
OSTATNIA PIELGRZYMKA
ANDRZEJ SZCZEKLIK
Kiedy z Watykanu docierac poczely dramatyczne wiadomosci, kiedy kazdy nastepny komunikat nie przynosil upragnionych informacji o poprawie, lecz przeciwnie, wskazywal na gwaltowne przyspieszenie toczacej sie choroby, kiedy pierwszy raz zrozumielismy, ze On umiera – odmienil sie swiat wokol nas i w nas. Wyszlismy z domow na ulice, na place, do kosciolow. W oknach nie bylo ani Jego portretow, ani wesolo trzepoczacych choragiewek w papieskich i narodowych kolorach, nie towarzyszylo nam radosne uniesienie, a przeciez znow bylismy wszyscy razem, zlaczeni. Jak podczas Jego poprzednich pielgrzymek. Wszystko inne przestalo sie liczyc. Nastal magiczny czas.
Jan Pawel II
Rzym, 10 kwietnia 2003.
(fot. AFP)
Z bogactwa homilii gloszonych podczas kazdej z minionych odwiedzin staralismy sie odgadnac watek przewodni. A jaki mogl on byc w tej ostatniej Jego do nas pielgrzymce? Mysle, ze tym razem mowil nam o cierpieniu i smierci. Cierpienie trudno zrozumiec, pozostaje niewytlumaczalne nawet dla tych, ktorzy wierza. Zwlaszcza, ze wiara nie wymazuje cierpienia. W oczach swiata bol i cierpienie sa czyms strasznym, bezowocnym i destruktywnym. Szczegolnie gdy musza cierpiec dzieci, gdy niewinni doznaja kalectwa, czy smiertelnej choroby. Sprzeciw wobec cierpienia, niezgoda na jego istnienie sa zrodlem odwiecznych zakwestionowan Boga. Jan Pawel II, ktory zawsze staral sie byc z cierpiacymi, przemyslal je do konca – na dlugo zanim ono zaczelo klasc sie na niego przemoznym ciezarem. Potwierdzil jego obecnosc piszac: "Ludzkosc przechodzi przez Kalwarie cierpienia". I w dalszych slowach powiadal:"Czy Bog mogl niejako usprawiedliwiac samego siebie wobec dziejow czlowieka, tak gleboko naladowanych cierpieniem – inaczej anizeli stawiajac w centrum tych dziejow Krzyz Chrystusa? (...). Ukrzyzowany Chrystus jest jakims dowodem solidarnosci Boga z cierpiacym czlowiekiem. Bog staje po stronie czlowieka – w sposob radykalny".Slyszymy takze piekne slowa o "Niebieskim Lekarzu", do ktorego zwracamy sie, gdyz "posiada moc uzdrowienia naszych licznych i rozmaitych, a zawsze rzeczywistych i domagajacych sie natychmiastowej pomocy slabosci, od chorob ciala do schorzen moralnych, ktorymi sa grzechy".A potem nastal taki czas, ostatni czas, kiedy Papiez juz o cierpieniu nie pisal, nie mowil. Stal sie cierpieniem. Wtedy samym soba pokazal nam jak moca ducha i wiary mozna cierpienie przezwyciezyc, swoim cierpieniem, zaiste, wzbogacic zycie milionow ludzi. A przeciez wydawaloby sie to niemozliwe. Przychodza bowiem chwile, kiedy cierpienie przekracza miare. Wtedy sieje spustoszenie. Zabija w chorym uczucie bliskosci, sympatii. Wiez rwie sie. Slowa lekarza, najblizszych, staja sie niewystarczajace, nieadekwatne. Brak odzewu. Jest tak, jakby cierpiacy zamknal sie gdzies w innym swiecie. Ale On wiedzial, ze tej wiezi z nami, z tej samej materii tkanej, co nasza wciaz rwaca sie wiez z Niebem – przerwac nie nalezy. I kiedy zobaczylismy Go ostatni raz, w miniona Wielka Niedziele w oknie Palacu Apostolskiego, chcial jeszcze, choc juz nie mogl, podzielic sie z nami slowem. Moze myslal, by dodac nam otuchy, jak tyle razy w przeszlosci? A moze chcial, jak podobno na tej ostatniej karteczce, pisanej na lozu smierci, juz z pomoca otoczenia – podziekowac mlodym ludziom, ktorych szukal cale zycie, a ktorzy teraz przyszli z wszystkich stron swiata, by z nim byc? Nie dowiemy sie, o czym powiedziec jeszcze chcial. Ale w oczach zostanie nam jego obraz w oknie, gdy slowa nie mogly juz przejsc przez usta i opadajace rece uniosly sie w gore, jakby chcial nimi nas objac, jakby sie zegnal, tymi rekami – skrzydlami, smiertelnie rannego, odlatujacego ptaka.
Jan Pawel II
Rzym, 30 marca 2005.
(fot. AP)
On tez pokazal nam, jak mozna, jak nalezy umierac. Mogloby sie zdawac, ze dla smierci nie ma dzis miejsca w swiecie, ktory zachorowal na wieczna mlodosc. Wyparlismy ja z naszych mysli, poza swiadomosc, odmawiajac jej prawa bytu. Nie wspominamy jej imienia. Jestesmy czesto, jak ci ludzie z obrazu Upadek Ikara Breughla, ktorych nie jest w stanie wytracic z bezmyslnych, codziennych zajec, nawet rzecz tak zdumiewajaca, jak chlopiec spadajacy z nieba, tuz obok. Wszyscy spokojnie odwracaja sie od nieszczescia.Smierc szla z Janem Pawlem II przez zycie. Od utraty matki w dziecinstwie, niedlugo potem ojca, przez zamach z 13 maja 1981 roku. W ciagu swojego pontyfikatu przeszedl dziesiec operacji, dwanascie razy przebywal w rzymskiej klinice Gemelli. W ostatnich latach choroba robila postepy i ze scisnietym sercem patrzylismy na zarejestrowane chwile, gdy Ojciec Swiety wygladal zle, gdy widac bylo jak cierpi. A jednoczesnie cierpieniu towarzyszyly do ostatnich dni: odwaga, ogromny upor i determinacja. Nawet coraz wieksze klopoty z poruszaniem sie przyjmowal z humorem i na ruchoma platforme mowil zartobliwie "taczki".
Uczyl nas, iz bol i cierpienie przyjac nalezy w calej pelni i nikt nie mogl brzmiec bardziej przekonujaco niz On, gdy mowil, iz powolanie do cierpienia jest uczestnictwem w cierpieniu Chrystusa. Odslonil nam tajemnice cierpienia i smierci. Bez Niego, bylismy gotowi zapomniec, ze one istnieja. Te wielkie tajemnice, ktorych pojac nie umielismy, wiedzac jednak, ze On je zna i przyblizy je nam – calym soba, swoim nauczaniem, swoim zyciem i smiercia.
Krakow, 3 kwietnia 2005.
Prof. Dr Andrzej Szczeklik jest kierownikiem II Katedry Chorob Wewnetrznych Uniwersytetu Jagiellonskiego.
Jest autorem ksiazki pt. Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki. Wyd. Znak, Krakow 2002.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||