Zamieszczamy odredakcyjny wybór z zapisków Haliny Birenbaum z roku 2002. Zapiski te dotyczą głównie reakcji w Niemczech, przede wszystkim młodzieży, na Holocaust. Zawierają one również myśli Autorki o współczesnym nam konflikcie izraelsko-palestyńskim.Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:
Wybór ten został autoryzowany przez Halinę Birenbaum.Andrzej M. Kobos
Z GĄSZCZU ZDARZEŃ I WSPOMNIEŃ
HALINA BIRENBAUM
- 1.
W końcu listopada 2001 wróciłam z dłuższej podróży do Niemiec, z pochmurnych, szarych dni, mgieł, deszczów – wspomnień, w ciepło i słońce izraelskie, w błękit nieba piękny, jak latem, gdyby tylko nie te inne, ciężkie chmury, w których rozmywa się wszystko...[...]
Rozjeżdżałam po różnych miastach, wystąpiłam przed młodzieżą w szkołach, przed dorosłymi i młodzieżą w klubach, w byłej bóżnicy, w kościołach i prywatnych domach. Słuchało mnie setki ludzi: nauczyciele, uczniowie z klas młodszych i starszych, studenci, dyrektorzy szkół, zakonnice, księża katoliccy i ewangeliccy. Wszędzie to samo skupienie, zdumienie, przejęcie, wzburzenie, groza w oczach – łzy i wyrazy najlepszych uczuć. Siedzieli, jak przygwożdżeni do krzeseł, zasłuchani wpatrywali się we mnie w osłupieniu, jakby czytali z mojej twarzy, jakby widzieli w moich oczach te obrazy Stamtąd, jakby sami byli Tam teraz, skąd ja zdołałam się wydostać... Nauczyciele, którzy rozpoczynali te spotkania przedstawianiem mnie i upominaniem, ze swą mentorską wyższością, o należyte zachowanie uczniów, już po kilku chwilach siedzieli przeważnie z bezradnie opuszczonymi głowami lub z twarzami ukrytymi w dłoniach. Było im widocznie trudniej, niż uczniom... Pod koniec wszyscy zrywali się spontanicznie na nogi i oklaskiwali mnie długo. Potem tłoczyli się wokół mnie, ściskali mi dłoń, dziękowali, że chciałam przyjechać do nich, otworzyć się przed nimi i przekazać tamte dzieje.Zapadałam się z zażenowania! Ja, taka malutka, naprzeciw nich, zagubiona po prostu w ich mnogości, wysokim wzroście, młodości – i tych przedziwnych oklaskach. W Niemczech po tylu latach i z moim niedozwolonym do życia Wtedy pochodzeniem, z nieuczonym żydowskim językiem niemieckim z polskim akcentem... Jakie to doznania, jakie przeżycia! I tak raz po raz, od jednego spotkania do drugiego, ile tylko czasu i sił albo i ponad to. Wszystko chyba jest możliwe, także moja odradzająca się wciąż energia młodości. Według Annegrete, 83-letniej zakonnicy ewangelickiej z Hamburga jestem “Das Wunder Gottes von Auschwitz" – Cud Boski z Auschwitz...
Annegrete, 83 letnia zakonnica ewangielicka kupiła przypadkowo w poprzednim roku moją Nadzieję, pokochała mnie z tej książki i sprowadziła mnie (pośrednio) tym razem do Niemiec, do Hamburga.
[...]
Annegrete była przez 38 lat siostrą położną na oddziale chirurgicznym szpitala "Jerusalem" w Hamburgu, gdzie teraz mieszkała wraz z innymi siostrami zakonnymi – rencistkami na górnym piętrze w tym starym, pięknym domu. Wystąpiłam także w ich kościele parafialnym przy tym szpitalu i Annegrete powiedziała mi, żebym ich nie oszczędzała, żebym mówiła o wszystkim, co było w Auschwitz!(W niecały rok później, w sierpniu 2002, doszła mnie smutna wiadomość, że Annegrete umarła.)
Pastor, w swych pięćdziesiątych latach, rozmowny a szczególnie chętnie komentujący wszystko na swój religijny sposób, był niezmiernie wzburzony i przejęty, płakał, nie mógł potem znaleźć słów na zakończenie tego spotkania... Powiedział krótko, zdumiony a nawet nieco zagniewany czy rozżalony, że nigdy nie słyszał czegoś podobnego; że zna się tylko liczby, nazwy historyczne, statystykę, ale nie opowieści, jak ta moja!
[...]
Wielu reagowało podobnie a zwłaszcza nauczyciele historii. Ci byli zupełnie zaszokowani. [...] Mówili, że żadna książka, lekcja czy film nie przekazują takich informacji jak moje autentyczne świadectwo i sposób, jakim przekazuję, co uważają za bezcenne. Niektórzy pytali mnie czy mogę im przebaczyć albo czy czuję nienawiść do Niemców? Jak to jest możliwe, że jednak nie mam w sobie nienawiści, że nie opowiadam o tym z nienawiścią?...
[...]
Miałam też pewne doznania mniej przyjemne, ale może potrzebne dla poznania i ukazania wielostronności dzisiejszych aktualii.
Przyjechałam do Hagen eleganckim expresem, z tej doskonałej atmosfery przyjmowania mnie w Hamburgu, Kiel, Marl i okolicach, pełna nowych wrażeń i doświadczeń, które jeszcze przeżywałam w ciągu tych godzin jazdy pociągiem. [...]
Na dworcu w Hagen oczekiwał mnie mój pierwszy wydawca niemieckiego przekładu mojej książki Nadzieja umiera ostatnia. Był bardzo zmieszany, bąkał coś o tragedii tego dnia w jego mieście. Przelękłam się, że może się coś złego zdarzyło w jego rodzinie, ale niemal natychmiast okazało się, że nie o to chodziło. Rozejrzałam się dookoła – i wszystko stało się jasne. Nic osobistego, prywatnego, ale może jak najbardziej właściwie?
Nieopodal nas na tym peronie odbywała się właśnie demonstrancja neonazistów!… Plakaty ze swastyką, wrogie okrzyki i szlaban policji dla zapewnienia bezpieczeństwa demonstrantom. Od rana tak w całym mieście i... areszty przeciwników demonstracji. Georg był przerażony, zawstydzony. Bał się przede wszystkim o mnie i mojej ewentualnej reakcji.
Nie bałam się, ani nie miałam zamiaru go winić lub robić mu jakieś wymówki. Szłam z nim obok tych neonazistów z dziwnym uczuciem własnej mocy mojego bycia tutaj i w ogóle. Przyglądałam się im, mijając ich z bliska, ciekawa jak wyglądają dziś twarze nazistów niemieckich, kim oni są, ich rodziny, rodzice, bo było wśród nich wielu nastolatków...
I pomyślałam, że ja jeszcze jestem – a oni próbują od nowa?!... Tamto nie ostygło jeszcze; swąd palonych ciał ludzkich, którym oddychałam miesiącami w Auschwitz nigdy nie ulotnił się i nie ulotni ze mnie; przed moimi oczami ich zbrodnicza potęga z Wtedy, jej skutki – ich wielka, tak oczekiwana przez miliony klęska – i mój powrót z ostatniego obozu hitlerowskiego w Neustadt Glewe, gdy nawet ziemia paliła się w lasach niemieckich, i wszędzie, aż do Warszawy, ruiny, gruzy – czy chcą tego znowu?! Ledwo się mogłam powstrzymać by nie odezwać się do nich w tym sensie.
- 2.
Moją podróż w marcu 2002 do szkół w Berlinie zorganizowała tym razem pewna uczennica gimnazjum z Potsdam. Johanna przeczytała dwa lata temu moje książki, odszukała mój adres, aby napisać mi o swym głębokim przejęciu i wrażeniu, jakie wywarły na niej moje przeżycia w latach okupacji niemieckiej i zagłada mojego narodu – o swym zdumieniu, że takie okropności mogły mieć miejsce, o swej wdzięczności, że opisałam to wszystko i o konieczności działania, aby nic takiego nie mogło się więcej wydarzyć. Wyraziła gorące pragnienie poznania mnie osobiście, ale długo nie było do tego okazji...[...]
Gdy w listopadzie 2001 zostałam zaproszona przez Annegrete, ewangelicką zakonnicę niemiecką do szkół w Hamburgu, Johanna starała się bardzo, abym przyjechała także do szkół w Berlinie, ale czas nie pozwolił mi na to.
16-letnia Johanna miała już dla mnie zaproszenie i gotowy plan spotkań z młodzieżą w Berlinie na marzec 2002 roku... Zwróciła się do swych nauczycieli, przedstawiła mnie w innych szkołach i okazało się, że jest wielu chętnych do wysłuchania mojej opowieści naocznego świadka.
Moje spotkania z setkami uczniów i nauczycieli w licznych szkołach w Berlinie doszły do skutku w marcu 2002 i wszystkie przebiegły w wielkim zainteresowaniu i przejęciu.
Johanna z rodzicami i młodszą od siebie o dwa lata siostrą oczekiwali mnie na lotnisku. Gościli mnie w swoim domu, jak rodzina. [...] Byłam zdumiona i wzruszona tym przyjęciem i okazywanymi mi wszędzie wyrazami serdeczności i szacunku, a tym bardziej w tym czasie, gdy w mediach niemieckich i na świecie tyle jest krytyki mojego kraju, mojego narodu z powodu krwawych konfliktów z Palestyńczykami. Nikt nie atakował mnie, nie wytykał niczego – przeciwnie. Moje przeżycia i obecne losy w Izraelu pośród nieustannych wojen, terroru oraz sposób w jaki je przekazuję – bez nienawiści czy obwiniania kogoś – wzbudzały przyjazne uczucia, bliskość ludzką i pozwalały dostrzegać wiele rzeczy w innej proporcji i głębszym zrozumieniu.
Miałam też okazję spotkania się z innymi dawnymi znajomymi i przyjaciółmi w Berlinie. Z niektórymi wpadłam mimo woli w zagorzałe dyskusje, które jednak nie podziałały ujemnie na nasze stosunki. W tym okresie wiele było w niemieckiej prasie o nowej książce laureata Nagrody Nobla w roku 1999 Güntera Grassa pt. Im Krebsgang ("Idąc rakiem"), która cieszyła się niezwykłym powodzeniem. Mowa w niej o okrucieństwach dokonanych przez Polaków i Rosjan na Niemcach w 1945 r., o wygnaniu, zabójstwach, odebraniu mienia. Rachunek sumienia za wieloletnie milczenie o zabitych i pokrzywdzonych, wymuszone naciskiem opowieści o zagładzie narodu żydowskiego, milczenie, które nareszcie należy przerwać, by upamiętnić i uczcić pamięć niemieckich ofiar tak długo zaniedbywaną. Przed Grassem inny znany pisarz niemiecki, Martin Walser, już wcześniej poruszył ten temat, oświadczając, że dość już mówienia o Holocauście; Niemcy są normalnym narodem jak inne, mają prawo do dumy i wspominania własnych tragedii, krzywd.
Moi znajomi z ruchu "Inicjatywa Pokoju" i partii Zielonych są przeciwni wszelkim rozwiązaniom konfliktów siłą, produkowaniu i używaniu jakiejkolwiek broni, zanieczyszczaniu powietrza, ziemi i kosmosu. Demonstrowali przeciw Stanom Zjednoczonym w okresie wojny z Sadamem Hussainem w 1991 roku, potem przeciw interwencji w Kosowie, obecnie demonstrują w obronie Afganistanu i Palestyńczyków. Tłumaczyli mi, że oni – Niemcy – mają wobec Palestyńczyków szczególne zobowiązania, bo gdyby Hitler nie dokonał był zagłady, Żydzi nie otrzymaliby zgody świata na państwo Izrael, i Palestyńczykom nie odebrano by ziemi... A dziś Izraelczycy postępują wobec Palestyńczyków, jak naziści wtedy – sami cierpieli a teraz innym robią to auch (również)!
Było mi strasznie słuchać takich wywodów, szczególnie od nich, w Berlinie! Miałam przed oczyma obraz mąk zaznanych za czasów okupacji i słowa te raniły, jak nożem. Tutaj, w tym miejscu, takie słowa, taki ton – po tamtym wszystkim! I tym bardziej raniła i upokarzała obecna polityka Izraela, która daje argumenty, by w ten sposób o nas mówić, pisać. Tak bardzo są te sprawy skomplikowane, drażliwe, tyle w nich emocji i spięć! A czy może być inaczej wobec męki, cierpień i strat jednych – i wobec ciężaru winy drugich, którzy od samego początku pragnęli zrzucić ją z siebie raz na zawsze?! Poczucie winy budzi potrzebę oczyszczania się obwinianiem ofiar.
Popularny pisarz niemiecki Martin Walser, Noblista Günther Grass, jak i różni moi rozmówcy walczący o sprawiedliwość i pokój na świecie, są przepełnieni tęsknotą za krajobrazami dzieciństwa z Gdańska, Olsztyna, Wrocławia, Królewca, skąd zostali okrutnie wygnani przez Polaków i Rosjan. (Dokąd ich wygnano? Do Auschwitz? W czym jest im gorzej w Berlinie niż było im w Olsztynie? Dokąd ja miałam pójść, osierocona zupełnie, goła w zrujnowanej niemal doszczętnie Warszawie?... I dokąd na przykład chciałby mnie dzisiaj posłać Günther Grass, by wynagrodzić krzywdy Palestyńczyków?). Mają pretensje do Anglii i Ameryki, że ciągle tak strasznie bombardowali Berlin oraz inne miasta niemieckie i dalej niszczyli i zabijali niewinną ludność cywilną, wiedząc, że Niemcy prawie przegrali już tę wojnę...
Dopiero w maju 1945 roku dotarło do mordowanych aż do ostatniej chwili więźniów w obozach, że wreszcie bombardują Berlin! Wreszcie bomby dosięgły siedzibę Hitlera, władzę największego na świecie Zła! I świadomość, że oni też są tylko zwykłymi śmiertelnikami!... Byli wszak tyle lat niezwyciężeni w potędze swego brutalizmu, okrucieństwa i siły zbrojnej – w zniszczeniach, w zadawanych cierpieniach i śmierci milionom ludzi! Bomby na miasta niemieckie, na Berlin, stanowiły jedyną nadzieję na wyzwolenie, na kres tych mąk i pewne zadośćuczynienie sprawiedliwości, jeśli jakieś było w ogóle możliwe! Zwykli, normalni ludzie w normalnych czasach nie potrafią nawet wyobrazić sobie tamtego ogromu bestialstwa i potworności.
...Każde przestępstwo jest grzechem, tłumaczyli mi teraz żarliwie moi niemieccy rozmówcy – chęć zemsty jednakowo przestępstwem. Shoah, tak, to było straszne, aaaber... ale Niemcy też cierpieli, i milczeli o tym w ciągu długich lat, gdyż mowa była wciąż wyłącznie o Shoah... Najwyższy czas odezwać się i upomnieć o własne krzywdy! Dać wyraz swej tęsknocie za odebranym brutalnie domem, miastami dzieciństwa, ich pruskimi nazwami... A jeśli kręgi lewicowe nie wyrażą wreszcie tego, jak to czyni Grass, radykalna prawica upomni się i wtedy stanie się to naprawdę groźne. Nieustanne na świecie obwinianie Niemców i ich własne samoobwinianie się o Holocaust stwarza kompleksy w młodych pokoleniach i brak dumy narodowej, które prowadzą do nienawiści i agresji....
Słuchałam w osłupieniu tych lekcji. Moje odpowiedzi wyprowadzały ich w chorobliwy sposób z równowagi. Na szczęście mogłam się też oprzeć o różne artykuły w niemieckiej prasie w związku z omawianiem tej nowej książki Grassa. Potęga moich wspomnień i tych wszystkich obrazów z Wtedy wyrywała się wprost ze mnie, paliła słuchaczy. Bronili się uparcie, żarliwie, chwilami zaciętym, pełnym napięcia milczeniem, które nie oznaczało przyjęcia moich argumentów, ani zgody. Nie, nie pokłóciłam się z nikim, dyskutowaliśmy tylko. Wiele potem uczynili dla mnie w czasie tego pobytu w Berlinie, okazali mi serdeczność i ciepło.
Bez tego tematu wszystko jest ludzkie i piękne...
Myślałam w sobie wciąż, jak mało oni – i nie tylko oni – wiedzą o tym wszystkim, jak niewiele chcieli i chcą wiedzieć, wyobrazić sobie w ogóle czym my oddychaliśmy tam w ciągu tamtych lat! Dopóki inni Niemcy jeszcze dali nam oddychać!...
Czy spodziewali się, że niszcząc i depcząc po wszystkim co ludzkie, wzbudzając w ludziach najgorsze instynkty wytworzonym przez siebie – dla milionów Żydów, Polaków, Rosjan, Romów i innych - piekłem na ziemi, ludzie odpłacą im za to pobłażliwością, wyrozumieniem, będą współczuć im i ich potomnym przegrania tej wojny – a oni sami od razu staną się normalnym narodem? A nasze sieroctwo? A fakt, że ja nie mam nawet fotografii mojego ojca, brata i żadnych krewnych, aby móc pokazać moim dzieciom ich twarze choćby na zdjęciu?! Nasze dzieci noszą imiona swych zgładzonych dziadków, wujków, kuzynów, jak żywe nagrobki, jako jedyny ślad po ich istnieniu! Czy w takiej samej sytuacji są Walser i Grass? Czy w takim razie my już możemy być normalnym narodem? I oni, których ojcowie i dziadkowie zabrali nam, i nie tylko nam, życie i wszystko – tak samo mogą?
Zaczęłam tu o odradzających się stosunkach przyjaźni, zrozumieniu i poczuciu odpowiedzialności ludzkiej młodego pokolenia w Niemczech, które są wielce pocieszające i znów wylądowałam jednak na swych wspomnieniach, i polityce, która nie jest bynajmniej moją silną stroną... Ale polityka „specjalistów” już mi tyle zabrała, zniszczyła i niszczy – zwłaszcza ta, która budziła i budzi nienawiść do innych i usprawiedliwia ją wszelkimi, najświętszymi, patriotycznymi argumentami. A te wspomnienia we mnie, są po prostu poniekąd mną. Więc może ja nie rozumiem wszystkiego, może nie wszystko jest mi wiadome? A obecny terror, zabijanie ludzi w autobusach, supermarketach, strzelanie do dziecka w łóżku – czy to jest do przyjęcia? I potem te zemsty!... Ale zawsze widzi się to ostatnie w łańcuchu zdarzeń, rezultat, nie powód... I od razu te porównania do nazistów, do Shoah.
Niczego nie da się porównać do Shoah! Nigdy nikt inny nie wymyślił komór gazowych do zabijania ludzi, pieców do masowego spalania ich ciał po wyrwaniu złotych zębów i stapianiu na złote sztaby; ściągania skóry z zagazowanych na abażury do lamp, używania ludzkich włosów na materace, ludzkiego tłuszczu na mydło! Kto inny jeszcze w historii ludzkiej zamawiał żyjących ludzi, by ich zabić i badać szkielety tych wybranych, zamówionych?! Kto inny przeprowadzał operacje doświadczalne na żywych ludziach dla „rozwoju nauki”?! A stosowanie rasistowskich praw wobec żydowskich obywateli w Niemczech jeszcze przed Shoah, bojkoty, palenie synagog, ksiąg autorów żydowskich? I te wszystkie najbardziej perfidne, bezduszne sposoby polowania na Żydów by ich ładować masowo, gorzej niż bydło, do wagonów na śmierć; znęcanie się, upokarzanie, których końcem było zagazowanie w Treblince, Majdanku, Auschwitz i w dziesiątkach innych miejsc kaźni w Niemczech i w wielkiej części okupowanej przez Niemców Europy? Nie mówiąc już o rabunku mienia aż po osobistą odzież i wysyłanie tego wszystkiego do Niemiec. Także i włosów, skóry...
Prześladowania Żydów, pogromy, inkwizycje – trwały w ciągu wieków jednak nie stanowiły totalnej śmierci całego narodu. Wyrzeczenie się wiary żydowskiej, czy inne ustępstwa wobec trudnych żądań, zwykle uwalniało od zagrożeń życia. Ale, podczas rządów niemieckich nazistów, przy milczeniu niemal całego niemieckiego społeczeństwa i świata, nic nie mogło uratować od śmierci człowieka żydowskiego pochodzenia.
Nie było nam dozwolone nawet być niewolnikami przez dłuższy okres zapewniający najmarniejsze życie. Nie mieliśmy prawa w ogóle być! I nikt nie protestował wtedy przeciw temu, nie demonstrował. Mało kto współczuł, jeszcze mniej pomagało, a któż mógł ratować?
Jednostronne przedstawianie faktów jest zawsze niesprawiedliwe i bolesne, tym bardziej gdy oskarża się o wszystko cały naród, ogół Żydów. Przypomina to od razu koszmarne Wczoraj, które nie przemija.
Nie umiem dyskutować z tymi, którzy w taki sposób reagują. Nie wchodzę w dyskusje, bo nie wierzę, że mogłabym przekonać. Widocznie wszędzie istnieją tacy, którzy muszą zawsze kogoś nienawidzić i znajdą spod ziemi powody ku temu. Albo raczej powody do nienawidzenia innego, a nawet gorzej jeszcze, są te powody w nich, w ich osobowości i celach, które sobie obieraja. A na Żydach wielu lubi skupiać swe urazy duchowe i życiowe.
Trudno się powstrzymać od przykrych refleksji w gąszczu tych zdarzeń i niezliczonych publikacji na ich temat. Kiedy czytam jednostronne, często wrogie wypowiedzi, hurtowe oskarżenia, od razu mimo woli nawiedzają mnie obrazy z Wtedy i nieuchronne pytanie, dlaczego wówczas nikt nie protestował, dlaczego, mimo wojny, nie demonstrowano na świecie przeciw komorom gazowym?... I dziś tylu w ogóle zaprzecza ich istnienie?
* * *
Nie mam bynajmniej zamiaru tym wszystkim usprawiedliwiać okupacji i osiedlania się na ziemiach palestyńskich zajętych podczas Wojny Sześciodniowej 1967, gdy wszystkie państwa arabskie napadły na Izrael i wrzeszczały, że wrzucą nas do morza. Nie mieli daleko do tego! Byli liczni tacy i silni, wraz ze Związkiem Radzieckim na czele, który ich zbroił i wspierał gorliwie. Zapanowało wtedy rozpaczliwe przeświadczenie, że to już nasz koniec.I po sześciu dniach cud zwycięstwa, zażegnanie grozy ponownej zagłady!
Ale Arabowie, którzy przegrali tę wojnę, jak i te poprzednie, po przyznaniu przez ONZ państwa Izrael w podzielonej Palestynie w 1948, nie chcieli się z tym pogodzić, nie chcieli przyjąć podziału, a każda następna wojna i ciągłe konflikty zbrojne między tymi wojnami, stwarzają i mnożą dalsze problemy, powikłania, tragedie, pogłębiają nienawiść, terror i zemsty za terror – powiększają apetyt i możliwości izraelskich ekstremistów, fanatyków religijnych na rozszerzanie osiedli. Ich argumentem jest, że Bóg tę ziemię obiecał narodowi żydowskiemu, jak podaje Biblia...
Problem osiedli na okupowanych ziemiach palestyńskich jest źródłem niekończących się nieszczęść, głównym zatorem do pokoju i upadku ekonomicznego w kraju. Większość narodu sprzeciwia się osiedlom, ale terror Palestyńczyków, panika społeczeństwa i beznadziejność, niewiara w możliwość pokoju wzmocniła niepomiernie kręgi radykałów, którzy popierają i bronią osadników, doprowadziły ich do władzy. Kiedykolwiek, gdy były tu rządy gotowe do ustępstw i kompromisów, a szczególnie w trakcie zaawansowanych pertraktacji pokojowych, rozwalali terroryści najwięcej autobusów z ludźmi w Tel-Avivie, Jerozolimie, Netanii. Było tak za Rabina, Peresa, Baraka... Wrogowie porozumienia i pokoju zabili prezydenta Sadata w Egipcie i premiera Rabina w Tel-Avivie. Jedni i drudzy szkodzą najbardziej własnym narodom. Ale zabicie przez samobójców 5-letniego dziecka w łóżku, czy 90-letniej staruszki uratowanej z Shoah, w hotelu przy uczcie świątecznej w Pesach – nie przyniesie Palestyńczykom wyzwolenia z okupacji ani własnego ich państwa. Reakcje obecnego rządu Izraela są niestety w tym samym stylu i zagrażają przede wszystkim nam samym pod każdym względem, ale nie tylko nam. Bo zło solidaryzuje się ze sobą i wspomaga wzajemnie siły niszczenia: atak terroru daje atut do zemsty, zemsta do ponownego terroru – i... do następnych osiedleń okupowanych ziem. Błędne koło, jedna wielka, niekończącą się zapaść! Dokąd zaprowadzi?
A czy można z tym żyć? - pytają w trosce o mnie i o moich bliskich przyjaciele z różnych krajów. Czy stajemy się na to wszystko obojętni?
Ja nie przestaję wierzyć, że rozum i dobro w ludziach w końcu zwyciężą.
Żyje się wszędzie i w każdych warunkach – tutaj – póki się nie zostaje zabitym czy rozerwanym... Ja przeżyłam dwa lata w Auschwitz i w obozach w Niemczech, po mękach w getcie warszawskim, po nocy na Majdanku w komorze gazowej, z której wydostałam się, bo akurat zabrakło gazu – razem tak ponad pięć lat... Bo po prostu żyłam, miałam otwarte oczy, biło mi jeszcze ciągle serce, nie pękało... Czy byłam lub jestem zobojętniała? Zależy względem czego w danym momencie, i może musi się w pewnym stopniu zobojętnieć, by nie umrzeć od doznań i emocji względem nich, od obrazów przed oczyma z Wtedy i dziś. I życie nie przestaje być drogie. Choćby nawet, żeby je oddać w uświęcanych przez terrorystów celach.
W normalnych czasach żądamy wciąż więcej i więcej od życia, zapominając, że można być szczęśliwym bez wielu rzeczy, byle móc spokojnie położyć głowę na poduszce, bezpiecznie spojrzeć w niebo. I byle nie w nienawiści, nie w wyodrębnieniu!
- 3.
Lipiec 2002, w Polsce,
w Warszawie, w Goethe Institut...
[...]Goethe Institut, jak mi powiedziano, jest zainteresowany nie tylko uczeniem języka niemieckiego dla kariery czy interesów, lecz również dla poznania i szerzenia kultury niemieckiej. Pragną tam nawet uczyć polskich nauczycieli, jak nauczać w szkołach o Holocauście w ramach idei Unii Europejskiej...
Czuli się nieswojo, gdy ja nie żaliłam się na doświadczenia antysemityzmu polskiego, a opowiadałam o swych losach w getcie, w obozach śmierci, z których wyzierały okrucieństwa Niemców. W getcie nie myśleliśmy o Polakach po drugiej stronie muru, a o tym, ile już kosztuje kilogram chleba drożejący z godziny na godzinę, czy kilogram zmarzniętych kartofli, o powiększającej się liczbie puchnących i umierających z głodu, zimna i chorób na ulicach getta, o zastraszających wieściach o budowie komór gazowych w Chełmnie, Bełżcu, Oświęcimiu...
Mnie też było nieprzyjemnie, że im dziś nieswojo słuchać tego wobec studentów i w ogóle. Musiałam jednak opowiedzieć, skąd pochodzę i jakim cudem udało mi się zostać na tym świecie, a zwłaszcza w jaki sposób traciłam swych najbliższych jednych po drugich i jak bardzo oni wszyscy chcieli wtedy żyć, będąc skazanymi za swe żydowskie pochodzenie na totalną zagładę. I o tym, jak tamte wspomnienia działają do dziś na moje życie, poglądy czy mimowolne refleksje wobec rozmaitych objawów i zdarzeń.
Zabrało mi po wojnie sporo czasu zanim przestałam się dziwić na widok starszej kobiety żydowskiej czy dziecka i pytać jakim cudem oni żyją, gdyż takim przecież było normalnie to zabronione. Skąd się wzięli? A nasz pięcioletni syn, śmiał się z sąsiadki, że "taka duża" i ma jeszcze matkę!... Bo my i nasi przyjaciele uratowani z Shoah nie mamy rodziców ani żadnych krewnych i dziecko rozumiało, że dorosły człowiek nie powinien mieć rodziców... Nie widział nigdy nawet fotografii swych dziadków ani wujostwa, ich zdjęcia spłonęły wraz z nimi. O to woleliby nie pytać dziś Niemcy w swych staraniach przekazu kultury niemieckiej i oskarżeń za wyrządzone im krzywdy przed i po wojnie, jak wypędzenie, "zemsta" za Auschwitz i za rozpętanie tej piekielnej wojny i śmierci milionów ludzi.
[...]
W Oświęcimiu...
Grupa młodzieży niemieckiej, która spotkała się ze mną w Centrum Dialogu w Oświęcimiu by usłyszeć moje świadczenie, przyjechała tu z pytaniem: "Co my mamy wspólnego z tą przeszłością?", "Dlaczego mamy odwiedzać Auschwitz?"... Ich przewodnik, nauczyciel historii, zwrócił się do mnie bym odpowiedziała – jeśli potrafię – na te pytania pod koniec mojego świadczenia. Powiedziałam mu, że zrobię to na samym początku. Może oni przekonają mnie swymi argumentami, że jako Niemcy urodzeni po Holocauście nie mają z tym już nic wspólnego i wcale nie powinnam im przekazywać mojego świadectwa z getta warszawskiego, Majdanka, Auschwitz i innych obozów w Niemczech? Moje dzieci też urodziły się po tamtych koszmarach, ale z dziedzictwem przeżytych przez rodziców koszmarów – z ich i własnym krzykiem rozpaczy po nocach w upiornych snach o łapankach do wagonów, o selekcjach do komór gazowych, wrzasku "Alle Juden raus!"...Oczywiście, ci teraz nie są temu winni, ale ich ojcowie i dziadkowie zostawili im coś, z czego nie mogą się wyłączyć ani głosić czy pytać, co z tym mają wspólnego i żalić się na własne krzywdy. Szczycą się poprzez pokolenia swą kulturą, Beethovenem, Goethem, Schillerem – mieli również Hitlera i wszystko, co się z tym wiąże, co przekreśla tak wiele! To jest im na zawsze wspólne z ową przeszłością. Całej ludzkości, zresztą, bo stworzyli to ludzie ludziom.
[...]
Manon jest teraz w Stanach w ramach wymiany młodzieży. Zwiedzając Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, wysłała mi list o swoich wrażeniach, w którym tak pisze między innymi: "Jest to po prostu piękne uczucie znać Ciebie osobiście i wiedzieć, że ja, jeśli nawet w bardzo małym stopniu, stałam się częścią Twojego życia wbrew temu, czego dawniej doświadczyłaś". Manon ma teraz 20 lat, i nie ona jedna tak do mnie pisze. Chyba jest w tym nadzieja na przyszłość i na jakieś zwycięstwo nad tymi, którzy w swej rasistowskiej, nazistowskiej nienawiści i wyczynów chcieli mnie zgładzić oraz nad tymi, którzy by już chcieli na wszelkie sposoby wyrzucić to wszystko z pamięci.
- 4.
Pod koniec września 2002, ledwie zagrzałam miejsce w domu, już wyruszyłam w dalszą drogę: Tel Aviv – Kraków – Oświęcim, na październikowe sympozjum, którego temat brzmiał "Człowiek po Auschwitz".[...]
Na sympozjum w Centrum Dialogu opowiadałam marnym angielskim swą historię. Na jednym spotkaniu wieczornym mówiłam po polsku i po niemiecku jednocześnie, bo były tam dwie grupy z miast partnerskich - "Partnerschaft"... W ten sposób doznali razem tych samych wrażeń z życia pośród śmierci w Auschwitz. [...] I okazało się to niesamowitym przeżyciem dla nas wszystkich.
W sympozjum wzięło udział około 60 osób, rabini, księża, profesorowie i studenci z USA, Niemiec, mniej liczni z Polski. Temat był "Człowiek po Auschwitz"... Ale więcej mówiło się o teologii, o człowieku Wtedy w Auschwitz, a szczególnie o zrozumieniu Boga w owym czasie. Nieraz w tych teologicznych debatach i porównaniach gubił się czy tonął temat człowieka w Shoah i po niej...
Niemiecki profesor katolicki wystąpił w swoim wykładzie z rewelacyjną propozycją zwrócenia się do Żydów, aby oni, wedle swojej religii i doświadczeń ofiar Holocaustu, wytłumaczyli, gdzie był wtedy Bóg? Dotąd – twierdził – katolicy mieli na to jasną odpowiedź - Jezus zbawia wszystkich; teraz Żydzi powinni to wyjaśnić po swojemu... No i tak mamy temat na kolejne sympozjum – w maju 2003, ponoć w Niemczech. Nie mogłam dać odpowiedzi w tej kwestii, choć miałam wiele do powiedzenia, ale ja [...] dawałam możność wysłuchania najprawdziwszej lekcji historii.
[...]
Halina Birenbaum w syngodze w Erfurcie w Niemczech, 2003.
|
|
|
|
|
|
|