
Tekst ten (w pierwotnej wersji) wygloszony zostal przez Autorke na seminarium pracownikow Muzeum Auschwitz-Birkenau w Yad Vashem w Jerozolimie w dniu 9 listopada 1994 r. Zostal pozniej opublikowany w Biuletynie Informacyjnym Panstwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oswiecimiu –Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:
Pro Memoria nr 3/1995.
ZACHOWANIE SIE CZLOWIEKA
W NIELUDZKICH WARUNKACH
HALINA BIRENBAUM
Sprawa zachowania sie ludzi podczas wojny i okupacji niemieckiej absorbuje mnie wlasciwie od dziecinstwa, poprzez getto warszawskie, wywozki do Treblinki, potem w obozach zaglady – i tak do dzis.W ciagu nieomal szesciu lat Holocaustu przezywalam te koszmarne doswiadczenia, nieustannie nasiakalam atmosfera oficjalnie panujacego mordu, a jednoczesnie wpatrywalam sie bystro w otaczajace mnie ciasno, do uduszenia, poniewierane i meczone tlumy wiezniow.
Obserwowalam ich, po prostu szukalam w nich odpowiedzi, zaprzeczenia gotowanej nam nieuchronnie smierci, strzepu wiary, ze ten koszmar minie szybko. Nauczylam sie wtedy czytac w twarzach ludzkich i niesamowicie wyostrzonym instynktem odgadywac reakcje, blyskawicznie oceniac wciaz zmieniajace sie sytuacje, otoczenie czy poszczegolne jednostki.
Niewiele juz zaskakiwalo lub zadziwialo w tych masowo spadajacych na nas tragediach. Okazalo sie w ciagu tych lat, ze nie bylo zla, od ktorego nie byloby jeszcze gorszego.
Staralam sie jak moglam uporac sie z tym. Musialam jakos istniec, bo przeciez zostalam urodzona, oddychalam, chodzilam, odczuwalam bol, zimno, glod – bylam i wciaz jestem tym wylacznie, co w sobie mam.
W jakis, zupelnie dla mnie samej nie do pojecia sposob znalazlam sie nagle za murami, za naelektryzowanymi drutami, osaczona budkami wartowniczymi z wycelowanymi w nas karabinami maszynowymi i ludzmi-automatami, siejacymi smierc za byle co – mimo tylu pieknych zasad, w ktorych ludzi w ciagu pokolen wychowywano.
Auschwitz-Birkenau, wejscie do Bloku 27.
26 stycznia 2005.
(fot. Andrzej Kobos)
Znalazlam sie w miejscu, gdzie normalnie zabijano i palono ludzi. Zydow za to tylko, ze urodzili sie Zydami; Cyganow, bo urodzili sie Cyganami – zabijano ludzi, za to, ze po prostu mimo okrucienstw wojny i okupacji zachowali swa wiare, wiernosc sobie i tym, ktorzy ich uczyli byc ludzmi naprawde.Dorazna rzeczywistosc byla i zawsze jest, nie wazne gdzie, kiedy i na jaki okres, jedynie realna norma, do ktorej zyjace stworzenie musi sie ustosunkowac i dzialac, by istniec dopoki sie da i poki starczy sil. W obozach niewiele zastanawialam sie nad swymi silami, zyjac w ustawicznym strachu i grozie. W chwilach natychmiastowego zagrozenia, ktore zdarzalo sie niemal na kazdym kroku, czulam w sobie najmocniej tylko szalone napiecie i jeszcze intensywniej pulsujace we mnie zycie oraz jedyne pragnienie zachowania go.
Odpychalam od siebie mysl, ze za moment moze mnie nie byc wiecej, jak tylu, tylu innych, wsrod ktorych tloczylam sie w barakach, na narach, na apelach, w kolejkach po zupe, a potem widzialam ogien i dym z ich palonych cial buchajacy z kominow krematoriow. Wiedzialam, ze lada dzien przyjdzie mi podzielic ich los, a jednak nie przestawalam oczekiwac cudu.
Halina Birenbaum
Auschwitz-Birkenau, Blok 27.
26 stycznia 2005.
(fot. Andrzej Kobos)
Nadsluchiwalam wszystkimi zmyslami czy nie zarysowuje sie gdzies, na dalekim horyzoncie tego bezkresnego piekla jakis nikly bodaj znak, ze kres naszych mak zbliza sie, ze to sie kiedys skonczy.Zylam tym wyczekiwaniem, ono bylo moim pokarmem w latach nieopisanego glodu; ogrzewalo mnie gdy stalam naga na mrozie podczas niekonczacych sie apeli i selekcji. Bylo ono moja ucieczka w marzenia od blota, grozy i ohydy obozowej w dobro i milosc, ktorych kiedys zaznalam; stanowilo moja najwyzsza miare wzgledem tego czego doswiadczalam na codzien, oddychajac swadem palonych masowo ludzi, mojego palonego narodu.
Wzrastalam posrod tego bestialstwa od 10. do 15. roku zycia. Wchlonelam w siebie tak wiele, a moze nawet wszystko co w zyciu ludzkim, co w czlowieku – a nawet i w smierci, ktora tyle widzialam i ktora tak czesto sama niemal umieralam. Jest mi dobrze znany jej bliski posmak, atmosfera i uczucia chwil poprzedzajacych owa chwile ostatnia. Zawsze jednak w koncu jakis cud lub przypadek pozostawial mnie po stronie zywych.
* * *
Zycie, nie mniej niz te wszystkie cierpienia w obozie, wydawalo mi sie potezne, wieczne jak niebo, gwiazdy i slonce. Marzylam o klesce hitlerowskich "nadludzi", o domu, jedzeniu, bezpieczenstwie, rodzinie, milosci – ze znow stana sie kiedys moim udzialem. O tym, ze kiedys sama bede znowu czlowiekiem, innym od tych, ktorzy zabijali, bili – od tych co pomagali zabijac i przesladowac. Byla to wtedy moja cudowna bajka, fascynujaca legenda – obrona, jedyna wlasnosc, ktorej nikt nie byl w stanie mi odebrac. Wlasnie tam – na dnie tego piekla, w ktorym tkwilam jako Zydowka, zydowskie dziecko, ktoremu zabroniono nawet tymczasowo zyc w obozie – zrodzilo sie we mnie to glebokie poczucie wlasnego czlowiedzenstwa.Okazalo sie ono silniejsze od glodu, robactwa, strachu na widok zielonych mundurow esesmanow oraz wypasionych kradzionymi nam porcjami chleba i zupy, wedlug ostatnego krzyku oswiecimskiej mody ubranych blokowych, szreiberek, sztubowych, kapo i ich pomocnic czy pupilek, zwanych piplami – wiezniarek wszelkich narodowosci, nie raz gorszych od esemanow i bardziej niebezpiecznych, gdyz stale byly wsrod nas.
Do ukochanej, jedynie pozostalej mi z calej rodziny bratowej powiedzialam – gdy blagala mnie, abym podeszla do kapo dzielacej zupe i poprosila o dolewke – bo czasem dawala dzieciom, ze jesli bedzie nam sadzone przezyc, przezyjemy i bez tej zupy, a jesli nie, dolewka nie pomoze, ani nie zaspokoi naszego glodu.
Hela miala 20 lat i gasla jak nikla swieczka,. Nie moglam w zaden sposob zmusic sie do zebrania, do pchania sie. Widzialam jak inne sie pchaly, blagaly, a kapo walila je zelazna chochla po glowach, ohydnie wyzywala, brudzila resztkami rozchlapujacej sie po ich glowach i ubraniach zupy.
Widzialam siebie w wyobrazni tak wlasnie obsmarowana, zbita, z miska w wyciagnietej w daremnym blaganiu dloni – jakby juz wdeptana w to bagno, rozgnieciona jak obrzydliwy robak. Nie patrzylam w oczy bratowej, nie moglam zniesc jej wyrzutu za brak odwagi, by jednak sprobowac laski.
Bylam gotowa oddac jej wlasna porcje, wmowic w nia, ze nie znosze smaku tej obrzydliwej zupy, ze nie moge jej przelknac, aby tylko zechciala przyjac ja ode mnie; przekonac jakos bratowa – ale nie narazic sie na upokorzenie, ktore bylo dla mnie gorsze niz glod, niz smierc nawet, jak sie okazalo w innym przypadku.
A bylam przeciez zwykla, szara wiezniarka, mialam zaledwie 13 lat, ledwie zdazono wczesniej cos we mnie wpoic, nauczyc, wychowac. I tak bardzo pragnelam zyc, przetrwac i by moja bratowa tez przetrwala! Bez niej w ogole nie wyobrazalam sobie mojego zycia! Kiedy wyznaczyli ja w czasie selekcji na lewo – na smierc, natychmiast pojelam to w calej pelni.
Nagle wtedy zapomnialam o strachu, o tym czym jest potega esesmanskich wladcow. Zlapalam ja ze wszystkich sil w swe objecia, nogi jakbym wmurowala w ziemie – i nie dawalam jej sobie wyrwac, ani siebie wyprzec z miejsca, w ktore sie wparlam. Jakos nie wzieli, ani mnie, ani jej. To "przedstawienie" spodobalo sie panom naszego zycia i smierci, darowali nam tym razem. Potem caly oboz mowil o bohaterstwie jakiejs dziewczyny, ktorej udalo sie uratowac z rak Mengele siostre... A Hela, moja bratowa, istny szkielet czlowieka, szeptala do mnie, ze ona i tak juz nie zyje, jeszcze tylko oddycha moim oddechem, moim zyciem.
Hela nie spodziewala sie, ze pojde za nia do konca. Ja tez sie nie spodziewalam, ze przestane bac sie wszystkiego – jedynie powrotu bez niej na blok. Zastepowala mi matke, odkad Mame odebrali mi przy wejsciu do "lazni" na Majdanku, zanim nawet zdazylam sie spostrzec.
Na poczatku, w Birkenau zostal utworzony blok dla dzieci: dawali tam bialy chleb, mleko i nie szlo sie do pracy. Kobiety o ogolonych glowach, czesto wygladajace przez to jak dzieci, tez wpychaly sie na ten dzieciecy blok.
Ja nie chcialam tam w zaden sposob pojsc, aby nie rozstawac sie z Hela. Kobiety smialy sie ze mnie, mowily, ze jestem glupia, moglabym Heli stamtad pomoc. Nie sluchalam, kazda chwila z nia razem byla mi wazniejsza i drozsza od bialego chleba i mleka.
Po pewnym czasie zabrali caly ten dzieciecy blok do gazu. Ja zostalam wsrod doroslych. Mama, jeszcze w warszawskim getcie, uczyla mnie, ze zawsze musze mowic, iz mam 17 lat, inaczej nie dadza mi wejsc do obozu... Dzieci, starych i chorych nie potrzebuja przeciez.
* * *
Minely lata – im dalej oddziela mnie przestrzen czasu od moich glownych, tragicznych doswiadczen, wchlonietych na krawedzi smierci i najwiekszego zla, tym trudniej mi z ta ogromna wiedza poznana i doswiadczona, z tym co czytam na ten temat w ksiazkach lub co slysze w powszechnie utrzymywanych i gloszonych opiniach.Tadeusz Borowski pisze, miedzy innymi, w jednym ze swych opowiadan w ksiazce Pozegnanie z Maria, ze nigdy nadzieja nie wyrzadzila ludziom tyle zla, co w obozach hitlerowskich, bo przez zlude na szanse przezycia gotowi byli dopuscic sie wszelkiej podlosci.
Natomiast Viktor E. Frankl, logopsychiatra i pisarz z Austrii, rowniez wieziony w Auschwitz i w innych obozach na terenie Niemiec, pisze w swej slynnej ksiazce Psycholog w obozie koncentracyjnym (Man's Search for Meaning), ze na ogol wiezniowie, ktorzy utracili nadzieje, wyzbywali sie rowniez swego czlowieczenstwa albo checi walki o zycie...
Zapamietalam zdanie czesto powtarzane, gdy mowilo sie o upodleniu czlowieka, o bestialskich okrucienstwach – "Wojna wsio spiszet". Czyli wszystko zostanie zapisane na rachunek wojny, znaczy w pewnych warunkach wszystko jest dozwolone.
Viktor Frankl utrzymuje, ze zachowanie nienormalne w nienormalnych warunkach jest normalne. Twierdzi jednak, ze kazdy czlowiek, w jakiejkolwiek nie znalazlby sie sytuacji, posiada zawsze jeszcze swa ostatnia, wewnetrzna wolnosc wyboru reakcji. Jest w nim wszystko: i dobro i zlo. Nie warunki urabiaja go, czlowiek sam wybiera swoje reakcje, poczucie sensu kazdej chwili, odpowiedzialnosci wobec tego sensu nawet w najgorszym cierpieniu. Frankl przytacza slowa Dostojewskiego: "obym pozostal godny swego cierpienia".
W gettach i obozach nie poslugiwano sie slowami takimi jak: moralnosc, sumienie, serce... Slowa te stanowily gorzka ironie, absurd. Cos z naiwnego, przedawnionego swiata, pusty dzwiek bez pokrycia. Jednak sens tych wartosci tam nie zginal; byl wrecz potezniejszy, glebszy, prawdziwszy. Mobilizowal w czlowieku wszystko co w nim bylo najlepsze, wznosil go ponad niego samego, bo normalne warunki sprzed gett i obozow nie wymagaly byly tego.
Same slowa stawaly sie czesto zbedne, bo nie wyrazaly tu niczego, bo nie mialo sie sil je skladac, wypowiadac – wszystko wokolo mowilo az nazbyt wiele – przygniatalo, dusilo, obezwladnialo do nieprzytomnosci. To bloto, ludzie tonacy w nim i we wlasnych ekstrementach, zasmarowani nimi, ich wychudle, niemal nagie ciala, wybaluszone oczy, zgolone wlosy, twarze bezbarwne, bez wyrazu, zszarzale, rozmokle, baraki, kolczaste druty, walka o lyk wody, powietrza, centymetr przestrzeni!
W takich warunkach inne sa proporcje, inne staje sie znaczenie slow i pojec, choc ludzie pozostaja przeciez ci sami. W ogolnej tragedii, sytuacja jednostek nigdy nie jest jednakowa, a takze niejednakowe sa ludzkie reakcje na zaistniala rzeczywistosc. Zalezy to wszystko od niezliczonych czynnikow zewnetrznych i wewnetrznych u kazdego czlowieka. I takie sa rowniez oceny i opisy owych zdarzen.
Ja poznalam to wszystko z bliska, bezposrednio. Do najdrobniejszych detali zapamietalam fakty, atmosfere, w ktorej mialy miejsce, barwy, zapachy, odczucia. Na siebie spogladalam oczyma duszy, bo w obozach nie mialam gdzie zobaczyc swego odbicia, chyba ze w oczach innej wiezniarki, majacej jeszcze chec i sily na mnie spojrzec.
* * *
A potem, po wojnie – do dzis szukam tamtego obrazu siebie i moich bliskich, ktorzy nie przezyli w opisach swiadkow, historykow, psychologow, filozofow, literatow. Jest takich opisow wiele. To, co zapisalo sie tam we mnie, czesto jest inne, niz w ich ksiazkach lub w gloszonych czesto i powszechnie opiniach. Ludzie, zreszta, niechetnie sluchali i sluchaja o tych przezyciach, niechetnie odnosza sie do ksiazek o tychze, chyba, ze znajduja w nich szczegolne sensacje.Ci, co przezyli, byli i sa przepelnieni wlasnymi wspomnieniami, a ci co tam nie byli, wola wiedziec mniej, a raczej chetniej wypowiadac swoje negatywne opinie o tych pierwszych. Za hanbe uwazaja bezbronnosc ofiar, osadzaja za tchorzostwo, poddanczosc, za sama chec przezycia w nieludzkich warunkach.
A wlasnie zycie, tak nic nie znaczace wtedy i tak latwe do odebrania, stanowilo jedyna wartosc. Wszystko koncentrowalo sie na ocaleniu zycia swojego i swych najblizszych! Ludzie gineli, pragnac uratowac swych bliskich, a nieraz i obcych. Szli za nimi dobrowolnie do wagonow, do gazu, aby przynajmniej umrzec razem, umocnic sie wzajemnie w ostatniej minucie spojrzeniem, usciskiem dloni.
Ale w tym nie ma zadnej sensacji, ani – wedlug tych, ktorzy tam nie byli i nie lubia sluchac – wielkiej chwaly czy bohaterstwa. Nalezalo sie bronic – mowia – nie akceptowac zycia w upokorzeniu, walczyc wszelkimi sposobami, nawet nozem kuchennym, a nie dac sie prowadzic jak owce na rzez!...
Niedawno przeczytalam w pewnej ksiazce o powstaniu w getcie warszawskim makabryczny opis sceny, w ktorej, gdy Niemcy zblizali sie do bunkra, dumny bojownik zabija swoja matke, zeby ta nie zginela w upokorzeniu z rak hitlerowskiego oprawcy, a potem sam strzela do siebie.
Ja tez kiedys stalam na placu, w tlumie Zydow zlapanych w getcie warszawskim na wywozke do Treblinki, gdy nagle wycelewano w nas karabin maszynowy. Zapanowalo szalone napiecie, mielismy tu zaraz, natychmiast umrzec. Bylam z ojcem, bratem i mama. Brat Chilek byl zatrudniony na Umschlagplatzu przy uprzataniu trupow pozostalych tam po odjezdzie transportow, mial wiec blaszke z numerem tam pracujacych i mogl od nas odejsc. Nie odszedl. W czworke objelismy sie mocno, patrzylismy sobie gleboko w oczy, wkladajac w to spojrzenie dusze cala, wszystko co bylo najlepsze w nas. Mama usmiechnela sie do mnie i wyszeptala, ze kazdy czlowiek musi kiedys umrzec, a my umrzemy teraz razem: "nie boj sie, to nie bedzie straszne!"...
W jej glosie i w wyrazie jej twarzy bylo tyle powagi, czlowieczenstwa i jakiegos wewnetrznego pogodzenia z losem, ze ta chwila wydawala mi sie wprost uroczyscie swieta. Czulam, ze znajduje sie na najwyzszym szczeblu mojego zycia i naszego czlowieczenstwa. Bylam ogromnie przejeta waznoscia tej ostatniej chwili – nie bylam przerazona faktem, ze zaraz odbiora mi ja bezpowrotnie. Na "szczescie" nadjechal pociag z Treblinki i nie musieli zabijac nas na miejscu.
Nie wiem, czy wlasnie nie czulabym sie straszliwie upokorzona i przerazona, gdybym umierala ze swiadomoscia, ze strzela do mnie moj syn, by jakoby ratowac mi honor. Od hitlerowca byloby to normalne, on byl wladca-morderca, a my zwyklymi ludzmi w jego szatanskich szponach.
Primo Levi w znanej ksiazce Czy taki jest czlowiek (If This Is a Man) wciaz "na goraco" analizuje zachowanie sie wspolwiezniow i nazistowskich oprawcow, doszukuje sie powodow takiego czy innego zachowania sie jednych i drugich – w ich psychice, pochodzeniu, uczuciach, intelekcie, itp. Pisze o esesmanach prowadzacych transporty do wagonow do obozow smierci tak jak o innych ludziach, zastanawia sie nad ich charakterami, bodzcami dzialania.
Pamietam, ze w tym szalonym piekielnym napieciu, ktore wprost paralizowalo zmysly, gdy nas szukali, gdy nas lapali, prowadzili – sam widok niemieckich, zielonych mundurow zial smiercia i groza. Byla to zimna, wszechpotezna sciana smierci, ucielesnienie smierci. A czy mozna analizowac smierc sama w sobie?
Nie odwazylabym sie wowczas spojrzec w twarze esesmanow, a twarze, ktore mimo woli widzialam, gdy nas prowadzili, bili, strzelali do nas, wydawali spokojnie swe zbrodnicze rozkazy-wyroki, byly kamienne, niczego nie wyrazaly.
Kto jeszcze mial sily w ogole myslec wtedy o czyms innym, niz dokad nas prowadza, jak sie ratowac, czym utulic zaglodzone, spragnione, zaszczute, wycienczone lezeniem w kryjowkach dziecko? Jak uporac sie z samym soba i bezradnoscia ogolu w tej beznadziejnej wedrowce w najgorsze nieznane, albo potem, na katordze o wiecznym glodzie, strachu i chorobach w obozie? Moglby jeszcze to robic chyba ktos, kto nie mial za soba lat poniewierki w getcie, kto posiadal poza lagrem kogos, dom, rodzine, dostawal listy, paczki do obozu, albo pracowal w nim na wybranych placowkach, jak kuchnia, Bekleidung, "Kanada" albo Sonderkommando, gdzie znajdowalo sie jedzenie i ubranie, a nawet zloto, pieniadze i brylanty po zagazowanych ludziach. Ale to nie byl przeciez los ogolu i nie da sie tego mierzyc, ani analizowac miara pojec sprzed tych nieludzkich realiow a takze i po nich.
Borowski pisze o chlebie, ktory niedawno w Warszawie trzymala byla w rekach jego matka, piekla go, pakowala dla niego na wysylke do Oswiecimia. Wzrusza sie tym chlebem, snuje teskne lub ironiczne asocjacje... Ktos inny w jego doskonalych zreszta opisach zycia w obozie szuka juz nie chleba czy brukwiowej polewki, lecz jablka...
Wieslaw Kielar w swej mrozacej krew w zylach ksiazce Anus mundi tez mowi o brylantach z "Kanady", o kontaktach handlowych i innych z funkcyjnymi wiezniami, esesmanami roznych rang – i nagle wszyscy sa na jednej niemal skali, sa ludzmi zaleznymi jedni od drugich, kontaktujacymi sie w jakichs wspolnych potrzebach i interesach materialnych. Juz nie postac esesmana, spojrzenie jego – to juz nie tylko smierc, nieodwolalny wyrok.
Nie byla to moja rzeczywistosc, ani tez wiekszosci wiezniow obozu smierci, a zwlaszcza Zydow. Moge ja juz raczej znalezc w Borowskiego Prosze panstwa do gazu!.
* * *
Nasze domy zabrano, spalono – rodziny wymordowano doszczetnie. W obozie dali nam istniec przez pewien tylko czas, od jednej selekcji do ktorejs kolejnej, z gory wydanym wyrokiem smierci, bo Zydzi musza umrzec, wszyscy!Pewnego dnia jedna mloda dziewczyna zeskoczyla z ciezarowki wiozacej zabranych w selekcji do gazu. Hössler, komendat obozu, zezwolil jej wrocic na blok, mowiac do niej lagodnie: "Dlaczego to zrobilas? Przeciez ty i tak musisz zginac, jestes przeciez Zydowka!". W tym zostala okreslona zasadnicza roznica w sytuacji wiezniow poszczegolnych narodowosci.
Moj swiat wygladal tam inaczej niz swiat Borowskiego, Kielara, niz swiat chemika Primo Levi'ego – lub pewnej mojej znajomej z bunkra, w ktorym przez trzy tygodnie ukrywalismy sie pod plonacymi domami podczas likwidacji warszawskiego getta, teraz pracujacej w Bekleidungs w Birkenau.
Przynosila z tej pracy rozmaite "skarby", ktore mogla z latwoscia wymieniac na wszystko. Dzielila sie nawet z niektorymi kolezankami. Chodzily do niej ciagle, jak po prosbie, i raczej im nie odmawiala. Staralam sie nie przechodzic obok jej nary, aby nie wyczytala z mojej twarzy, jak bardzo pragne, zeby mi cos dala, cokolwiek. Wstyd okazal sie silniejszy od glodu, paralizowal. To bylo we mnie, niezalezne od warunkow.
Z poczatku bylam w obozie z bratowa Hela oraz kuzynka Halina, starsza ode mnie o dwa lata. Zwykle stalysmy obok siebie na apelach, by nas nie rozlaczono do innej pracy, do innych blokow, aby otrzymac przynajmniej dwie lub trzy nie rozciete porcje chleba, bo niektore byly mniejsze, niektore wieksze, a kazda kruszynka byla drogocenna. Pozyczonym nozem, podawanym z rak do rak, kroila Hela ten chleb sprawiedliwie na rowne kromki i dzielila je miedzy nas, zeby zadnej nie skrzywdzic.
Po pewnym czasie zrobil sie jej ropny pecherz na piecie i musiala na kilka dni pojsc na "rewir". Moja kuzynka przejela wiec funkcje dzielenia tych, tak goraco wyczekiwanych porcji chleba. Kroila sobie grube kromki, mnie cienkie. Ogarnal mnie taki dziwny wstyd... za nia. Odwracalam glowe, zeby na to nie patrzec, i marzylam o nadejsciu nastepnego dnia, co w obozie trwalo wieki – o godzinie na apelu, w ktorej znow beda rozdawac chleb.
Kuzynka przeniosla sie po pewnym czasie na inny blok, bo chciala pracowac w komandzie, gdzie za ciezka prace dawano dwa razy w tygodniu Zulage – dodatkowa porcje chleba i plasterek kielbasy. Wolala tez nie miec obowiazku dzielenia sie z nami. Stracilysmy jakos kontakt z nia. Przyszla do nas raz tylko, gdy uslyszala o tej slawnej selekcji, w ktorej nie dalam odebrac sobie bratowej.
Hela byla juz umierajaca, lecz ja jeszcze wierzylam, ze ona przetrzyma, wyzdrowieje i robilam co tylko moglam. W koncu nie ruszyla sie z nary na gwizdek na apel. Ustawiono ja na noszach przed blokiem, w blocie obok mnie. Po apelu zabrali ja na rewir. Wyblagalam u blokowej, zeby mi pozwolila odwiedzic Hele, kiedy beda prowadzic tam innych chorych, a gdy mi to przyrzekla, zaczelam zbierac swe porcje chleba, by je zaniesc Heli. Sadzilam, ze tym ja uratuje. Sama zywilam sie jedynie porcja brukwiowej polewki lagrowej a glod usypialam marzeniami o czasach, w ktorych bylam syta.
Kiedy przyszlam do bratowej, lezala w rewirze na gornej narze jak duch. Oczy miala wielkie, twarz przezroczysta wprost. Nagle, jakby ozyla na moj widok: "Halinka, przyszlas do mnie, przyszlas?!" Polozylam przed nia uzbierany w ciagu kilku dni chleb – nawet nie spojrzala na niego. Wpatrywala sie tylko uporczywie we mnie, jakby chciala wchlonac w siebie na zawsze obraz mojej postaci. Kiedys mowila do mnie, ze jesli Chilek nie przezyje, nie wyjdzie juz nigdy za maz i obie zostaniemy na zawsze razem...
Tuz po przywiezieniu nas do obozu, po obcieciu nam wlosow, Hela przytulila mnie do siebie, mowiac do mnie – "Ty moje male kurczatko!". Bila sie o miejsce dla mnie na narze, na podlodze, o miske na zupe, o troche paskudnego rumianku do picia, o kartofla w lupinie, ktory wyrywano sobie z rak, rozdeptujac sie wzajemnie w blocie.
Nie wrocila do mnie wiecej. Przetrwala w obozie tylko trzy miesiace – dla mnie byl to caly wiek doswiadczen zyciowych, nauki o ludziach, o wszystkim – i poczatek czekajacych mnie jeszcze wiekszych meczarni obozowych.
Po kilku miesiacach zaczal okrutnie dreczyc mnie swierzb. Ktos powiedzial mi, ze Ukrainki z 13-go bloku sprzedaja za porcje chleba masc dziegciowa, skuteczna ponoc na swierzb. Kuzynka znajdowala sie wlasnie na tym 13-tym bloku, myslalam wiec, ze spotkamy sie przy tej okazji. Bylam wtedy tak ogluszona utrata Heli, tak samotna! Skamieniala po prostu.
Kupilam za swa porcje chleba masc u Ukrainki i zaczelam dopytywac sie o Haline, nie przeczuwajac nic zlego, wszak trzymala sie dobrze, byla zdrowa, nie wychudzona jeszcze. Uslyszalam od jej kolezanki z nary, ze w czasie selekcji, gdy Unterscharführer Taube nie wskazal jej na lewo, czyli na smierc, blokowa przekonala go, wskazujac na Haline: "und diese, Herr Unterscharführer?“ – "a ta?“. Esesman skinal glowa na zgode. Nie odmowil blokowej Eliczce, slowackiej Zydowce, wszystkim znanej ze swego okrucienstwa.
Moja blokowa z 27-go bloku nie byla duzo lepsza, bila, klela, kradla z naszych porcji chleba i zupy, jak inne. Miala ze soba matke, kapo szwalni, gdzie z Hela pracowalysmy na poczatku naszego pobytu w "B" lagrze w Birkenau. Zydow slowackich przywieziono tam duzo wczesniej, niz nas, polskich Zydow. Z licznych transportow niewielu ocalalo. Jednak tym co przetrwali wiodlo sie dobrze jako funkcyjnym – starym wiezniom, obeznanym dokladnie z "prawami" tego piekla.
Mowily, ze my przyjechalysmy do pensjonatu, w porownaniu do warunkow, w jakich one tu zyly na poczatku. Teraz poniekad mscily sie na nas, ze przybylysmy pozniej i nasza doza cierpien bedzie mniejsza. Nieraz zastanawialam sie, obserwujac je mimo woli, jak mogly one byc tak okrutne wobec wspoltowarzyszy losu, wobec chorych czy starszych od siebie wiekiem, wobec tych najnieszczesliwszych ze wszystkich wspolrodakow?! "Przeciez sama ma tu matke", myslalam o mojej blokowej – mlodej, ladnej, odzianej w piekne, welniane palto 20-letniej dziewczynie. "Tymi rukami, ja was tu ubijem, wy polskie swinie", wrzeszczala na apelach, potrzasajac groznie piesciami...
Z nikim nie rozmawialam o tym. Nie byly to czasy na rozprawianie nad zlem. Ono panowalo powszechnie. Najwazniejszym bylo w kazdej chwili miec sie na bacznosci przed nim, nauczyc sie omijac je, na tym tylko sie skupic, a nie na proznych zalach czy analizach. Niemal niczego, oprocz zla nie mozna bylo od nikogo spodziewac sie. Nalezalo bronic sie wszelkimi sposobami, kazdy po swojemu i wedle swych sil.
Owego dnia na 13-tym bloku spotkalam kolezanke szkolna mojego starszego brata – byla flegierka na tym bloku Eliczki. Na tej funkcji wiodlo sie jej lepiej, niz zwyklym wiezniarkom. Celina zaczela wypytywac o moje losy w obozie, zaprowadzila do swej nary, ktora dzielila z Prajsowa i jej, o rok ode mnie starsza corka, Rozka. Przedstawila mnie, mowiac: "spojrzcie, jak to dziecko sie tu trzyma, jaka jest czysta!..." Prajsowa, wiezniarka, ktora uslugiwala blokowej i nachtwache Pasternaczce, radzila sobie dzieki temu z organizowaniem jedzenia. W czasie selekcji nie byly z Rozka zmuszone wychodzic na apel dzieki protekcji u blokowej.
W pierwszych akcjach wywozek do Treblinki z warszawskiego getta Prajsowa stracila swa starsza corke Chawcie, podobno szczegolnie utalentowana. Na Majdanku stracila reszte rodziny i tam slubowala Bogu, ze bedzie robic wszystko co w jej mocy, aby pomoc ludziom, byle tylko Bog dal jej uratowac te mlodsza, Rozke. Przez caly czas swego pobytu w obozach starala sie dotrzymac tego slubu.
Mnie wtedy wcisnela do reki kilka zabkow czosnku i cebule, ktore dostala od zaprzyjaznionej z nia Polki, ktora otrzymywala paczki z domu. "Przychodz do nas, zawsze ci w czyms jakos pomozemy" – pozegnala mnie serdecznie Prajsowa. Trudno opisac, jak mnie te dary uszczesliwily. Pobieglam na swoj blok, jak na skrzydlach, podzielilam sie ze swymi kolezankami z nary radoscia odkrycia w tym piekle dobroci ludzkiej, jak i otrzymanymi darami.
Zaprzyjaznilam sie z Celina, Prajsowa i Rozka. Prajsowa odtad nazywala mnie swa lagrowa corka i pomagala mi w czym tylko mogla. Raz, gdy w czasie dezynfekcji ukradli mi buty i niemal cala odziez, oprocz palta, dala mi czesc swej odziezy, a Rozce kazala oddac mi jej skorzane buty, bo ja pracuje w Aussenkommando, a ona zostaje na bloku...
Prajsowa byla prosta kobieta, z bardzo biednego domu. Jej stosunki z Celina nie potoczyly sie rownomiernie. Celina odsunela sie od Prajsowej, gdy zaczelo sie jej samej wiesc lepiej, dzieki milosci pewnego polskiego wieznia. Przesylal jej paczki zywnosciowe przez kolegow pracujacych w obozie kobiet, a czesto sam przychodzil w ich komandzie. Zywnosc mial z kantyny obozowej czy z kuchni esemanskiej, bo tam pracowal.
Ze mna Celina nie zrywala kontaktu. Zawsze wyciagalam ze szwalni rozne, potrzebne jej, lub jej funkcyjnym kolezankom drobiazgi. Potem, gdy dostalam sie do "Kanady", wciaz szmuglowalam dla niej odziez, pachnace mydla, ktore przenosilam w butach, i zywnosc.
Do obozowej "Kanady" dostalam sie przez dziwny przypadek, bo do lepszych prac zwykle wybierano ladne, dobrze zbudowane dziewczeta, a ja ze swym zamorzonym, choc jeszcze nie "muzulmanskim" wygladem, mala, niepozorna, w wyblaklych, gnijacych szmatach na sobie, nie mialam zadnych szans. Z Prajsowa wtedy stracilam kontakt, gdyz z Rozka zostaly przeniesione, a ja nie mialam pojecia dokad.
Po zredukowaniu z "Kanady" odprowadzono nas na 25-ty blok, czyli blok smierci. Tu juz nie dostawalo sie jedzenia, nie wyprowadzono nawet do ustepow. Wiezienie w wiezieniu, cela skazancow. Zrozpaczone przyjaciolki niektorych wiezniarek zakradaly sie, starajac sie przez wszelakie szpary wcisnac im cos do jedzenia, wode – slowo otuchy. Wyczekiwalam na pomoc od Celiny, jednak na prozno.
Az raz, pod straza sztubowych, zaprowadzono nas do ustepow. Byla to jakas niezwykla laska. Zdobylam sie na odwage i ukradkiem oderwalam sie od grupy, aby pobiec do Celiny. Wiedzialam co mnie czeka, jesli zauwaza moja nieobecnosc, ale tez wierzylam gleboko, ze zdaze zawiadomic Celine o moim polozeniu, a ona uratuje mnie poprzez swe znajomosci z funkcyjnymi, albo da mi choc cokolwiek do jedzenia. Sama mysl o takiej mozliwosci przywracala mi sily, wypelniala zyciodajna nadzieja.
Zdyszana stanelam przed blokiem przyjaciolki. Akurat rozmawiala o czyms z kolezanka i nawet nie spojrzala na mnie. Ziemia palila mi sie pod nogami. "Musze szybko wracac", upominalam niecierpliwie Celine, "musze dogonic grupe, nie jadlam juz kilka dni..." Zrobila ruch reka, jakby odpedzala sie od natretnej muchy. Nagle pociemnialo mi wszystko, nic juz nie mialo znaczenia, nic.
Jak zbity pies pobieglam z powrotem do mego wiezienia. Moga mnie juz zabic, nie zalezalo mi wiecej na niczym. W tej chwili rozczarowanie bylo gorsze od grozy smierci. Takim tez moze byc czlowiek, nawet po ponad roku w Birkenau, i na samym dnie tego piekla.
Znany izraelski krytyk literacki napisal do mnie po przeczytaniu moich wspomnien, ze nie pojmuje, jak mozna bylo jeszcze czuc obraze w Oswiecimiu, a moja walke i niezwyciezona chec zycia tlumaczyl moim dziecinnym wiekiem, bo dlaczego by chciec zyc w podobnych warunkach?...
Niemiecka decyzja co do zredukowanych z "Kanady" zmienila sie. Rozdzielono nas do roznych komand, do roznych blokow – nie zabija nas w akcji zacierania sladow zbrodni. Zaczeli wysylac transporty wiezniow do obozow w Niemczech. Ja szczesliwie dostalam sie do Kartofelbunkru. Odtad powiodlo mi sie lepiej, bo moglam codziennie szmuglowac do obozu po 4 – 5 kartofli i wymieniac je na inne rzeczy.
Kiedy rozkazali wszystkim bez wyjatku wiezniarkom zgromadzic sie wokol szubienicy, na ktorej wieszali zlapana w nieudanej ucieczce lauferke Male Zimetbaum, odnalazlam tam niespodziewanie Rozke i Prajsowa. (Mala uciekla i zostala potem zlapana ze swym ukochanym, polskim wiezniem Edkiem Galinskim.)
Odtad trzymalysmy sie razem, choc nie bylysmy w tych samych blokach. Dzielily sie ze mna zupa, ktorej dostawaly od blokowej troche wiecej. Przychodzilam spac na ich nare, bo byly tylko we dwojke, a ja tloczylam sie w siodemke w moim bloku. Spychano mnie tam z siennika na zablocone buty, sciagano ze mnie koc w nocy. W okresie epidemii tyfusu wstawalam mokra od potu sciesnionych przy mnie, palacych goraczka sasiadek. Bylo surowo zabronione nocowac w cudzych blokach, ale Prajsowa i Rozka ryzykowaly, aby mi pomoc, ja zas niewiele mialam do stracenia, zreszta jak kazdy "przestepca", wierzylam, ze mnie nie przylapia.
Kiedy znowu bylam razem z Prajsowa i Rozka, Rozka opowiedziala mi raz, ze gdy byla na swej sluzbie jako Torwache (straz u drzwi bloku) jakis mezczyzna zatrudniony w kobiecym lagrze chcial jej dac paczuszke jedzenia. Odpowiedziala mu, ze pewnie oczekuje czegos od niej w zamian, czego nie znajdzie, niech wiec lepiej da te swoje dary jakiejs innej. Rozka miala wtedy 15 lat, a ja ledwie rozumialam o co chodzilo...
Prajsowa, uslugujac Nachtwache, wynoszac do ustepow za nia kubly, do ktorych zalatwialy sie uprzywilejowane wiezniarki, miala dostep do pieca. Niemal co wieczor stawiala na ogniu blaszany garnuszek i gotowala w nim, w zdobytej z Waschraumu wodzie pelnej rdzy, zupki z kawalka chleba, zabka czosnku i kawaleczka margaryny z naszych glodowych przydzialow. Rozdzielala ten goracy posilek chorym kobietom na narach, kazdej po kilka lyzek. Ukrywala chore na tyfus wiezniarki pod kojami na dole i opiekowala sie nimi. Nieraz ja i Rozka ostrzegalysmy ja przed niebezpiecznymi nastepstwami, ale nie chciala nawet tego sluchac.
Nachtwacha zbila strasznie Prajsowa, gdy raz przylapala ja na tym gotowaniu. Jednego wieczoru, slyszac, ze Pasternaczka nadchodzi, chciala szybko wyciagnac garnuszek z ognia i sparzyla sobie reke. Musiala pojsc na rewir. Bylysmy z Rozka zrozpaczone. Ale nie bylo rady. Zaczelysmy chodzic do niej co dzien na rewir, ktory znajdowal sie w innym lagrze.
Pragnelysmy ja ratowac, ale czym? Naszymi porcjami chleba. Zjadalysmy wspolnie jedna z naszych porcji zup, druga zas wymienialysmy na pajdke chleba i w ten sposob zanosilysmy jej na rewir codzien trzy porcje chleba. Ucieszona Prajsowa, nie zastanawiac sie ani chwili, rozdzielala to dobro innym chorym, a my patrzylysmy na to bezradne, glodne.
Gorzej bylo jednak, gdy raz nasza wizyta u Prajsowej przedluzyla sie nieco i bramy obu lagrow zostaly juz zamkniete. Przez jakas dziure przecisnelysmy sie na waski teren miedzyobozowy, ale nie moglysmy sie dostac z powrotem do naszego obozu. Lada chwila mogl przechodzic tamtedy posten i zastrzelic nas za probe ucieczki. Jak inaczej, niz chec ucieczki, moglby zrozumiec nasza obecnosc w tym zakazanym miejscu? Czy pytalby w ogole lub zastanawialby sie? Na szczescie byla ciemna noc, skrylysmy sie wsrod jakichs krzakow i nad ranem, gdy Sonderkommando przyszlo po trupy z rewiru, przebieglysmy do swych blokow na apel.
Kto wiedzialby dzis o mnie – gdyby mnie wtedy zlapali i zabili – ze zginelam niosac zaprzyjaznionej w obozie kobiecie swa jedyna, dzienna porcje chleba do "szpitala", w nadziei, ze to ja wzmocni i ocali?
* * *
Wielu uwaza, ze dzisiaj, w swiecie przywroconym do normy, nie mozna osadzac zachowania sie ludzi w owych okropnych czasach. Mowia: "nie wiem jak bym postapil, gdybym byl na ich miejscu".Rowniez i tych, ktorzy wspolpracowali z przesladowca, bogacili sie na tym chwilowo, ratowali wlasne zycie czy zycie swych bliskich kosztem zycia wspolwiezniow, wspolrodakow, upajali sie wladza nad nimi – na koncu zgladzono. Czy tez musieli robic to, co robili?
Moim zdaniem nie smierc uswieca, a zycie, ktore nie dalo sie upodlic w zadnych warunkach. Inaczej, jakie znaczenie mialaby wiernosc, poswiecenie?
Halina Birenbaum
Auschwitz-Birkenau, Blok 27.
26 stycznia 2005.
(fot. Andrzej Kobos)
Martwi, zameczeni, pobici na smierc, okradzeni przez wspolwiezniow z ostatniej, jedynej pajdki chleba czy miski zupy, juz nie przemowia. Inni, urodzeni potem, wola sie nad tym nie glowic. Latwiej jest powiedziec, ze wszystkiemu byly winne stworzone przez nazistowski rezim warunki, ktore deprawowaly ludzi.Tak utrzymuje wiekszosc, w ten sposob pisze sie scenariusze filmow i sztuk teatralnych. Przedstawia sie zlo i upodlenie uogolniajac je, jako przymus w walce o zycie za wszelka cene. Kto nie byl takim, nie moglby przezyc – twierdza. Wedlug tej logiki, wina byla wiec i w nas, tych, ktorym cudem, przypadkiem lub nadludzkimi silami duchowymi udalo sie przetrwac.
* * *
Nie moge przyjac takiego rozumowania, chociaz wiem, ze moj nikly glos niewielu przekona. Nie odnajduje siebie wsrod tych pojec, w obliczu znanych mi faktow z owych lat, ani zachowania sie moich bliskich z gett i z obozow.Ojca mojego widzialam po raz ostatni w zyciu na Umschlagsplatzu pod palkami zydowskich policjantow, popychanego do wagonow do Treblinki. Mnie i mame zgodzili sie wyprowadzic z Umschlagplatzu za zlota obraczke, garnitur i zegarek brata.
Bylam oszolomiona, przerazona tym wszystkim, co dzialo sie wokol nas! Ciagle lapanki, kryjowki, opustoszale mieszkania po wywiezionych bliskich, sasiadach, znajomych! Niepewnosc jutra, kazdej nastepnej godziny, mordy, samobojstwa i bezdenna rozpacz... Nie pojmowalam wowczas, na co im jeszcze potrzebny byl cudzy garnitur i zegarek?!
Tak samo bylo w Auschwitz, w "Kanadzie": pali sie masowo ludzi zwozonych z calej niemal Europy, a tu "kochani" oswiecimscy przynosza swym szczesliwym wybrankom perfumy z transportu i rozmaite, wyjatkowe slicznosci! A potem ich zal, ze juz nie ma transportow, ze nie bedzie pracy w tak dobrym komandzie...
A ja nie moglam juz mowic, ludzkie slowo stracilo zupelnie sens! Moja przyjaciolka powiedziala na to, ze "Halinie juz nie wypada rozmawiac z nia, bo dostala lepsza prace"...
Kiedys stalysmy godzinami na apelu, podczas szalonej ulewy. Woda przenikala do kosci, zapadala juz noc i nie wpuszczali nas do barakow. Na dodatek rozkazali nam kleczec i trzymac w uniesionych do gory rekach cegly... Ogien z palonych niedaleko ludzi oswietlal oboz, swad palonego miesa ludzkiego mdlil, dusil w gardle. Nie widac bylo konca tej meki. Wiecej nie bylam juz zdolna czuc ani myslec, jakby ta woda z nieba rozmyla i wyplukala ze mnie poczucie jakiegokolwiek czlowieczenstwa.
Wtem jakas kobieta kleczaca obok mnie wyszeptala: "zobaczysz, jeszcze bedzie swiat, beda pisac o nas ksiazki, robic filmy o nas". Ozylam, rozjasnilo mi sie w oczach. Nasze meki nie beda daremne, nie beda zapomniane – zlo nie zwyciezy, bedzie kiedys jeszcze swiat!
Nie wiem, kim byla ta kobieta, czy przezyla, czy doczekala swiata, w ktorym i dobro i zlo zostanie zapisane i ocenione. Ja doczekalam. Ta nieznana kobieta ma w tym takze swoj udzial, jak i szereg innych ludzi roznych narodowosci, ktorzy podali mi reke w tym piekle, okazali przyjazn i milosc tak wielka, jak wielkie i bezkresne bylo w tym niemozliwym, niewyobrazalnym miejscu cierpienie.
Halina Birenbaum
1994
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||