W latach 1973-1983 podczas moich licznych i długich pobytów w Oxfordzie w Anglii zaprzyjaźniłem się z Panem Stanisławem Zalewskim.

Był to wówczas starszy już, samotny pan, staromodny a nawet dziwaczny, tajemniczy, bardzo inteligentny, emerytowany nauczyciel i wychowawca w polskim domu dla młodzieży w Fawley Court koło Henley. W czasach kiedy go znałem, Stanisław Zalewski zajmował się trochę dziennikarstwem w polskich gazetach w Londynie. Pod różnymi pseudonimami pisał zabawne felietony i wiersze, jak również powieści – te ostatnie chyba do szuflady. Kiedyś czytał mi fragmenty rękopisu swojej powieści o rodzinie lekarza w czasach przedwojennych; potem skojarzyłem niektóre wątki z Gombrowiczem.

Mimo naszych częstych długich wieczornych rozmów w saloniku nieżyjącej już Pani Zofii Litewskiej na 53, Western Road, a w późniejszych latach w moim mieszkaniu w Wolfson College, niewiele wiedziałem o jego osobistym życiu wtedy i wcześniej. Wiedziałem tylko, że po dramatycznych przejsciach z Urzędem Bezpieczeństwa w PRL, udało mu się uciec z Polski do Anglii.

Przychodził też czasem do mnie do Nuclear Physics Laboratory, zafascynowany moimi obliczeniami z teorii reakcji jądrowych. Kiedyś dostałem od niego stare angielskie wydanie Rozmyślań Marka Aureliusza, które po moim wyjeździe na stałe niestety przepadło mi w Krakowie.

Choć zwykle pesymista, był człowiekiem popularnym wśród wówczas już starszego pokolenia oxfordzkiej a nawet londyńskiej Polonii. W latach 1974-1976 również przyjaźnili się nim w Oxfordzie i Abingdon Adam Guła (inny fizyk z Krakowa) i jego żona Elżbieta, w roku 1981 chyba też Marek i Henryka Abramowiczowie.

W roku 1974 Stanisław Zalewski, pod pseudonimem literackim Stanisław Kazimierczyk, wydał w Londynie tomik swoich wierszy pt. Okruchy. Wiersze te, choć smutne, były szeroko czytane wśród Polonii.

31 grudnia 1983 wyjechałem z rodziną na stałe z Anglii do Kanady. Mój kontakt ze Stanisławem Zalewskim zupełnie się urwał. Z żalem przypuszczam, że już nie żyje.

Po latach, Pro Memoriam, chciałbym tu w Zwojach przekazać Czytelnikom mój wybór smutnych wierszy Stanisława Zalewskiego (Kazimierza Kazimierczyka).

Andrzej Kobos






STANISŁAW ZALEWSKI


OKRUCHY







EKSPERYMENT


Ważyłem czaszkę moją w dłoni;
Była pusta.
Pogrążałem sondę w oczodoły,
Zwabiałem echem szczęki,
Stukałem w perłowe skronie.
Uśmiechnął się smutny dentysta
O białych rękach -
I nie wróciła sonda.
Usłyszałem tylko chrobot kornika.






EMERYT


Codzień laseczka, chwilka zadumy,
Zerk na zegarek, zerk na zelówki,
I z watą w uszach, przez ulic szumy,
Mknie reumatyczno-młodzieńczym truchtem.

W parku stokrotki, w parku zielono;
Cwiker się chowa, watę wyjmuje,
Czeka ławeczka, cieniem omglona
I pół cygarka; bo dziś nie kłuje.

Dymek uleciał, minęły lata,
Dzięcioł zastukał w stary melonik.
Przecież to tutaj słowik skrzydlaty
Raz kiedyś z wiosną... Głowa nie pomni.

A noga cierpnie, w piersiach znów kłuje.
Ławeczka twarda i ziąb od trawy.
Dźwiga się ciężko, cwiker wyjmuje,
Watę zakłada. Czas iść na kawę.







BABIE LATO


Płyną cienie promienne,
Wydymają firanki,
Srebrzyścieją, tęskliwieją
Ostygłe kołysanki;
Wyszarpane bandażom
Po bitwach zapomnianych,
Po tajnych blizny znakach
Powlekają uśmiechy,
Kołyszą się i ważą...

Po przeźroczu nie-mijań,
Po zżętych kłosach złota,
Po umilkłych już makach,
Po ziemi puchem ciepłej
Stygną cienie promienne,
Srebrzystość smutku piją...

Oprzędłe wiosną lata,
Lata okwitłe jesienią,
Rozpowlekają gałązki,
Motają siwe dymy,
Aby obeschły błękitem,
Aby jak nić pajęcza,
Westchnęły kąkolem i żytem...

Promienne płyną troski,
Omglone kołysanki;
Mijają modre tęcze,
Mijają puste ganki,
Srebrzyścieją, tęskliwieją,
Wydymają firanki;
Piją smutki srebrzyste
Ciche nitki pajęcze,
Srebrzyścieją, płowieją,
Płyną jesienną tęczą...







MGŁA


Kiedy na Londyn pada mrok
I w żółtej mgle pływają domy,
Zaciskam smutek w głębi rąk,
Otworzyć których nie mam komu.

Osłoną nocy wzbiera łza
Zrodzona w światłach Piccadilly
I stacza się w tęsknoty snach,
Bez których żyć mi ani chwili.

Błądzę w podziemiach, w huku szyn;
Łoskot pociągów brzmi rozpaczą
I goni za mną jak twój cień,
Jak niezbłagany los przeznaczeń.

Gdziebym nie deptał śliski bruk,
Bije mi zegar Westminsteru,
Jak Zygmuntowskiej wieży jęk,
Zmieniony jakiś i nie szczery.

Biegam po świecie wzdłuż i wszerz
I szukam ciebie nadaremno;
Otchłań mych smutków pierwej zmierz,
Zanim użalisz się nade mną.







ŻÓŁWIE


Maleńkie czołgi szyldkretowe
Prują przez gąszcze kaktusowe.
Trzeszczą gałązki, kolce, trawy,
Toczą się żółwie dla zabawy.
Każdy skorupkę w górę dźwiga,
Krótkimi nóżki dziarsko śmiga,
Toczą się małe trzy zabawki,
Barwione w żółto-czarne skrawki.
Stają, bo pyszczek się otwiera,
Paliwo smaczne z listków zbiera.
Toczą się czołgi, co nie burzą,
A tylko czarne ślepka mrużą
I sapią, sapią, jak maszyny
I wystraszone robią miny...
O, jak to dobrze, że na świecie
Zostały jeszcze żółwie przecie;
Zabawka cudna i nie droga,
Raz nakręcona ręką Boga.






APOSTROFA DO PSZCZOŁY


Baletnico złotonośna, jadowita,
Żądło sercu wbijająca najpierwej!
Robotnico dni pogodnych i bezsennych nocy,
Wychowawco stu milionów czerwi,
Niedościgły wzorze samopomocy,
Ozdobo tronu Napoleona,
Czarodziejko liturgicznego wosku,
Kwiatów złota korono
I bajkopisów najlogiczniejszy wniosku!
Za głoszoną tobie chwałę,
Której wysłowić nie umiem,
Ulepisz mi woskowe truchło małe,
By ukryło mej poezji mumię.






HERBATA


Zamówiłem herbatę.
Wydarzenie dość błahe
I wspomnienia nie warte;
Lecz ją piłem ze strachem

I łza spadła do szklanki,
Choć myślałem że przecie,
Kiedy miną złe ranki, ~
Może jeszcze w tym świecie

Raz herbatę wypiję,
Którą poda mi ona;
Może ręce też czyje
Przymkną oczy zmęczone,

A ja wtedy pomyślę,
Że to chłodne jej dłonie,
Jak topoli dwa liście,
Przed smutkami mię bronią...

Tak myślałem ze strachem,
Pijąc zimną herbatę.
Wydarzenie dość błahe
I wspomnienia nie warte...







CHMURY


Po krawędzi chmur stąpam,
Szafirowych, złociście różowych...
Lekko stąpam, aby nie potrącić,
Aby tylko nie drasnąć
Szafirowej istności, złocistości, różowości...
Chmury miękną jak masło,
Jak wosk mdleją, chybocą...
(Pod świecy ogarkiem
Strach przepaści dygoce.)
Stopa słaba, niepewna,
Stopa bosa, kaleka -
Stąpa trwożnie, ostrożnie,
Lekko chmurki odmiata,
Czeka...
Po krawędzi chmur stąpam,
Szafirowych, złociście różowych...
Nad przepaścią wszechświata -
Bezkresną, chybotliwą, ciasną...
Lekko stąpam;
Aby nie potrącić,
Nie drasnąć...






SZKOCJA


Zapachniały fioletami ciche wrzosy,
Macfarlanów i Stuartów sianokosy;
Potoczyły się królewskie łzy doliną
I ostygły opalową snów głębiną.
Cisza biegnie gdzieś po górach między chmury,
Pardwy chyłkiem nakrapiają dzień ponury;
Biegunowe zorze miękkie, jasnoskrzydłe,
Otulają tajnie wieków, już ostygłe.
Bażancieją tartanową dumą klany,
By zatańczyć sen przebrzmiały, niedospany,
A z wieczora znów zatopić się w jeziorze
I z echami szarych ruin spłynąć w morze.
Kiedy nocą deszcz lipcowy rzeki chłodzi,
Po zamczysku widmo dziejów blade chodzi,
A w jeziornej, tajemniczej snów głębinie
Z sił wyzuty, niewidzialny potwór płynie...






LICYTACJA


Podeszli smutni, uprzejmi,
W konieczność ubrali twarze,
W rękawiczkach irchowych -
Urzędnicy-grabarze.

Zaklęcia ogłuchły pod watą,
Łzy przekropliły się deszczem,
Panowie wzięli pióra,
Księgi i coś tam jeszcze.

Najpierw zajęli flaszeczkę,
Pustą z pochlebnej perfumy
I z miną zrozumienia
Wpisali w konto dumy.

Potem poduszkę na szpilki,
Pokłutą i wyleniałą;
Tu kiwnęli głowami,
Że im się podobało.

Dalej był bukiet fiołków
Z wymiętej dawno bibuły;
Włożyli go do księgi,
Bo wonie w oczy kłuły.

A potem był sztuczny brylant,
Strącony gdzieś z abażuru;
Tu się kłócili szeptem
Urzędniczego chóru.

Pozostał tylko bandażyk,
Zbrukany i niesterylny,
Kiedy powiała litość
Przez urząd nieomylny.

Ściągnęli swe rękawiczki,
By sumień im nie zbrukały
I odłożyli na bok -
Brudny bandażyk mały.

Składali księgi powoli,
Czyścili swe kapelusze,
I odeszli spokojni,
By licytować dusze.







RADA


Żarli mię, żarli, żarli,
Objedli do kości ;
I dziwią się, że straszę;
I radzą, bym szkielet karli
Pozbył w muzeum osobliwości.
I że zapłacą.
Pieniądze zapracowane;
Nasze,
Wspólne nasze.






RODOWÓD


Wypluła mię plugawa
Kokota
Ulica.
Gdym pieluchy rozkopał
Jarzyły neony,
Akuszerki z pastylką
Kokainy.
A w kołysce wiły się konwulsje
Miłosnej piosenki
Bez końca.
Aż przeciąłem żyletką
Pępowinę ducha
I napuchłem balonem
Ogromnym -
Pustym...






TUT-ANKH-AMUN


Młotem tknięty sarkofag
I drapieżne ręce
Gwałcicieli tajemnic
I strzęp truchła w męce.

Kto tu ciszę potargał?
Kto mi zajrzał w oczy?
Czyje żądło zachłanne
W czasu krwi dziś broczy?

Sępią twarzą zamysłu
Błądzi widmo blasku,
Łuskę kobry ostygłą
Przetapia na piasku.

Czemu depcesz po znakach
Zburzonych kamieni?
Czemu gnębisz mię tłumem
Obcomownych cieni?

Zapytaniem bolesnym
Stygnie złota męka;
Rozłupany czas dziejów
Przed wiecznością klęka.







PALIMPSESTY


Co dzień otwieram kramik maleńki,
Antykwarnię wynajętą
Palimpsestów zapomnianej męki.
Srebrzyście wygładzam uśmiechy z ołowiu,
Odkurzam pergaminy ręką wywichniętą,
Muskam pobladłe palimpsesty -
Wychodzę na próg - na ulicę -
Zapraszam gestem;
Cudzoziemiec, obcej mowy.
Zezują do środka. Wierzą, że się wstydzę.
(A pergaminy błyszczą upiornie.)
Przechodzą. Nic nie wiedzą.
Nie wiedzą,
że muszę zapłacić komorne.






SEN


Szedłem w górę po ulicy Stromej,
Zapięty na perłowy, jasny guzik,
Do miasta ogłuchłej młodości,
Gdzie nie było ptaków i ludzi.

Każdy krok siódmy i dwunasty
Przydeptywał pogubione siano,
Z jasno-płowej, modro-okiej łąki
Bagnetami stępiałymi wyczesane.

Tuż za mną skrzypot i parskanie,
Poprężone wstęgą marzenia,
Łaskotały nadziejami przebudzeń
W siódmych i dwunastych pokoleniach.

Coraz gęstniał lśniący bruk ulicy,
Jak tandetna, obrazowa rama;
Za plecami we mgle się rozpływał
Uprzężony czarnym koniem karawan.







OKRUCHY


Słóweczka, słowiątka,
Pół-nieme, pół-głuche,
Roztarte w mych palcach
Bezdomne okruchy,

A pójdźcież wy do mnie
W ubogą mą kieszeń,
Bo jeszcze się kiedyś
Przydacie na jesień.

Gdy mróz się rozbieli
Ptaszynom was rzucę,
A może i nawet
Sam do was powrócę...

A może wędrowiec
Was jaki postrzeże -
I schyli się z troską
I w serce swe zbierze?

Bezdomne słóweczka,
Okruszki-sieroty,
Co ciszej śpiewacie
Niż gwiezdny pył złoty,

A pójdźcież wy ze mną.
Przez żywot upalny,
Jak w biednej kalecie
Kruszynki proszalne.

Gdy w drodze ustanę
Przez chleba niestatek,
Położę na wargach
Wasz zapach skrzydlaty.

A kiedy napotkam
Głodnego w podróży,
Choć żebrak – okruchem
Serdecznym posłużę.

Słowiątka ubogie,
Okruszki bolesne -
W ostatnią mą drogę
Ze sobą was wezmę;

I kiedy znużony
Przystanę u proga,
Rozsypię okruchy
U stóp tronu Boga.




Stanisław Kazimierczyk, Okruchy.
Veritas Foundation Publication Centre, London 1974.









Copyright © 1997-2004 Zwoje