
MYSLIWY GRAKCHUS
Der Jäger Gracchus
FRANZ KAFKA
Dwoch chlopcow siedzialo na murze nabrzeza i gralo w kosci. Mezczyzna czytal gazete na stopniach pomnika, w cieniu bohatera, ktory wywijal szabla. Dziewczyna przy studni napelniala balie woda. Sprzedawca owocow lezal obok swego towaru i spogladal na jezioro. W glebi szynku przez puste otwory drzwi i okien widac bylo dwoch mezczyzn przy winie. Szynkarz siedzial z przodu przy stole i drzemal.
Rynek w Rivie.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Barka mknela lekko do malego portu, jak gdyby sie unosila nad woda. Mezczyzna w niebieskim plaszczu wysiadl na lad i przeciagnal liny przez pierscienie.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Dwoch innych mezczyzn w ciemnych surdutach ze srebrnymi guzikami dzwigalo za wioslarzem nosze, na ktorych pod duza jedwabna chusta w kwiaty, zdobna fredzlami, zapewne lezal czlowiek.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Na nabrzezu nikt nie zwracal uwagi na przybyszow, nikt do nich nie podszedl nawet wtedy, gdy postawili nosze, aby zaczekac na przewoznika, ktory jeszcze pracowal przy linach, nikt nie zwrocil sie do nich z zapytaniem, nikt nie przyjrzal sie im dokladnie.Przewoznika zatrzymala jeszcze przez chwile kobieta z rozwianymi wlosami, ktora z dzieckiem przy piersi stala na pokladzie. Potem przewoznik przyszedl, wskazal na zoltawy, dwupietrowy dom, ktory sie wznosil pionowo z lewej strony w poblizu wody, a tragarze dzwigneli ciezar i poniesli go przez niska brame, utworzona ze smuklych kolumn. Maly chlopiec otworzyl okno, dostrzegl jeszcze, jak orszak znikl w domu, po czym z pospiechem zamknal okno. Zamknieto takze brame, byla ona solidnie sklepiona z czarnego debu. Roj golebi, ktory dotychczas okrazal dzwonnice, opadl teraz przed domem. Golebie zgromadzily sie przed brama, jak gdyby przechowywano dla nich pokarm w sieni. Jeden z nich wzlecial do pierwszego pietra i stuknal dziobem w szybe. Byly to jasnobarwne, dobrze wykarmione, ruchliwe stworzenia. Kobieta z barki z impetem sypnela im ziarna, golebie zjadly je i pofrunely z powrotem do kobiety.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Jedna z waskich, stromo opadajacych uliczek, ktore prowadzily do portu, nadszedl mezczyzna w cylindrze z zalobna opaska. Rozejrzal sie bacznie, wszystko zaprzatalo jego uwage, widok smieci w kacie wywolal grymas na jego twarzy. Na stopniach pomnika lezaly lupiny owocow, w przejsciu zgarnal je laska. Zapukal do drzwi izby, ujmujac cylinder prawa reka w czarnej rekawiczce. Zaraz mu otworzono i okolo piecdziesieciu chlopcow utworzylo szpaler w dlugim korytarzu przedsionka, oddajac mu uklon.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Przewoznik zszedl po schodach, przywital pana, zaprowadzil go na gore, na pierwszym pietrze okrazyl z nim dziedziniec otoczony lekkimi, ksztaltnymi loggiami i podczas gdy chlopcy tloczyli sie za nimi w pelnej szacunku odleglosci, obaj wstapili do chlodnej, duzej sali w tylnej czesci domu, naprzeciw ktorego juz nie widac bylo zadnych domow, tylko lysa, szaro-czarna skalna sciane. Tragarze byli zajeci ustawianiem i zapalaniem kilku dlugich swiec u wezglowia noszy, ale nie dalo to swiatla, tylko sploszylo spoczywajace dotychczas cienie, ktore zamigotaly na scianach.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Z noszy odchylono chuste. Lezal tam mezczyzna o dziko zmierzwionych wlosach i brodzie, ciemnej skorze, podobny chyba do mysliwego. Lezal nieruchomo, jak gdyby bez zycia, z zamknietymi oczami, pomimo tego jedynie otoczenie wskazywalo, ze byl to moze zmarly.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Pan podszedl do noszy, polozyl reke na czole lezacego, potem uklakl i zaczal sie modlic.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Przewoznik dal znak tragarzom, by opuscili pokoj, ci wyszli, przepedzili chlopcow, ktorzy zgromadzili sie na dworze, i zamkneli drzwi. Ale i ta cisza, zdaje sie, nie wystarczyla panu, spojrzal bowiem na przewoznika, a ow zrozumial i wyszedl bocznymi drzwiami do sasiedniego pokoju. Mezczyzna na noszach natychmiast otworzyl oczy, z bolesnym usmiechem zwrocil twarz w strone pana i rzekl:– Ktos ty?
Pan, nie okazujac wcale zdumienia, powstal z kleczek i odparl:
– Burmistrz Rivy.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Czlowiek na noszach skinal glowa, wskazal bezwladnie wyciagnietym ramieniem krzeslo i kiedy burmistrz skorzystal z jego zaproszenia, powiedzial:– Wiedzialem, panie burmistrzu, ale w pierwszej chwili zawsze o wszystkim zapominam, wszystko mi sie maci i lepiej ze pytam, nawet kiedy wiem wszystko. I pan zapewne wie, ze jestem mysliwy Grakchus.
– Oczywiscie – rzekl burmistrz. – Panskie przybycie zapowiedziano mi dzisiaj w nocy. Spalismy juz od dawna. Kolo polnocy moja zona zawolala: "Salvatore – tak sie nazywam – popatrz na golebia w oknie!" Byl to rzeczywiscie golab, ale duzy jak kogut. Przyfrunal do mojego ucha i powiedzial: "Jutro przybedzie zmarly mysliwy Grakchus, przyjmij go w imieniu miasta."
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Mys1iwy skinal glowa i przesunal koniec jezyka pomiedzy wargami:– Tak, golebie mnie wyprzedzaja. Czy sadzi pan jednak, panie burmistrzu, ze powinienem zostac w Rivie?
– Tego jeszcze nie moge powiedziec – odparl burmistrz. – Czy pan nie zyje?
– Tak – powiedzial mysliwy – jak pan widzi. Przed wielu laty, musialo chyba niezmiernie duzo lat uplynac, runalem ze skaly w Czarnym Lesie – jest to w Niemczech – kiedy scigalem kozice. Od owego czasu nie zyje.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
– Ale pan przeciez i zyje – powiedzial burmistrz.– W pewnej mierze – odparl mysliwy – w pewnej mierze zyje. Lodz zmarlych zmylila ze mna droge, falszywy obrot steru, chwila nieuwagi przewoznika, moze to, zesmy zboczyli do mojej przepieknej ojczyzny; nie wiem, co to bylo, wiem tylko, ze pozostalem na ziemi i ze odtad moja lodz plynie po ziemskich wodach. Tak wiec ja, ktory chcialem zyc tylko w moich gorach, podrozuje po smierci przez wszystkie kraje swiata.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
– I nie nalezy pan do tamtego swiata? – zapytal burmistrz ze zmarszczonym czolem.– Jestem – odpowiedzial mysliwy – zawsze na duzych schodach, ktore prowadza do gory. Walesam sie po tych nieskonczenie dlugich schodach, to u gory, to na dole, to z prawej, to z lewej strony, wciaz jestem w ruchu. Mysliwy przemienil sie w motyla. Niech sie pan nie smieje.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
– Nie smieje sie – zastrzegl sie burmistrz.– Bardzo rozsadnie – powiedzial mysliwy. – Zawsze jestem w ruchu. Kiedy jednak biore najwiekszy rozmach i juz dochodzi do mnie blask bramy na gorze, budze sie w starej lodzi tkwiacej beznadziejnie posrod jakiejs ziemskiej wody. Moj dawny zgon, bedacy zasadniczym moim bledem, naigrawa sie ze mnie w kajucie. Julia, zona przewoznika, puka i stawia mi przy noszach poranny napoj kraju, ktorego brzegi wlasnie oplywamy. Leze na drewnianej pryczy – nieprzyjemnie jest na mnie patrzec – mam na sobie brudny calun, broda i wlosy, siwe i czarne, sa bezladnie zmierzwione, nogi okrywa mi duza, jedwabna chusta w kwiaty, z dlugimi fredzlami. U mojego wezglowia stoi gromnica i rzuca na mnie swiatlo. Na scianie naprzeciw mnie wisi maly obraz, zapewne Buszmen, ktory mierzy we mnie dzida i stara sie ukryc za wspaniale pomalowana tarcza. Na statkach widzi sie niejeden glupi obraz, ale ten jest najglupszy. Poza tym moja drewniana klatka jest pusta. Przez luke w bocznej scianie dostaje sie cieple powietrze poludniowej nocy i slysze, jak woda uderza o stara barke.
Leze tutaj, odkad jeszcze jako zywy strze1ec Grakchus uganialem sie u siebie, w Czarnym Lesie, za kozica i runalem z gory. Wydarzenia potoczyly sie swoja koleja. Scigalem ja, runalem w dol, skonalem w rozpadlinie, bylem martwy i ta barka miala mnie poniesc w zaswiaty. Przypominam sobie jeszcze, jak wesolo wyciagnalem sie tutaj pierwszy raz na pryczy. Gory nigdy nie slyszaly takiego spiewu jak te cztery, wowczas jeszcze mroczne sciany.
Zylem chetnie i chetnie zmarlem, bylem szczesliwy, nim wstapilem na poklad, cisnalem to dranstwo, puszke, torbe i fuzje, ktore zawsze dumnie nosilem, i wsliznalem sie w calun jak dziewczyna w slubna suknie. Potem stalo sie nieszczescie.
– Zly los – powiedzial burmistrz ze wzniesiona jak do obrony reka. – A pan nie ponosi w tym zadnej winy?
– Zadnej – powiedzial mysliwy. – Bylem mysliwym, czy to moja wina? Mianowano mnie mysliwym w Czarnym Lesie, gdzie grasowaly jeszcze wilki. Czatowalem, strzelalem, trafialem, sciagalem skore, czy to moja wina? Moja praca zostala poblogoslawiona. Nazywano mnie "Wielkim Mysliwym Czarnego Lasu". Czy to moja wina?
– Nie jestem powolany do rozstrzygania tego – powiedzial burmistrz – ale i mnie sie wydaje, ze nie ma w tym winy. Kto wiec ponosi wine?
– Zeglarz – powiedzial mysliwy. – Nikt nie przeczyta tego, co tutaj pisze, nikt nie przyjdzie mi z pomoca; gdyby wyznaczono zadanie udzielenia mi pomocy, wszystkie drzwi wszystkich domow, wszystkie okna pozostalyby zamkniete, wszyscy pozostaliby w lozkach z glowami przykrytymi koldra, cala ziemia bylaby nocnym zajazdem. Ma to swoj sens, gdyz nikt nic o mnie nie wie, a gdyby cos o mnie wiedzial, nie znalby miejsca mojego pobytu, a jesliby znal miejsce mojego pobytu, nie wiedzialby, jak mnie tam zatrzymac, nie wiedzialby, jak mi pomoc. Mysl o udzieleniu mi pomocy jest choroba i trzeba ja 1eczyc w lozku.
Wiem o tym, totez nie wzywam pomocy, nawet kiedy chwilami – nie panujac nad soba, jak na przyklad teraz – mam stanowczy zamiar to zrobic. Ale by przepedzic te mysli, wystarczy, ze rozejrze sie wokolo i uprzytomnie sobie, gdzie jestem i gdzie – to chyba moge rzec – mieszkam od stuleci.
– To niezwykle – powiedzial burmistrz – niezwykle. A teraz zamierza pan zostac u nas w Rivie?
– Nie zamierzam – powiedzial mysliwy z usmiechem i polozyl reke na kolanach burmistrza, by zalagodzic szyderstwo. Jestem tutaj, nic wiecej nie wiem, nic wiecej nie moge uczynic. Moja lodz jest bez steru, plynie z wiatrem, ktory wieje w najglebszych regionach smierci.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Z niemieckiego przelozyl Roman Karst
Andrzej Ploski (ur. 1949) jest znanym polskim artysta-malarzem, grafikiem i ilustratorem ksiazek. Wyksztalcony w krakowskiej Akademii Sztuk Pieknych, od roku 1975 mieszka w Lund, w Szwecji.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||