MOJA WOJNA JOM KIPUR 1973





BRANLEY ZEICHNER



   Dla mnie wojna zaczela sie o godzinie 14-tej, 6 pazdziernika 1973 r., kiedy to w ciszy Dnia Sadnego rozlegly sie syreny alarmu. Rzucilem sie do radia... O dziwo, mimo Jom Kipur, nadawano muzyke. Od czasu do czasu dziwne hasla. Po kilku minutach oficjalny komunikat. Wojska syryjskie i egipskie zaatakowaly nasze pozycje na polnocy i na poludniu. Atak jest odpierany.

   Mieszkalismy wtedy w krotkim zaulku. Wiekszosc sasiadow stanowili nowi imigranci z Gruzji i Buchary w Uzbekistanie, reszta z innych krajow. My bylismy tam chyba najbardziej "watikim"(zasiedzieli) – cztery lata w Izraelu. Ja piec miesiecy wczesniej zakonczylem sluzbe wojskowa. Czyli bylismy w tej okolicy autorytetami. Radio nadawalo tylko po hebrajsku. My tlumaczylismy...

   Zszedlem do schronu. Okazal sie zamkniety na klodke. Ktos z sasiadow postawil tam swoje meble. Poszedlem do zaimprowizowanej w sasiednim bloku synagogi. Oznajmilem, ze zaczela sie wojna i wyciagnalem wlasciciela mebli i klodki. Szybko zgodzil sie oproznic schron. To samo uczynili inni "wlasciciele" schronow...

   Spakowalem kilka rzeczy i czekalem na haslo mobilizacyjne mojej jednostki. Poniewaz nie nadchodzilo, a punkt mobilizacyjny byl blisko, udalem sie tam. Nikogo nie bylo. Wrocilem do domu, a tam juz czekala na mnie karta powolawcza. Pozegnalem sie z Fredka... Syn sasiadow uparl sie mnie odwiezc. Korzystajac z okazji pojechalem pozegnac sie z rodzicami i siostra...

   W miejscu spotkania jednostki czekalo juz kilka osob. Zaczelo sie sciemniac, Jom Kipur skonczyl sie. O godzinie 21. autobus ruszyl do bazy w Zrifin. Tam juz bylo gwarnie i szumnie. Zajezdzaly autobusy, rezerwisci z niewielkimi plecakami szukali swoich jednostek. Znalazlem moj dywizjon artylerii. Po godzinnym oczekiwaniu w kolejce dostalem swoj sprzet osobisty. Nastroj byl na ogol dobry. O polnocy, w wiadomosciach, rzecznik Cahalu zawiadomil, ze nasze sily utrzymuja linie obrony na Kanale i na Golanie. Balismy sie, ze wojna sie skonczy zanim my dojedziemy na front...

   Moja bateria, najmlodsza wiekiem, skladala sie w wiekszosci z zolnierzy, ktorzy odbywali ostatnia czesc zasadniczej sluzby pracujac w pogranicznych kibucach. Zmobilizowano ich juz rano, i tak, bez zywnosci, przesiedzieli caly dzien w Zrifin. Poniewaz nie wszyscy z "fachowych" artylerzystow zjawili sie, uzupelniono stan baterii zolnierzami z kursow. Zaladowalismy sie w dwa autobusy i ruszylismy na polnoc. Pozostale dwie baterie dywizjonu mialy udac sie na Synaj.

   Po calonocnej jezdzie przedarlismy sie przez korki na drogach i rano wyladowalismy sie kolo Rosz Piny. Tam czekaly na nas nasze dziala samobiezne 175 mm  – duma izraelskiej artylerii. Zakupione w 1971 roku z amerykanskiego demobilu, mialy ostrzeliwac wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych i w ten sposob ulatwic naszemu lotnictwu przelot nad linia frontu.

   Baza byla pelna rezerwistow odbierajacych czolgi, jeepy, transportery i dziala. Szlo to powoli. Magazynierzy liczyli kazdy srubokret, kazda latarke. Dlatego raczej nie chcialo nam sie wierzyc w jakies tam pogloski, ze Syryjczycy zajeli Kunetre, Chusznije i Nafach. I ze Hermon padl...

   W koncu o czwartej po poludniu bylismy gotowi.  Gdy tylko ruszylismy z bazy, po pierwszym kilometrze dostalismy rozkaz zajecia pozycji i rozpoczecia ostrzalu. Ale nasz zasieg byl 33 km, wiec nie przywiazywalem do tego zbytniej wagi.

   Nalezalem do przedniej szpicy baterii. Bylo nas trzech na dodge'u: Chaim (kierowca), Eran (porucznik) i ja. Naszym zadaniem bylo znajdowanie odpowiednich miejsc na rozlokowanie baterii i ustawienie dzial w odpowiednim azymucie.

   Gdy zobaczylem nachylenie luf i zobaczylem jaki ladunek wsuwaja gizerzy do srodka, zrozumialem, ze strzelamy blisko. W wolnej chwili podbieglem do "mapik'u", (bateryjny punkt dowodzenia), i kolega pokazal mi lokalizacje celow. Pogloski okazaly sie prawdziwe…

   Na tej pierwszej pozycji okazalo sie, ze jedno z dzial bylo niesprawne i musielismy je tam zostawic. Znalezlismy lepsza pozycje dla baterii, kilka kilometrow na wschod, niedaleko ujscia Jordanu do Kinneret. Bateria rozlokowala sie, a my we trojke pojechalismy szukac po zakorkowanych szosach ciezarowek z nasza amunicja. Kolo Rosz Piny spotkalismy kilka kibucowych traktorow: ciagnely przeciwpancerne dzialka 76 mm – w takich sluzyl moj ojciec w II Armii. Jeszcze jeden dowod, ze Cahal nie miazdzy wroga gasienicami czolgow, jak wierzylismy.

   Cala noc szukalismy tych ciezarowek i rano udalo nam sie je szczesliwie doprowadzic do naszej pozycji. Te ciezarowki nie mogly zjechac z szosy, wiec zaczelo sie ich przeladowywanie na nasze ciezkie Rio-sy. Ciezka harowa. Szczescie, ze mielismy tylko trzy dziala, wiec jedna zaloga i reszta swobodnych rak zaprzegla sie do tej roboty. Nagle dostrzeglismy grupe zolnierzy wychodzaca z pobliskiego wadi. Zobaczylem wsrod nich mojego dowodce sprzed pol roku. To byly resztki baterii kursu oficerskiego. Ich pozycja byla trzy kilometry od linii granicznej, w Tel Fares. Syryjczycy nawet sie do nich nie pofatygowali. Ich czolgi minely te baterie i sasiednia placowke kompanii piechoty i poszly bez przeszkod na zachod, w kierunku Kinneret. Bateria probowala sie wycofac pod oslona nocy, ale wpadli w zasadzke czolgow. Ci, co sie uratowali, poszli pieszo na dol. Do nas doszli osmaleni, w poszarpanych kombinezonach, glodni, spragnieni. Podkarmilismy ich, napoilismy i odeslalismy na tyly...

   Caly czas po szosie jechaly czolgi, wozy bojowe, ciezarowki... A my caly czas strzelalismy i rozladowywalismy amunicje...

   Po poludniu i my ruszylismy do przodu. My jechalismy przodem, kilka kilometrow przed bateria. Szukalismy odpowiedniego miejsca.  Po raz pierwszy zobaczylismy spalony czolg T-62. Az tu doszli... bylismy jakies piec kilometrow od Jordanu...

   W pewnym momencie wjechalismy na ostrzeliwany odcinek szosy. Chaim nacisnal na gaz. Byle szybciej... Nawet nie probowalismy zrozumiec co do nas krzyczeli zolnierze z rowu przy drodze. Udalo sie! Jeszcze kilometer i nagle w radiostacji rozkaz – natychmiast wrocic, bateria dostala pilny cel, trzeba pomoc ustawic dziala. W drodze powrotnej dowiadujemy sie, ze przedtem z rozpedu minelismy placowke zandarmerii wojskowej. Probowali nas zatrzymac, bo dalej juz toczyl sie boj czolgow.

   Po krotkim ostrzelaniu syryjskiej baterii rakiet przeciwlotniczych ruszylismy znow i tym razem znalezlismy odpowiednie miejsce na nocna pozycje. Dalem namiary trzem dzialom i postanowilem sie zdrzemnac, az bateria zorganizuje sie. Trzy dni i dwie noce bez snu...

   Okazalo sie, ze nie tylko ja bylem taki sprytny. O godzinie 3 nad ranem obudzil nas dowodca baterii. On tez zasnal polegajac na swoim zastepcy. Ten polegal na sierzantach, itd... I tak wszyscy spali. To byl cudowny sen... bez budzenia na warte, bez strzelania, bez zawracania glowy...

   Ale minelo... Z tej pozycji strzelalismy prawie bez przerwy przez poltora dnia. I jeszcze jedno dzialo sie zepsulo. Zostalismy z dwoma. Bylo lzej, bo wiecej ludzi bylo wolnych do rozladowywania amunicji. No i mniej tej amunicji szlo. Mimo, ze strzelalismy co 35 sekund zamiast przepisowych amerykanskich 90. Nie przestrzegalismy zadnych przepisow bezpieczenstwa. Byle szybciej. Piloci czekali na nasz ogien. Bylo im lzej atakowac Damaszek...

   W srode wieczorem przeskoczylismy 10 kilometrow na wschod. Chusznije... Po drodze liczymy wraki syryjskich czolgow. Sa tez i nasze Centuriony... Na nowej pozycji w koncu goraca kolacja. Tylko zaczynamy jesc – kolejny cel. Wszyscy biegiem do dzial – tych dwoch co nam zostaly. Sprawdzilem namiary z zalogami dzial, mapik podal nam dokladne dane. Jest noc, cisza. Stoje z Saadia jakies 40 metrow od jednego z dzial. Slychac kazdy ruch zalogi. Teraz laduja pocisk. A teraz material wybuchowy. Zgrzyt mechanizmu naprowadzajacego lufe na dane. Rozkaz: "Ognia!" Otwieram usta dla ochrony uszu. Slysze wyrazny "klik" sprezyny. I cisza. Zaloga opuszcza lufe i sprawdzaja mechanizm zamka. I znow w gore i znow "ognia!" I klik... I cisza. Do trzech razy sztuka. I znow "ognia!"... I klik. I oslepiajacy blask ognia. Ale widze ten plomien nie u wylotu lufy. Plomienie buchnely z nasady lufy. Saadia krzyknal "Ima!" (mamo)... Furkot kawalkow metalu wokol. Obracam sie do Saadii i widze, ze juz jest w porzadku. Obaj biegniemy do plonacego dziala. Stamtad uciekaja plonace postacie. Trzeba je obalac na ziemie i gasic. Ja biegne do dziala. Z innymi szukamy tych co nie moga uciekac. Staramy sie oddalic worki materialu wybuchowego od ognia. Wynosimy rannych. Strasznie okaleczonych. [Miedzy ciezej rannymi byl Adam Wygodzki, syn Stanislawa. Kiedys przegadalismy na manewrach wiele godzin. Teraz na wojnie nie bylo na to czasu. Sam go gasilem, byl przytomny i zartowal na temat swojej wagi.]

   Nie wiem ile trwalo, zanim ugasilismy ogien, odeslalismy rannych – pietnastu, przykrylismy dwoch zabitych. Ilosc ofiar wynikala z tego, ze wokolo dziala bylo o wiele wiecej zolnierzy niz zwykle. Bo mielismy dwie zalogi wolne...

   O dziesiatej bylismy juz na nowej pozycji. Jakos nam sie nie chcialo jesc ciasta, ktore przyslano z okolicznych kibucow. Nie pamietalismy, ze to wigilia Sukot...

   W nocy nadszedl czas na rozmyslania. Pierwsi zabici. Pierwsi ranni. I to od razu w takiej liczbie. I dopiero wtedy mam czas uswiadomic sobie, ze amunicja mogla wybuchnac. I ze nie chce byc rannym bez konczyn. Kolega zas mowi, ze jest gotow oddac nogi, byle nie stracic wzroku. Ja sobie mowie, ze lepiej umrzec, byle nie byc inwalida...

   Jeszcze tegoz wieczoru zapadla decyzja by kontynuowac ogien z jedynego pozostalego dziala. Pierwszy pocisk zostal odpalony za pomoca 50-metrowego sznura. Na lawecie stal dowodca baterii i obaj oficerowie, tudziez szef baterii. Wisielczo zartowalismy, ze w razie czego bedzie fala szybkich awansow... Jak w 188. brygadzie pancernej, gdzie w pierwszych dniach duza czesc oficerow zginela...

   O polnocy jedziemy pod Hermon. Tylko we dwojke, bo Chaim sie boi. (Nastepnego dnia zostal odeslany z dwoma innymi na tyly – szok bojowy). Mamy stamtad sciagnac samotne dzialo z dywizjonu 55 – sadir (zasadnicza sluzba). Sam dywizjon zostal przerzucony na Synaj, a ta zaloga naprawiala jakas awarie i tak utknela na Golanie.

   Kolo Bukata na skrzyzowaniu stoi cywil. Zatrzymalismy sie. W swietle latarki widzimy, ze szczeniak. Uczen dziesiatej klasy liceum Lejad HaUniwersita. Nawial z domu i kreci sie po Golanie zbierajac listy od zolnierzy. Co wieczor zjezdza do Kiriat Szmona i wrzuca je na poczte a rano znow wraca. Podrzucilismy go na nastepne skrzyzowanie i zaladowalismy na ciezarowke do Cfatu. Obiecal, ze zadzwoni do swoich rodzicow. O powrocie do domu nie chcial slyszec.

   Nastepnego ranka znow ruszamy, do Kuneitry. Czwartek – piaty dzien wojny. Cahal wyparl wroga z Golanu. W poludnie wkroczyl do Syrii. My wspieramy ten atak z Kuneitry. Nasza pozycja jest tuz przy szosie i nasze dwa dziala sa fotografowane przez liczne ekipy prasowe.

   Zwabiony zapachem kawy podszedl do nas Chaim Topol. Znalazl sie tu jako korespondent wojenny BBC. W zamian za kawe powiedzial nam, ze na Synaju sytuacja nienajlepsza i ze dwie egipskie armie sforsowaly kanal. Wzial tez od nas numery telefonow naszych rodzin, zeby przekazac pozdrowienia. Zegnajac sie powiedzial: "Ide, musze tym antysemitom w Londynie powiedziec, ze Cahal znow zwycieza."

   W nocy nasza kolej przekroczyc granice. Wjezdzamy dumnie, dwa dziala, 5 ciagnikow z amunicja, 4 ciezarowki Rio, dwa transportery opancerzone i na przedzie nasz command car. Nad ranem wracamy. Awaria w tym podrzuconym nam dziale i dowodztwo postanowilo, ze efektywny remont warto zrobic w bezpieczniejszym miejscu. Caly dzien poswiecilismy na naprawy, czyszczenie i regulowanie sprzetu. Wieczorem niespodzianka – dwie pozostale baterie naszego dywizjonu, zamiast na Synaj, w koncu przerzucono na polnoc, i w nocy, juz w pelnym skladzie, wchodzimy do Syrii. Juz nie jestesmy sierotami. Uporzadkowane zaopatrzenie, kuchnia, oddzial  naprawczy...

   W nocy, bez swiatel, zajmujemy nowa pozycje, 10 km od granicy. Klade sie obok mojego teodolitu i zasypiam, Eran poszedl spac na masce samochodu. O swicie, tak jak nas uczono, sprawdzam ustawienie dzial. Zeby nie zaklocac pola magnetycznego kompasu klade bron, helm, pas z magazynkami kilka metrow od siebie. W dziennym swietle widze, ze rozlokowalismy sie w samym srodku syryjskich umocnien. 10 metrow ode mnie czernieje wejscie do jednego z bunkrow. Jeden z gizerow uznal, ze miejsce nadaje sie na latryne i wszedl do srodka. Z papierem toaletowym, ale, oczywiscie, bez broni. Nagle wyskoczyl krzyczac: "Suri! Suri!" (Syryjczyk). Dostrzegl moj Uzi i skierowal lufe w strone bunkra, wolajac: "Wychodz!" Z bunkra wysunela sie reka z AK-47, z lufa opuszczona ku ziemi. Za reka wysunela sie cala postac syryjskiego zolnierza. Nasz jeniec. Wedlug sprzetu – sanitariusz. Po rozbrojeniu, napojeniu i nakarmieniu przekazalismy go naszej zandarmerii wojskowej.

   Przeszukalismy reszte bunkrow. Znalezlismy jeszcze kilka AK-47, jeden z nich dostal sie mnie, jako ze znalem te bron ze Studium Wojskowego i z racji krecenia sie po terenie.

   Nadal ostrzeliwujemy syryjskie pozycje, a czasami i oni strzelaja w okolicy. Walki tocza sie 45 km od Damaszku. Kolo nas, na szosie, jest drogowskaz – 55 km. Siedzimy w kotlince, niby zeby bylo trudno nas namierzyc. Ale nad nami w calej krasie – Hermon. A na Hermonie – Syryjczycy. Widza nasz kazdy ruch. Po poludniu nalatuja na nas dwa Migi-17. Bomby spadaja 400 m od naszej pozycji, miedzy dwiema bateriami. Migi robia kolko i wracaja strzelajac z dzialek pokladowych. Lezymy na ziemi strzelajac w niebo. Ja nie... Zarepetowalem kalasznikowa i przypomnialem sobie, ze nie mam za duzo amunicji i dopiero co go wyczyscilem. Ostroznie wyciagnalem magazynek, wyciagnalem kule z lufy i spuscilem iglice. Wyszlismy z tego ataku z dwoma rannymi. Nie, to nie byly syryjskie pociski. Jeden z rannych zarobil kule z Uzi, a drugi z cekaemu sasiedniej baterii. Na szczescie niegroznie. I oczywiscie uczymy sie na bledach. Od teraz zakaz strzelania z broni osobistej do samolotow. Tylko km-y z wiezyczek transporterow i tylko dowodcy zalog maja prawo strzelac.

   Nastepnego dnia rano kolejna wizyta Miga. Ale spieszy sie, zrzuca bomby daleko. I juz nasz Mirage siadl mu na ogonie i Mig rozbil sie o ziemie...

   Nasza pozycja znajduje sie okolo kilometra od skrzyzowania. W okolicy jest jeszcze kilka baterii. Codziennie okolo godziny 17-tej Syryjczycy ostrzeliwuja to skrzyzowanie. Codziennie tez po zapadnieciu zmierzchu zmieniamy pozycje, zeby nas nie znalezli na stalym miejscu. Wiemy, ze szukaja nas kilka razy dziennie, ogien ich dzial przybliza sie, a czasami pociski padaja w baterii. Mamy szczescie, dopiero we wtorek, w kolejnym ostrzale, dwoch rannych. Tez lekko.

   W srode po poludniu dowiadujemy sie, ze zacznie sie tura 24-godzinnych urlopow. Zaczynamy ustalac liste. Planujemy najlepsza trase jazdy, zeby jak najszybciej dojechac do domu i jak najszybciej wrocic. Wiekszosc kolegow nie zna polnocy. Ja tu sluzylem, wiec znam wszystkie skrzyzowania i szosy miedzy Golanem a centrum kraju. Wpadlismy  w rutyne, juz drugi wieczor, nie zmieniamy pozycji na noc.

   Nagle odglos wybuchow. Szostka... 130 mm... Poza bateria... Wyskoczylismy z transportera, zeby lepiej widziec. Nastepna szostka w srodku... I jeszcze jedna...




Pomnik ku czci trzech poleglych kolegow zolnierzy.
Michael Datal, Roni Jungman i Ami Kahat
zgineli w tym samym ostrzeliwaniu, gdy ja zostalem ranny.
Pomnik stal przy szosie Kuneitra-Damaszek, 51. kilometer.
Gdy Cahal wycofal sie w czerwcu 1974 z tego terenu,
koledzy rozmontowali ten pomnik i przeniesli go
do kibucu Kfar Charuv, w poludniowej czesci Wzgorz Golan.


   Poczulem mocne uderzenie w lewe ramie. Trzymam w tej rece latarke. Probuje ja zaswiecic i nie moge. Juz widze w wyobrazni oderwana reke. Prawa reka rozluzniam palce lewej i wyciagam z nich latarke. Poruszam palcami... dzialaja. Nawet dobrze. Czyli tylko zdretwialy od uderzenia. Spojrzalem na to ramie i nic nie zauwazylem. Pewnie uderzenie kamienia. Wokol wolaja sanitariusza. Tez zaczynam opatrywac rannych. Gdy ladujemy ich do transportera, kolega  zauwazyl, ze mam zakrwawiony rekaw. Pod rekawem niewielka rana. Opatrzono mi ja i juz.

   Pojechalem odprowadzajac innych do najblizszego punktu zbiornego w Chan Arnabe. Tam, zmeczony lekarz z latarka na czole obejrzal moja rane i zakomenderowal: "Na nosze, infuzja!" Okazalo sie, ze ta mala ranka to rana wejsciowa odlamka. Z tylu ramienia zobaczylem calkiem duza rane wyjsciowa. Probowalem protestowac, ze nic mi nie jest, ale nie pomoglo. Zabrali mi mojego kalasza, przywiazali do noszy, wbili w prawe ramie igle z infuzja i zaladowali do ambulansu. Jedziemy 10 km do tylowego punktu zbiorczego w Waset. 10 km, 40 minut jazdy po rozbitej szosie, bez swiatel. Teraz juz jestem bezbronny, obezwladniony. Bardzo niewygodne uczucie. Do tego kranik infuzji otwarto na caly regulator i szybko zaczynam odczuwac nadmiar plynu. Ale przeciez rana jest niegrozna i tak nie przeszkadza, wiec caly wysilek idzie na wstrzymywanie sie. W koncu Waset... Chce sie wyzwolic z noszy i szybko do toalety. Ale nic z tego. Sanitariusz nie pozwala. Wzial tylko pusty woreczek po infuzji, odcial jego rog i dal mi jako zaimprowizowana kaczke szpitalna. Och, jaka ulga... Ale nie ma tego dobrego, co by na zle nie wyszlo. Zabierajac ten woreczek, zmeczony sanitariusz wylal polowe zawartosci na mnie. Teraz mam prawdziwy problem. Co sobie inni pomysla?! Ze posikalem sie ze strachu?...

   Jedziemy dalej, do szpitala polowego w Kiriat Szmona. Tam zmieniaja mi opatrunek, a przede wszystkim zabieraja buty i mokre spodnie. Przykryty kocem czuje sie o wiele lepiej. Specjalnie przystosowany autobus zabiera nas do szpitala w Naharyi. Po drodze juz nikt nie ma glupich pomyslow i od czasu do czasu autobus zatrzymuje sie i pozwalaja, tym co moga, wstac i  ulzyc sobie w ludzki sposob.

   Nad ranem dojechalismy do szpitala. Nosze zdejmuja licealisci. Wokol swiatlo, czysto, bialo, twarze mlodych dziewczat, troskliwie usmiechniete pielegniarki. Wyraznie jestem w raju. Najpierw mnie umyto, przebrano w szpitalna koszule i hajda na sale operacyjna. Obudzilem sie juz na szpitalnym lozku, po wszystkim.

   I tak zlapalem najlepsza "fuche" na wojnie – byc lekko rannym. Wypelnialem ja sumiennie przez miesiac.

   Potem wrocilem do baterii.




Moja bateria na apelu porannym, grudzien 1973.
Ja jestem ostatni z prawej, jeszcze mam brode.




Moje zdjecie z AK-47, z tegoz okresu.


   Moj dywizjon uczestniczyl w rutynie wojny wycienczajacej az do konca kwietnia 1974 r. Bylismy na syryjskim froncie, na Golanie. Zime spedzilismy pod Hermonem. Kilka razy zlapal nas snieg, czasami nawet calymi dniami nie wychodzilismy z lozek, bo caly sprzet byl zasypany.



Biore namiary na nowej pozycji baterii, luty 1974.


Z kolegami z wojska na sniegu – ja z lewej, luty 1974.
   Zdemobilizowano nas pod koniec kwietnia 1974.

   199 dni od Sadnego Dnia.

   Fredka byla juz w czwartym miesiacu...





Teksty Branleya Zeichnera zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje