KADISZ


(Fragment krótkiej powieści)





MICHAŁ MOSZKOWICZ



2.

Ojciec był komunistą zaprzeszłym, już dawno zapomniał jak to jest czuć się komunistą, ale miał zapiekłą złość do Związku Sowieckiego, jak gdyby sądził, że jego życie potoczyłoby się inaczej, gdyby nie owo proletariackie państwo. Dlatego też z taką uwagą oglądał rosyjskie programy telewizyjne, być może miał nadzieję, że z ekranu telewizyjnego spłynie na niego olśnienie jak ma żyć, a przede wszystkim umrzeć. Ponieważ bał się śmierci, a bał się przede wszystkim, dlatego, że nie mógł sobie jej wyobrazić. Wiedział oczywiście, jako wyszkolony przez dziesięciolecia ateista, że zamieni się po śmierci w atomy, ale to mu niewiele mówiło. Czy atomy mogą myśleć, czy mogą przechować, choć cząstkę jego przemyśleń i doświadczeń? A może te atomy wnikają w innego człowieka? Natomiast on wcale nie miał zamiaru po śmierci być kimś innym. Pomimo ciężkich doświadczeń życiowych lubił swoje życie, szczególnie, kiedy siedział ze szklanką mocnej herbaty przy stoliku, naprzeciwko mojej matki, i mówił:

– Sewka, zobacz jak my dobrze mamy. Możemy sobie siedzieć spokojnie i o nic się nie martwić. Państwo kapitalistyczne wszystko nam zapewnia. O nic nie musimy się martwić i możemy spokojnie umrzeć.

Matka jakoś nie dzieliła jego optymizmu i odpowiadała:

– Przecież jesteśmy żebrakami. Na żebrach jesteśmy. Wszystko mamy z pomocy socjalnej. Wyobraź sobie, że zmieni się władza, to nas na ulicę wypędzą. Będziesz spał pod płotem.

– Co, starych ludzi na ulicę?!, dziwił się ojciec i popijał spokojnie, małymi łykami herbatę, rozkładał gazetę, przywiezioną kilka tygodni temu przez kogoś z Polski, dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za skończoną. Ale matka kontynuowała dalej wcale na niego nie patrząc:

– Rewolucje mogą wybuchnąć. Rewolucje się zdarzają. W Rosji wszyscy kochali Cara, a rewolucję zrobili. Sam kiedyś byłeś rewolucjonistą i kochałeś wskakiwać na barykady.

– Tak, byłem rewolucjonistą, chociaż niewielkim. Ale teraz jestem reformistą. Reformy i pomoc socjalna, oto zbawienie dla świata.

– Całe życie wykręcałeś się od odpowiedzialności, mówiła matka, która nie lubiła żadnych wykrętów i zapadała w drzemkę. Jej głośny oddech dudnił w całym mieszkaniu.

Ojciec zabierał się do czytania gazety i zastanawiał się nad wypadkami światowymi, które już dawno były nieaktualne. I to go bardzo cieszyło, ponieważ mógł interpretować sobie zaszłe fakty jak tylko chciał, wszystko było na niby, było baśnią i on siebie również zaczynał postrzegać jako wymyśloną osobę. A wiadomo przecież, że wymyślone, baśniowe, literackie osoby nie mogą umrzeć i żyją wiecznie, przynajmniej tak długo jak istnieje ludzkość, natomiast w ludzkość mój ojciec wierzył niezachwianie. Wierzył w postęp i wieczne istnienie ludzkości. Nie na darmo dla rozwoju ludzkości siedział przez dwa lata w więzieniu. Na Pawiaku. Czasami, kiedy był w dobrym humorze twierdził, że to były najpiękniejsze lata jego życia. "Dla ludzkości siedziałem, mówił, byłem złączony z ludzkością najsilniejszymi węzłami, chociaż od wolności oddzielały mnie żelazne drzwi celi. Byłem rozgrzanym do czerwoności, jak stal, rewolucjonistą i nawet klawisze patrzyli na mnie z podziwem. Czytałem sobie klasyków marksizmu-leninizmu, niewiele z nich rozumiałem. Ale uskrzydlała mnie świadomość, że jestem z nimi. Czułem się jak pierwsi Chrześcijanie w katakumbach. Tylko Boga ze mną nie było, ale po co mi Bóg, jeśli miałem swoich towarzyszy. Spalić stary świat i na jego miejsce zbudować nowy, oto było moje credo. Miałem być młody, wiecznie młody. Starość przyszła nagle, tak nagle jak gdyby nigdy nie było wieku dojrzałego. I wszystko się zawaliło. Towarzysze okazali się donosicielami. Koryfeusze rewolucji dyktatorami. Teraz przydałby się Bóg, ale Go nie ma i to jest poważny problem, może najważniejszy."

Ojciec zaczął interesować się Kosmosem. Uważał, że zrozumienie Kosmosu przyniesie mu ukojenie. Pytał mnie o Wielki Wybuch – "Big Bang". Odpowiedziałem, że w Bing Bangu nie ma nic dziwnego, oto Wszechświat powstał jednorazowo z wybuchu.

Wybuchła po prostu ścieśniona materia i zaczęła pędzić przed siebie. I tak powstał Kosmos.

– To by świadczyło, odpowiadał ojciec, że Boga nie ma, bo jak wybuch, to Bóg nie mógł stworzyć Nieba i Ziemi przez sześć dni. Pytanie jest, co było przed Wielkim Wybuchem?

– Nie wiem, uczeni twierdzą, że przed Wielkim Wybuchem odnaleziono jakieś cząsteczki, mówiłem cicho chcąc zakończyć tę rozmowę, która zaczynała sięgać zbyt wysokich diapazonów.

– Może to Bóg stworzył ten Wybuch, mówił ojciec i patrzył w okno, zapalały się pierwsze gwiazdy na północnym niebie, to by wszystko tłumaczyło. Najpierw Wielki Wybuch, czyli z niczego coś, a później Niebo i Ziemia. Na początku było słowo. Ten Wybuch to jak słowo boże. Wtedy wszystkie gwiazdy, planety i galaktyki miałyby sens. Podobno my widzimy światło odległych gwiazd, które już nie istnieją. Może z człowiekiem jest tak samo. Umiera, a jego myśli i uczucia biegną w przestrzeń międzygwiezdną, mogą być przez kogoś przechwycone i odczytane. Wtedy człowiek jak gdyby na nowo zmartwychwstawał.

– Nie wiem, mówiłem, nie wiem, w moim głosie zamiast pseudouroczystej powagi był płacz. Nie miałem odpowiedzi na jego pytania. Nie chciałem mu mówić, że Kosmos jest zimny i pusty. Wiedziałem, że są uczeni, którzy twierdzą, że są inne, paralelne światy, być może w którymś z tych światów można się odrodzić, Milczałem, chciałem mu powiedzieć, że gdyby wierzył w Jezusa Chrystusa, to miałby zapewnione Bramy Raju, ale wiedziałem, że to niemożliwe. On wierzył przecież wciąż w ludzkość i ta śmieszna wiara czyniła go słabym, kruchym i rozwichrzonym.

Pewnego dnia postanowił iść do synagogi. Ostatni raz był tam 60 lat temu. Przestał chodzić do synagogi jako wyraz buntu przeciwko swojemu ojcu i w ogóle przeciwko wszelkiemu uciemiężeniu. Przestał wierzyć w Boga, nie mógł wierzyć w Boga, bo stał się rewolucjonistą, ale zapamiętał na całe życie święty język, który był w nim jak wspomnienie czegoś starodawnego. Hebrajski był w nim jako przypomnienie, że kiedyś był kimś innym.

Synagoga znajdowała się w środku miasta. Był to budynek przypominający warowny zamek ozdobiony małymi oknami, które wyglądały jak średniowieczne otwory strzelnicze. Zbudowany w XIX wieku, przypominał raczej średniowieczną warownię, niż świątynię. Była sobota, przyjechaliśmy tam taksówką, chociaż ojciec doskonale wiedział, że bogobojnemu Żydowi nie wolno jeździć taksówka w sobotę. Usprawiedliwiał się tym, że jest starym człowiekiem, któremu wiele wolno, poza tym przecież jest niewierzący. Jedzie do Synagogi tylko po to, żeby sobie przypomnieć jak to kiedyś było. Poza tym uważał, że jeśli Bóg w ogóle jest, to już na pewno przebywa w Synagodze. Chciał, chociaż przez moment być blisko Boga.

W Synagodze przyjęto go niczym starego kombatanta. Nałożono mu na ramiona tałes i poprowadzono do pulpitu gdzie rozłożono zwój Tory. Był wyróżniony. Miał czytać ze świętej księgi, Obawiałem się, że nie podoła zadaniu, że nie potrafi już czytać starożytnego pisma. Lecz on, jak gdyby czas się cofnął, zaczął mocnym głosem śpiewać święte wersety. Starzy Żydzi z zadowoleniem kiwali głowami. Patrzyli z podziwem na nawróconego grzesznika. Ojciec znów był Żydem, jak gdyby tych dziesiątków lat, które żył bez świętych ksiąg, w ogóle nie było. Zazdrościłem mu, wiedziałem, że na moment odnalazł siebie i nie musiał obawiać się śmierci. A kim ja byłem, emigrantem, który nigdy nie będzie u siebie? Starzy Żydzi ściskali mu ręce i poklepywali po ramieniu. Wokół niego jaśniało światło. Wyprostował się i na ustach miał tajemniczy uśmiech, jak gdyby objawiła mu się tajemnica. Po nabożeństwie wyszliśmy wolno na ulicę i schowaliśmy do kieszeni czarne jarmułki. Idąc przez park ojciec powiedział:

– Wszystko dobrze, tylko to nie są prawdziwi Żydzi. Oni nie umieją czytać po hebrajsku. Tylko warszawscy Żydzi umieli czytać. Mieli odpowiedni akcent i wymowę. Teraz już ich nie ma. Ci tutejsi są jacyś podrobieni. Czy myślisz, że Bóg ich może wysłuchać?

– A czy ciebie wysłuchał? – zapytałem.

– Mnie wysłuchał, bo ja zmówiłem Kadisz za moją zamordowaną rodzinę i za wszystkich warszawskich Żydów. Boga może nie być, ale Kadisz jest i to jest najważniejsze. A ty, czy zmówisz za mnie Kadisz, modlitwę za zmarłych, kiedy umrę?

– Oczywiście. Zmówię. Ale nie mówmy o tym.

– Jak jednak zmówisz, jeśli nie znasz ani jednego słowa po hebrajsku? Nawet żydowskiego nie znasz. Jesteś stuprocentowym Gojem.

– Zmówię, powtórzyłem i poczułem jak łzy napływają mi do oczu.

– To dobrze. Dzięki temu, kiedy przyjdzie Mesjasz, będę mógł zmartwychwstać. Jeśli Mesjasz w ogóle przyjdzie.

– Zmartwychwstaniesz na pewno, powiedziałem, zatrzymałem taksówkę i pojechaliśmy na przedmieście, gdzie mieszkali moi rodzice.


3.

Od kilku dni ojciec przeglądał namiętnie atlas Kosmosu, układy gwiazd, drogę mleczną i schemat układu słonecznego. Patrzył i cmokał głośno wargami, jak gdyby ssał słodki cukierek. Przyglądałem mu się z niepokojem. Najwyraźniej był podniecony, spoglądał na mnie znad okularów i uśmiechał się tajemniczo. Najwidoczniej jakaś szczególna myśl poruszyła jego duszę. Wreszcie odezwał się, jego oczy rozświetlił błękitny blask.

– Powiem ci, że z drugiej strony szkoda wielka, że nie urodziłem się Einsteinem. Miałbym cały Wszechświat w głowie i znałbym wszystkie jego tajemnice. Podobno po śmierci Einstein kazał się spalić i swoje prochy rozrzucić w morzu. A co z jego duszą? Z duszą geniusza. Czy ona po prostu tak sobie w proch się rozsypała? Przecież to niemożliwe. Na pewno jest planeta, gdzie wciąż trwają dusze zmarłych. To wcale nie jest niemożliwe. Czyżby cała energia życiowa, która jest w człowieku, miałaby się po śmierci po prostu rozpłynąć? I do tego nie trzeba Boga, Wystarczy zdrowy rozsądek. Jeśli Kosmos jest tak niezwykle skomplikowany, to dlaczego dusze ludzkie miałyby nie być nieśmiertelne? Ja się ciebie pytam. Ja pytam siebie samego. Milczałem, nie miałem odpowiedzi na jego pytanie i wcale nie chciałem odpowiadać. Wiedziałem, że on sam musi znaleźć odpowiedź na swoje pytania. On zresztą nie czekał na moje słowa tylko mówił dalej:

– To jest tak, jak gdyby ktoś zgasił we mnie światło. Ono już nie zabłyśnie. Poruszam się w ciemności. Jem, piję, śpię, ale to już nie ma większego sensu. Byłem młody i chciałem uciec od ojcowskiej nędzy, maleńkiego mieszkania, w którym gnieździło się mnóstwo osób i strachu, że jutro nie będzie co jeść. Pierwsze, co zrobiłem, to zaparłem się Boga. Oświadczyłem ojcu, że Boga nie ma i nie może być, że materia jest wszystkim i trzeba ją przetwarzać. On stukał w kowadło szewskie i patrzył na mnie rozwartymi z przerażenia oczyma. Milczał, nie miał zamiaru ze mną dyskutować, lecz w tym milczeniu była groźba i litość. On najprawdopodobniej współczuł mi głęboko. Wiedział, że bez Boga nie można żyć. A byłem jego ukochanym synem. Wierzył, że pójdę do szkół i zostanę Rabinem. Zaś ja chciałem walczyć, walczyć z całym światem. Walka uszlachetnia, ba, w walce można zostać bohaterem. Chodziłem po ulicach Pragi dumny i blady. Byłem kimś. Byłem członkiem komunistycznej organizacji. O ojcu zapomniałem. Wzrosła między nami przepaść. Być może wstydziłem się go. On należał do starego świata, o którym nie chciałem nic wiedzieć, tylko go zniszczyć.

Byłem jednak młodzieńcem spokojnym i na swój sposób eleganckim, więc nie wpadałem nikomu w oczy. Czekałem na rewolucję, ale ta jakoś nie przychodziła. Rozrzucanie ulotek raczej mnie nudziło. Stałem na Podpunkcie pod zegarem na dworcu praskim, paliłem papierosa za papierosem i czekałem, aż coś się stanie. Czasami podchodził do mnie ubrany po cywilnemu Przodownik Policji i mówił:

– Romek, po co ty się w to bawisz. Polityka nie jest dla takich jak ty młokosów, bo kości można mieć połamane. Lepiej idź do domu i pomagaj ojcu.

Nie wiedziałem skąd zna moje pseudo, nawet się nad tym nie zastanawiałem. Przechodziłem na drugą stronę ulicy i obserwowałem ludzi, którzy gdzieś się spieszyli. Wyobrażałem sobie, że oni wszyscy byli tajnymi rewolucjonistami i rozpierała mnie duma. Miałem osiemnaście lat i potrzebowałem przynależeć do czegoś silnego i mocnego. Tylko nie domyślałem się skąd policjant wiedział kim jestem. Może policjant wiedział wszystko o całej naszej organizacji, to byłoby straszne. Czułem w sobie strach, ale nie taki zwykły, strach przed końcem świata. I tak bym sobie żył w tej mojej konspiracji spokojnie, trochę strachu, trochę więzienia, jakieś konspiracje z towarzyszami, nic wielkiego, gdyby nie wybuchła wojna. Uciekać. Wiedziałem, że muszę uciekać. Hitler tylko na to czekał, żeby wymordować komunistów. Po poddaniu się Warszawy zabrałem matkę i podążyliśmy na Wschód, i wtedy zabiłem swojego ojca.

– Jak to – zabiłeś?! Wykrzyknąłem, chociaż opowiadał tę historię już wiele razy, ale za każdym razem w jego słowach było przeświadczenie o swojej winie.

– To proste. Przyszedłem do niego i powiedziałem, żeby z nami poszedł, że tu nie można zostać, że trzeba uciekać. Siedział, jak zawsze, przy swoim warsztacie szewskim. Spojrzał na mnie jak na obłąkanego.

– I ja mam zostawić swój warsztat?, zapytał.

– Będziesz miał tam dziesięć takich warsztatów.

– Mieszkanie też mam zostawić?, powiedział i zakołysał swoją siwą brodą.

– Takie mieszkanie, wykrzyknąłem pogardliwie.

Wtedy on odezwał się:

– Nie pójdę. Z tobą nie pójdę i ty wiesz, dlaczego.

Spuściłem głowę i, jak wyklęty syn, wyszedłem z jego mieszkania. Dużo później dowiedziałem się, że umarł z głodu w Getcie warszawskim. To był twój dziadek, zakończył ojciec.

– Ale ty go nie zabiłeś, powiedziałem cicho. Matka wpatrywała się w telewizor i nic nie mówiła.

– A jak to się nazywa?, powiedział mój ojciec. – Powinienem był go wynieść na rękach.

Teraz wszyscy troje zapadliśmy w studnię milczenia, z której nie było wyjścia. Ojciec dał mi znak ręką, że chce iść spać. Do mieszkania weszło dwóch łapiduchów, którzy mieli położyć do łóżka matkę. Wyszedłem bez pożegnania i odetchnąłem mroźnym powietrzem. Napadły mnie wyrzuty sumienia, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. Półprzytomny krążyłem przez całą noc między betonowymi budynkami osiedla. Nieliczne latarnie migotały konwulsyjnie. Niedaleki las wzywał do ucieczki.   [...]


Wydawnictwo Most, Stockholm 2003





Michał Moszkowicz, ur. 1941 w Magnitogorsku. Studiował filozofię i bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Usunięty z UW w 1968 roku. Od 1969 na emigracji w Szwecji. Pracował fizycznie i kontynuował studia filozoficzne na Uniwersytecie Sztokholmskim. Mieszka w Sztokholmie.

Na emigracji wydał szereg książek: Paradyz (1975); Morbus Peregrinorum (1977); Punkt Zero (1980); Śmierć emigranta (1987); Nekrolog (1989); Zamach (1990); Lithium (1993); Psi paszport (1994); Lokator (1997); Anatema (2002); Kadisz (2003). W Polsce ukazały się jego dwie książki: Punkt Zero (wyd. podziemne BIS, Wrocław 1984) i Nekrolog (Wyd. Przedświt, 1989). Jest członkiem Związku Pisarzy Szwedzkich i szwedzkiego PEN Club. Współzakładał  Stowarzyszenie Autorów Polskich w Szwecji.








Copyright © 1997-2004 Zwoje