W lutym 2005 r. w małym krakowskim antykwariacie "Verbum" znalazłem Wieczory florenckie. Juliusz II – pięknie ilustrowany i wydany tom dwóch najsławniejszych dzieł Juliana Klaczki, związanych ze sztuką, lecz nie tylko ze sztuką (Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1965). Szukałem tej książki przez wiele lat...Ta wspaniała książka skłoniła mnie do przypomnienia szkicu Zbigniewa Barana, krakowskiego historyka cywilizacji i idei, o Julianie Klacze, opublikowanego w paryskiej Kulturze przed dziesięciu laty.
Jako odredakcyjny suplement zamieszczam fragment posłowia wybitnego historyka sztuki Jana Białostockiego do "Juliusza II" w tejże książce.
Andrzej Kobos
JULIAN KLACZKO – PORTRET WYGNAŃCA
ZBIGNIEW BARAN
Julian Klaczko.
Tadeuszowi Dedowi Chrzanowskiemu
Czym jest wygnanie? Pojęcie to posiada konotację wyraźnie negatywną. Jednak Leszek Kołakowski w przekornie napisanym eseju "Pochwała wygnania" twierdzi, że rozwój cywilizacji europejskiej byłby trudny do wyobrażenia bez udziału emigracji. Wygnańcy polityczni czy religijni wnosili do krajów przybycia nieodzowny, żywy impuls, a sami stojąc nierzadko wobec ekstremalnych sytuacji wyzwalali swoje talenty i umiejętności. Przykład narodu żydowskiego jest tutaj symptomatyczny. Z "wygnania żydowskiego" cywilizacja europejska skorzystała najwięcej.Pogląd Kołakowskiego pozwala nam obiektywniej spojrzeć na problem wygnania u Juliana Klaczki (1825-1906), jednego z pierwszych znaczącego formatu zasymilowanych Żydów w kulturze polskiej. Był on wygnańcem w podwójnym znaczeniu: przez to, że odszedł od żydostwa, języka hebrajskiego i macierzystej religii, ale również przez to, że wybrał naród nie mniej od żydowskiego tułaczy i pielgrzymujący. Stąd – jak będę się starał pokazać – jego wewnętrzne dramaty, poczucie niestabilności, ale zarazem umiejętność wyczucia polskiej psychiki i niebywała – jak na spolonizowanego w tym czasie Żyda – publiczna kariera.
Kim był Julian Klaczko? Jest to postać nieznana i kuriozalna. Czesław Miłosz zaskoczył wszystkich zebranych, kiedy podczas uroczystości nadania mu honorowego obywatelstwa miasta Krakowa, odczytał wiersz poświęcony Klaczce właśnie, utożsamiając się z jego wygnaniem. Krzysztof Penderecki natomiast swoją publiczną mowę z okazji przyznania mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczął od pięknych słów Klaczki o Iliadzie i Odysei. Julian Klaczko istnieje w świadomości wąskiego kręgu historyków idei, literatury, sztuki. Pisali o nim Henryk Wereszycki, Jan Białostocki, Wojciech Karpiński, Jerzy Borejsza, Jerzy Zdrada, Zofia Trojanowiczowa, Jacek Woźniakowski. Z cudzoziemców m.in. Benedetto Croce, współczesny historyk niemiecki Hans Henning Hahn. Nie ma jednak nadal poważnej, nowoczesnej monografii, która ustalałaby realne miejsce Klaczki w kulturze polskiej i myśli europejskiej XIX w. Monografie pióra Ferdynanda Hoesicka i Stanisława Tarnowskiego trącą myszką. Wystarczy jednakowoż przypomnieć kilka lakonicznych faktów, by przyznać, że nie jest to postać tuzinkowa. Klaczko pisał po hebrajsku, po polsku, niemiecku, francusku, z równą sprawnością i sukcesem uprawiał krytykę literacką, publicystykę polityczną, historię sztuki. Uznawano go za znakomitego stylistę i eseistę. Dostąpił zaszczytów i sławy: członek-korespondent Akademii Francuskiej (za Wieczory florenckie otrzymał nagrodę Akademii), członek Akademii Umiejętności, doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, posiadał Francuską Legię Honorową, tytuł hofrata dworu austriackiego, był współwydawcą emigracyjnych Wiadomości Polskich, ważną postacią paryskiej emigracji, członkiem Biura Hotelu Lambert, autorem głośnych rozpraw o Bismarcku, świetnym znawcą kultury włoskiego Renesansu. Listę osiągnięć i zasług Klaczki dałoby się ciągnąć dalej. Wydaje mi się jednak, że tematem uniwersalnym, o który możemy się ciągle spierać i dyskutować, jest jego asymilacja. Klaczko jako jeden z modeli psychologiczno-socjologicznych wyjaśniających trudny proces polonizacji Żydów.
* * *
Oto trzy wybrane głosy w sporze o "żydostwo" Klaczki: Romana Brandstättera, Juliana Stryjkowskiego i Marka Bieńczyka.Brandstätter znany z licznych utworów o tematyce biblijno-chrześcijańskiej należał przed wojną do wpływowego nurtu pisarzy żydowskich, którzy przy jednoczesnym otwarciu się kulturowym i uprawianiu twórczości w języku polskim głosili konieczność zachowania tradycji żydowskiej i duchowej niezależności. Romana Brandstättera można by uplasować gdzieś pomiędzy Isaakiem Bashevisem Singerem piszącym w jidysz, a kosmopolitą Antonim Słonimskim. Otóż Brandstätter na łamach Miesięcznika Żydowskiego w r. 1932 podjął rozprawę z konwersją Klaczki, pisząc studium pod wymownym tytułem "Tragedia Juliana Klaczki". Brandstätter niczym wytrawny psychoanalityk analizuje w detalach żydowski tragizm Klaczki: uczucie niedowartościowania, kompleks niższości tzw. Minderwertigkeitsgefühl, stany samoudręczenia. Wszystko po to, aby w stylu moralitetu udowodnić jaką wygórowaną cenę trzeba zapłacić za asymilację i zmianę religii. Dla Brandstättera Klaczko pozostaje do końca Żydem. W opisie katolickiego namaszczenia "odszczepieńca" nie chce być do końca konsekwentny. W wyimaginowanej scenie Klaczko na łożu śmierci uzyskuje symboliczny akt przebaczenia od swej żydowskiej matki oraz – cytuję za Brandstätterem – "naszego przebaczenia".
Na ironię losu uszczypliwi krytycy przepowiedzieli Brandstätterowi pójście w ślady konwertyty. I rzeczywiście, podczas II wojny światowej przebywając w Tel-Avivie jako korespondent wojenny AK, Brandstätter doznał pod wpływem św. Franciszka z Asyżu religijnego przełomu. Akurat świętym tym fascynował się autor Wieczorów florenckich. U schyłku życia napisał piękne studium z pogranicza historii sztuki i religii: Święty Franciszek z Asyżu i gotycyzm włoski.
Julian Stryjkowski, znakomity pisarz obsesyjnie penetrujący problematykę żydowską, przywołuje Klaczkę w Wielkim Strachu, powieści rozgrywającej się w okresie II wojny światowej na terenach wschodniej Polski okupowanych przez wojska sowieckie. Jeden z bohaterów Wielkiego Strachu nosi wyraźne znamiona konwertyty Klaczki, wyrafinowanego intelektualisty z oportunizmu rezygnującego z języka hebrajskiego.
"Gold – pisze Stryjkowski – odrzucał język hebrajski, odgrywający rolę narzędzia w ręku zacofania i kleru... Pierwszy wiersz Artura nazwał Dudaim to znaczy fiołki, potem dowiedział się, że tak samo nazwał swój tomik wierszy hebrajskich Julian Klaczko. Niestety wyparł się swojej twórczości, zaczął pisywać w innych językach. W końcu wyparł się wiary swoich ojców. Takie są stopnie zdrady".W wydanej niedawno książce-wywiadzie z Piotrem Szewcem Stryjkowski wyjaśnia bliżej przyczyny zainteresowania się asymilacją Klaczki. Na jego przykładzie wykazuje jednostronny charakter kulturowej osmozy pomiędzy Żydami i Polakami."Dań żydowska – konkluduje Stryjkowski – Polsce była hojna. Nieraz niechętnie, a nawet wrogo przyjęta. Żydowski geniusz użyźnił nie tylko polskie pola. Najwybitniejsi synowie narodu żydowskiego stawali się sługami świata. Postać Juliana Klaczki posłużyła mi jako symbol nieskończonego pocztu idącego przez wieki i trwającego po dziś dzień, symbol niezwykły, ekstremalny".I ostatni głos – według mnie najbardziej kontrowersyjny – Marka Bieńczyka, autora szkicu zamieszczonego w Zeszytach Literackich. Bieńczyk wskrzesza Juliana Klaczkę jako niespełnionego żydowsko-polskiego mesjasza, któremu dane było stać się "czwartym wieszczem", prekursorem historycznego pojednania obu narodów. Autor sugeruje się znanym wykładem Mickiewicza o mesjanizmie dwóch narodów żydowskiego i polskiego, w którym to wykładzie Mickiewicz wspomina o istnieniu wśród Izraelitów – nie wymienionego z imienia – poety piszącego po polsku. 13-letni Izraelita Klaczko wzbudzał nie tylko w rodowitym Wilnie sensację, że zdolny jest tworzyć po polsku (pisał wiersze w tym języku, tłumaczył m.in. Ballady Mickiewicza). Wieść o nim rozeszła się w prasie warszawskiej i petersburskiej, trafiła też do emigracyjnego Paryża. Autor szkicu oczarowany "wileńskim" Klaczką pisze z emfazą:"Klaczko mając 13, 14, 15, 16, 17 lat skupia na sobie uwagę wielkiego świata idei, jego debiut jest Światłem na Wschodzie, młodzieńczą formą do wypełnienia".Ignoruje natomiast to, co "formę" tę wypełniło – dojrzałą twórczość Klaczki. Dla Marka Bieńczyka odejście Klaczki od poezji i żydostwa oznacza zaprzepaszczenie jego wyjątkowej szansy, Klaczko zdradza samego siebie, skazuje na tragizm niespełnienia; jako zasymilowany Żyd musi uciekać od swojego pochodzenia, wciela się w różne role, przybiera różne, coraz lepiej pasujące kostiumy (romantyczny, antyczny, rzymski, włoski), ale – i tu tkwi jego tragizm – im bardziej jest "ubrany", zaadaptowany, tym bardziej odsłania swoją nagość, swoją ukrywaną żydowskość.W tej psychoanalizie można iść jeszcze dalej – dobijając Klaczkę. Mnie chodzi o coś innego. Oczywiście Klaczko cierpiał, miał kontrowersje, jednak osiągnął w życiu to, czego sam pragnął, w swoich twórczych poszukiwaniach ekscytował, bulwersował, niemal przekraczał granice możliwości. Zaistniało nieodzowne sprzężenie zwrotne: nieprzymuszona potrzeba asymilacji i potwierdzenie w środowiskach, w których działał. Jego fenomen polega na tym, że zasymilował się już w pierwszym pokoleniu i zdołał wejść do elity polskiej, a u szczytów swej sławy był uznany w salonach polityczno-literackich Europy. Z tego względu Jakob Forst-Battaglia uważa go za jedną z ciekawszych postaci polskiego życia duchowego w XIX w. Wśród spolonizowanych Żydów trudno znaleźć kogoś odpowiedniego pasującego do Klaczki. Nie był nim działający na emigracji Jan Czyński – radykalny demokrata, głoszący cywilizacyjny imperatyw uobywatelnienia Żydów, nie był nim z pewnością sekretarz Mickiewicza, francuski Żyd Armand Levi, który miał ponoć u schyłku życia powrócić do judaizmu. Dopiero pod koniec XIX w. spotykamy żydowskich konwertytów porównywalnych z Klaczką talentem i siłą oddziaływania na kulturę polską. Nasuwają się dwa nazwiska Żydów wywodzących się z krakowskiej inteligencji żydowskiej: Wilhelma Feldmana, wszechstronnego krytyka i historyka literatury oraz Ludwika Gumplowicza, publicysty politycznego i teoretyka socjologii i prawa.
Czy odejście od żydostwa było dla Klaczki zdradą samego siebie?
- Wilno. Porzucone getto
Wilno początku XIX wieku było przedziwną kresową cosmopolis, gdzie żyły obok siebie różne nacje, pilnie strzegąc jednak swojej odrębności. Na niewielkim obszarze Starego Miasta sąsiadowały ze sobą kościoły: katolików, żydów, protestantów, muzułmanów. W samym centrum tego różnorodnego świata znajdowała się dzielnica żydowska. Żydzi przeważali liczebnie. Według statystyki Balickiego z 1832 r. na niemal 36 000 mieszkańców około 20 000 stanowili Żydzi. Getto żydowskie zwane było Czarnym Miastem. Z pozostawionych z tego czasu opisów i relacji napotykamy na wymowne określenia: nieznośne przeludnienie, tumult, chaos, śmierdząca nędza. Jest to jednak – jak zawsze – sprawa gustu i punktu widzenia. Dla Żydów Wilno było miastem świętym – Jeruzalem Północy, gdzie akurat tutaj mistycyzm Wschodnich Żydów pod postacią chasydyzmu ścierał się silnie z ruchem oświecenia żydowskiego (Haskala), przenikającym z Niemiec. W obrębie getta wileńskiego istniała arystokracja żydowska, która poprzez Haskalę otwierała się na kulturę europejską. Prowadzenie interesów na szerszą skalę wymagało od Żydów ucywilizowania się: europeizacji stroju, ogłady towarzyskiej, znajomości języków i literatury obcej.
W takiej właśnie rodzinie, bogatych, dobrze skoligaconych, oświeconych Żydów rodzi się w roku 1825 Jehuda Lejb Klaczko. Hebrajskie imię Jehuda, inaczej Juda – to odpowiednik używanego później przez Klaczkę polskiego imienia Julian. Nazwisko jest zaskakujące, gdyż nieżydowskie, klasycznie kresowe, z typową białoruską końcówką. W którym pokoleniu nastąpiła zmiana nazwiska świadcząca o zamiarach przystosowania się do nieżydowskiego otoczenia, trudno dociec. Klaczkowie zaistnieli w XIX wieku. Wiadomo, że zaliczali się wraz z Natansonami i Rosenthalami do miejscowej arystokracji żydowskiej. Prawdopodobnie bratem stryjecznym Jehudy był Levi Jerachmiel (ur. 1840), pisarz religijny, autor haskalistycznych rozpraw o przykazaniach, pisanych w języku hebrajskim i rosyjskim, stryjem Mordechaj Ascher przydomek Meltzer, postępowy rosyjski rabin i myśliciel. Wielopokoleniową rodzinę Klaczków sportretował, pod zmienionymi imionami i nazwiskiem Białostockich, Józef Ignacy Kraszewski w Powieści bez tytułu. Znał on Klaczków osobiście, miał być ponoć – w czasie odbywanych studiów w Wilnie – nauczycielem prywatnym siostry Jehudy. Kraszewski oddaje dramaturgię starć w łonie rodu, wywołanych oburzeniem starszego pokolenia wobec zagnieżdżającego się w rodzinie świętokradztwa. Jest tam portret ortodoksyjnego Żyda, patriarchy rodu dziadka Abrahama, rzucającego klątwę na goima-nauczyciela, co obcą nauką kala jego dom, jest portret oświeconego Żyda, ojca Dawida, człowieka nowoczesnego i kontrowersyjnego, targanego rozlicznymi wątpliwościami.
Ojciec Jehudy – Hersz Klaczko był majętnym kupcem sukna, człowiekiem o wysokich ambicjach intelektualnych i publicznych. Należał on w gminie żydowskiej do grona reformatorów, zagorzałych propagatorów Haskali. Z niemieckimi przedstawicielami tego ruchu spotykał się w czasie swych częstych podróży handlowych do Królewca. Kiedy – sam wniósłszy odpowiednią sumę – rozpoczął akcję zbierania abonamentów na wydanie Biblii w tłumaczeniu i z komentarzem Mojżesza Mendelssohna, wzburzył miejscowych ortodoksyjnych Żydów, którzy okrzyknęli go pogardliwie "Berlińczykiem". Wyzwolony styl, wzorowany na wyemancypowanych Żydówkach niemieckich, reprezentowała matka. Tauba Lea z domu Grünberg była kobietą piękną i wyrafinowaną. Orientowała się w kulturze i sztuce europejskiej, znała świetnie francuski, niemiecki i polski. W zamieszkiwanej kamienicy przy ulicy Niemieckiej prowadziła salon towarzysko-literacki, w którym przyjmowała miejscową elitę: Polaków i Rosjan. Głośny był jej romans z Wacławem Pelikanem, rektorem Uniwersytetu Wileńskiego, osławionym łowcą kobiecych serc. Złośliwi rozpowszechniali pogłoski, że mały Jehuda jest owocem tegoż związku. W zachowaniu rodziców Jehudy występowały – jak widzimy – wyraźne oznaki odstępstwa od tradycyjnej obyczajowości żydowskiej.
Impulsy do emancypacji tkwiły już więc w wolnomyślicielskiej atmosferze, w której wyrastał Klaczko. Dla niego nie jest to zwyczajne zamknięte getto. Jehuda otrzymuje wszechstronne wykształcenie. Rodzice mogą sobie pozwolić na prywatnych nauczycieli. Uczy go m.in. wybitny wileński Maskil Józef Fin. 13-letniego Jehudę obwołano genialnym dzieckiem. Jest kimś, kto przełamuje granice getta, syntetyzuje różne pierwiastki kulturowe. Jego juwenilia hebrajskie drukowano w oficynie żydowskiej w Wilnie i Lipsku, wiersze w języku polskim w Tygodniku Petersburskim i poznańskim Tygodniku Literackim. Z okazji bar-micwa, żydowskiej uroczystości wstąpienia w wiek dojrzałości, dedykuje ukochanej matce wiersz "Moja pierwsza ofiara". Tekst wiersza wygłoszony pierwotnie w hebrajskim, publikuje po polsku. Symbolika dedykacji i język druku są wymowne. Polski staje się dla Jehudy mową duszy.
Klaczko fascynuje się kulturą polską. Mickiewicza stawia wyżej od Goethego i poetów francuskich. Pisze wiersze wzorowane na polskich romantykach, ćwiczy się w tłumaczeniach na hebrajski (utwory Mickiewicza, dramat Korzeniowskiego Mnich). Jak na przyszłego rabina – którym miał zostać według oczekiwań ojca – ujawnia on niebezpieczne skłonności do herezji. W ogłoszonym w Tygodniku Literackim poemacie "Izraelita na gruzach Jerozolimy", w nastroju przypominającym poezję ruin i grobów Krasińskiego, młodzieńczy Klaczko podważa podstawowe dogmaty żydowskie: o narodzie wybranym, o sensie istnienia diaspory. Dystansuje się od swojej nacji, używając charakterystycznej formy "wy": (–) "Wy, zmarłych wieków, żyjące Mumije!" (–) "Wy dawnego kościoła ostatki!" (–) "Wy, nieme bytu i nicestwa świadki (–)". Ciąży ku środowisku polskiemu – intelektualnej elicie Wilna. Wśród sympatyków żydowskiego chłopca znajdujemy dwóch wybitnych księży: przyszłego biskupa Wilna ks. Adama Krasińskiego, znanego z prekursorskich badań językoznawczych oraz rektora Pijarów ks. Antoniego Moszczyńskiego, krytyka literackiego Biblioteki Wileńskiej. Jehuda odwiedza okoliczne dwory polskie, zaprzyjaźnia się z marszałkową Justyną Czudowską, z domu hr. Hołyńskich, której po śmierci poświęca wiersz elegijny w języku polskim. W tym obrazie kulturowych inicjacji Izraelity–Klaczki, ocieramy się niemal o idyllę, mamy koegzystencję kulturową, swoistą tolerancję. Co w takim razie niepokoi? Wydaje się, że stosunek wileńskich Polaków do młodzieńczego Klaczki nie jest do końca równoprawny. W relacji Polak – Żyd, Żyd stoi wyraźnie niżej. W nawet najbardziej przychylnych, drukowanych o Klaczce opiniach jest on "członkiem oddzielnej kasty".
- Niemiecka lekcja: Królewiec, Heidelberg
Wyjazd Klaczki na studia do Królewca to wkroczenie na odmienną orbitę. Z rodzinnego Wilna trafia na jeden z najbardziej wolnych uniwersytetów w Europie. Był to uniwersytet Kanta, przyjaciela Mojżesza Mendelssohna. Klaczko doświadcza tutaj światłej tolerancji. Podlega uniwersalnym kryteriom: wiedzy i rozumu. Gdy bankrutuje ojciec i nie ma na czesne, co więcej nie może przedłużyć paszportu (jest na czarnej liście rosyjskiej ochrany za udział w nielegalnej misji TDP na Litwę), władze uniwersytetu czynią wobec niego nadzwyczajne gesty. Uznają, że ten wybijający się student nie powinien utracić szansy zrobienia dalszej kariery. W drodze absolutnego wyjątku nadano mu doktorat z filozofii na podstawie dwóch ostatnich prac seminaryjnych z zakresu historii XV-wiecznej Francji. Uniwersytet zwalnia Klaczkę z wszelkich opłat i umożliwia bezpieczne przeniesienie się do odległego Heidelbergu w Wielkim Księstwie Badeńskim. Styka się on tam z wpływowym środowiskiem heidelberskich liberałów, którzy urabiali w duchu proeuropejskim niemiecką opinię publiczną, wydając od lipca 1847 dziennik Deutsche Zeitung. Do tegoż renomowanego pisma wciąga Klaczkę jego wydawca i redaktor naczelny, głośny w Niemczech historyk literatury i szekspirolog – Georg Gervinus.
W księstwach niemieckich w okresie poprzedzającym wybuch rewolucji marcowej, określanym przez historiografię niemiecką specjalnym terminem Vormärz, zachodzi niespotykany wcześniej w takiej skali proces uobywatelniania społeczeństwa: powstają rozliczne stowarzyszenia, uaktywnia się ruch demokratyczny i liberalny. Idea jedności niemieckiej uzyskuje wymiar europejski. Wolność dla siebie wiązana jest z wolnością dla innych narodów: Polaków, Greków, Włochów. Gervinus ma kontakty z ks. Adamem Czartoryskim i Hotelem Lambert, myśli o zjednoczeniu sił konstytucyjnych i liberalnych w Europie. Każde ówczesne rozwiązanie w Niemczech zmierzające do jedności, rewolucyjne czy też konstytucyjne, wywoływało obawę przed interwencją Rosji. W imię dobrze kalkulowanego interesu politycznego należało upatrywać w Polakach ewentualnych sprzymierzeńców, uwzględniać ich aspiracje narodowe.
Niespełna 22-letni Julian Klaczko odgrywa ważną w tym kontekście rolę komentatora spraw polskich i rosyjskich. Redaguje na łamach Deutsche Zeitung stałą rubrykę "Russland und Polen" oraz publikuje serię artykułów opatrzonych wspólnym tytułem "Die polnische Verschworung" ("Polskie sprzysiężenie"). Cykl ten liczy ponad 20 odcinków. Daje się w nim poznać jako wytrawny publicysta i eseista. Formułuje filozofię przymierza niemiecko-polskiego. W tym jest świetny, że udowadnia współzależność geopolityczną Niemców i Polaków. W doborze argumentów pomaga mu rosyjski miecz Damoklesa zwisający nad liberalno-konstytucyjnymi Niemcami. Cały czas prezentuje sprawę polską na różnych płaszczyznach: politycznej i kulturalnej, by w konkluzjach wykazywać, że pomimo negatywnych cech Polaków (anarchizm, skłonność do spisków, maksymalizm), pozostali oni narodem chrześcijańskim i rycerskim.
- Przełom. Rewolucja 1848
Zauroczenie Klaczki Niemcami niebawem minie. Przystępuje do rewolucji w idealistycznej wierze, że Niemcy spełnią w Europie polityczną misję. Jako wysłannik heidelberskich liberałów wyjeżdża via Berlin do Wielkiego Księstwa Poznańskiego, by zaciągnąć się do oddziałów Mierosławskiego szykujących się do wojny z Rosją. Bieg wydarzeń tzw. Wiosny Ludów zaprzecza jednak wzniosłym ideałom, które legły u jej początków. Wszystko dzieje się jakby na opak: demokracje przeistaczają się w dyktatury, wolność w terror, solidarność narodów w nieokiełznany nacjonalizm. Przewidywana krucjata przeciw Rosji okazuje się w rzeczywistości tragiczną farsą. Brak natychmiastowej i zdecydowanej reakcji Rosji na rewolucję w Berlinie i zamanifestowane w niej niemieckie dążenia zjednoczeniowe – powodują zmianę w stosunku do sprawy polskiej. Niemcy usiłują teraz pospiesznie rozbroić oddziały polskie w Wielkim Księstwie Poznańskim. Fobia antyrosyjska przekształca się w antypolską. Historia kpi z Klaczki. Zamiast sprawdzenia się w "świętej wojnie" redaguje po niemiecku protesty polskiego Komitetu Narodowego do rządu w Berlinie, a jego niedawni przyjaciele z Gervinusem na czele prześcigają się w basowaniu nacjonalistycznej propagandzie. Czuje się zdradzonym i wygnanym ze społeczeństwa niemieckiego. Kurczy mu się Europa. On z pochodzenia Żyd, który najlepiej odnajdował się w liberalnej przestrzeni politycznej, gdzie o wartości człowieka nie decydowała narodowość, lecz indywidualne predyspozycje i profesjonalizm, po doświadczeniach rewolucji 1848 – uzmysławia sobie potrzebę zupełnego utożsamienia się z polskością.
Czy jest jednak w stanie odejść całkowicie od żydostwa? Na ile spełnia się w polskości? Jakie reakcje przyjmują wobec niego Polacy?
- Kainowy znak
W Poznańskiem wiedziano, że jest Żydem. W czasie narodowej rewolty sprawdził się, był nieodzowny i lojalny, brał udział w tajnych posiedzeniach Komitetu Narodowego, powierzano mu specjalne zadania w podróżach do Berlina. Wśród arystokratów poznańskich zabiega się o Klaczkę. Jest on podobnie jak w Wilnie, ale na inny sposób objawieniem. Potwierdza się późniejsza teza Hannah Arendt, że arystokracja europejska, nie spełniona we własnym kręgu, poszukiwała w asymilowanych Żydach cech nadzwyczajnych, łącząc w jedno – to co wydawałoby się nie do pogodzenia – filosemityzm z antysemityzmem. Młody Klaczko wypełnia terapeutyczne funkcje. Leczy Poznaniaków z niemieckich kompleksów. Jest tym, który zrobił błyskotliwą karierę publicysty w Niemczech. Jak wspomina w swoich pamiętnikach gen. Władysław Zamoyski: "Najpierw między Niemcami pisarz znamienity" (sic!). Gdy sprawa polska w rewolucji 1848 jest pogrzebana i w zasadzie nie warto już podnosić głowy; ma on odwagę cywilną przeciwstawić się byłemu swojemu protektorowi Georgowi Gervinusowi. W Berlinie pisze i wydaje w formie listu otwartego zjadliwą rozprawę "Die deutschen Hegemonen". Tym samym ściąga na siebie groźbę więzienia i banicji. W tej sytuacji nie ma właściwie innego wyjścia jak udanie się na emigrację do Paryża.
Ma świadomość, że pojawi się tutaj w masie innych wychodźców rewolucji 1848. W polskim Paryżu istnieją zadawnione emigracyjne reguły gry i ustalona hierarchia. Liczy się "polistopadowa" awangarda, czyli oficerskie epolety i blizny z czasów wojny z Rosją 1830/31. Klaczko posiada wprawdzie najlepsze protekcje od arystokratów poznańskich, dostrzega się go w salonach polityczno-literackich, ale on sam zachowuje się jak outsider. Jest rozdwojony ideowo i politycznie. Nigdzie nie może znaleźć miejsca, demokraci polscy porażają go radykalizmem, konserwatyści Hotelu Lambert pychą głoszonych zasad. Najlepiej czuje się wśród emigrantów z Litwy, lubi podkreślać swoją litewskość. Stał się Polakiem – z Judy przeobraził się w Juliana. Wcale to jednak nie daje mu spokoju. W jednym z pierwszych listów słanych z Paryża do zaprzyjaźnionego z nim w Poznańskiem Jana Koźmiana, tak ocenia swój stan duchowej niepewności: "Wiele rzeczy, wiem, razi Cię we mnie – a przede wszystkiem moja niedecyzja [chodzi tu zapewne o przyjęcie chrztu – Z.B.]. Racz jednak i na to uwagę swą zwrócić, że całe moje życie tak religijne, jak socjalne i polityczne, piętnem kainowym połowiczności jest naznaczone". Trudności bytowe w Paryżu, pierwsze niepowodzenia wzmagają w nim obsesję na punkcie własnego pochodzenia. Występuje to na przykład przy pierwszym spotkaniu z księciem Adamem Czartoryskim: "Ks. Czartoryskiemu – relacjonuje Janowi Koźmianowi – oddałem wizytę i list od Henryka Wodzickiego; więcej u niego nie byłem; przyjął mnie bardzo zimno; traktował z góry; pewno wiedział o moim pochodzeniu".
W tym stanie psychicznego rozdwojenia nawiedza go wuj Grünberg. Postarajmy się zrekonstruować tę dramatyczną historię. Wuj Grünberg, bogaty Żyd mieszkający w Paryżu, chce wybawić siostrzeńca z jego młodzieńczych fanaberii i sprowadzić jego zabłąkaną duszę na łono rodziny i judaizmu. Gra trwa ponad rok. Proponuje siostrzeńcowi wydobycie go z nędzy "diogenesowego położenia". Nie może patrzeć na jego liche mieszkanie i niemodny strój. Chce pomóc wylęknionemu kandydatowi na przechrztę, obiecując wprowadzenie go do domów Rothschilda i Foulda – roztaczając perspektywę rzeczywistej kariery. Wuj Grünberg – znany dobroczyńca rodziny – wyciągnął z bankructwa ojca Klaczki, czyniąc go przedstawicielem swojej agencji w Wilnie. W sprzyjających okolicznościach mógłby sprowadzić do Paryża całą rodzinę. Oczywiście pod warunkiem, że krnąbrny synowiec nie odrzuci jego wspaniałomyślnej ręki. Klaczko waha się i odmawia.
Gdy zawodzą racjonalne argumenty, zrozpaczony wuj popada w śmieszność, próbując kusić go jeszcze obietnicą posiadania konia krwi arabskiej i pięknych kobiet! "Szczęście a szczęście i zawsze szczęście!! Ten człowiek gotów mnie różami udusić! (...) Stryj według swego przekonania chce tylko mego dobra, ma najszlachetniejsze, najuczciwsze zamiary ze mną... a ja o mało com go nie przeklął w duszy za tę dobroć, za tę uprzejmość!!" – zwierza się Janowi Koźmianowi. Klaczko ma inną wizję szczęścia. Najważniejsza dla niego jest wolność osobista i intelektualna, zasada, "że życie moje religijne i polityczne mnie samemu tylko należy". Dla wuja Grünberga wybór ten oznaczał pewną pozycję w domu wariatów.
Julian Klaczko, 1861.
Medalion.
Klaczko opuszcza stary zakon, ale naród, który wybiera chciałby widzieć na wzór zakonu nowego: stawia przed nim – jak przed sobą samym – bardzo wysokie, rygorystyczne wymagania. Temu podporządkowana jest jego publicystyka w języku polskim. Klaczko ma wzniosły ideał polskości, ale Polacy en bloc go denerwują – nie dorastają do wielkości, nie są godni wybrania. W swojej głośnej publicystyce na łamach Wiadomości Polskich (1856-1862) tępi narodowe grzechy: miękkość, brak charakteru, nieumiejętność wykorzystywania zwycięstw, zbyt łatwe wybaczanie zdrajcom, skłonność do frywolnego życia, umysłowe lenistwo, brak odpowiedzialności.Można by porównać Klaczkę do proroka gromiącego czcicieli złotego cielca, gdyby nie to, że posługuje się nie tylko patosem ale i ironią, językiem kaznodziei, ale i pamflecisty. Klaczko wnosi do krytyki nowy ton – zaczepia, bulwersuje. Mówią o nim, że dobrze pisze, kiedy się gniewa. Jego oponenci, rozbrajani celnością ataku, sięgają nierzadko po argument najłatwiejszy. Widzą w nim Żyda, myślą jak antysemici. Przykładów można podawać wiele. Przytoczymy jedynie nieznany list Józefa Bohdana Zaleskiego do Teofila Lenartowicza, w którym współczuje adresatowi z powodu miażdżącej krytyki jego poematu Gladiatorzy:
"Zgorszył nas tu i oburzył niewypowiedzianie artykuł p. Klaczki o tobie w przedostatnim numerze Wiadomości Polskich. Zgorszył i oburzył nie sąd ostry o twoich poezjach, boć nie wzbroniony nikomu, ale nieprzyzwoity, uszczypliwy i drażniący ton całej recenzji. (...) Oczywiście ideał p. Klaczki tkwi w poezji hebrajskiej, na wyżynach świętych proroków i pańskich. Nasz ideał tkwi znowu gdzie indziej – w Zakonie Nowym. Ideał ten przewysoki, niedościgły nigdy, nakazuje czystość i pokorę, do których nam niestety daleko!" Zaleski kończy swój list takim oto memento: "Jest doba w życiu, kiedy i pycha zrzuca swe rogi. Na dobie tej p. Klaczko pożałuje gorzko dawnych cierpkich artykułów – owszem, sam się zawstydzi swej gwałtowności niechrześcijańskiej i niepolskiej".Klaczki nie lubiano, irytował swoją postawą 1), narażał się. Ale jednocześnie czekano na jego teksty, poruszał umysłami, był nieodzowny.
- Uniwersalizm
Klaczce nie wystarcza jednak pisanie wyłącznie po polsku. Od momentu pojawienia się w Paryżu jego wewnętrznym imperatywem jest równoczesne uprawianie eseistyki w języku francuskim. Potrzebuje czterech lat, aby zacząć pisać do najlepszych pism ukazujących się w Paryżu: Revue de Paris, Revue Contemporaine i wreszcie Revue des Deux Mondes. Podobnie jak kiedyś w Niemczech, występuje jako specjalista od spraw polskich i rosyjskich, teraz jeszcze niemieckich. Recenzuje książki wychodzące w tych trzech językach (prowadzi stałą rubrykę "Livres allemands et slaves"), by jednocześnie zwrócić na siebie uwagę większymi samo dzielnymi studiami: "Dante w oczach krytyki współczesnej", "Henryk Heine", "Półwysep Krymski w poezji", "Poezja polska w XIX wieku i poeta bezimienny".
Prawdziwy rozgłos przynoszą mu jednak dopiero studia dyplomatyczne drukowane na łamach Revue des Deux Mondes po upadku powstania styczniowego. Henryk Wereszycki oceniając te czytane i tłumaczone na inne języki rozprawy pisze, iż "Klaczko był na pewno najgłośniejszym orędownikiem sprawy polskiej w publicystyce europejskiej owego pokolenia". Stanisław Tarnowski nazwał wręcz Klaczkę "mścicielem sprawy polskiej". Trzeba jednak mieć świadomość, Że obrona ta była możliwa tylko przy zachowaniu odpowiedniej perspektywy. Klaczko potrafił zuniwersalizować polską problematykę. Doświadczenia Polaków były dla niego probierzem ogólnej sytuacji Europy.
Siła pisarstwa politycznego Klaczki polega na konsekwentnym obnażaniu hegemonizmu Prus i Rosji – tych dwóch zaborców, których działania prowadzą do unicestwienia wartości europejskich w ogóle. Klaczko ma odwagę zmierzyć się intelektualnie z czołowymi aktorami sceny politycznej tego czasu – zwłaszcza z Bismarckiem, w którym polski publicysta widzi przyszłego zdobywcę świata. Klaczko mobilizuje wszystkie swoje zdolności, aby zdemaskować tego "najbardziej pojętnego ucznia Machiavela". Trzeźwy, analityczny umysł wspomaga wyobraźnią niemal profetyczną i talentem literackim. Bismarck jawi się jako postać szekspirowska, potwór, który w swej żądzy ekspansji nie zna granic. Ten "zdziczały geniusz" potrafi wszystko odwrócić na swoją korzyść. Jest cyniczny i bezwzględny. Równie dobrą dla niego pożywką jest liberalizm, jak rewolucja. Ale największy jego atut – to przekonanie o wielkości i misji Niemiec oraz umiejętność sterowania społecznymi emocjami. Klaczko przedstawia Bismarcka jako demonicznego boga wojny o nieprzeciętnej sile woli. Fascynując się bez wątpienia "żelaznym kanclerzem", Klaczko nie uważa jednak – w odróżnieniu od Burckhardta czy później Nietzschego – aby wielkich jednostek nie obowiązywał wspólny dla wszystkich kodeks etyczny.
Naczelnym przesłaniem pisarstwa politycznego Juliana Klaczki jest twarda prawda, że każdy gwałt zadany jakiemukolwiek narodowi – czy to są Polacy, czy Duńczycy – narusza równowagę moralną i niesie zagrożenie dla całości kontynentu. Przewidując rosnące znaczenie polityki siły i rasy, Klaczko argumentuje jak prawdziwy konserwatysta, bon Européen, broniący wartości kultury judeochrześcijańskiej. W przetłumaczonej na język polski i czeski rozprawie Kongres moskiewski i panslawistyczna propaganda (1867) pisze:
"Historia fizyczna bierze górę nad historią polityczną, religijną i cywilną, a złowroga teoria Darwina o przymusowym znikaniu rodów słabych rozciąga swoje prawo nawet na moralną dziedzinę chrześcijańskiej ludzkości. W dziedzinie tej nie ma już miejsca dla małych państw, dla małych ludów, z których przecież każdy ma odrębną historię, literaturę i indywidualność – ma swój geniusz, ma duszę! Przyszłość należy do ogromnych zjednoczeń i do wielkich aglomeratów. (...) Jak gdyby to drobna Judea i ów niedostrzeżony prawie punkcik, który Sokrates zaledwie zdołał odszukać na globie, a który jednak nazywał się «Ateny», nie więcej zdziałały dla ludzkości, aniżeli potworne aglomeraty Assyryi i Babilonii, jak gdyby to roczniki jednego takiego miasteczka średniowiecznej Italii, jak Florencja, Piza albo Syenna nie wartały więcej niż cały corpus Bisantinorum!"Klaczko demaskując politykę opartą na wyłącznej racji siły może być uznany za jednego z prekursorów myślenia antytotalitarnego.Erupcja jego aktywności publicystycznej przypada na okres, kiedy sytuacja w polityce europejskiej jest jeszcze otwarta i może się wydawać, że istnieją ciągle szanse gry na rzecz najbardziej korzystnego dla Polaków układu sił. Z tą myślą przyjmuje Klaczko stanowisko hofrata u boku kanclerza Austrii von Beusta, wchodząc w sam środek czynnej polityki. Marzy mu się wojna kontynentalna, w wyniku której mogłoby dojść do odbudowania Polski. Kiedy jednak Bismarck odnosi definitywne zwycięstwo, pokonując pod Sedanem Napoleona III, Klaczko wycofuje się stopniowo z życia politycznego. Upadek Francji oznacza "zaćmienie Europy". Klaczko przegrał jako polityk, ale nie przegrał jako intelektualista. Po triumfie Bismarcka nie boi się skonfrontowania raz jeszcze z głównymi protagonistami sceny europejskiej, publikując w Revue des Deux Mondes (1876) najważniejsze dzieło polityczne Dwaj kanclerze. Książę Gorczakow – Książę Bismarck. Zamykając swój czas heroiczny, Klaczko próbuje jednocześnie znaleźć inny język i formę dla nurtujących go idei. Powraca do porzuconych zainteresowań literackich i artystycznych. Chroni się w świecie literatury i sztuki, ale nie jest to bynajmniej ucieczka od rzeczywistości.
Rozpoczęte w roku 1872 Wieczory florenckie, które przyniosą ich autorowi laur Akademii Francuskiej, pomimo pozorów anachroniczności są dziełem aktualnym.
Utwór ten pomyślany jest jako dialog ośmiu postaci – hrabiny Albani i jej gości, spotykających się w willi Bargello pod Florencją wczesną jesienią 1872 roku, by prowadzić wyrafinowane rozmowy o włoskim odrodzeniu, Dantem, Michale Aniele, Rafaelu. Patronuje im autor Boskiej Komedii, wszyscy bowiem są w jakiś sposób wygnańcami.
Popiersie Dantego Alighieri.
Brąz, szkoła florencka, połowa XVI w.
Muzeum Narodowe w Warszawie.
Są "wyrzuceni ze swojej kolei", musieli zrezygnować z czynnego życia publicznego z powodu niedawnych politycznych wypadków. Do salonu hrabiny Albani przychodzi trzech Włochów, w tym historyk sztuki, zwany Komandorem, dwóch Francuzów, akademik i eks-dyplomata, którego "świetnie rozpoczęty zawód przerwał się nagle skutkiem ostatnich wstrząśnień". Jest tam hiszpański prałat i wreszcie Polak, który otrzymał nazwisko Bolski, "rozbitek z urodzenia". Ciekawe, że każdy z nich nosi jakiś rys Klaczki, tworzą jakby portret zbiorowy, z którym utożsamia się autor. Mają świadomość swojej ekskluzywności, ale czyż ten wyrafinowany estetyzm nie jest formą protestu w epoce, którą określa epigram Michała Anioła, umieszczony na posągu Nocy:Mentro che l'danno e la vergogna dura...?Polak mówi:
(Dopóki u nas podłość, bezwstyd grzechu...)"(...) nie ma, nie powinno być pozoru i usprawiedliwienia niby, dla zaparcia się siebie, dla odstępstwa, dla apostazji. W epoce takiego, jak nasza, obniżenia charakterów i pomieszania umysłów, najpewniej jeszcze, najbezpieczniej trzymać się wiernie tego, co przeszłość kochała i czciła. Bo wtedy jedno przynajmniej ocalonym zostaje: godność, honor".Komandor zaś puentuje:"A zresztą, czyż nie jesteśmy już «utopistami przeszłości», przez to samo tylko, że nas obchodzi, co piękne, co dobre, co prawda? że mówimy o Dantem, o Rafaelu, o Michale Aniele w tych czasach «żelaza i krwi»?"
Goście hrabiny Albani, broniąc swoich utopii, próbują ocalić idee zagrożone przez totalizm polityki "siły i rasy". Z postawami takimi będziemy mieć do czynienia nieraz w naszym stuleciu. W Wieczorach florenckich mógłby brać choćby udział "książę niezłomny", Benedetto Croce, za sprawą którego utwór ten został przetłumaczony na język włoski. Do nich wszystkich pasują słowa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego o Wenecji ocalonej Simone Weil:"Utopistami, błędnymi rycerzami, wykolejeńcami, zdrajcami nazywa się (zależnie od okoliczności) tych, którzy nie chcą przyjąć Racji Stanu wyposażonej w najwyższy atrybut Siły. Jak gdyby nie było jasne, że istotą totalizmów i «snów siły» jest właśnie ich brak poczucia rzeczywistości! Można drwić (nic łatwiejszego) z banitów i rozbitków, wiernych obrazowi polis jaki noszą w umysłach i sercach na przekór losowi, lecz to oni są realistami w najgłębszym (bo moralnym) tego słowa znaczeniu".
Kultura, 4/571, Paryż 1995
- Przypis:
- Któryś ze współczesnych Julianowi Klaczce epistolografów napisał o nim, że miał "niezbite przekonanie o swej mądrości i o nieuctwie drugich". Ale to i dobrze. (AMK) (powrót)
Zbigniew Baran, ur. 1955 w Częstochowie, historyk idei i krytyk. Autor licznych studiów i esejów o Julianie Klaczce, drukowanych m.in. w miesięczniku Znak, w Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej PAN, Roczniku Krakowskim, paryskiej Kulturze, jak również książki Itaka Juliana Klaczki (International Editors, Kraków 1998). W ostatnich latach wydał pod swoją redakcją tomy esejów: Czartoryscy – Polska – Europa. Historia i współczesność (DjaF, Kraków 2003) i Pierścień Balladyny. Gra z Teatrem Podziemnym Tadeusza Kantora (Cricoteka, Kraków 2003).
Addendum
Fragmenty posłowia do Juliusza II
Jan Białostocki
[...]
Klaczko atakował problemy tak kluczowe dla przełomu cywilizacyjnego prowadzącego od wieków średnich w nowsze czasy, że nikomu z ówczesnych filozofów kultury, historyków i myślicieli, pisma jego, publikowane najpierw w modnej Revue des deux mondes a później w postaci książek ukazujących się u paryskich wydawców, nie mogły być obce. Sława Klaczki, powszechnie znanego i cenionego, jako znakomitego publicysty biegłego w sprawach europejskiej dyplomacji, któremu artykuły i książki wyłącznie przygotowały powołanie na radcę cesarskiego ministerstwa w Wiedniu, poszerzyła się o obszar nowy: zasłynął jako eseista piszący o ideach i ideałach cywilizacji, o literaturze europejskiej i o sztuce włoskiego Odrodzenia. Sławy tej zewnętrznej wyrazem stały się nagrody i honorowe wyróżnienia. Opublikowane w 1881 r. w wydaniu książkowym Wieczory florenckie zostały uwieńczone przez Akademię francuską. W r. 1887 Klaczko został członkiem Instytutu Francji, jako powołany na członka korespondenta Academie des Sciences Morales et Politiques. W r. 1896 otrzymał krzyż komandorski Legii Honorowej. Także w kraju doceniono jego zasługi. Od czasu założenia krakowskiej Akademii Umiejętności był czynnym jej członkiem, a w r. 1887 został doktorem honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. W r. 1897, w pięćdziesięciolecie doktoratu, Uniwersytet w Królewcu, na którym był uzyskał ten stopień, nadesłał Klaczce honorowy dyplom jubileuszowy.Pisma Klaczki z zakresu historii kultury obejmują szereg pisanych przez całe życie szkiców i recenzji, ale w gruncie rzeczy tytuł jego do sławy w tym zakresie stanowią dwa tomy: Wieczory florenckie i Juliusz II. Książki te do dzisiaj pozostały na miejscu honorowym, nie jako martwa pozycja, lecz jako żywa treść, pozytywnie lub negatywnie cytowana, w bibliografiach prac dotyczących Dantego, Michała Anioła, Rafaela lub Rzymu renesansowego.
Dialogi Wieczorów florenckich osnute są wokół "zagadki" Dantego i jego "tragedii", na marginesie tylko, w pierwszej rozmowie, dotykając "tragedii" Michała Anioła. Za to Juliusz II, nieukończonej większej całości część zamknięta, cały niemal poświęcony jest zagadnieniom kultury artystycznej. Ale jak jedna, tak i druga książka Klaczki nosi na sobie wyraźne piętno jego politycznej przeszłości i pasji. Tragedia Dantego okazuje się nie tragedią życia emocjonalnego poety, jego miłości, rozszyfrowanej jako topos literackiej tradycji, lecz tragedią jego anachronicznej postawy politycznej, z której wynikło chimeryczne marzenie o cesarskiej przyszłości Włoch i dramatyczny konflikt z własną ojczyzną-miastem.
A jakże w końcu inną książką o sztuce jest Juliusz II niż dziesiątki dzieł mu współczesnych. Nie jest to monografia artysty, ani monografia budowli, ani synteza dziejów jednego rodzaju sztuki, lecz monografia mecenasa i to jakiego mecenasa: człowieka, w którego indywidualności zogniskowały się najbardziej żywotne problemy bytu politycznego Kościoła i Włoch; człowieka, który zapuściwszy brodę prowadził osobiście swe wojska, spał w namiotach i cudem unikał popadnięcia w niewolę wrogów. Zarazem był to najbardziej niezwykły i najmożniejszy mecenas Renesansu, z którego idei i woli zaczęły swój byt dzieła stanowiące dla nas podstawowe przykłady dojrzałego Odrodzenia.
[...]
Wieczory florenckie i Juliusz II są więc dziełami u nas wyjątkowymi, zarówno wagą i głębokością podejmowanej historyczno-artystycznej problematyki, jak też doskonałością i dojrzałością literackiej wypowiedzi. Ale przecież nie są one niestarzejącą się fikcją poetycką, lecz dyskusją idei i faktów, książkami głoszącymi pewne prawdy, zwalczającymi inne, dziełami, dla których oceny istotny jest także ich stosunek do dzisiejszego stanu wiedzy i do dzisiejszego obrazu prawdy historycznej.
[...]
(1965, lub nieco wcześniej)
Julian Klaczko, Wieczory florenckie. Juliusz II.
Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1965.
|
|
|
|
|
|
|