OPOWIEŚĆ O ŻYCIU I NAUCE





Z Profesorem Dr. Adamem Strzałkowskim

rozmawia Andrzej Kobos


(Tekst autoryzowany)


Andrzej M. Kobos :   – Panie Profesorze, należy Pan do pokolenia, które tak strasznie zostało przetrzebione wojną i okupacją niemiecką. Jak Pan przeżył ten okres jako młody człowiek?

Adam Strzałkowski :   – Ocalałem z okupacji niemieckiej. Tylko tydzień spędziłem w niemieckim obozie koncentracyjnym w Płaszowie. Niemcy zamknęli mnie w sierpniu 1944 roku, gdy wzięli zakładników po wybuchu Powstania Warszawskiego. Wtedy w Krakowie uwięziono 10 000 mężczyzn. Ja byłem wśród nich i przesiedziałem przez tydzień w Płaszowie. Ale ocalałem.


AMK :   – Uczył się Pan zapewne na "tajnych kompletach" gimnazjalnych?

AS :   – Nie byłem na żadnych kompletach, bo podczas okupacji uczyłem się oficjalnie w Szkole Przemysłowej w Krakowie na Wydziale Elektrycznym. Tylko szkoły zawodowe były oficjalnie dopuszczone przez Niemców dla Polaków. Szkoła ta mieściła się w różnych miejscach, może w dziesięciu, łącznie nawet z dawną szkoła rabinów. Tę oficjalną szkołę ciągle przerzucano, bo Niemcy zabierali budynki. Była to znakomita szkoła.

Ja w ogółe miałem to szczęście, że od szkoły powszechnej uczęszczałem do doskonałych szkół. Moja szkoła powszechna była w Tenczynku, pod Krakowem, prowadzona przez siostry zakonne, Szarytki, bardzo dobra szkoła. Kiedy skończyłem szóstą klasę, moja Matka sprzedała dom w Tenczynku i przenieśliśmy się do Krakowa, głównie dlatego, żeby umożliwić mi dalszą edukację. Chodziłem do świetnego krakowskiego Gimnazjum im. Króla Jana III Sobieskiego, ale tylko przez trzy lata, do wybuchu wojny. Później miałem tę Szkołę Przemysłową, w której większość nauczycieli, to byli profesorowie Akademii Górniczej lub Politechniki Lwowskiej sprzed wojny. Znakomitym dydaktykiem był dziekan Wydziału Elektrycznego Antoni Dziedzic. Miał z nami trzy przedmioty : mechanikę techniczną, podstawy elektrotechniki i matematykę. Ileż on mnie nauczył! Później na studiach poznałem ścisłe podstawy analizy matematycznej, ale praktycznego rozwiązywania problemów z rachunku różniczkowego i całkowego nauczył mnie Dziedzic.

Niemcy brali absolwentów tej szkoły do Arado Flugzeugwerke do Poczdamu. Ja, żeby uratować się przed tą wywózką, poszedłem do pracy na kolei. Pracowałem w Generaldirektion des Ostbahn . Muszę powiedzieć, że trafiłem wyjątkowo dobrze, bo moim szefem był taki Bawarczyk Kuhn, który należał do tych nielicznych, wyjątkowo przyzwoitych Niemców, jakkolwiek był hitlerowcem i to nie byle jakim hitlerowcem, bo miał "Parteiabzeichen im Eichenlaub", odznakę partyjną w dębowym wieńcu, co oznaczało, że miał bardzo wczesny numer partyjny. Wobec tego mógł sobie na wiele rzeczy pozwolić. Widziałem, jak gestapowcy, którzy przyszli po mojego kolegę Kazika Dobrzańskiego, który uciekł z Arado Flugzeugwerke i zaczepił się na kolei, stawali przed nim na baczność. I nie oddał im Kazia...

Potem mój profesor ze Szkoły Przemysłowej, Jan Studniarski, przed wojną też profesor Akademii Górniczej, zaproponował mi pracę u siebie, w utworzonym z inicjatywy Walerego Goetla w Krakowie Staatliche Technische Prűfanstalt na Krzemionkach, filii słynnego berlińskiego Physikalisch-Technische Reichsanstalt w Generalnym Gubernatorstwie. Mogłem tam spokojnie pracować jako technik w dobrym laboratorium elektrotechniki stworzonym jeszcze w Akademii Górniczej przez Studniarskiego.

Matury mam dwie. Oczywiście zdałem maturę w Szkole Przemysłowej, ale potem, jako eksternista, zrobiłem jeszcze maturę ogólnokształcącą. Zdawałem ją ze wszystkich, to jest 10 przedmiotów ! Tak wyglądała moja nauka w czasie wojny.


AMK :   – Czy już wtedy miał Pan zainteresowania historią i literaturą, które przecież nigdy Pana nie opuściły, a teraz, w późniejszym wieku, spotęgowały się?

AS :   – Zainteresowania miałem zawsze szerokie, może nawet za szerokie, bo właściwie interesowałem się wszystkim, z dwoma wyjątkami: nigdy nie interesowałem się sportem, ani w młodych latach specjalnie nie interesowałem się muzyką. Ale interesowałem się wszelkimi innymi zagadnieniami, od sztuki po technikę. Byłem zawsze zafascynowany fizyką. Muszę jednak powiedzieć, że gdybym dostatecznie wcześnie zrozumiał, że architektura, tak naprawdę, jest studium artystycznym a nie technicznym, to pewnie byłbym architektem.

Historią i literaturą interesowałem się już w gimnazjum. Miałem doskonałego profesora polonistę, Ludwika Skoczylasa. Wie Pan, że ja do tej pory, nigdy w życiu żadnego wykładu czy referatu nie czytałem, zawsze go wygłaszam. A to wyniosłem ze szkoły. Raz w tygodniu Skoczylas prowadził ćwiczenia w mówieniu i pisaniu, na których uczył nas i pisać i mówić bez kartki, naprawdę przemawiać. Więc odtąd nigdy nie czytam swoich wystąpień i muszę powiedzieć, że tępię czytanie referatów. Teraz jestem znany z tego w Komisji Historii Nauki Polskiej Akademii Umiejętności. Zresztą to ma tę dobrą stronę, że nie zdarzy mi się odczytać przez nieuwagę dwa razy tych samych kartek, jak to się zdarza zwłaszcza starym profesorom...

Historią również bardzo się interesowałem Miałem tu też znakomitych profesorów. Moim profesorem historii był najpierw Franciszek Fuchs, chyba jeden z najlepszych wówczas historyków-dydaktyków w gimnazjach krakowskich, a później równie dobry, jeśli nie lepszy był młody "suplent", jak to się wtedy nazywało, Wiktor Podkówka. Ja i mój najserdeczniejszy przyjaciel w gimnazjum, Jaś Singer, zorganizowaliśmy w "Sobieskim" Koło Historyków, Jaś był prezesem, ja byłem sekretarzem. Przechowałem protokoły tego Koła Historyków i teraz znajdują się one w archiwum Polskiej Akademii Umiejętności. Jest zabawne zobaczyć, na jakim poziomie te szczeniaki w trzeciej klasie gimnazjalnej wygłaszały referaty z historii.


AMK :   – Jak przebiegały Pańskie studia?

AS :   – Zaraz po wojnie były i studia i pierwsze lata pracy w Uniwersytecie. Fizykę zacząłem studiować na początku roku 1945, zaraz po otwarciu Uniwersytetu Jagiellońskiego.


AMK:   – Ale najpierw był Pan astronomem? Jak to się stało?

AS :   – Jak zostałem astronomem? Astronomem zostałem właściwie przez przypadek. Przed wojną miałem zamiar studiować elektrotechnikę na Politechnice Lwowskiej. Ale po wojnie Lwów znalazł się poza Polską, a w Krakowie elektrotechnika ani na Akademii Górniczej ani na Politechnice nie wyglądała zbyt dobrze, w czym się orientowałem. Wobec tego zdecydowałem się studiować fizykę. To dobrze, można było tę fizykę studiować, tylko trzeba było jeszcze coś jeść, więc trzeba było pracować. Poszukiwałem jakiegoś zajęcia i wtedy mój przyjaciel Wojtek Zakrzewski, którego poznałem jeszcze w tym niemieckim instytucie technicznym, a który był chyba jakimś powinowatym Banachiewicza, zwrócił mi uwagę, że Profesor Tadeusz Banachiewicz, astronom, poszukuje asystenta.

I ja wtedy – a był to luty 1945 roku – trochę na wariackich papierach, bo nawet nie byłem jeszcze studentem uniwersytetu, zgłosiłem się do Banachiewicza i on odbył ze mną rozmowę. Rozmowa ta była właściwie egzaminem, który będę do końca życia pamiętać. To był chyba najważniejszy egzamin, jaki w moim życiu zdawałem.

Banachiewicz zapytał mnie co przeczytałem z matematyki i fizyki. Wymieniłem podręczniki z analizy matematycznej Banacha i Łomnickiego, z fizyki Pohla i Miehe'go Lehrbuch der Electrizität und des Magnetismus. Przyniósł wtedy ze swego pokoju w Obserwatorium Łomnickiego oraz książki Pohla i i Miehe'go, otwierał je na chybił trafił i zadawał mi pytania. Jakoś ten egzamin wypadł pomyślnie. Banachiewicz przyjął mnie jako asystenta. Ku zdumieniu mojego dziekana na uniwersytecie, Zawirskiego, który zupełnie nie mógł zrozumieć jak to nie będąc studentem, mogę już być asystentem. Ale Banachiewicz nie uważał, by jakieś formalne względy mogły tutaj zaważyć i złożył wniosek o zatrudnienie mnie w Uniwersytecie. Zostałem więc astronomem "praktykującym", jakkolwiek nie studiowałem astronomii. "Wierzącym" byłem zawsze fizykiem, bo równocześnie studiowałem fizykę.


AMK :   – Napisał Pan niedawno bardzo ciepłe wspomnienie o Profesorze Banachiewiczu, które ukazało się w Zwojach. Czy zechciałby Pan coś dodać o swojej pracy naukowej młodego astronoma?

AS :   – Cóż można powiedzieć o mojej pracy jako astronoma? Już pewne rzeczy napisałem w tym moim wspomnieniu o Banachiewiczu. Może zwróciłbym na jedną rzecz uwagę, która w Obserwatorium Krakowskim była niezwykle ważna dla formowania się młodego naukowca. Otóż w pracy naukowej panował w Obserwatorium zupełnie niebywały liberalizm. Każdy mógł się zajmować tym, czym chciał. Oczywiście Profesor sugerował pewne zagadnienia, którymi należało się zająć. Ale tylko je proponował, nie wymuszał. Ja na przykład nie bardzo wierzyłem w obiektywność obserwacji gwiazd zmiennych zaćmieniowych metodą Argelandera i mimo że były to w Obserwatorium podstawowe prace obserwacyjne nikt mnie nie naciskał, bym je wykonywał. Gwiazdy zaćmieniowe zacząłem obserwować dopiero wtedy, gdy Piotrowski przywiózł z Ameryki pierwszy fotopowielacz i zbudowaliśmy razem pierwszy w Polsce fotometr fotoelektryczny.




Tadeusz Banachiewicz w auli Collegium Novum ze swymi współpracownikami po promocji doktorskiej Lidii Stankiewiczównej (maj 1947).

Od lewej:   Adam Strzałkowski, Aldona Szczepanowska, Irena Kocyan, Aleksandra Stebnicka, Halina Jaśkowa,
Lidia Stankiewiczówna, Józef Ryzner, Tadeusz Banachiewicz, Tadeusz Kochmański.



AMK :   – Jakieś anegdoty o Banachiewiczu?

AS :   – O Banachiewiczu... Można strasznie dużo opowiadać o Banachiewiczu, bo to był niezwykle ciekawy, oryginalny i w jakimś stopniu nadzwyczajny człowiek. Bardzo często, zwłaszcza teraz z okazji 50-lecia śmierci Banachiewicza, ludzie pytali mnie jakie były religijne poglądy Banachiewicza, czy może ogólnie jego poglądy na transcendentalne aspekty świata.

Wie Pan, muszę powiedzieć, że nie wiem. Nie wiem dokładnie jakie były poglądy religijne Banachiewicza, nigdy się o tym nie rozmawiało. Ale o pewnych zdarzeniach rzucających jakieś światło na te problemy mogę opowiedzieć. Banachiewicz na przykład, gdy mu przedstawiano jakieś nieprawdopodobne fakty czy stwierdzenia w nauce, mawiał: "Cudów nie ma.....", ale zawsze dodawał: ".....przynajmniej nie w tej dziedzinie".


AMK :   – To zgrabne powiedzenie, ale czy odzwierciedlało to rzeczywiście jego filozofię życia?

AS :   – Otóż może niezupełnie tak było. Pewnego razu, była to późna jesień, wieczorem, siedzieliśmy z Ireną Kocyan w Obserwatorium w pokoju sąsiadującym z pokojem zegarowym. Przyszedł Banachiewicz. Usiadł, jak zwykle nic nie mówił, myśmy coś tam go zagadywali. W pewnym momencie wyraźnie usłyszeliśmy obrót kopuły wschodniej. W Obserwatorium to jest niezwykle charakterystyczny odgłos, taki szurgot zębatego mechanizmu poruszającego kopułę. Banachiewicz zapytał zdziwiony: "Ktoś obserwuje? No, przecież nie ma pogody..." Wobec tego, ja się zerwałem i pobiegłem po krętych schodach do kopuły. Stwierdziłem, że kopuła była zamknięta, nie było tam nikogo. Wróciłem i zdałem z tego relację. Banachiewicz przez pewien czas milczał, a potem powiedział: "No tak, dzisiaj jest rocznica śmierci Profesora Grabowskiego".

Profesor Lucjan Grabowski był profesorem we Lwowie, ale wcześniej studiował i pracował w Krakowie, jeszcze za czasów dyrektury Rudzkiego w Obserwatorium. Nigdy tego jeszcze nikomu nie opowiadałem, opowiadam to Panu pierwszy raz.

Banachiewicz zresztą był naprawdę wielkim człowiekiem, ale nie łatwym w pożyciu. Odbijało się to chyba też na jego późnym małżeństwie.


AMK :   – Jak to się stało, że rzucił Pan astronomię dla fizyki i kiedy?

AS : Ja nigdy formalnie nie studiowałem astronomii, jak już o tym mówiłem. Zdawałem tylko jeden jedyny egzamin z astronomii u Banachiewicza, który obowiązywał również fizyków. Słuchałem wszystkich wykładów, które prowadził Banachiewicz. Były to wspaniałe wykłady i słuchałem je dla przyjemności, ale nie zdawałem z nich egzaminów.

Studiowałem fizykę do roku 1948, kiedy zrobiłem magisterium, pracując równocześnie w Obserwatorium. Ale nawet po studiach, pracując w Obserwatorium do roku 1954, przez cały czas, utrzymywałem stały kontakt naukowy z fizyką, z Profesorem Niewodniczańskim. Płaca asystenta była niewielka. Pracując w Obserwatorium i studiując fizykę, w pierwszym roku, żeby wyżyć z moją rodziną, byłem nauczycielem w Szkole Przemysłowej, którą w czasie wojny ukończyłem. Władysław Tęcza, astronom, który już przed wojną był komunistą i razem z Leszkiem Staronką działaczem Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych (TUR), zorganizował szkołę średnią TUR'u dla robotników. I ja w tej szkole dla robotników też uczyłem.

Mniej więcej po roku, Banachiewicz objął Katedrę Geodezji Wyższej na Politechnice Krakowskiej i zaproponował mi drugi etat w tej Katedrze. Wtedy mogłem rzucić te szkoły. Pracowałem więc na dwóch etatach w Obserwatorium, ale jak mówiłem miałem przez cały czas kontakt naukowy z fizyką. Budowaliśmy wtedy w Instytucie Fizyki na Gołębiej 13 mały cyklotron, tak zwany cyklotron C48, bo miał średnice nabiegunników 48 cm. W pewnym momencie Profesor Niewodniczański zaproponował mi przejście do Instytutu Fizyki i zdecydowałem się na to; było to zresztą niedługo przed śmiercią Banachiewicza.


AMK :   – Jak na początku, po wojnie, wyglądała krakowska fizyka? Czy już wtedy istniał dosyć ścisły podział na fizykę doświadczalną i teoretyczną? Na początku królowała chyba optyka?

AS : Wtedy, kiedy ja zaczynałem studiować w roku 1945, było na fizyce dwóch profesorów. Był Profesor Konstanty Zakrzewski i był Profesor Jan Weyssenhoff. Zakrzewski był eksperymentatorem, Weysssenhoff był teoretykiem. Podział na katedry fizyki doświadczalnej i fizyki teoretycznej istniał od dawna, ale nie było takiego podziału na studiach, do magisterium. Specjalizacja następowała dopiero w pracy magisterskiej.

Co było wtedy głównym kierunkiem badań naukowych? Za czasów Zakrzewskiego było trochę optyki, było trochę fizyki ciała stałego, ale jednym z głównych kierunków było badanie promieni kosmicznych, czym zajmował się Jaś Wesołowski. To była inicjatywa Zakrzewskiego, żeby zorganizować laboratorium do badania promieni kosmicznych w kopalni soli w Wieliczce, pod ziemią, i na ten cel uzyskał jeszcze przed wojną fundusze z PAU. Jerzy Janik i ja robiliśmy w Wieliczce prace magisterskie u Wesołowskiego. Pracując w Obserwatorium jeździłem więc jeszcze do Wieliczki i dyżurowałem przy eksperymencie czasem całymi dniami i nocami, bo często wtedy w kopalni wyłączano prąd. Magisterium zrobiłem – jak wspominałem – w roku 1948.

A potem po przyjściu Profesora Niewodniczańskiego do Krakowa fizyka zaczęła się dynamicznie rozwijać. Wie Pan, ja policzyłem, że w tej chwili w Instytucie Fizyki UJ jest więcej profesorów emerytowanych, niż wtedy, kiedy ja zaczynałem studia, było wszystkich pracowników, łącznie z woźnym Olką i z dwoma laborantami, Franciszkiem Siudakiem i Wojciechem Dymkiem. To zmienił całkowicie Niewodniczański. Z pojawieniem się Niewodniczańskiego zjawiły się w Instytucie nowe kierunki badań. Rozbudowała się optyka atomowa, fizyka ciała stałego, ale przede wszystkim fizyka jądrowa. Niewodniczański różnym swoim uczniom proponował zajęcie się tymi różnymi działami fizyki, które zaimplantował w Krakowie, a w których sam pracował jeszcze przed wojną.. Jurek Janik zajął się fizyką ciała stałego, wykorzystując do tego oddziaływanie neutronów, Danuta Kunisz i Franek Leś pracowali w optyce, a my z Andrzejem Hrynkiewiczem zajęliśmy się fizyką jądrową – ja więcej oddziaływaniami i reakcjami jądrowymi, Hrynkiewicz więcej spektroskopią jądrową. Tak na początku wyglądała sytuacja.


AMK :   – Profesor Niewodniczański ściągnął do Krakowa teoretyka Profesora Jana Blatona. W roku 1948 Blaton zginął w Tatrach... Czy pamięta Pan Blatona?

AS :   – Blatona pamiętam doskonale, był znakomitym fizykiem. Wie Pan, nad krakowską fizyką ciąży jakieś fatum. Wszyscy ci ludzie, fizycy, którzy ocierali się o genialność umarli bardzo wcześnie...

Genialnym fizykiem był Marian Smoluchowski, tej klasy, co najwybitniejsi wtedy fizycy na świecie Przyszedł do Krakowa w roku 1913, umarł w roku 1917, na czerwonkę, gdy miał zaledwie 44 lata. Był wtedy w szczytowym stadium swej twórczości naukowej. Nie mam wątpliwości, że gdyby żył dłużej, po pierwszej wojnie światowej dostałby nagrodę Nobla. Wielu fizyków, którzy rozwijali jego idee, ją dostało.

Drugim człowiekiem, który moim zdaniem był genialny, był Jan Blaton. Gdy miał 45 lat, zginął tragicznie w Tatrach. Tak samo w najwyższym stadium swej twórczości. Niedługo przed śmiercią był w Kopenhadze i tam napisał słynną pracę, o której się zapomina, o kinematyce relatywistycznej. To jest podstawa opisu wszystkich procesów, którymi później zajmowała się fizyka wysokich energii. A zrobił to Blaton. Gdyby żył dłużej, to zapewne pracowałby dalej w fizyce procesów wysokiej energii i zrobiłby na pewno niezwykle dużo.

A znacznie wcześniej, w roku 1888, w wieku 43 lat umarł też tragicznie Zygmunt Wróblewski, wielki fizyk, który pierwszy wraz z Karolem Olszewskim skroplił powietrze. To naprawdę jest jakieś złe fatum.

Obydwaj, i Smoluchowski i Blaton byli doskonałymi dydaktykami. Smoluchowski pięknie pisał o fizyce, znakomicie wykładał. A wykłady Blatona należały do najlepszych, jakie w życiu słyszałem. Słuchałem jego wykładu z mechaniki teoretycznej dla przyjemności, mimo, że miałem już zdany egzamin z mechaniki teoretycznej u Ważewskiego, po wysłuchaniu okropnego wykładu Bieleckiego. Wykład Blatona z mechaniki był fascynujący. Mechanika teoretyczna jest piękna i uczy się jej nadal – jest piękna, jeśli jest dobrze wykładana. Słuchałem i drugiego wykładu Blatona z mechaniki kwantowej w podejściu Diraca. To był też znakomity wykład.

Którejś niedzieli w maju 1948 r. w Zakopanem Blaton z żoną Oleną i Niewodniczański wyjechali na Kasprowy Wierch. Blaton nie miał żadnego doświadczenia w Tatrach, ale był zupełnie zafascynowany górami. Pogoda była zła, padał deszcz, było ślisko, Niewodniczański go przestrzegał. Rozstali się. Blaton poszedł dalej z żoną, poślizgnął się w żlebie pod Świnicą i spadł.

AMK :   – Był Pan na Uniwersytecie Jagiellońskim w okresie stalinowskim. Jak doświadczył Pana stalinizm na UJ?

AS :   – Ja muszę powiedzieć, że na fizyce stalinizm wyglądał łagodnie. Na studiach fizyki nie było tak dużych nacisków polityczno-filozoficznych, jak na innych kierunkach, więc i stalinizm przeżyłem nietknięty. Potem, już po moich studiach, były takie "narady produkcyjne", uczono nas w idiotyczny sposób marksizmu-leninizmu-stalinizmu, ale te naciski były bardzo powierzchowne, tym bardziej, że wśród fizyków prawie nie było partyjnych. W tym pierwszym okresie, było ich chyba tylko dwóch, potem może trzech.


AMK :   – Przyszedł Październik 1956. Jak pamięta Pan Październik na Uniwersytecie Jagiellońskim?

AS :   – Październik 1956 wzbudził wielkie nadzieje. O tym się dzisiaj nie pamięta, o tym nie mówi się często. Myśmy mieli wtedy przekonanie, że coś, co było zdecydowanie złe, się kończy. Wyobrażaliśmy sobie, że to co nastanie, będzie znacznie lepsze. Oczywiście, po pewnym czasie stwierdziliśmy, że to nie było zupełnie tak, tym niemniej Październik witany tu był niemal entuzjastycznie. Pamiętam jak entuzjastycznie do Października, do Gomułki, odnosił się Profesor Weyssenhoff.


AMK :   – Zaczęły się wówczas wyjazdy na Zachód. W roku 1957, jako jeden z pierwszych wyjechał Pan do Liverpoolu. To musiało być wtedy spore wydarzenie.

AS :   – Dla nas Październik zmienił bardzo dużo. Zmienił przede wszystkim to, że stały się możliwe wyjazdy za granicę. Mniej więcej w tym okresie odbyła się Pierwsza Konferencja Genewska na temat. pokojowego wykorzystania energii jądrowej. Związek Sowiecki zaproponował wtedy krajom satelickim zakup dużych urządzeń badawczych, tzn. cyklotronów i reaktorów. I udało nam się – to by była historia na osobną rozmowę – uzyskać dla Krakowa cyklotron.

A Profesorowi Niewodniczańskiemu udało się ulokować nas na stażach naukowych w dobrych ośrodkach zagranicznych. Udało mu się to dzięki temu, że był on uczniem Rutherforda; wszyscy Rutherfordczycy trzymali się razem, a zajmowali na całym świecie niezwykle ważne stanowiska w fizyce jądrowej. Profesor mógł więc do nich rozsyłać swoich uczniów, którzy byli tam przyjmowani po prostu jak członkowie rodziny. Ja muszę powiedzieć, że ilekroć zetknąłem się z Rutherfordczykami, to zawsze czułem się niemal od razu w rodzinie. Oni uważali, że my, będąc uczniami, a więc w pewnym sensie synami naukowymi Niewodniczańskiego, jesteśmy tym samym naukowymi wnukami Rutherforda. Tak to wyglądało...

Ja wyjechałem razem ze Stefanem Świerszczewskim do Liverpoolu, do Skinnera. Niemal w tym samym czasie wyjechał do Ameryki do Deutscha Andrzej Hrynkiewicz, a nieco później wyjechał do Burchama do Birmingham Kazimierz Grotowski. Jeszcze później, też do Liverpoolu wyjechał Andrzej Budzanowski. Świerszczewski wtedy został w Anglii. Zmienił nazwisko na Roman i zdecydował się nie wracać do Polski.


AMK :   – Czym zajmował się Pan w Liverpoolu z fizyki jądrowej? O ile pamiętam, to były pionierskie prace z polaryzacji deuteronów?

AS :   – Nie ulegało wątpliwości, że w czasie mojego stażu w Liverpoolu będę zajmować się fizyką jądrową. Zacząłem pracować z Brian’em Hird’em nad zagadnieniami polaryzacji spinowej cząstek w reakcjach jądrowych. To było wtedy niezwykle modne zagadnienie. Z Brian'em udało się nam zmierzyć po raz pierwszy na świecie polaryzację w rozproszeniu deuteronów, a później jeszcze udało się nam zmierzyć reakcję strippingu, to jest oderwanie od tych spolaryzowanych deuteronów protonu, który leci dalej podczas gdy neutron zostaje przyłączony do bombardowanego jądra.


AMK :   – Czyli była to reakcja (d,p) z wiązką spolaryzowanych deuteronów?

AS :   – Wiązkę spolaryzowanych deuteronów uzyskaliśmy przez rozproszenie ich na wewnętrznej tarczy 12C w cyklotronie. Było to wówczas najprościej. Nie było dużo tych spolaryzowanych deuteronów ale dostatecznie dużo, żeby zmierzyć asymetrię protonów wylatujących w prawo i lewo ze strippingu na zewnętrznej już tarczy węglowej.


AMK :   – Po powrocie zrobił Pan jeden z pierwszych wtedy doktoratów. To musiało też być wtedy wydarzenie. Czy Pańskim promotorem był Niewodniczański?

AS :   – Tak, z tych moich prac z Liverpoolu doktoryzowałem się po powrocie do Krakowa. Nie można powiedzieć, że to był jeden z pierwszych doktoratów, bo po wojnie ludzie się doktoryzowali, ale potem był dłuższy okres, gdy wprowadzono "kandydatury nauk", na wzór sowiecki. Nasza grupa kilku osób, które się wtedy doktoryzowały, to byli pierwsi doktorzy po ponownym przywróceniu tytułu doktora. Oczywiście Niewodniczański był moim promotorem. Mam zdjęcia z mojej obrony, która odbyła się w Auli Collegium Novum, a także zdjęcie, na którym po promocji wszyscy ci nowi doktorzy stoją z Profesorem Niewodniczańskim przed Collegium Novum.




Moja obrona pracy doktorskiej.....




.....i promocja doktorska.




Profesor Henryk Niewodniczański ze swymi świeżo wypromowanymi doktorami – kwiecień 1961.

Od lewej:   Kazimierz Grotowski, Jacek Hennel, Adam Strzałkowski, Stanisław Ogaza, Jerzy Pietruszka, Henryk Niewodniczański,
Adam Wanic, Zofia Leś, Franciszek Leś, Andrzej Kisiel.



AMK :   – O ile pamiętam, miał Pan tytuł zastępcy profesora. Jak był on umiejscowiony w hierarchii naukowej?

AS :   – Tytuł zastępcy profesora dostałem wcześnie, gdy przeszedłem na fizykę, co zaproponował Profesor Henryk Niewodniczański. To był tytuł, który można było dostać uchwałą Rady Wydziału przed habilitacją. Miało się status samodzielnego pracownika nauki, przed docenturą, do której wymagana była habilitacja.


AMK :   – Pytam o ten wczesny okres, bo jest to dla mnie bardzo interesujące, jeszcze przed moimi czasami. Jak znalazł się Pan również w Instytucie Fizyki Jądrowej w Krakowie?

AS : Jak powstawał Instytut Fizyki Jądrowej? Otóż wtedy, gdy Rosjanie zaproponowali Polsce zakup cyklotronu i reaktora, powstał Instytut Badań Jądrowych w Warszawie. W Krakowie początkowo został utworzony jeden z Zakładów tego Instytutu. Później ten Zakład usamodzielnił się i zrobił się Instytutem Fizyki Jądrowej w Krakowie, teraz imienia Henryka Niewodniczańskiego.

My mieliśmy wtedy po dwa etaty, pracowaliśmy równocześnie w Uniwersytecie Jagiellońskim i w Instytucie Fizyki Jądrowej. Ja brałem bardzo czynny udział w staraniach, aby cyklotron został zlokalizowany w Krakowie, o czym, jak powiedziałem, mógłbym bardzo długo opowiadać, ale też brałem udział w targach o cyklotron. To było już po 1956 roku i można było ze Związkiem Sowieckim negocjować cenę. Pojechaliśmy tam i uzyskaliśmy obniżenie tej ceny. Nie takie duże jak na reaktor, ale Rosjanie znacznie zredukowali i tę cenę.


AMK :   – Ja pamiętam Profesora Niewodniczańskiego już tylko pod koniec jego życia, jako człowieka o wydawało się nienaruszalnej pozycji. Czy mógłby Pan powiedzieć coś o nim jako o człowieku.

AS :   – O Profesorze Niewodniczańskim mógłbym opowiadać godzinami. Profesor Niewodniczański zresztą sam wspaniale opowiadał, był znakomitym gawędziarzem, takim jak to Wańkowicz pisze o staropolskich czy starolitewskich gawędziarzach, w których gawędach pomieszane było wszystko ale były zawsze niebywale interesujące. O Papie Niewodniczańskim – jak go nazywaliśmy – muszę kiedyś obszerniej napisać.

Ale żeby tu dodać jakąś anegdotę o nim, może zostańmy, jak w przypadku Banachiewicza, przy religijności. Niewodniczański był człowiekiem niezwykle religijnym. Pamiętam, jak w czasie naszych wspólnych podróży po świecie, często, ze względu na oszczędność, mieszkaliśmy w hotelu w jednym pokoju. Wieczorem Niewodniczański zawsze mówił: "Kulego, teraz krótki pacierz po łacinie". Klękał przy łóżku i modlił się. Uważał, że z Panem Bogiem należy rozmawiać po łacinie. Gdy umarł, to kardynał Wojtyła, obecny Jan Paweł II, odprawił Mszę świętą za jego duszę, i odprawił ją po łacinie. Pani Irena Niewodniczańska poszła mu podziękować i specjalnie dziękowała mu za to, że tę Mszę świętą odprawił po łacinie. A wtedy Kardynał powiedział: "No cóż, przecież znałem jego dziwactwa..."

Profesor, mimo tego, że rozmawiał z Panem Bogiem po łacinie, to miał do Niego bardzo bliski stosunek, można powiedzieć, taki trochę familiarny. Uważał nawet że w drobnych sprawach, Pana Boga można trochę pocyganić.

Pamiętam taką historię, gdy wracaliśmy kiedyś z Ameryki w piątek wieczorem, samolotem TWA. W samolocie podali kolację, jakieś wędliny, mięsa, wtedy jeszcze te kolacje w samolotach były lepsze. Ja dostrzegłem na tacce jakąś zwiniętą karteczkę. Rozwinąłem ją. Było na niej napisane, że arcybiskup Nowego Jorku, kardynał Spellman, udziela pasażerom podróżującym TWA dyspensy od piątkowego postu, co oczywiście było bzdurą, bo każdy podróżny zwolniony jest od postu. Zajrzałem przez oparcie, gdyż Profesor siedział przede mną i zauważyłem, że wcina te mięsa, a karteczka na jego tacce była zwinięta. Nachyliłem się do niego i zapytałem: "Pan Profesor je w piątek mięso?" A Profesor mówi mi na to: "Tak, Kulego, ale ja już przesunąłem zegarek na czas europejski". Zwracam mu więc uwagę: "No to niech Pan Profesor przeczyta sobie tę karteczkę". Rozwinął ją, przeczytał i powiedział do mnie uradowany: "Kulego, to ja mogę z powrotem przesunąć zegarek!". Ja wtedy doskonale sobie wyobraziłem Pana Boga, który się na to ubawiony uśmiecha.


AMK :   – W drugiej połowie lat 1960. był Pan bardzo czynny w zorganizowaniu Filii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Katowicach, dzisiaj Uniwersytetu Śląskiego; zorganizował Pan tam Instytut Fizyki. To była niewątpliwie wielka sprawa. Kilku moich kolegów ze studiów przeniosło się wtedy do Katowic. Jak Pan patrzy na tamtą swoją działalność z perspektywy czterdziestu lat? Czy ma Pan poczucie odrobionej trwałej, dobrej roboty?

AS :   – Filia Uniwersytetu Jagiellońskiego w Katowicach. Muszę powiedzieć, że była to dla mnie szalona przyjemność. To był jeden z najprzyjemniejszych okresów mojego życia. Ja zawsze mówiłem, że gdybym miał mieć prywatne przedsiębiorstwo, to chciałbym mieć albo szkołę, albo wydawnictwo, albo fabrykę zabawek. I te Katowice, to była taka moja prywatna szkoła. Tam nikt nie miał nic do gadania poza mną. Ja fizykę tam naprawdę od podstaw tworzyłem.. Byłem tam absolutnie samodzielny. Gdy nastałem w Katowicach, to moim warunkiem było, i powiedziałem to wyraźnie Gierkowi i Ziętkowi, którzy wówczas byli u władzy na Śląsku, że sprawy personalne w Instytucie Fizyki filii należą tylko i wyłącznie do mnie. I wie Pan, oni mi to obiecali i mimo bardzo silnych nacisków o zatrudnienie różnych osób, jeśli ja powiedziałem nie, to oni to respektowali. Oczywiście aż do momentu, kiedy powstał Uniwersytet Śląski i przyłączono do niego Akademię Pedagogiczną w Katowicach wraz z dobrodziejstwem żywego inwentarza. W momencie kiedy się o tym dowiedziałem, pojechałem do rektora Popiołka, który leżał w szpitalu ze złamaną nogą, i złożyłem mu rezygnację.

Miałem tę satysfakcję, że w jakiś czas później Popiołek przyjechał do mnie do Krakowa i powiedział : "Wie Pan, miał Pan rację!". Ja potem dostałem Doktorat Honoris Causa Uniwersytetu Śląskiego i ten tytuł, obok tytułu profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego i członkostwa Polskiej Akademii Umiejętności, cenię sobie niezwykle wysoko.


AMK :   – Pamiętam, że wysłałem wtedy Panu z Edmonton życzenia z okazji tego doktoratu honorowego. A teraz o czym innym: Był i jest Pan świetnym wykładowcą. Kiedy i co zaczął Pan wykładać?

AS :   – Wykładać zacząłem bardzo wcześnie. Uczyłem już – jak wspominałem – w Szkole Przemysłowej, ale wykładać zacząłem astronomię jeszcze w czasie mojej pracy w Obserwatorium.

Gdy przeniosłem się na fizykę, zacząłem wykładać najpierw dla chemików. Dwa lata temu na spotkaniu emerytowanych profesorów u Rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, spotkałem Profesora Ryszarda Gryglewskiego, medyka, dawnego Rektora Akademii Medycznej, który robił potem znakomite prace z farmakologii, również z Andrzejem Szczeklikiem. Zdumiałem się, że jest on już na emeryturze, gdyż kiedyś przypominał mi, że był na chemii moim studentem. Powiedziałem wtedy do Gryglewskiego: "Panie Rektorze, to straszne, że moi studenci już są na emeryturze". Na to Gryglewski powiada: "No tak, ale nie obrażając Pana, to był Pan wtedy jeszcze szczeniakiem".

Mówi Pan, że jestem dobrym wykładowcą. No, ja pewnie wykładam systematycznie, pewnie wykładam poprawnie i porządnie, ale przypuszczam, że okropnie nudno. Wyobrażam sobie, że jeśli na wykładzie usiłuję opowiedzieć kawał, to studenci zawsze go zapiszą, nie zauważając, że to był dowcip.


AMK :   – Od kogoś musiał nauczyć się Pan techniki wykładów, tego zapisywania ładnym, dosyć drobnym pismem czterech tablic, dwie przed przerwą i dwie po niej. Czy od Banachiewicza? Nazywa go Pan swym Mistrzem...

AS :   – Wpływ Banachiewicza był ogromny. Był dla nas na pewno niedoścignionym wzorem. Jak już mówiłem, wykłady Banachiewicza były świetne. To były wykłady, w trakcie których Banachiewicz stawiał nam nowe zagadnienia do rozwiązania. Tego ja nigdy nie potrafiłem robić, ale też nie robił tego żaden inny ze znanych mi wykładowców. Co na pewno przejąłem od Banachiewicza, to był ogromny szacunek dla słuchaczy. Ten szacunek czuło się zawsze w wykładach Banachiewicza. Banachiewicz, na przykład, zawsze piekielnie się denerwował, gdy się pomylił w czasie wykładu. Nigdy nie zbywał słuchacza, co się często wykładowcom zdarza. Nie lubił pytań w czasie wykładu, ale gdy nie znał w danym momencie odpowiedzi, to przyznawał się do tego i udzielał wyjaśnień na następnym wykładzie.

Te moje zapisane cztery tablice... Rzeczywiście denerwowało mnie, gdy ktoś podczas przerwy zmazał dwie pierwsze, ale to zdarzało się rzadko. Natomiast kiedyś studenci narysowali mi na tablicach kreski z zaznaczonymi godzinami, 10:15, 10:30, 10:45, itd. To mnie wtedy zupełnie zdekoncentrowało. Były takie lata, gdy studenci fotografowali tablice po moim wykładzie i potem odbitki używali jako skrypt.


AMK :   – A ten uśmiech, bez otwierania ust, którego ja nauczyłem się od Pana, to też pochodzi od Banachiewicza?

AS :   – Czy ja go przejąłem od Banachiewicza? Chyba nie. Banachiewicz śmiał się inaczej, w ogóle nie otwierał ust i chichotał przez całkiem zamknięte usta. A ja staram się po prostu zawsze w ciągu mojego życia nie szczerzyć zębów, ale jednak na ogół otwieram usta, gdy się naprawdę śmieję.


AMK :   – Był i jest Pan postacią o rzadkiej charyzmie bycia, charyzmie bez wyniosłości, ma Pan czarującą osobowość. Jak Pan to wypracował?

AS :   – Tu mnie Pan komplementuje, Panie Andrzeju. Wie Pan, mój stosunek do studentów opierał się zawsze na tym, że ja bardzo lubiłem moich studentów. A mógłbym Panu zaraz dać przykłady tych naszych profesorów, którzy nie lubią studentów...


AMK :   – Fizyka jądrowa niskich energii została mocno ograniczona, albo przeszła do zupełnie nowych zagadnień, nie chcę powiedzieć, że skończyła się. Jak jest naprawdę? Czy to jest już prawie zamknięty dział nauki? Mam do Pana pytanie może prowokacyjne. Ile teraz warta jest fizyka niskich energii, jaką Pan, a i po części ja, uprawialiśmy? Co trwałego zostało z tej fizyki, pomijając ją oczywiście jako cegiełkę w wiedzy ludzkiej?

AS :   – Fizyka jądrowa niskich energii.... Jak Pan wie, po prostu przesuwa się granica tych "niskich energii". To, co kiedyś nazywało się fizyką niskich energii, to rzeczywiście dzisiaj jest mało uprawiane, ale ciągle fizyka średnich energii, obszar GeV-owy (który dawniej był obszarem wysokiej energii), fizyka mezonowa, to jest ciągle szeroko uprawiana fizyka jądrowa. Więc nie można powiedzieć, że fizyka jądrowa się skończyła, że jest nieaktualna. Również dalej prowadzi się prace ze spektroskopii jądrowej i badania struktury jądra atomowego. To nie jest zamknięty dział. Ciągle wiemy stosunkowo mało o oddziaływaniach. Wiemy już dość dużo o oddziaływaniach między kwarkami, ale dalej nie wiemy, jak przejść z oddziaływań pomiędzy kwarkami, do oddziaływań jądrowych. I w eksperymencie i w teorii są tu nadal zagadnienia, gdzie można dużo nowego wnieść.

Jak wygląda teraz nasza pozycja? Pan pamięta ten okres, kiedy zajmowaliśmy się głównie zagadnieniami rozpraszania i reakcji wprost, czyli bezpośredniego oddziaływania. I tu zrobiliśmy stosunkowo dużo. Nasze badania rozpraszania cząstek alfa pod dużymi kątami, do tyłu, łącznie ze zjawiskiem "glory", potencjał modelu optycznego z tak zwanego "podwójnego foldingu" gęstości nukleonów w oddziałujących jądrach i oddziaływania między nukleonami. Wtedy to było coś zupełnie nowego. Później zajęliśmy się zagadnieniami reakcji z ciężkimi jonami, ja np. zajmowałem się reakcjami ze słabo związanym jądrem 9Be, oddziaływaniami międzynukleonowymi, problemem trzech ciał w tych oddziaływaniach, wreszcie fizyką mezonową. Tu jest jakiś nasz dorobek...




Tu jest jakiś nasz dorobek...
Na sympozjum naukowym Louvain-La-Neuve–Kraków,
Louvain-La-Neuve (Belgia), czerwiec 1978 r.


Krakowską fizykę jądrową w zakresie badania reakcji i oddziaływań tworzyliśmy we trójkę, z Kazimierzem Grotowskim i Andrzejem Budzanowskim. Byliśmy z tego znani, nawet w skali międzynarodowej. Mówiono o nas "trójca". Taki nasz stażysta z Charkowa, Słabospickij mawiał : "Wy jesteście jak Trójca Święta: Strzałkowski, najstarszy i najpoważniejszy, to taki Bóg Ojciec, energiczny i aktywny Grotowski jest jak Chrystus, a nad wami unosi się Budzanowski jak Duch Święty". Klaus Mayer-Boericke z Instytutu w Jűlich w Niemczech powiedział mi kiedyś, że tworząc ten ośrodek, wziął sobie nas za przykład i zaprosił do takiej "julichskiej trójcy" Ottona Schulta i Armanda Faesslera, ale oni się szybko wszyscy we trójkę pokłócili. A myśmy współpracowali znakomicie. Drobne tarcia oczywiście się zdarzały, później w sposób naturalny każdy tworzył sobie własny oddzielny warsztat, ale do tej pory są między nami nadzwyczajne stosunki.

Oczywiście bardzo trudno jest definitywnie ocenić, szczególnie jednemu z autorów, jak w skali ogólnej plasuje się ten nasz dorobek. Wie Pan, jak ja patrzę z dużej perspektywy, to chyba najbardziej cenię sobie wczesną moją pracę, którą wykonałem we wczesnych latach pięćdziesiątych z rozpraszania promieniowania w atmosferze ziemskiej, a która miała być moją pracą doktorską z astronomii. To była zupełnie dobra praca, całkowicie samodzielna od początku do końca zrobiona własnymi rękami. I ta praca jest ciągle cytowana i to w monografiach.


AMK :   – Nawet, gdy był Pan bardzo czynnym fizykiem, uciekał Pan w historię i literaturę, w bibliofilstwo. Jak to w Panu współgrało?

AS :   – Te zainteresowania, o których mówiliśmy na początku, poza fizyką, trwały przez całe moje życie. Całe życie interesowałem się przeróżnymi zagadnieniami.




Całe życie interesowałem się przeróżnymi zagadnieniami.



AMK :   – Ale czy to jest dobrze, czy to jest źle? Rozmawiałem teraz z Profesorem Białasem i on powiedział, mi o wskazówkach swego Mistrza Profesora Weyssenhoffa, że o fizyce należy myśleć bez przerwy, stale, o niczym innym...

Ja to, retrospektywnie, widzę po sobie, że ja miałem za dużo zainteresowań, za bardzo się rozpraszałem...


AS :   – Tak, oczywiście. Absolutnie to co Pan mówi w tej chwili jest prawdą. To jest źle. Dla nauki jest to źle, natomiast Pan czy ja po prostu tego potrzebowaliśmy i dlatego z tym jesteśmy szczęśliwi. Jak powiedziałem, ja w nauce zajmowałem się przeróżnymi rzeczami. W samej astronomii zajmowałem się gwiazdami zaćmieniowymi, transferem promieniowania w atmosferze, zajmowałem się radioastronomią, zagadnieniami z astrofizyki; o dziwo, nigdy nie interesowałem się planetami. Potem przeszedłem na fizykę. Również w fizyce pracowałem nad najróżniejszymi zagadnieniami: reakcjami jądrowymi, rozproszeniami, oddziaływaniami nukleon-nukleon, problemem trzech ciał, fizyką mezonową... Ale też zastosowaniami fizyki w medycynie; był czas, że publikowałem więcej w czasopismach medycznych niż fizycznych. To pewnie jest źle, dlatego że w żadnej z tych dziedzin ja naprawdę nie zrobiłem nic fundamentalnego, bo do tego potrzeba dłuższego czasu. Mój przyjaciel i Pana mistrz w Oxfordzie Peter Hodgson całe życie zajmował się praktycznie tymi samymi zagadnieniami, może też nie zrobił nic specjalnie fundamentalnego, ale był przynajmniej szeroko znany.

Ale z drugiej strony, zajmowanie się jakimś jednym tylko zagadnieniem pewnie by mnie nudziło. A niezależnie od wszystkiego, ja naukę zawsze uważałem przede wszystkim za szaloną przyjemność intelektualną. Eksperymentowałem czynnie w fizyce do 77. roku życia.




Przy komorze tarczowej spektrometru magnetycznego
w Instytucie Fizyki Jądrowej w Krakowie.




Przy ostatnim eksperymencie badania rozpadu spolaryzowanych mionów w PSI
(Paul Scherrer Institut–Villigen, październik 2000 r.).


Naukę traktowałem jako swego rodzaju hobby, a ponieważ człowiek powinien mieć też jakieś poważne zajęcie – dlatego w pewnym momencie kupiłem ogród i przez dłuższy czas zajmowałem się ogrodnictwem. Mam nawet dyplom "wykwalifikowanego robotnika". Za dawnych czasów mawiałem, że moje dzieci mają wyjątkowo dobre pochodzenie socjalne, bo nie tylko "robotnicze" ale jeszcze z dyplomem!




... moje dzieci miały wyjątkowo dobre pochodzenie, bo nie tylko "robotnicze", ale jeszcze z dyplomem!



AMK :   – Miał Pan szereg uczniów, którzy, jak ja, wiele Panu zawdzięczają naukowo i życiowo, dla których był Pan Mistrzem, ba, których nawet w pewien sposób Pan chronił. Nie wiem jednak, czy można powiedzieć, że stworzył Pan pewną szkołę. Ja wiem, że w naszych czasach przez samą wagę liczbową tych uczniów, jest to trudniejsze, ponadto tylu Pańskich uczniów rozjechało się po świecie...

AS :   – Pyta Pan o moją "szkołę"... To strasznie trudno mi powiedzieć. Musieliby to powiedzieć moi uczniowie. Pan mnie uważa za Mistrza, Pan się do tego przyznaje.




Doctorande Clarissime ! ....... .




....... hoc diploma, Universitatis sigillo insignitum, tibi in manus trado.

Promocja doktorska Andrzeja Kobosa (12 kwietnia 1973).


Tych moich uczniów, którzy są w Krakowie, w Instytucie Fizyki UJ, albo w IFJ, i mają doskonałe pozycje naukowe jest sporo, ale to tylko oni mogliby powiedzieć, czy uważają mnie za swojego Mistrza. Ja tego nie potrafię powiedzieć. Ale szkoły, w takim sensie, jak mówi się, że szkołę stworzył był Niewodniczański, czy Banachiewicz, to ja chyba nie stworzyłem. Dzisiaj jest trudno powiedzieć, czy coś takiego istnieje, a nawet czy może istnieć. Po prostu to polega na tym, że Niewodniczański był jeden, Banachiewicz był jeden, nikogo innego nie było... Natomiast my działaliśmy i działamy w dużych zespołach, kierujących pracą było i jest zawsze kilku.


AMK :   – Czy ma Pan jakiegoś następcę? Czy jest tu ktoś z takim autorytetem jak Pan w tej dziedzinie fizyki?

AS :   – Nie wiem. Tych młodszych ludzi, bardzo dobrych fizyków jest wielu i boję się, że wytwarza się atmosfera konkurencji. Może to i dobrze. Kiedyś uważałem, że Józek Kuźmiński będzie moim następcą w Katowicach, bardzo na niego liczyłem. Kuźmiński wyjechał zagranicę. Wobec tego, pokierował fizyką w Katowicach, zresztą bardzo dobrze, Wiktor Zipper, który też był moim uczniem. Ja i on zawsze dobrze współpracowaliśmy w wielu miejscach w Europie, w Zurichu, Jülich, Katanii. W Krakowie w naszej grupie – mówię naszej, bo tworzyliśmy ją wspólnie z Lucjanem Jarczykiem – są tak znakomici fizycy jak Kazek Bodek, Andrzej Magiera, Staszek Kistryn, Paweł Moskal...


AMK :   – Od kilku lat zmienił Pan perspektywę. Nie zajmuje się Pan już fizyką, lecz historią nauki, jest Pan Przewodniczącym Komisji Historii Nauki Polskiej Akademii Umiejętności. Co z tej nowej perspektywy może Pan powiedzieć o Akademii?

AS :   – Polska Akademia Umiejętności nigdy nie miała swojego warsztatu badań. Akademia miała tworzyć więzy pomiędzy różnymi działami nauki polskiej, miała popierać różne działania badawcze, była niezwykle bogatą instytucją, miała majątki przed wojną, ale nie była urzędem, mającym na wzór sowiecki sterować nauką, jak Polska Akademia Nauk... Polska Akademia Umiejętności jest bardzo szacowną instytucją, choć teraz nie ma już tych środków, więc nie może finansować badań, natomiast tworzy platformę do współpracy, stymuluje środowisko naukowe, prowadzi szeroką działalność wydawniczą.

Działalność Akademii koncentruje się głównie w licznych komisjach. Profesor Andrzej Białas, obecny Prezes PAU, jeszcze jako dyrektor Wydziału III PAU, doszedł do wniosku, że dobrze by było stworzyć Komisję Historii Nauki i zwrócił się do mnie, czy ja bym to zorganizował? Mnie się to bardzo spodobało. Przed wojną Komisja Historii Nauki PAU zajmowała się tylko naukami przyrodniczymi i matematycznymi. Natomiast ja postanowiłem, że teraz to będzie międzywydziałowa komisja, która obejmie wszystkie nauki. I tak się stało. Muszę powiedzieć, że Komisja Historii Nauki działa dobrze. Organizujemy bardzo ciekawe sesje naukowe jak poświęconą recepcji w Polskie nowych teorii naukowych, czy polskim twórcom aparatury naukowej, plenarne sesje PAU poświęcone niektórym, nieżyjącym już uczonym. Na posiedzeniach Komisji Historii Nauki bywa około 30 osób, wydawnictw jest coraz więcej, zupełnie niezłych, choć zaczyna brakować pieniędzy i siły roboczej, żeby je przygotować.

To sprawia mi satysfakcję, bo jak Panu powiedziałem, zawsze chciałem mieć szkołę albo wydawnictwo. I teraz "mam" to wydawnictwo, mam bardzo dużą swobodę w nim.


AMK :   – Jest Pan bardzo krytyczny wobec starszych już wiekiem fizyków, którzy wypowiadają niekiedy zaskakujące pomysły filozoficzne. To zdarza się nie tylko polskim fizykom...

AS :   – Profesor Antoni Kleczkowski, były rektor Akademii Górniczo-Hutniczej, mój przyjaciel gimnazjalny, członek Komisji Historii Nauki, przypomniał kiedyś na posiedzeniu Komisji, że Profesor Tatarkiewicz kiedyś powiedział: "Jak już nie wydolisz we własnej dziedzinie, wtedy zwracasz się do historii". Niektórzy więc zajmują się historią. To jeszcze nie jest najgorzej. Ale niektórzy zajmują się filozofią, jak już nie wydolą w swojej dziedzinie. I to jest klęska. Filozofia oczywiście różni się od nauk szczegółowych, ale to jest też dziedzina wiedzy, jednak wymaga fachowości. Jest czymś innym, niż fizyka. Niels Bohr też zajmował się zagadnieniami filozoficznymi. Ale nie zajmował się filozofią, tylko zajmował się fizyką z punktu widzenia filozoficznego. A to jest zupełnie coś innego.


AMK :   – Dziękuję Panu bardzo, Panie Profesorze, za tę rozmowę o Pańskim życiu, życiu uczonego...

AS :   – Dziękuję Panu, Panie Andrzeju.

Kraków, luty 2005





Teksty Adama Strzałkowskiego zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2005 Zwoje