Zamieszczamy jeden rozdział z niewielkiej książki Michała Płoskiego pt. Suche liście (Wydawnictwo "Charaktery", Kielce 2005).

Ta pięknie wydana książeczka zawiera 12 rozdziałów, z których każdy uroczo opowiada jakieś historie kieleckiej rodziny Płoskich poprzez kilka pokoleń – swego rodzaju suche liście, przekazy rodzinnej pamięci.

Książka zilustrowana jest przez Andrzeja Płoskiego, brata autora, grafika i malarza mieszkającego w Lund w Szwecji. Ilustracje są wkomponowane w wizerunki suchych liści, które opadły z drzew jesienią 2004 r.

Andrzej jest znany czytelnikom Zwojów jako ilustrator opowiadań Franza Kafki zamieszczanych w Zwojach.

Andrzej Kobos





SUCHE   LIŚCIE





MICHAŁ   PŁOSKI

Ilustracje   Andrzej Płoski







7.

Paczka z napisem w obcym języku, z zagranicznymi znaczkami, bardzo mnie intrygowała. W owych czasach, gdy byłem dzieckiem, takie przesyłki należały do niezwykłych rzadkości. W środku było coś jakby białe tekturki pokryte ciemnymi śladami przypiekania. Nam, dzieciom, wydawało się, że są bez smaku, ale tatuś twierdził, że to coś wspaniałego. Paczka macy przybywała do nas prosto z Izraela, tuż przed świętami Wielkiejnocy. Nadawcą był pan, którego nazwiska nie zapamiętałem, choć brzmiało ono charakterystycznie, trochę biblijnie, trochę z niemiecka, powiedzmy coś jak Izaak Apfelbaum. W związku z tą paczką w naszym domu pojawiali się przywoływani w rozmowach rodziców Żydzi. Ojciec wspominał swoich szkolnych kolegów wyznania mojżeszowego, zwyczaje panujące w ich domach, gdzie miewał swoje osobne nakrycie. Mamusia opowiadała o Icku Chitlerze, który handlował starymi podręcznikami, brykami, ściągawkami, zeszytami lepszych uczniów. Lubiła książki i dobrze wspominała księgarnię "Leona", prowadzoną przez rodzinę Grostalów, gdzie zaopatrywała się również w nuty. Mieszkaliśmy przy ulicy Staszica w kamienicy postawionej przez dziadka Feliksa. Za domem, aż po Silnicę, ciągnął się sad, który przed wojną był dzierżawiony przez rodzinę żydowską z licznymi dziećmi. W rzeczce dokonywali rytualnych obmyć naczyń, a w Święto Namiotów ustawiali w sadzie szałas. Naprzeciw domu, po drugiej stronie ulicy Staszica znajdowało się największe kino ówczesnych Kielc, którego właścicielem był pan Maksymilian Ellencweig. Przed wojną kino to nazywało się "Palace", w czasie okupacji "Hamburg", bezpośrednio po wojnie "Bałtyk", a za mojej pamięci, po dzień obecny – "Moskwa".




...my wszyscy są dzieci Abrahama...


Przyjacielem rodziców wspominanym bardzo serdecznie był Roman Metallman. Relacje o nim przeczą uprzedzeniom narodowym, rasowym i ideowym. Metallman, polski komunista pochodzenia żydowskiego, był przez wszystkich wspominany jako człowiek wielkiej szlachetności i dobroci. Żoną jego była przyjaciółka mojej mamy, Nela Sarwińska. Zostali rozstrzelani przez Niemców w lasach sukowskich wraz z mamą Neli i ich mającym się narodzić dzieckiem. Icek Chitler miał o tyle więcej szczęścia, że umarł przed 1939 r. Niewielu kolegów taty przeżyło wojnę, spośród tych naznaczonych żydowskim pochodzeniem – nikt. Pan Grostal został rozstrzelany w getcie kieleckim, cała rodzina Ellencweigów zginęła w Treblince, dzieci z sadu mego dziadka... Lepiej nie pytać o ich los.




Gdy byłem starszy, ojciec opowiedział mi o pogromie z lipca 1946 r. Był to fragment wiedzy zakazanej, takiej, której nie ma w książkach, w gazetach, w szkolnym wykładzie, wiedzy, którą trzeba zachować dla siebie.

Kiedyś, gdy siedzieliśmy całą rodziną przy herbacie, a na stole leżała przysłana właśnie maca, tata opowiedział nam o Izaaku Apfelbaumie, swoim dawnym kliencie. Mój ojciec nie napisał w swoim życiu nic poza pismami procesowymi, nawet listy zwykle pisała mama. Potrafił bardzo ciekawie opowiadać. Musiał mieć jednak do tego dobry humor, chwilę oddechu od codziennej, ciężkiej, pełnej napięć pracy w sądzie. Ale oto był świąteczny wieczór i ojciec rozpoczął swą opowieść, uplastycznioną cytatami – oskarżyciel zaciągał podobnie jak znany z okrutnych stalinowskich procesów prokurator Mikołaj Górski, a klient ojca wysławiał się z charakterystycznym żydowskim akcentem. Siedział on za oszustwo najgorszego typu, bo na szkodę państwa, które przejmowało nieruchomości – po wymordowanych Żydach. Tymczasem Apfelbaum przy pomocy świadków wykazywał, że jest krewnym zmarłych. Obowiązywała wtedy jeszcze przysięga religijna, do której Żydzi podchodzili formalistycznie. Wystarczyło przesunąć palce na inny wers Tory, żeby z czystym sumieniem wyznać, że Izaak Apfelbaum jest rodzonym synem z pierwszego małżeństwa Naftuli Boczek i dziedziczy po niej place. Następnie załatwiano odpowiednie wpisy w księdze wieczystej i nieruchomość sprzedawano. Przy kolejnym procesie spadkowym sąd zwrócił uwagę na niezwykle rozbudowane związki rodzinne powoda, sprawę zaczęto badać szczegółowo i Apfelbaum znalazł się w więzieniu. Zaprzeczał, jakoby posiadał jakiekolwiek środki finansowe. Twierdził, że jest biedny do tego stopnia, że nie stać go nawet na adwokata. Przydzielono mu z urzędu początkującego obrońcę, którym był mój ojciec.

– Panie Apfelbaum, dobrze byłoby coś zwrócić może będzie łagodniejszy wyrok.

– Panie mecenasie, czy ja mam pieniądze?

Ojciec próbował dojść, co stało się ze zgromadzonymi przez Apfelbauma środkami. Jego klient mówił o tym niechętnie, pragnąc zapewne udaremnić ewentualną egzekucję. Postać jego była jednak dość znana i ojciec bez większych trudności ustalił, że Apfelbaum zbierał sieroty żydowskie, które przeżyły wojnę, wyposażał je, szukał ich dalszych rodzin, wysyłał do Izraela. Okazało się, że wydawał na to duże sumy i że sam rzeczywiście pewnie nie ma nic.

– Panie Apfelbaum, dlaczego pan to robił, przecież to nie były pańskie dzieci?

– Panie mecenasie, my wszyscy są dzieci Abrahama.

Ponieważ fakty oszustw nie ulegały wątpliwości, cały tok postępowania sądowego, a następnie mowy prokuratora i adwokata koncentrowały się wokół pobudek czynu przestępczego. O ile ojciec udowadniał, że zasadniczym motywem działania była pomoc sierotom, o tyle oskarżyciel z naciskiem podkreślał niskie pobudki czynu: chęć zysku. Apfelbaum milczał przez cały proces. Przeżył w swym życiu wiele i pewnie wiedział, iż roztropniej jest milczeć. Na koniec postępowania sędzia poinformował go o prawie do ostatniego słowa. Tym razem Apfelbaum wstał i przemówił:

– Pan prokurator zarzuca mi, że kierowałem się chęcią zysku. Czy ja miałem się kierować chęcią straty?!

Wszyscy myśleli, że powie coś jeszcze. On jednak usiadł. Wyrok nie był surowy, zaliczono odsiedziany areszt. Wyszedł na wolność, wyjechał do Izraela i przysyłał macę, przysmak swojego adwokata.









Copyright © 1997-2005 Zwoje