoisty teren niczyj, gdzie dzicz co prawda rzuca się w oczy, lecz przynależy, przynajmniej formalnie, do świata Zachodu.
Upraszczając sprawę, można zatem powiedzieć tak: miejscem przed którym zatrzymuje się dyskurs kolonialny jest granica Wschód–Zachód. Wschód można odwiedzać ze względu na jego bardziej lub mniej perwersyjne powaby, osobliwości czy bogactwa, które jednak pozwalają Zachodowi skrystalizować, potwierdzić czy też umocnić własną tożsamość. Tożsamość ta budowana jest na opozycjach cywilizacja – barbaria, czystość – brud, kultura – natura, nieokiełznane żądze, zwierzęcość, ilość pigmentu (długo- i czarnowłose Polki, wszechobecni Żydzi Fichtego), zrozumiałość – niezrozumiałość, język – narzecze. Atrakcyjność/awersja (do) zanurzania się w barbarii, brudzie, naturze, w tym co niepojęte, źle zagospodarowane (zatem źle kultywowane, jak pola na Śląsku u Fichtego), zwierzęcości jest jednak najczęściej bardziej lub mniej zamaskowaną formą aneksji, podboju, przyswojenia, uczynienia swoim. Wschód zatem byłby obszarem dziczy nadającej się tylko do podboju (a nie do kolonizacji).
Co innego tereny graniczne, w taki czy inny sposób oderwane od Wschodu, te ani zewnętrzne, ani dostatecznie uwewnętrznione. One nadają się dyskursywnie do kolonizacji, cywilizowania, modernizacji. Są to obszary geograficznie zmienne, w przeciwieństwie do Wschodu trudne do jednoznacznego umiejscowienia, zdefiniowania i opanowania. Te właśnie obszary określano, moim zdaniem, mianem Europy Środkowej.
Dziki Wschód, wciąż przecież pokutujący w myśleniu o Europie, był jednak dość rozciągliwy: obejmował także Finlandię, Bałkany, Bułgarię, Węgry i Albanię, a dziełem najdobitniej o tym przekonywującym jest Dracula Brama Stokera z 1897 roku, gdzie w nocnym, dzikim i nieludzkim pejzażu pojawiają się chłopi-zwierzęta, krwiożercze potwory, nie-ludzie.
Tak oto doszliśmy do pierwszej koncepcji Europy Środkowej: jest to konstrukcja wypowiadająca się w dyskursie kolonialnym, wyprowadzona z oświeceniowego ostrego podziału świata na cywilizowany i dziki, niejako ten podział łagodząca. Europa Środkowa byłaby tu obszarem pomiędzy Wschodem a Zachodem, obszarem nawracania, cywilizowania, modernizacji, zaś jej mieszkańcy, źródłowo inni, obcy, na wpół zwierzęcy, byliby obiektami operacji uczłowieczania. Krzyżują się tutaj różne konstrukcje obcości, czy inności
Jak łatwo zauważyć krańcowym Innym byłby tu brudny, bliski naturze chłop płci żeńskiej, obdarowany przez naturę sporą ilością pigmentu (nieomal, o zgrozo, Murzyn!), oczywiście, jak przystało na zwierzę, dający publicznie upust swym nieokiełznanym popędom i bełkocący coś w niezrozumiałym narzeczu. Coś takiego zobaczył na własne oczy Fichte, którego przecież trudno posądzać o nieroztropność. Rachunek jest jeszcze nierówny, mówimy cały czas o kolonizowanym Innym, który, jeśli tylko da się okiełznać, ma wszystko do zyskania. Ba, ale cóż zyskuje kolonizator? Otóż uzyskuje on, na podobieństwo Heglowskiego Pana, właśnie dzięki swej pozycji w dyskursie, mocną tożsamość. Subiekt takiego dyskursu jest bowiem w sposób oczywisty określony, nawet gdyby to określenie było tylko niemym założeniem (inaczej dzikus nie bardzo by wiedział ku czemu zdążać). Zatem to kolonizator posiada/zyskuje tożsamość, natomiast Europejczyk środkowy źródłowo jej nie ma, jednak w wyniku edukacji-cywilizacji-adaptacji uzyska (ale to tylko obietnica) tożsamość rozumianą jako proces, zatem będzie coraz bardziej podobny do pierwowzoru. Nigdy jednak jego tożsamość nie będzie tożsama z kolonizatorem, im bliżej granicy z barbarią, czyli im dalej od metropolii, tym bełkotliwszy będzie jego język, suknia plugawsza, a obyczaje naganniejsze.
- Kulturowo-cywilizacyjne
- Klasowe
- Genderowe.
Dyskurs oświeceniowy nie był jednak aż tak jednorodny. Próbował mu się oprzeć Jean-Jacques Rousseau i niemieccy pisarze Burzy i Naporu tak czy inaczej wpatrujący się z nadzieją w dzikusa, jego naiwność, nie nadszarpniętą perwersyjnymi miazmatami kultury. Oczywiście dalej poszli tu romantycy, nie zawsze, jak Fichte, przekraczający swym esencjalizmem granicę rasizmu. I rzecz ciekawa: struktura oświeceniowego modelu właściwie nie uległa u nich radykalnej zmianie, tylko znaki zostały przemieszczone. Oto właśnie za granicą cywilizacji, z dala od metropolii, uniwersalnego języka (czyli francuskiego, angielskiego i niemieckiego w ich elitarnej wersji) i obyczaju ulokują oni swoje prymarne wartości i nadzieje. Innymi słowy to właśnie za granicą cywilizacji, w sercach (bo już nie w jednym sercu) barbarii (rozumianej w tej wersji jako rezerwuar Gombrowiczowskiego dziewictwa, naiwności, autentyzmu) ulokują oni dyskursy emancypacyjne. No, w każdym razie nadzieję na nie. Wszyscy udadzą się w teren, do Orientu, który zresztą zajmował wtedy sporą część Europy, lub na rubieże cywilizacji, na przykład na bezkresne pola Ukrainy, w poszukiwaniu wartości przez cywilizację wypartych. Europa Środkowa, jako obszar graniczny, także w tej wersji grzeszyła niedookreślonością. Za mało dzika, zbyt cywilizowana żeby się w niej psychoanalizować, wystarczająco różna, by zwrócić na siebie uwagę. Prawda, mogła dostarczyć i dostarczała przykładów buntu uzasadnianego politycznie, metafizycznie i religijnie, kusić odmiennością, w tym także językową (tutaj: bardzo pożądaną, na tyle jednak idiomatyczną, że aż nieprzekładalną) a także niezgodą na nowoczesność kupiecką i kapitalistyczną. Gdzie jej jednak było do zmysłowości Orientu, czy wywołującej wręcz erotyczne dreszcze radykalnej w każdym calu Rosji. Nie, to był obszar nadal podatny na kolonizację, tylko że kolonizacja w tej wersji coś zupełnie innego znaczyła: to był obszar na tyle dziewiczy, by móc wchłonąć w siebie Zachód nie tracąc jednak nic ze swej niewinności i dziczy. To miał być Zachód po psychoanalizie. Tak więc, młodziutki Heinrich Heine, mniej więcej 30 lat po Johannie Fichtem (dokładnie w 1822 roku), notował z uznaniem i nadzieją:
Czy, jeszcze dobitniej, oglądając Żydów:Polak będzie tak samo dobrze władał piórem, jak władał lancą, i okaże się równie dzielnym w dziedzinie wiedzy, jak był nim na słynnych polach bitew. Właśnie dlatego, że umysły przez tak długi czas leżały odłogiem, rzucone w nie ziarno siewne zrodzi tym różnorodniejszy plon. U wielu narodów europejskich z przyczyny zużywania się duch znacznie stępiał, a tu i ówdzie odniósłszy tryumf swych dążeń, poznawszy siebie wydał się na zniszczenie. Prócz tego Polacy mogą korzystać z wielusetletnich wysiłków umysłowych reszty Europy i brać jedynie dodatnie wyniki, gdy więc narody, które dotychczas trudziły się pracowicie przy budowie wieży babilońskiej, zwanej kulturą europejską, obecnie czują się wyczerpane, to nasi nowi przybysze swą zręcznością, właściwą Słowianom, i niezużytą energią poprowadzą dalej dzieło 4).Na razie, jak widać, Żydzi Heinego przypominają Ślązaków i Polaków Fichtego, są brudni, niechlujni i mówią jakimś okropnym żargonem, jakkolwiek Heine darzy ich swoistą sympatią. Oto dlaczego:Zewnętrzny wygląd polskich Żydów jest okropny. Ciarki mnie przechodzą, kiedy przypominam sobie, jak za Międzyrzeczem po raz pierwszy ujrzałem polską wieś, zamieszkałą przeważnie przez Żydów [...] obdartych, brudnych postaci, a górnolotna mówka uczniaka trzeciej klasy [...] nie umęczyłaby tak okropnie moich uszu jak żargon Żydów polskich. Jednakże wstręt ustąpił wkrótce miejsca współczuciu, gdym się przypatrzył bliżej położeniu tych ludzi i gdy ujrzałem nory podobne do chlewów, w których mieszkają, szwargoczą, modlą się, szachrują i klepią biedę 5).Rzecz jasna, Heine dostrzega też Polki i pisze o nich entuzjastycznie (bo są nieprzewidywalne, zmienne, dziecinne i kapryśne), by zakończyć w ten sposób:A jednak mimo barbarzyńskiej czapy futrzanej, która okrywa jego [Żyda] głowę, i jeszcze bardziej barbarzyńskich idei [chodzi o to, że żydowski "świat duchowy zabagnił się przykrymi zabobonami" czyli o tradycje talmudyczne], które tę głowę wypełniają, cenię polskiego Żyda znacznie wyżej od niejednego Żyda niemieckiego [...] Polski Żyd w brudnym kożuchu, zawszoną brodą, zapachem czosnku i szwargotem jest mi zawsze milszy aniżeli niejeden z tamtych [niemieckich] Żydów. Z ich wspaniałymi zbiorami obligacji pożyczek państwowych 6).Warto tu zwrócić uwagę na to, że mimo zamiany miejsc na skali wartości, zasadnicza diagnoza kulturowa oraz budujące ją jednostki są u Fichtego i Heinego zbieżne. Po prostu, to co dla Fichtego odrażające bo dzikie, dla Heinego jest pożądane, sympatyczne lub przynajmniej korzystne, z tego samego powodu.W słonecznej, pokrytej kwiatami dolinie [zatem na romantycznym cywilizowanym Południu] obrałbym Polkę za towarzyszkę; w oświetlonym księżycem gaju lipowym [zatem na romantycznej Północy] wybrałbym Niemkę. W podróży przez Hiszpanię, Francję i Włochy [Południe!] życzyłbym sobie mieć u boku Polkę, do podróży przez życie [zgodnie z zasadami symetrii życie dla Heinego przynależałoby do dzikiej Północy!] – wybrałbym Niemkę. Niewiele znajdzie się wśród Polek wzorów gospodarności, umiejętności wychowania dzieci, pobożnej pokory i wszystkich tych cichych cnót kobiet niemieckich. [...] Uczucie religijne głębsze jest u Niemek aniżeli u Polek. Te żyją raczej życiem zewnętrznym niż wewnętrznym; są to pogodne dzieci, żegnające się przed świętym obrazem, przebiegające przez życie jak przez piękną salę redutową, przy czym figlują, śmieją się, tańczą i pełne są wdzięku. […] co się tyczy czystości obyczajów, jestem przekonany, że Polki wcale nie ustępują pod tym względem Niemkom. Rozpusta kilku polskich magnatek wybujałością swą zwracała różnymi czasy na siebie uwagę […] Trzeba też wziąć pod uwagę, że Polki są bardzo urodziwe, a piękne kobiety z wiadomych przyczyn najbardziej narażone są na szpetną obmowę i nie unikną jej nigdy, jeśli – jak Polki – żyją wesoło, w lekkiej, powabnej prostocie 7).Fichte i Heine... Zapewne można było znaleźć dobitniejsze i lepsze przykłady, choćby francuskie, bardziej zniuansować obraz. Nie taki jest jednak cel tego eseju. Te dwie skrajne odmiany tego samego dyskursu budują ciekawy obraz Europejczyków. Jeden z nich, nazwijmy go za Heglem Pan, potrzebuje Środkowej Europy by nasycić się tożsamością, która bez Heglowskiego Niewolnika traci rację bytu; drugi, nazwijmy go Pacjent, potrzebuje jej by odnaleźć swą tożsamość zagubioną, by w drodze swoistej psychoanalizy odzyskać dla siebie jej wyparte zręby. Pan pragnie Europę Środkową kolonizować, by w niekończącym się procesie edukacyjno-transformacyjnym sycić się własną, mocną, tożsamością. Pacjent pragnie Europę Środkową zażywać, jak lekarstwo, by odrodzić się w ożywczym źródle energii libidinarnej. W 1822 roku była to podróż poza granicę cywilizacji, podróż widoczna na mapie, w konkretnej przestrzeni, podróż głównie horyzontalna, dzieląca przestrzeń na "tu" i "tam". To się w modernizmie trochę zmieniło. Oś horyzontalna została zrównoważona, ale nie zlikwidowana, przez oś wertykalną: dzicz, choćby uśpiona czy wyparta czai się także tuż koło nas, czai się w nas. Oczywiście, najkonsekwentniej i najpełniej obudował to teoretycznie oraz praktycznie Zygmunt Freud. Przykładów literackich jest tu bez liku od Franza Kafki, przez Eliasa Canettiego, Brunona Schulza po Witolda Gombrowicza. Posłużę się jednak cytatem innego koryfeusza modernizmu, który umiejscawia swoją powieść, a jakże, na krańcu cywilizowanego świata (Morawy) i zaczyna tak:
Młody bohater, Törless, przyszły pisarz, przybywa na tę granicę prosto ze świata cywilizacji w celach zbożnych: w tamtejszym internacie ma ulec dalszemu ucywilizowaniu, to znaczy edukacji. Oto udaje się wraz z kolegami do internatu, prosto ze stacji:Mała stacyjka na trasie wiodącej do Rosji. Nieskończone proste biegły w obie strony, między żółtym żwirem szerokiego nasypu kolejowego, cztery równoległe sznury torów [...] 8).Właśnie tak: "łapczywie wdychał", a wraz z powietrzem wchłaniał w siebie tę, jakże dla Fichtego i Heinego oczywistą, granicę. Europa Środkowa została, jak widać, uwewnętrzniona, wchłonięta. A cena? Pan, którego w tym eseju reprezentował Fichte, utracił na zawsze swoją mocną tożsamość, połknąwszy Niewolnika, sferę niedookreśloną, niepewną, niejasną, uległ rozbiciu i już chyba złożyć się na powrót nie da. Pacjent, którego reprezentował tu Heine, także wchłonął wymarzoną dzikość, i odtąd, niestabilny i niespójny, nie posiada już mocnej tożsamości.Kiedy gromadka młodych ludzi weszła pomiędzy pierwsze niskie, podobne do chat domki, głuche zadumanie ustąpiło. Törless jakby z obudzonym nagle zainteresowaniem podniósł głowę i wytężając uwagę, patrzył w duszne wnętrza niskich, brudnych zabudowań, obok których przechodzili.Przed drzwiami wielu domów stały kobiety w kieckach i zgrzebnych koszulach – kobiety o szerokich, zawalanych błotem, bosych stopach i nagich, spalonych na brąz ramionach.
Jeśli były młode i jędrne, leciało w ich stronę niejedno tęgie, słowiańskie, żartobliwe słówko. Na widok "młodych panów" szturchały się i chichotały, tu i ówdzie któraś z nich krzyknęła, gdy w przejściu ktoś otarł się zbyt mocno o jej piersi lub na klaśnięcie w udo odpowiadała ze śmiechem wyzwiskiem. Niektóre spoglądały tylko z gniewną powagą za młodzieńcami, chłop zaś, jeśli przypadkiem znalazł się przed domem, uśmiechał się zakłopotany, na poły niepewnie, na poły dobrodusznie. [...]
Nagie prawie dzieci tarzały się w gnoju podwórzy. Tu i tam spódnica pracującej kobiety odsłaniała kolana lub ciężka pierś prężyła się jędrnie pod fałdami koszuli. I – jak gdyby to wszystko rozgrywało się w zupełnie innej, zwierzęcej, przytłaczającej atmosferze, z sieni domów płynęło ciężkie, duszne powietrze, które Törless łapczywie wdychał 9).
Teraz może tylko:
Otwiera się jednak możliwość trzecia, niekiedy jakoś, choćby peryferyjnie, obecna w dyskursie Pacjenta, otwarcia na Innego i przyjęcia konsekwencji rozbicia 10). Wtedy można by próbować takiej oto definicji tożsamości, którą Michał Paweł Markowski traktuje jako deskryptywną, ale która, jak to u niego, jest wielkim projektem niegrabieżczego pragnienia:
- Albo ze złą wiarą pompować się nadal dyskursem Pana, bo dyskursy są nieśmiertelne, i konstruować granice cywilizacji i dziczy, nawracać i kolonizować, przenosząc dawną Europę Środkową do Azji, Afryki, czy Ameryki Południowej, lub przeciwnie, traktować Europę Środkową po staremu.
- Albo jako Pacjent kontestować podłe wyczyny Pana w nadziei napotkania utraconych naiwnych źródeł nadziei, życia, sensu na jakichś rubieżach geograficznych, społecznych, czy genderowych.
W takim rozumieniu Europa Środkowa traci swą antropologiczną prawomocność: rozpada się na nieskończoną ilość, nie powiem, czego, bo nazywanie kusi zamknięciem, pełnią obecności, dusząc pragnienie.[...] muszę być sobą i tylko sobą (tak przynajmniej wygląda tożsamość w tradycyjnym ujęciu), ale nie mogę być sobą nie otwierając się na to, co inne, a co określa samo moje istnienie: na inne teksty, innych ludzi, inne rzeczy, w sumie: na innego jako radykalnie ode mnie różnego. Inny, dając mi obietnicę bycia różnym (od niego albo od niej, od jego albo jej tekstu, od takich a takich rzeczy), nie jest w jego lub jej różnicy względem mnie zewnętrzny, lecz kumuluje całe moje bycie, dręczy mnie swoją nieporównywalnością czyniąc moje pragnienie pełnej obecności mnie dla mnie w sumie zbędnym. Ta inność nie jest niczym, co mogłoby nadejść z zewnątrz, z innej przestrzeni, lecz czymś, co zamieszkuje mnie od wewnątrz i czyni mnie innym i obcym samemu sobie. Ten podział wewnętrzny podmywa pragnienie wciągania wszystkiego w grę tego samego, często nazywanego tożsamością 11).
- Przypisy:
- Larry Wolff. Inventing Eastern Europe. The Map of Civilization on the Mind of Enlightment, Stanford University Press, 1994. (powrót)
- Johann Gottlieb Fichte. Briefvechsel. Vol, I. Ed. Hans Schulz (Hildesheim: Georg Olms Verlagbuchhandlung), 1967, s. 175. Cyt. za: Larry Wolff, op. cit. s. 334. Wszystkie cytaty z Wollfa tłum. L. N.) (powrót)
- Ibid., s. 335. (powrót)
- Henryk Heine, O Polsce, tłum. Wacław Zawadzki, w: Henryk Heine, Dzieła wybrane. Utwory prozą, Warszawa 1956, s. 649. (powrót)
- Ibid., s. 634-635. (powrót)
- Ibid., s. 635, 636. (powrót)
- Ibid., s. 645-646. (powrót)
- Robert Musil, Niepokoje wychowanka Törlessa. Tłum. Wanda Kragen, Warszawa 1980, s. 5. (powrót)
- Ibid., s. 21-23. (powrót)
- Julia Kristeva rozważając dwie Ewangeliczne koncepcje znaków, Janową i tę przeciw której Jan się zwraca, mówi o dwóch modelach znaku, gdzie jeden byłby przezwyciężany, a drugi (Janowy) postulowany: dynamika wyłaniania się znaczenia w tym ostatnim byłaby "cyrkularna (od Tego Samego do Innego), heterogeniczna (sens i uczucie), nieskończona (intepretacja w grze)". Julia Kristeva, Od znaków do podmiotu, w: Podmiot w procesie, Lubelskie Odczyty Filozoficzne, Zbiór 7., Lublin 1999, tłum. Tomasz Kitliński, s. 19. (powrót)
- Michał Paweł Markowski, Identity and Interpretation, Stockholm 2003, s. 11 (tłum. L. N.) (powrót)
|
|
|
|
|
|
|