Zamieszczamy odredakcyjny wybór z zapisków Franciszka Czekierdy, autora z Warszawy. (AMK)Josif Brodski mówił:
MYŚLI PEWNE I ULOTNE
FRANCISZEK CZEKIERDA
- Wstęp
W połowie lat sześćdziesiątych wpadłem na genialny pomysł prowadzenia osobistego dziennika. Cóż... potem niechcący dowiedziałem się, że na ten sam pomysł dawno, dawno temu wpadło jeszcze paru innych ludzi, którzy później okazali się mędrcami, świętymi bądź noblistami. Nie załamywałem się jednak. Miałem wówczas kilkanaście lat i świat stał przede mną otworem. Wtedy to ciężko się zakochałem i dookolna rzeczywistość przestała dla mnie istnieć. To pomogło mi skupić się na starannym poszerzaniu horyzontów serca na papierze; z dziennika przerzuciłem się na wiersze, których ukropiłem kilkaset. Po różnych przeżyciach prawie wszystkie wyrzuciłem do kosza. Przyrzekłem sobie wówczas, że już nigdy w życiu nie będę wiązał mowy... ("Wszyłem sobie esperal poezji / już teraz nie upiję się życiem"). No więc powróciłem do dziennika i coś tam sobie skrobałem, skrobałem, aż w pewnym momencie zorientowałem się, że zapisałem dwadzieścia pięć zeszytów formatu szkolnego (w kratkę i linie). Wpadłem w panikę, bo zrobiło się tyle tego, że nie wiedziałem, co z tym począć.Na początku lat osiemdziesiątych napisałem kilka opowiadań, ale z powodu niedotlenienia umarły one w stanie embrionalnym. Z wyjątkiem jednego, które w konkursie o "Złote czółenko" łódzkiego czasopisma Odgłosy otrzymało wyróżnienie jako... reportaż. Nic z tego nie rozumiałem, ale dotlenienie w wysokości 1000 zł przyjąłem z miłą chęcią.
W tak zwanym międzyczasie napisałem dwie powieści. Teksty poddałem próbie ognia. Próba wypadła pomyślnie dla literatury. Pozostał popiół. Diamentu nie zauważyłem.
Któregoś dnia wziąłem do ręki starą Odrę, bo dostawałem już oczopląsu od tych kolorowych miałkich czasopism. Znalazłem w niej wspomnienie Andrzeja Dobosza na temat debiutanckiego zapisku z lat pięćdziesiątych. Jego króciutka relacja z podsłuchanej rozmowy w autobusie otworzyła mi oczy. Był to błysk rozświetlający moje gruzłowate, nieuporządkowane myśli. "Oto mi właśnie chodzi!" – krzyknąłem euforycznie. A więc skondensowane notacje bez zbędnej waty i ornamentyki. Zacząłem tedy przeglądać pawlacze i wyławiać z zakurzonych zeszytów niektóre co ciekawsze, moim zdaniem, kawałki. Fakt, ich tematyczny rozrzut jest spory, bowiem interesuję się – wybaczcie pensée banale – życiem zarówno brukowym, jak i duchowym, więc jest i materia i serce, podglądanie ludzi i ziemi, i obserwowanie świateł nieba. A to, że przez ćwierć wieku byłem filmowcem nie ma tu nic do rzeczy. Notabene zostałem nim przez przypadek: w podchorążówce dla rezerwistów spotkałem miłośnika filmu, Zbyszka Kozerę, który namówił mnie do zdawania do szkoły filmowej w Łodzi. Mnie się poszczęściło, kolega został... prokuratorem. Choć z dzisiejszej perspektywy nie wiem, komu poszczęściło się bardziej.
Usiłuję przedstawić fotografię mojego chwilowego antyszambrowania na Ziemskich przedpokojach Pana. Zabrzmiało to zbyt górnolotnie, a nie o taki ton mi szło. Właściwie są to fotosy: czarno-białe, barwne, błyszczące, matowe, grubo- i drobnoziarniste, stare i nowe, różnego formatu, ale na pewno nie za duże, lepsze i gorsze, choć nie mnie je oceniać... Zapiski te nazwałem fotografiami, choć wierzę, że nie są one wyświechtanymi kliszami.
Franciszek Czekierda
* * *
- 1. Rodzina, Rodzinka
- Prywatny warszawski szewc, Wacław Sulich (przyrodni brat mojej teściowej), w latach sześćdziesiątych ub. wieku robił na zamówienie buty Zofii Gomułkowej, żonie I sekretarza PZPR. Jak wiadomo, jej mąż, Władysław, skutecznie tępił wszelką prywatną inicjatywę.
Znając pryncypialność przywódcy partii robotniczej, można przypuszczać, że usiłował przekonać żonę, iż buty ze sklepów spółdzielczych są takie same, a może i lepsze od obuwia kupowanego od prywatnych rzemieślników. Zofia Gomułkowa na przykładzie własnych nóg wiedziała jednak doskonale, co jest dla niej lepsze.
Jeśli więc mąż Gomułka nie potrafił przekonać własnej żony, że wyroby państwowe są lepsze od prywatnych, to tym bardziej towarzysz Gomułka nie mógł do tego przekonać społeczeństwa. Szkoda tylko, że nie poprzestał na żonie; oszczędziłby narodowi wielu utrapień.
- Brat Wacława, Stanisław B. (drugi przyrodni brat mojej teściowej), również szewc, zrobił w prezencie ślubnym mojej żonie białe pantofelki. Buty były piękne, ale – mimo, iż wykonane na miarę – okazały się za małe. W czasie wesela żona większość czasu spędziła boso. Nigdy ich później nie założyła. Stanisław miał za sobą kilkudziesięcioletnią praktykę, ale opinia w rodzinie była jednoznaczna: Wacek był lepszym szewcem. Za to Stasiek był prezesem rzemieślniczej spółdzielni i konsekwentnie wcielał w życie jedno z najbardziej znanych polskich przysłów o szewcu.
Można powiedzieć: a to Polska właśnie...
- Dwustu kosiarzy, siedmiu brygadzistów, kierownik i agronom (mój ojciec) – wszyscy ci ludzie w lecie roku 1955 byli na sianokosach w województwie szczecińskim koło Chodzieży. Kosili setki hektarów łąk porośniętych dwumetrową trawą nie tkniętą od wojny. (Widok takiej ilości koszących musiał być imponujący). Po trzech miesiącach ciężkiej pracy i otrzymaniu wypłaty minister ds. PGR-ów (był taki!) zaprosił ich do ministerstwa. Na przyjęciu stoły były zastawione wyłącznie pętami zwyczajnej kiełbasy i czystą wódką.
Sposób ugoszczenia kosiarzy świadczył o tym, że albo minister był prostakiem nie znającym podstawowych zasad etykiety, albo (i) cynikiem, więc postąpił tak z premedytacją lekceważąc robotników i uważając, że kiełbasa i wódka były dla nich nagrodą aż nadto wystarczającą.
- Podczas okupacji niemieckiej mój teść, Kazimierz, wspólnie z kolegą wpadli na pomysł zarobienia paru groszy. Obaj wspinali się na wysokie drzewa, gdzie znajdowały się gniazda wron. Było to w okresie, kiedy młode nie umiały jeszcze latać. Chłopcy strącali je na ziemię. Po oskubaniu i oprawieniu ptaków sprzedawali je na miejskim targowisku, jako upolowane kuropatwy.
Zaradność przyprawiona brutalnością, wymuszona przez trudne czasy.
- Rodzice kolegi mojego ojca, Franciszka Dusiłło, podczas ostatniej wojny we wsi Cieszacin koło Jarosławia, ukrywali przed hitlerowcami Żydówkę, Fajgę Dawid. Kobieta miała jedenastoletnią córkę, którą najpierw zostawiła u swoich sióstr w mieście, a potem wzięła ją do siebie i ukrywały się razem w stodołe, gdzie było bezpieczniej. Prawdopodobnie matka z córka przeżyły wojnę. (Dziewczynka miała na plecach brodawkę). Natomiast męża Fajgi Dawid wcześniej, przed jej ucieczką na wieś, zabrali Niemcy.
Ani Franciszek, ani jego rodzice (wszyscy już nie żyją) nikogo nie informowali o tym – co tu dużo mówić – bohaterskim czynie. A dowiedziałem się o tym przypadkowo, gdy Dusiłło z moim ojcem wspominali czasy wojennej młodości.
- "Myślałem, że małżeństwo będzie czymś ciekawym – zwierzył mi się kiedyś Andrzej. – Po wieloletnim stażu mogę powiedzieć, że polega ono na powolnym rezygnowaniu ze wszystkich planów, zamierzeń i ambicji. Rezygnowanie na rzecz kompromisu. Małżeństwo jest dźwiganiem krzyża. Niektórym tylko udaje się mieć krzyż z drzewa lipowego".
- Postaw sobie cel. Dąż do niego z wiarą. Wiara czyni cuda. ("Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze, a byłaby wam posłuszna"; Łukasz 17,6).
Nie załamuj się upadkami. Porażki umacniają w myśl zasady: "Co cię nie zabije, umocni cięÅ.
Pointa: "Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu" (Paulo Coelho).
Tych kilka myśli chciałem kiedyś powiedzieć mojemu kilkunastoletniemu synowi w chwilach, gdy się "zamulał", czyli gdy miewał psychiczne dołki. Ale pomyślałem sobie: "Przecież powie mi, żebym nie wciskał kitu...". Wydrukowałem je więc i dałem z komentarzem, że ściągnąłem je z Internetu. Wziął.
Po pewnym czasie zauważyłem, że powiesił tę kartkę na drzwiach wśród innych wierszy i tekstów.
- "Stary człowiek musi kłamać, żeby być znośny dla otoczenia. Kłamie więc, że interesuje się tym, czym interesują się inni. W rzeczywistości jest samotny" (cytat przybliżony).
Te jakże prawdziwe słowa o kłamstwie wypowiedział ponad dziewięćdziesięcioletni Józef Czapski, wybitny malarz i eseista. Jednakże to kłamstwo de facto nim nie jest, to raczej wybieg kulturalnego człowieka nie chcącego sprawiać swoim bliskim przykrości. Zapewne nie chciał się tłumaczyć, że w pewnym wieku już przestał się wieloma sprawami interesować, że zajmują go już zupełnie inne rzeczy, które nie znalazłyby zrozumienia u młodszych, jak należy się domyślać.
Ale czy na pewno? Czy należy się poddawać i ulegać presji młodych, by mówić to, czego oni oczekują? Jednak przeciwstawienie się naciskowi otoczenia w celu przeforsowania swojego sposobu myślenia wymaga nie tylko aktywności umysłowej, przede wszystkim potrzebne są zdrowie i siły. Czy można tego wymagać od starców, którzy mają zupełnie inne priorytety, zupełnie inną już wizję i perspektywę życia? Nie wiem, wiem tylko, że zdrowy nigdy nie zrozumie chorego.
- Dom dzieciństwa jest jądrem planety o wyświechtanej nazwie życie. Przychodzi taki moment, kiedy siła odśrodkowa wyrzuca mieszkańca domu poza jego przestrzeń. Niezależnie od tego, czy "wyrzucenie" jest dobrowolne, czy przymusowe, były domownik niczym elektron krąży myślowo po orbicie domu. I raczej już nie powraca (choć bywają rzadkie wyjątki), ponieważ w jądrze istnieje zbyt gęsta materia starych i nowych spraw, już obcych dla byłego mieszkańca. Jednakże żyjąc w oddaleniu przez cały czas znajduje się on w sferze oddziaływania magnetycznej siły domu, która dodaje mu energii i co jakiś czas przypomina o własnych korzeniach, o wspólnych atomach materii.
- 2. Tworzywo
- Jestem rozdarty między teorią Gombrowicza, którego artystycznej intuicji ufam, odżegnującą malarstwo od czci i wiary, a zachwytami nad malarstwem historyków, twórców i konsumentów sztuki. Biorąc pod uwagę prowokacyjne upodobania Gombrowicza i jego talent do przekłuwania nadętych balonów fikcji, można przyjąć tezę graniczącą z pewnością, iż w tym przypadku wielki pisarz nie miał jednak racji. Malarstwo było i będzie sztuką przez duże "S" wbrew jego prześmiewczym opiniom i sądom.
Swoją drogą mam wielki szacunek dla malarzy umiejących ciekawie mówić o swojej sztuce. Słuchając ich mam pewność, że w warstwie farb kryje się coś więcej, niż tylko artystyczna wizja. Do takich malarzy należy Jerzy Nowosielski, zajmująco filozofujący, Krystiana Robb–Narbutt, będąca równocześnie poetką, czy Franciszek Starowieyski, szlachecki gawędziarz.
- Będąc w średniej szkole usłyszałem od germanisty tezę, że kultura na świecie promieniuje z zachodu na wschód. Była to dla mnie myśl szalenie atrakcyjna, jednakże wtedy głębiej nad nią się nie zastanawiałem. Dopiero kilkanaście lat później pewne zdarzenie dało mi asumpt do zastanowienia się nad twierdzeniem profesora liceum.
Znajdowałem się wówczas w Wilnie, gdzie spotkałem mieszkającą tam Polkę, Mariannę B., która w pracy czytywała w biurze polskie kryminały. I nic w tym nie byłoby szczególnego, gdyby nie to, że jej koleżanka z biura, Litwinka, nie znająca w ogóle naszego języka, zaczęła również czytać te książeczki i za ich przyczyną oraz dzięki językowej pomocy pani Marianny, nauczyła się języka polskiego.
Od tego czasu zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na różnego rodzaju wypowiedzi obcokrajowców zza naszej wschodniej granicy, o tym jak to czytywali polską prasę, czasopisma (prym wiódł tu Przekrój) i książki oraz jak mimowolnie nauczyli się języka polskiego.
Minęło znowu kilkanaście lat. Z okazji osiemdziesiątej rocznicy urodzin Stanisława Lema pojawiły się wśród wielu rocznicowych życzeń także ciekawe wypowiedzi rosyjskich tłumaczy, z których dwaj potwierdzili tezę o kierunku promieniowania kultury zachodniej:
"Wkrótce po II wojnie światowej założono w Moskwie Wydawnictwo Literatury Zagranicznej. Jego spektrum było niezwykle szerokie: od redakcji matematycznej po artystyczną. Kiedy skończyłem matematykę na Uniwersytecie Moskiewskim, prof. Kuroszen zaproponował mi pracę w tym właśnie wydawnictwie w charakterze jego zastępcy w redakcji matematyki, mechaniki i astronomii. Wkrótce w wydawnictwie powstała nieformalna grupa przyjaciół literatury polskiej. Literatury i rzecz jasna samej Polski. Polskie książki niesłychanie nas nęciły. Przede wszystkim Marek Hłasko z "Ósmym dniem tygodnia", ale także np. Ksawery Pruszyński. Czytaliśmy gazety i tygodniki: "Kulturę" i "Politykę", "Dookoła Świata" i "Przekrój". Dzięki recenzjom publikowanym w polskiej prasie poznawaliśmy literaturę zachodnioeuropejską..." – pisał w "Tygodniku Powszechnym" Feliks Szirokow.Drugi tłumacz, Konstantin Duszenko, w tym samym czasopiśmie napisał:"Wśród rosyjskich tłumaczy Lema wcale nie przeważają zawodowi poloniści. Wielu z nich zaczęło studiować polski właśnie po to, aby czytać nie wydane po rosyjsku utwory Lema. Sam należę do tej grupy. Skończyłem Technikum Automatyki i Telemechaniki, potem zaś studiowałem historię na uniwersytecie. Historię Polski wybrałem w znacznej mierze dlatego, że Lem pisze po polsku...".
"Pamiętam, że czytałem Malcolma Lowry, trochę Prousta, trochę Faulknera, a także Joyce'a po raz pierwszy czytałem po polsku. A więc były to względy praktyczne: potrzebowaliśmy okna na Europę, i język polski go nam dostarczał".Ową hipotezę o jednokierunkowym działaniu kultury Zachodu wielu Polaków przyjęło zbyt łatwowiernie, szczególnie, gdy słyszeli o takich właśnie i podobnych im sytuacjach mających miejsce za Bugiem, a dodatkowo potwierdzanych przez przyjaznych nam sąsiadów. (Abstrahuję tu od ekspansji cywilizacji i kultury amerykańskiej oraz zachodnioeuropejskiej, bo jest to temat na odrębną poważną refleksję).
Tylko, że przyjęcie takiej hipotezy, trochę łechcącą
polską próżność, grozi zafałszowaniem rzeczywistości i niedostrzeganiem
wpływu kultur wschodnich na Zachód. A ten wpływ niewątpliwie istnieje.
Artyści, a szczególnie śpiewacy od dawna wyróżniali się
swoim wyglądem zarówno na scenie, jak i w życiu. I łatwo mógłby się
pomylić ten, kto twierdziłby, że jest to wyłącznie ich własny wymysł, czy
fantazja. Jest to coś, co ciąży nad nimi od wieków, jest poza i ponad nimi.
Otóż kostium artysty nie jest rzeczą błahą, jakby się z pozoru mogło
wydawać, o czym zaświadcza sam Platon, jeden z najwybitniejszych filozofów
starożytności. Przytoczony na wstępie cytat pochodzi właśnie od niego; w
utworze pt.: Ion Platon włożył w usta Sokratesa słowa o wyglądzie
ówczesnych śpiewaków, cytat ten w większym fragmencie brzmi następująco: "Doprawdy
ja nieraz, Ionie, zazdrościłem wam, śpiewakom, sztuki waszej. Bo takiemu
artyście zawsze się i ubrać ładnie wypada i wyglądać bardzo pięknie".
Zygadło, jako jeden z nielicznych filmowców potrafi krzyknąć
głośno, że król jest nagi. Wielu naszych twórców, nie tylko zresztą
filmowych, jest wciąż święcie przekonanych, że brali czynny udział w
obalaniu reżimu komunistycznego, podczas gdy tak naprawdę szarpali nogawki
czerwonemu Golemowi, a co odważniejsi kopali go zaledwie po kostkach.
– Moja sytuacja przypomina mi bicie głową nie tyle w mur, co w gruby filc. Biję, biję i coś się rusza, głowa nie boli, bo jest miękko, filc się wgniata, ale potem okazuje się, że nic z tego... Jest jeszcze gorzej, niż gdybym walił łbem w mur.
Jest to jeden z najgłupszych tytułów filmów, jakie znam. Na pozór jest efektowny, ale gdy mu się lepiej przyjrzeć, widać jego miałkość. Zresztą sam reżyser przyznał, że nie jest autorem tegoż tytułu (na szczęście), że wypatrzył go gdzieś na murze w formie graffiti.
Dlaczego tytuł jest głupi? Proste. Ponieważ życie nie jest chorobą. Tak więc już na początku tego przydługiego zdania pobrzmiewa fałsz. Po drugie: związek między poczęciem życia ("drogą płciową"), a przeniesieniem choroby śmiertelnej takąż drogą jest mniej więcej taki, jak między krojeniem chleba, a zabiciem człowieka nożem do krojenia chleba. Niby jakiś związek jest, ale jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
Po trzecie: potraktowanie życia, jako choroby śmiertelnej –
nawet, jeśli przyjmiemy to powiedzenie w ironicznym sensie – wydaje się być
obraźliwe nie tylko dla życiowych optymistów.
Po otrzymaniu nominacji do Oskara, reżyser dostał propozycję wyreżyserowania amerykańskiej wersji Noża... z gwiazdami ówczesnego kina. Bowiem film, opowiadając uniwersalną historię, mógł dziać się w każdym kraju. Polański jednak odrzucił tę propozycję (rzecz to, zda się, niepojęta; młody twórca zza żelaznej kurtyny rezygnujący z takiej szansy...).
Ale zakładając, że film byłby kręcony w realiach zachodnich, to przy całej jego uniwersalności, jedna scena nie mogłaby się w nim znaleźć. Chodzi o holowanie jachtu wodami kanału metodą "burłacką", czyli ręcznego ciągnięcia łódki przy pomocy lin. Podczas tegoż holowania dochodzi do kolejnego zgrzytu między chłopakiem i Andrzejem. Dosłowna powtórka tej sytuacji w warunkach zachodnich byłaby niemożliwa, ponieważ byłaby dla widza niezrozumiała. Sądzę, że każdy amerykański jacht średniozamożnego dziennikarza (tj. filmowego Andrzeja) był już wtedy wyposażony w silnik, przy pomocy którego można było pokonać taki kanał. Wobec tego ta scena musiałaby być zastąpiona inną, a więc nie byłby to już remake Noża w wodzie, ale nie całkiem wierna kopia. Przypuszczam też, że podczas pisania amerykańskiego scenariusza doszłoby także do innych zmian, które w oczach hollywoodzkich scenarzystów mogłyby okazać się "lepsze". Tego między innymi, tak przypuszczam, obawiał się Polański i słusznie zrezygnował z intratnej propozycji skalkowania siebie. Już wtedy znał swoją wartość.
Tak na marginesie, owa "burłacka" scena może trochę
dziwić współczesnego widza; no bo jak to możliwe, aby zamożnego
dziennikarza posiadającego dobry wóz i jacht (oraz młodą ładną żonę) nie
było stać na silnik do łodzi? A jednak możliwe, ponieważ w Polsce była w
tym czasie wśród żeglarzy taka niepisana honorowa zasada, aby poruszać się
na wodzie w każdej sytuacji bez silnika.
Rzadki to przypadek, że ktoś starej daty utożsamia się z dzisiejszymi czasami, że nie odrzuca zmian, strachu, chaosu, zagubienia, mimo że są one większe i bardziej dotkliwe, niż kiedyś. Co prawda Różewicz jest – jak sam mówi – na ten czas skazany, ale to jest także jego czas.
Zauważmy; niemalże wszyscy starzy ludzie mówiąc "mój czas" myślą o zamierzchłych latach młodości, o bycie minionym i nieodwracalnym. Natomiast nie spotkałem się nigdy, żeby ktoś starszy powiedział o bieżącej chwili: "To jest mój czas". Z wyjątkiem Stanisława Różewicza.
Wszyscy, którzy myślą w taki właśnie sposób: "To nie
jest mój czas" niejako wyłączają się z biegu współczesnych spraw i
problemów. Nie tylko jako uczestnicy, ale przede wszystkim mentalnie; stawiają
siebie na marginesie bieżącego życia, w którym nie chcą aktywnie
uczestniczyć i pragną zapomnieć o jego przykrych stronach.
Tymczasem okres gniewu szybko mu minął.
"Kiedy mam komponować muzykę, robię to u siebie, w górach koło Nowego Sącza. To, co w Szwajcarii trwałoby miesiąc, tam piszę w tydzień. Gdy już posiedzę w Szwajcarii, popatrzę na świat, pojeżdżę na nartach, poczytam książki – wracam do kraju" – powiedział w wywiadzie dla Rzeczpospolitej (10-12 kwietnia 2004 r.).
Wrażliwy artysta po krótkim czasie dostrzegł, że jednak w
Alpach nie ma tatrzańskiego powietrza. Powrócił. A raczej stale powraca, gdy
chce nasiąknąć swojskimi klimatami i być twórczy (bo pomieszkuje trochę tu
i trochę tam).
Z jednej strony: kolorowe tłumy, gwar, grający Cyganie, liczne bary i barki na kółkach z gorącymi posiłkami. Handlarze krajowi, z Rosji, Ukrainy, zza Kaukazu, nawet z Afryki. Przeróżne twarze, niektóre nawet ciekawe.
Jest jakiś klimat... Sądzę, że Wiech czułby się tu dobrze.
Z drugiej strony inny obraz: budki z blachy, z dykty i z plastiku. Stoiska na pudłach, na łóżkach polowych i na samochodach. Z poddaszy zwisające szmaciane niby – markizy. Jeśli pada deszcz, na alejkach oplatających stadion robi się błoto po kostki. Jeśli jest pogodnie wszędzie walają się w kurzu papiery, tektura i torebki plastikowe. Śmieci, śmieci. Brud.
Przedsionek Azji.
Wszystko to prawda. Tylko, że tę odkrywczą tezę sformułował już w starożytności Heraklit: "Nie jest dobrze dla ludzi, by stawało się ich udziałem wszystko, czego chcą", a następnie trochę inaczej powiedział o tym samym św. Paweł: "Wy zatem, bracia, zostaliście powołani do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału" (List do Galatów 5, 13); oraz: "Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje" (1. List do Koryntian 6, 12). W ślad za myślą heraklitową i pawłową Błażej Pascal wyraził się podobnie: "Nie jest dobrze być zbyt wolnym; nie jest dobrze mieć zbyt dużo dogodności" (Myśli, 326).
Krótko mówiąc: wolność tłamsi i zniewala, oczywiście tylko niektóre umysły.
Świat jest dla człowieka ("Czyńcie sobie ziemię poddaną"), ale napisano także, że ci, którzy używają tego świata, niech żyją tak, tak jakby z niego nie korzystali. Dialektyczna sprzeczność? Oczywiście, bo "Wolność, to zrozumienie konieczności", jak z kolei zauważył Karol Marks.
Tajemnicą wewnętrznej wolności jest umiar, prawdziwa
wolność słucha starszej siostry – mądrości, mówiącej, że wolność nie
polega na tym, że wszystko wolno. Kto nie słucha, jest nieposłuszny. "Nieposłuszna"
wolność nazywa się: dowolność. Dowolność w krótkim czasie staje się
zwyrodnieniem wolności.
"Kiedy emocja bierze górę nad inteligencją, to znaczy, że inteligencja milczy. A o tym, że górę wzięła emocja, dowiadujemy się dopiero wtedy, kiedy inteligencja z powrotem się włączy. (...) Nawet nie potrafię napisać opinii o uczuciu, bo wszystko, co napiszę, wydaje mi się nie takie, jak trzeba, albo po prostu strasznie głupie".Jak widać po tym krótkim fragmencie, najinteligentniejsza Polka ma jednak coś ciekawego do powiedzenia. Tylko że jej samoocena jest dramatycznie zaniżona. Szkoda, bo potwierdza ona regułę opisaną przez Daniela Golemana, że wiele osób z ponad przeciętną inteligencją nie osiąga sukcesów na miarę swoich predyspozycji i posiadanych talentów.
Interesujący wywiad i jednocześnie najsmutniejszy, jaki
ostatnio przeczytałem. Mistrzyni inteligencji nie potrafi się cieszyć ze
swojego sukcesu. Inteligencja stłamsiła w niej niektóre emocje oraz prawidłową
ocenę własnej wartości.
"Do tej daty myślałem o polskim społeczeństwie solidarnie, jako jeden z obywateli tego kraju. Wiedziałem, rzecz jasna, że jest ono zróżnicowane, ale fakt, że tak wielu ludzi chce oglądać moje filmy, kazał mi się domyślać, że w Polsce jest wielu, którzy myślą podobnie, jak ja (...). Dziś nie mam już takich złudzeń".Na początku lat dziewięćdziesiątych coś dziwnego porobiło się z naszym społeczeństwem, szczególnie z młodymi. Zrazu nie zauważyli tego socjologowie, specjaliści od psychologii społecznej, ani inni analitycy, ale... filmowiec, Andrzej Wajda.
W tych latach dużą popularnością cieszyły się filmy Władysława Pasikowskiego: "Kroll" i "Psy". Wajda będąc na projekcjach tych filmów – mówił o tym na którymś festiwalu filmowym w Gdyni – zauważył dziwne zjawisko: młoda publiczność kinowa śmiała się w miejscach, w których jemu wcale nie było do śmiechu. Reżyser zrozumiał wówczas, że to nie jest już "jego" widownia, że w swoich ostatnich obrazach rozminął się i jej wrażliwością i postrzeganiem rzeczywistości.
Pokojowa zmiana ustroju w 1989 roku przeorała mózgi naszego społeczeństwa w wielu sferach, także w sferze komercjalizacji i innego rozumienia kultury, ale wcześniej spulchnił naszą mentalność ruch solidarności z lat 1980 i 1981. A stało się to zaledwie w ciągu niecałej dekady, co w skali zachodzących zmian w świadomości milionów ludzi było ewenementem.
I właśnie za to filmowo – socjologiczne spojrzenie należy
się Wajdzie uznanie.
"Chłopiec w ławce szkolnej" – pomnik według projektu Tadeusza Kantora z 1984 roku wykonany w brązie przez Jerzego Kowalówkę. W 1990 roku został postawiony na wspólnym grobie Kantora i matki na cmentarzu w Krakowie.
"Ławeczka Tuwima" – spiżowy pomnik autorstwa Wojciecha Gryniewicza z 1999 roku usytuowany przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi. (Siadający obok poety przechodnie pocierają go za nos dla dodania sobie szczęścia).
"Sławek siedzący na ławce" – pomnik studenta autorstwa Andrzeja Renesa z 2002 roku postawiony na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.
"Dziewczyna na ławce z parasolem" – pomnik wykonany przez Karola Badynę według pomysłu prof. Ryszarda Tadeusiewicza, znajdujący się na terenie Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie.
Cztery podobne pomniki w jednym średnim kraju. Jedna koncepcja w kilku mało różniących się wydaniach. Trochę to dziwne.
Kantor, który wpadł na ten pomysł pierwszy, zapewne patrzy z
zaświatów z uśmiechem pogodnej ironii na swoich młodszych kolegów
artystów. Ale na pewno się mylę, bo ci młodsi rzeźbiarze chyba nie
słyszeli o "Ławeczce Kantora", a jeśli słyszeli, to zapewne tylko ich
zainspirowała...
Gdy jednak Czesław Miłosz w recenzji zachwycił się nią, z rynku zaczęły dochodzić informacje, że coś w sprzedaży drgnęło. Natychmiast pojawiło się drugie wydanie, ale pech sprawił, że hurtownia książek wraz z prawie całym nakładem tego wydania spłonęła. Janikowski nie mając pieniędzy był zmuszony sprzedać prawa do tytułu.
W krótkim czasie lawina zainteresowania "Panną Nikt" nabrała fantastycznego tempa, pojawiły się wznowienia, a Andrzej Wajda nakręcił w 1996 roku film pod tym samym tytułem.
Niestety na "Pannie..." dorobiła się już inna oficyna.
Ale niezaprzeczalnym faktem pozostanie, że promotorami sukcesu
literackiego Tryzny byli noblista i kaskader, ludzie z dwóch różnych
galaktyk, ale mający jedną wiarę w talent autora "Panny Nikt".
O podobnych sytuacjach sporo już napisano i powiedziano (Andrzej Roman w "Czterdziestu wspaniałych" o bywalcach restauracji "Kameralna", Bartosz Marzec w artykule o SPATiFie "Czas przyjemnie utracony" w "Rzeczpospolitej" z 22-23.02.2003 r., Maciej Łuczak w książce "Rejs" o filmie pod tym samym tytułem, Stanisław Manturzewski w filmie paradokumentalnym o Himilsbachu).
Dawniej tego typu dykteryjki to była sfera plotki lub zasłyszanych historii. Teraz wszystkie tego typu opowiastki są starannie zbierane i podawane jako prawdy objawione do publicznej wiadomości ku uciesze złaknionych czytelników, którzy potwierdzają sobie przypadkowo zasłyszane informacje o kultowym "Rejsie", gdzie w przerwach między piciem wódki kręcono zdjęcia lub czytają o atmosferze Kameralnej i SPATiF-u, gdzie spotykali się przy alkoholu artyści, aktorzy, pisarze i ich wielbiciele i roztrząsali filozoficzne sprawy tego świata.
Cóż takiego jest w tym, że picie wódki przez rodzimych artystów jest legendotwórcze i tak szalenie pociągające dla młodych? Czy w innych krajach równie dużo jest pijących bohaterów wynoszonych na piedestały?
Wydaje mi się, że jest to polska choroba mitologizowania
pijaństwa. Gloryfikacja życia na rauszu. (Z tym, że mówiąc o
mitologizowaniu popijających aktorów, sportowców, czy twórców, oczywiście
abstrahuję od ich talentu i osiągnięć, które były niewątpliwe i
zasługują na uznanie).
"Doskonale pamiętam nasze ostatnie spotkanie [z Januszem Minkiewiczem, znanym satyrykiem]. Staliśmy na rogu Miodowej i Senatorskiej, słuchając mszy w intencji umierającego prymasa Wyszyńskiego, która odbywała się w kościele św. Anny. Nagle Janusz spojrzał na mnie i powiedział: «Więc prymas umiera. A co będzie, jak się przekona, że tam nie ma nic?». Pamiętam, że w głosie Janusza nie brzmiała zwykła ironia. Kto wie, czy po raz pierwszy nie czułem jego niepokoju" ("Rzeczpospolita" z 22-23.02.2003 r. artykuł "Czas przyjemnie utracony").Janusz Minkiewicz przeżył prymasa Stefana Wyszyńskiego o jeden dzień. Umarł nagle 29 maja 1981 r.
Na pewno nie była to zwykła ironia, raczej niezwykła, można
by zaryzykować określenie: egzystencjalna. I niezależnie od skojarzeń, które
ktoś mógłby dojrzeć między tymi zdarzeniami, powinno się jednak
przestrzegać starej zasady, że nie należy żartować ze spraw poważnych,
szczególnie, gdy chodzi o chorobę, czy śmierć.
Autorzy reklamy są przekonani, że ludzie wierzą w to, iż po spożyciu oleju z rekina będą tak zdrowi, jak ów morski drapieżnik i oczywiście nie zachorują na raka. Sprawa jest jednak o wiele bardziej skomplikowana, bo najwięksi uczeni do tej pory nie wiedzą, w jaki sposób można uchronić się przed rakiem. A już na pewno nie wystarczy pić tranu z rekina, aby ustrzec się nowotworu.
Reklama z "Metropolu" jest tak prymitywna, jak prymitywne
były wierzenia plemion afrykańskich ludożerców, że po zjedzeniu człowieka
wszystko to, co miał dobre (siła, zdrowie, mądrość itp.) przechodziło na
kanibala.
Reklama oczywiście ma zachęcić do rozmów przez telefon. Wiadomo, o co chodzi telefonii komórkowej. Niby jest to absurd, a ktoś bardziej nerwowy mógłby tę opowiastkę reklamową nazwać idiotyczną, bo jak to możliwe: młodzi ludzie będący blisko siebie, twarzą w twarz, nic nie mówią? I zaczną mówić dopiero, gdy będą od siebie oddaleni, to znaczy wówczas, gdy na przykład chłopak zadzwoni do dziewczyny korzystając z telefonu? Tak. Właśnie o to chodzi.
Głupia reklama? Nie całkiem, ponieważ ta sytuacja nie została wymyślona z niczego, ma swoje korzenie w zakłóconej komunikacji interpersonalnej. Ludzie często nie potrafią się porozumiewać w bezpośrednim kontakcie. A dialog na odległość ma wiele zalet... Często zdarza się, że pewnych spraw lepiej nie poruszać w bezpośredniej rozmowie, lecz telefonicznie, szczególnie w sytuacjach, gdy mogą pojawić się emocje. Wtedy łatwiej jest coś trudnego powiedzieć i łatwiej zakończyć dialog.
Rzecz jasna historia przedstawiona w tej reklamie jest o tyle
nieprawdziwa, że para młodych, mająca sobie coś istotnego do powiedzenia, na
pewno uczyni to tete-a-tete, nie za pośrednictwem telefonu, niemniej w
historyjce w tej pobrzmiewa nutka prawdy.
Oznaczałoby to – idąc dalej tropem tej hipotezy – że na wszystkich ilustracjach naszej planety biegun zwany teraz północnym znajdowałby się u dołu mapy, a biegun zwany południowym – u góry. Analogicznie rzecz miałaby się z wszystkimi kontynentami i morzami. Gwiazda znana, jako Polarna świeciłaby nad dolnym biegunem, Krzyż Południa nad górnym i cały wszechświat byłby ikonograficznie odwrócony o sto osiemdziesiąt stopni.
I nikt wówczas nie zawracałby sobie tym głowy, że mogłoby
być inaczej (tak, jak teraz nikt nie myśli, że mogłoby być odwrotnie),
ponieważ jaki model naszego globu i nieba naszkicowaliby starożytni
astrolodzy, czy geografowie z Ziemi Ognistej lub Tasmanii, taki obraz
obowiązywałby dzisiaj.
Przeciętny kulturalny człowiek, wobec zalewu rynku pseudosztuką, traci dzisiaj rozeznanie i wyczucie, co jest sztuką, a co jej imitacją.
Niebywały rozwój techniki, w szczególności rozwój środków utrwalania i przekazu (i powstały stąd chaos informacyjny) o wiele bardziej, niż przed laty wpływa negatywnie na sztukę, na jej percepcję oraz na twórców. Dla nich dodatkową trudnością w samoocenie jest możliwość szybkiego zdobycia popularności, która przeważnie zaciemnia czystość intencji, tłamsi świeżość i zagłusza sumienie (mówiąc potocznie artyście czasem "odbija palma"). Popularność artysty – zakładając, że mamy do czynienia z prawdziwym twórcą – poprzez natrętną obecność w mediach jego i jego dzieł w znacznym stopniu przyczynia się do uproszczonego odbioru sztuki. Choć należy pamiętać, że autentyczne dzieło zawsze wybroni się samo.
Gorzej jest jednak z "twórcami", którzy pod szyldem sztuki naprawdę są imitatorami, plagiatorami lub sensatami. Można na ten temat zapisać tony papieru, jest to problem powracający regularnie co pewien czas. Takich właśnie quasi-artystów i quasi-sztukę trafnie podsumował Jerzy Kalina, artysta o niekwestionowanej pozycji w Polsce ("Rzeczpospolita" z 10-11 maja 2003 r.):
"Pamiętam z dzieciństwa, gdy czułem się nie dopieszczony i niekochany, chcąc zrobić rodzicom na złość, wyobrażałem sobie swój pogrzeb i ich żal po stracie. Dziś podobnie infantylnie i naiwnie zachowania przenosi się do sztuki. Nieważne, czym się zaistnieje, byle tylko tak się stało: zainscenizowaniem własnego pogrzebu bądź palmą w centrum Warszawy. Wciąż ktoś powtarza za Warholem slogan o pięciominutowej sławie, wszystkim pisanej. Szczęście, gdy przytrafi się takiej osobowości, jak Warhol, niestety większość przez te pięć minut po prostu bredzi".Czy nie należałoby zatem cofnąć się do dawnych wzorców, aby nie wpaść w niebezpieczne związki z czymś, co świeci, a nie jest złotem? To retoryczne pytanie dedykuję "performantorom" od warszawskiej palmy, własnego pogrzebu i fotografii genitaliów na krzyżu oraz im podobnym. Oto próbka starego i dobrego wzorca artystycznego:
"Sztuka nie ma żadnego celu, jest celem sama w sobie, jest absolutem, bo jest odbiciem absolutu – duszy. (...) A ponieważ jest absolutem, więc nie może być ujętą w żadne karby, nie może być na usługach jakiejśkolwiek idei, jest panią, praźródłem, z którego całe życie się wyłoniło. (...) Artysta nie jest sługą ani kierownikiem, nie należy ani do narodu, ani do świata, nie służy żadnej idei ani żadnemu społeczeństwu". (Fragment z manifestu "Confiteor" Stanisława Przybyszewskiego).
"Pan się będzie śmiał, ale chciałbym, aby ludzie jedli nie jak zwierzęta, ale w sposób cywilizowany z talerzy, dziesięć centymetrów od stołu w takiej pozycji... (tu pokazał, jak się siedzi: wyprostowany tułów i ręce właściwie ułożone). Rzecz niby mała, ale mająca podstawowe znaczenie dla ludzkości".Oryginale i zarazem logiczne rozumienie spraw. Niby drobnych, ale jednak nie całkiem... Bowiem zachowanie się przy stole świadczy nie tylko o ogładzie jedzącego. Jest przede wszystkim wierzchołkiem góry lodowej stojącej za nim Kultury przez duże "K".
"Jeszcze jeden scenariusz filmowy, i... zamierzam się wyprowadzić z koliska akrobatyki ekranowej. Jest to pisanie na obłoczku; mocniejsze dmuchniecie realizatorskie, i dla autora, czyli "kierownika literackiego" lub "dorabiacza dialogów" ani kruszynki zadowolenia. (...) Młode pokolenie wypracuje normy zasadnicze, co zaś najlepsze, wypracuje narodziny reżyserów-autorów, którzy będą odtwarzać własne dzieła". Odpowiedź (chyba zaskakująca): Wacław Gąsiorowski znany także jako Wiesław Sclavus,(1869-1939), powieściopisarz i publicysta. Jego wypowiedź ukazała się w rubryce "W pracowniach pisarzy polskich" w tygodniku "Wiadomości Literackie" w dniu 9 stycznia 1938 roku.Rzeczą zasługującą na podkreślenie jest, że ten pisarz nie mający wiele wspólnego z filmem, poczynił tak niebywale trafne spostrzeżenie w sprawie "narodzin reżyserów – autorów" na kilkadziesiąt lat przed powstaniem tego zjawiska w Polsce.
"Telewizja nie przyczynia się do tworzenia dobra, jeżeli bez przerwy pokazuje zło" – podsumował rozmowę ze mną znajomy sędzia, który na co dzień mając do czynienia z przestępstwami, często prowadzi głośne procesy i w związku z nimi równie często pokazywany jest w telewizji.
Za kilkaset, a może z parę tysięcy lat, znawcy naszej epoki prawdopodobnie znajdą wiele źródeł o nas w bibliotekach i wykopaliskach. Być może napiszą mądre księgi. Ale będzie ich męczyła jedna niewiadoma, której nie poznają do końca, a mianowicie nigdy nie odtworzą klimatu analizowanej epoki. Oczywiście będą się domyślać, będą wyczuwać z pewnym prawdopodobieństwem nastrój badanych lat, ale na sto procent nie utrafią. Bowiem zapach epoki tworzą żywi ludzie w codziennym życiu. Po ich śmierci charakterystyczna atmosfera ulatnia się, czasem pamiętają ją jeszcze dzieci, które jednak częstokroć czasy ojców mitologizują, a niekiedy – co jest fatalne dla prawdy materialnej – fałszują.
Stara drewniana cerkiew na górce w sanockim skansenie. Chór śpiewający starocerkiewne pieśni. Potężne uderzenie. Wielogłosowe dźwięki zabrzmiały uroczyście. Uniosły mnie pod powałę, przejmująco złapały za krtań i ścisnęły wibrującą mocą, dusząc nabożnie i dziko, po rusku. I trzymały mnie tam lewitacyjną falą pogłosu. A gdy zabrakło mi tchu, runąłem na podłogę. Wzmagające się trójgłosowe pienia przydusiły mnie z jeszcze większą siłą do porowatych desek. Drążyły we mnie nowe kanały słuchu, jakbym nagle odzyskał dar słyszenia i po raz pierwszy uczuł melodię ludzkich głosów.
- 3. Obserwacje
- Kobieta przy nadziei raduje moje serce, jest nadzieją trwania. Kobieta w stanie błogosławionym jest tajemnicą łączącą człowieka z Opatrznością. Kobieta brzemienna nosi pod sercem przyszłe losy świata. Kobieta ciężarna... to podwójna lekkość bytu.
- Zachwyt nad pięknem kobiet, upajanie się boskością rysów i kształtów... Banał. Ale jakże cudowny... W tej subtelnej materii trzeba być jednak wyjątkowo czujnym, ponieważ granica między estetyką, a pożądaniem jest bardzo płynna. ("Piękność ciała jest czymś zwierzęcym, jeśli nie jest wyrazem ducha" – mówił Demokryt). Toteż łatwo jest stoczyć się z abstrakcyjnej estetyki w konkret biologii (inną sprawą jest, że wielu mężczyzn czyni to nader chętnie). W ten konkret wpisał się także Adam Mickiewicz w liście do przyjaciela Onufrego Pietraszkiewicza notując swoje wrażenia na temat zjawiskowej Karoliny Kowalskiej: "Na to bóstwo codziennie patrzę, już estetyka uleciała". Jak widać on także balansował na granicy anielskiego uniesienia i przyziemności natury i często ją przekraczał ulegając ziemskiej sile przyciągania... kobiecego.
Konia z rzędem temu, kto powie, w którym momencie kończy się podziwianie urody, a zaczyna pożądanie? Czy można patrzeć na kobietę bez podejrzanych myśli, by tak rzec: malarsko? Przecież one są stworzeniami Boga na jego obraz i podobieństwo.
- Z godnością przyjmować starzenie się: kroczące brzydnięcie, pojawiające się choroby, brak sprawności fizycznej i czasem umysłowej. Polubić zmiany, ponieważ walka z czasem, czyli z naturą jest z góry przesądzona na niekorzyść buntującego się.
A jednak buntujący się odnoszą zwycięstwa nad przemijaniem... stosując upiększające operacje plastyczne. Są to jednak zwycięstwa pyrrusowe odsuwające jedynie w czasie nieuchronne nadejście niechcianej starości. Wiele osób zapomina, że pogodzenie się z własnym wiekiem łagodzi drapieżność upływającego czasu. Odsuwanie konfrontacji z prawdziwym sobą przy pomocy skalpela nie może trwać w nieskończoność, bo każdy zbliża się do krawędzi niebytu i kiedyś trzeba spojrzeć w lustro nie zafałszowaną twarzą. Szok będzie tym większy, im więcej będzie na niej śladów sztuczności.
Gdy oglądam niektóre hollywoodzkie aktorki i aktorów (i coraz częściej tzw. zwykłych ludzi) ze zbyt gładką skórą, przeraża mnie widok ich lalkowych buź nie współgrających z trudnym do ukrycia wiekiem. Przykry to widok.
Żyć w zgodzie z sobą we właściwym rytmie natury. Myśl prosta, choć wiadomo, jak trudna do zastosowania w życiu szczególnie przez popularne kobiety o pięknych twarzach.
- Trwa wizualne bombardowanie zmysłów ludzi, szczególnie młodych. Bombardowanie ciałem, najczęściej kobiecym skąpo odzianym lub nagim. Doszło do fałszywego przekonania, że tradycyjna ścieżka relacji między miłością i ciałem nie spełnia warunków nowoczesności, jest za wąska i zbyt długa. Wedle owego przekonania trzeba zapomnieć o staroświeckiej dróżce, pójść na skróty wyrąbując ku ciału nowoczesną autostradę, która szybciej zaprowadzi chętnych do zmysłowych emocji. I buldożery w postaci wielu filmów, bilbordów i kolorowych żurnali bardzo pracowicie to robią...
- Rytuał parzenia kawy – sypanie ziaren do młynka, mielenie (ten zapach), wybieranie łyżeczką do metalowego kubka, zalewanie wrzątkiem i odstawienie go pod przykryciem na gorący palnik (i znów zapach) – ten właśnie rytuał stoi dla mnie na równi z samym piciem. Czasem szala przechyla się w jedną, czasem w drugą stronę. Najczęściej jednak trwa równowaga. Dlatego kawa podana pozbawiona jest dla mnie połowy wartości.
- Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie zjawisko, które nazywam umownie "gloryfikacją tego, czego nie robię". Polega ono na tym, że to, co chciałbym czynić, zdaje mi się lepsze i ciekawsze od tego, co robię aktualnie. Jedną z przyczyn tego zjawiska jest, jak sądzę, nieumiejętność właściwego wartościowania zdarzeń dziejących się w tu i teraz, a nawet rzekłbym, deprecjacja tych zdarzeń. W myśl powiedzenia: "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma".
Czy lepiej więc być wyznawcą zasady uświęcenia "ojczyźnianego" miejsca i aktualnie wykonywanego zajęcia, czy też wyznawcą idei poszukiwania czegoś nowego i bycia wiecznie niezadowolonym z tego, co jest?
Gdyby na przykład Czesław Miłosz opowiedział się za pierwszą zasadą i pozostałby w 1950 roku w Polsce, prawdopodobnie nie osiągnąłby tego, co osiągnął. A znów gdyby Andrzej Wajda wyemigrował i na Zachodzie realizował filmy i spektakle teatralne, byłby prawdopodobnie skazany na niepowodzenie, a już na pewno nie dzierżyłby palmy pierwszeństwa pośród polskich reżyserów.
Nie ma więc jednoznacznej odpowiedzi, ani prostej recepty na rozstrzygnięcie tegoż dylematu.
- Czy wielkość jest nierozerwalnie związana z popularnością. Patrząc na Papieża jasno widzę, że prawdziwa wielkość nie może istnieć bez popularności, zresztą zgodnie ze słowami Ewangelii: "Nie stawia się świecy pod łóżkiem, ale na świeczniku, aby jaśniała" oraz: "Nie masz nic zakrytego, co by nie miało być ujawnione". Oczywiście jest wiele osób popularnych nie mających wiele wspólnego z wielkością; aliści jest to tylko sam blichtr szybko płowiejący. Nie każda wielkość wypłynie od razu, czasem trzeba wielu lat, aby diament został dostrzeżony i zajaśniał brylantem poprzez szlif znojnej pracy.
- Naserfajku, nasypali piasku, jasny gwint, jasny piorun, cholewa, kuchnia, psia kość, kurza twarz, do licha, do czorta, do diaska, do kaduka, wszyscy diabli... To tylko niektóre bezosobowe przekleństwa z dawnych lat. Powoli zanikające. Wypierane przez inne, mocniejsze.
W powodzi dzisiejszych wulgaryzmów zaśmiecających swoim brudem podwórka, ulice, puby, dyskoteki, a także język i głowy młodych ludzi (coraz częściej niestety także dziewczyn), tamte brzmią niewinnie i nawet sympatycznie.
Nie znaczy to, że w dawnych czasach nie posługiwano się krwistą "łaciną", ale odnoszę wrażenie, że było jej mniej, funkcjonowała raczej w zamkniętych środowiskach, a więc była bardziej wyizolowana. Obecnie jest chyba jednak dosadniejsza, a dzięki środkom masowego przekazu, powszechniejsza.
- Widziałem ubogą staruszkę na przystanku dworca PKS w Strzelinie, koło Wrocławia. Była to schludna chłopka, która na chwilę przyjechała do miasta. Jadła suchą bułkę i płat śledzia. Czyniła to z dużym wysiłkiem, ponieważ nie mając zębów skubała pieczywo i wkładała do ust małe kęsy. Jadła apetycznie z jakimś swoistym wdziękiem. Ten jej prosty posiłek oraz sposób jedzenia wywarł na mnie wrażenie. Ukradkiem obserwowałem jej pracowite palce rozrywające miąższ świeżego pieczywa i coraz bardziej wciągałem się w tę jej "ucztę".
W dzisiejszym świecie mało jest już takich obrazków. (Nie myślę o chorobliwych sytuacjach, jak jedzenie w poczekalniach dworcowych przez pijaczków i pseudogawroszy). Ta starowinka była biedna, ale czysta; jadła na dworcu, bo po prostu zgłodniała czekając na autobus.
Z tego dworca pojechałem do rodzinnego Karszowa, do ojca.
Z domowej biblioteczki wyjąłem Moliera "Pocieszne wykwintnisie" (przenikliwa satyra na paryskie salony). Oderwałem się od swojskiej realności przenosząc się do siedemnastowiecznej Francji. Zacząłem delektować się wykwintnością wysławiania się bohaterek Moliera, w tłumaczeniu niezrównanego Boya. Na marginesie dodam, że ów wykwint stał się jednak chorobowym wykwitem ówczesnego języka i kultury, a ze swojej "górności" przekształcił się w górę śmieszności.
Doprawdy przypadek to sprawił, że tuż po spotkaniu prostej ubogiej starowinki, sięgnąłem po wysmakowanego Moliera. Niespodziewane zestawienie "niskości" z "wyższością", prostoty z próżnością, wiejskiej kobieciny z wypudrowanymi damulkami ze sztuki (Kasia i Magda). Moja prywatna komparatystyka dwóch obrazów: kobiety ze śledziem w ustach i Miscarille z piękną gębą pełną pustych, choć barwnych słów, gębą chwalącą się setkami pomponów, koronkami, pęczkami wstążek i krezkami.
Dwa ekrany odmiennej estetyki z dwóch różnych epok.
- Młodzi w tramwaju. Śmieją się z jakiegoś błahego powodu, a może bez powodu. Głównie chyba z tej przyczyny, że są po prostu młodzi. Z przyjemnością patrzę na ich wesołe twarze, żywą gestykulację, na spontaniczne powtarzające się wybuchy śmiechu.
Patrzę też na siedzących obok starych, na ich zasępione miny i oburzone oczy obserwujące głośną młodzież. Biedni staruszkowie, mają albo bardzo słabą pamięć, albo zanik wyobraźni, najczęściej chyba jedno i drugie. Zresztą zgodnie z przysłowiem, że zapomniał, wół, gdy cielęciem był.
- "Życie jest fajne, nawet tu".
Kacper i Monika
Napis na murze przy ul. Iwickiej na Mokotowie poczyniony najprawdopodobniej rękoma zakochanych. Młodzi dają upust swemu szczęściu i dzielą się jego nadmiarem. Owo "...nawet tu" oznacza, że nie jest tu aż tak fajnie, jak pragnęliby autorzy napisu, ale z drugiej strony mają świadomość, że nie trzeba szczęścia we dwoje szukać poza tym konkretnym miejscem, gdzie teoretycznie może być lepiej. Bo tu jest też dobrze.
Proste zdanie, ale ma w sobie jakiś urok, który mnie ujął. Może jest nim rzadko spotykana u nas romantyczność podszyta realizmem.
- Jest coś ujmującego w atmosferze naszych barów mlecznych, które w swoisty sposób odzwierciedlają stan i estetykę każdej kolejnej epoki. W nich to, niczym w soczewce, widywałem i wciąż widuję ludzi biednych oraz tych wszystkich, którzy są poniżej średniej krajowej we wszystkich kategoriach, z wyjątkiem przyzwoitości. Od czasu do czasu lubię tu zjeść ruskie pierogi, przede wszystkim dlatego, aby nie zapomnieć, w jakim żyję świecie.
Bary mleczne – dobrze, że są.
- Czereśniobranie. Jadłem czereśnie siedząc na drzewie, zresztą jadłem je razem z ptakami, które podkradały mi z czubka gałęzi najczerwieńsze owoce. Była w tym jakaś pierwotna przyjemność. Przy jedzeniu owoców prosto z gałęzi drzew jest jedna podstawowa sprawa, której nigdy nie zrozumieją mieszczuchy nie wspinający się po drzewach, otóż smak świeżo zerwanego owocu jest nieporównywalny ze smakiem owoców kupionych, już zleżałych.
Zatem – na drzewa!
- Dźwięk, który drażni moje poczucie harmonijnych tonów natury, to głos pawia. Sąsiad w pobliżu mojego bloku hoduje te gady (tzn. ptaki, ale gdy wrzeszczą są dla mnie gadami). Codziennie, gdy je słyszę, więdną mi uszy.
Natura jednak działa sprawiedliwie; choć nie dała pawiowi pięknego głosu, wynagrodziła mu ten brak z nawiązką obdarzając go najcudowniejszym w przyrodzie ogonem i właśnie jego widok koi moje rozdrażnienie.
"Nie rzucam pawich krzyków, gdy usłyszę coś przeciwnego moim poglądom albo coś zgoła nowego" – pisał Henryk Sienkiewicz w powieści "Bez dogmatu".
Okazuje się więc, że ten wysoki ton głosu pawia miał kiedyś swoje miejsce we frazeologii naszego języka; "pawi krzyk" wyrażał dumne zdziwienie i zarazem protest. Trudno byłoby znaleźć we współczesnych tekstach to sformułowanie, a w języku mówionym już w ogóle zanikło.
- Dlaczego warszawski pomnik Mickiewicza odcięty jest od ludzi, od młodzieży, która mogłaby siedzieć u jego stóp, jak w Krakowie? Przecież tak blisko jest akademik "Dziekanka"? Że też nikt do tej pory nie wpadł na prosty pomysł, aby otworzyć zakuty płot i wpuścić na skwer ludzi. Adamowy monument jest martwy, odcięty od życia w przeciwieństwie do jego poezji. Pomnik powinien żyć razem z mieszkańcami i turystami, którzy mogliby go ozdabiać swoją bliską obecnością.
- "Zaloty zwierzęce. Największy teatr świata" – tak telewizja Discovery nazwała jeden ze swoich programów dokumentalnych. Należałoby się zastanowić, czy zaloty są zachowaniem nienaturalnym, a więc teatralnym. Oczywiście w świecie zwierząt nie można mówić o teatralności (telewizja przyjęła tu modny język przesady, a sensacyjnie brzmiący tytuł ma na celu przyciągnięcie większej liczby widzów). Zachowanie się zwierząt podczas godów (puszenie się, stroszenie grzyw i piór, śpiewy ptaków, tańce itp.) jest jak najbardziej naturalne i wynika z instynktu zachowania gatunku. Czymś nienaturalnym byłoby, gdyby zwierzęta w tym okresie nie zachowywały się godowo.
Podobnie jest z ludźmi dobierającymi sobie partnerów. Z punktu widzenia chłodnego obserwatora można by stwierdzić, że zachowania w celu zdobycia partnera, zarówno ze strony mężczyzn, jak i kobiet są sztuczne. Jednakże z punktu widzenia egzystencji homo sapiens, który ma wszczepiony instynkt przetrwania, wszelkie zabiegi o względy płci przeciwnej nie są wydumaną grą, są naturalnym procesem wynikającym z roli przypisanej mu przez naturę. To, jak on w tym procesie wypełnia swoją rolę, jest już zupełnie inną sprawą. Właśnie sposób "godowej gry" człowieka może razić wielu postronnych, szczególnie starszych przedstawicieli naszego gatunku, co wynika prawdopodobnie z licznych barier rozwiniętego rozumu, który świadomie tłamsi naturalne (może animalne?) instynkty w nim drzemiące.
Tak więc zaloty zarówno animalne, jak i człowiecze nie są teatrem, jak chcą specjaliści telewizyjni, ale przemyślaną i przemyślną grą zakodowaną w Naturze.
- Przemierzając często Pigalak – róg Poznańskiej i Hożej – myślałem, że panienki spod latarni nie powinny już za mną wodzić wzrokiem, bowiem przyzwyczajone do mojego codziennego widoku z rana i po południu wiedzą, że łów będzie daremny. Ale nie, one są konsekwentne w stawianiu sideł.
Gdy tak po raz któryś obserwowałem ich obserwowanie, a raczej rutynowe przyglądanie się w jednym określonym celu, przypomniały mi się słowa: " Powiekami jej nie daj się złowić" (Ks. Przysłów 6, 25). Słowa będące dla mnie nie tyle przestrogą, co raczej, mimo upływu paru tysięcy lat, wciąż aktualną informacją, że podstawowym narzędziem ich łowów jest wzrok. Reszta (abstrahuję tu od wieku i urody), a więc uśmiech, mimika, makijaż, ubiór, postawa i gesty to rzecz drugorzędna. Od świtu do nocy powabnymi oczami wpatrują się w twarz każdego przechodzącego mężczyzny, świdrują badawczo, prowokująco i właśnie powiekami zarzucają sieci, by złowić zdobycz.
- Chłodny początek września. Na parkingu stanął samochód, na tylnej półce za szybą widać leżące dwa letnie słomkowe kapelusze, męski i damski. Jeden z ostatnich już akcentów minionego lata, choć kalendarz mówi, że ono jeszcze trwa. Ale o tej porze kalendarz zawsze kłamie.
- W programie telewizyjnym "Rozmowy z Jagielskim" gospodarz spotkania rozmawiał z Krystyną Feldman, aktorką urodzoną w roku 1920. Jak na swój wiek jest to osoba bystra, zdrowa i wysportowana. Zresztą należy do długowiecznej rodziny. Mówiła m.in. o tym, że zawsze jest przygotowana na śmierć.
Może to przypadek, ale już po raz któryś słyszę od długo żyjących osób, że w każdej chwili i bez żadnych obaw mogą pożegnać się z tym światem.
Myślę, że za tę natychmiastową gotowość odejścia, niejako w podarunku otrzymują od Opatrzności dar długiego życia.
- W "Kraju lat dziecinnych" Jan Bułhak pisze o wujostwie: "Byli ludźmi dobrymi w całym znaczeniu wyrazu".
Czy na pewno byli całkowicie kryształowi, bez żadnych wad i słabości? Być może tak, choć przypuszczam, że podobnie jak wszyscy, mieli także swoje ciemniejsze strony życia, ale o nich jednak autor nie wspomina.
Podaję ten drobny przykład (na dziesiątki innych znanych każdemu z życia) dotyczący sposobu pisania o osobach zmarłych, jako obowiązujący w naszej cywilizacji standard, zgodnie ze starożytną premią, że o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale.
Zadaję sobie naiwne pytanie: dlaczego nie przypomina się złych cech ludzi, którzy odeszli na zawsze? (Rzecz jasna pomijam tu wszystkich demonów zła, którzy odcisnęli tragiczne piętno w dziejach ludzkości, bo wiadomo, że są oni oceniani jednoznacznie negatywnie). Dlaczego wspominający nie ważą się wypominać ich rozlicznych braków? A jeśli czasem ktoś przypomni ich słabostki, przeważnie są one śmieszne i sympatyczne.
Sądzę, że z kilku powodów. Najogólniej można powiedzieć, że tak nakazuje kultura społeczeństwa, w którym żyjemy. Po drugie: istnieje zawsze szacunek dla zmarłego, niezależnie od tego, jakim był człowiekiem. Po trzecie: dług wdzięczności, jaki wspominający dobrym słowem spłaca wobec wspominanego. A jeśli dobrodziejowi oddaje się dług, nie wypada wypominać mu słabostek. Poza tym każdy ma świadomość, szczególnie piszący o kimś, iż nieobecni nie mogą się bronić; więc jakże można ich atakować? Po piąte: autorzy wspomnień kierują je najczęściej do młodszych od siebie, toteż wspomnienia o nieżyjących często są zabarwione dydaktyką, a ta raczej rzadko dopuszcza, aby na wizerunku zmarłych pojawiły się choćby najmniejsze pęknięcia. I chyba ostatnia przyczyna: najczęściej wspominane są osoby, z którymi autora łączy więź rodzinna lub emocjonalna. A każda więź jest wędzidłem obiektywizmu, nie mówiąc o zwykłej przyzwoitości piszącego stanowiącej naturalną autocenzurę.
- Niektórzy przedwojenni krajanie zza Buga, przedstawiając się, pytali się: "Jak się piszesz?", a po chwili uzupełniali pytanie: "A jak się nazywasz?" Pierwsze pytanie dotyczyło nazwiska zapisanego w dokumentach, drugie – przydomka.
Na kresach, szczególnie po wsiach i małych miasteczkach, niemal każdy nosił jakiś pseudonim. Często zdarzały się sytuacje, że dalsi sąsiedzi nie znali się z nazwisk, lecz wyłącznie z przydomków. Wynikło to między innymi z tego, że w wielu wioskach i przysiółkach spora część mieszkańców nosiła jedno nazwisko, więc dla kogoś obcego trudno byłoby zlokalizować osobę poszukiwaną, natomiast przydomki, które były niepowtarzalne, często barwne i złośliwe, znakomicie ułatwiały identyfikację.
- W październiku pojechałem do Siemianowic Śląskich. Miałem trochę czasu, więc zajrzałem do kościoła w centrum miasta. W przedsionku po prawej stronie zauważyłem tablicę poświęconą Wojciechowi Korfantemu, który w tym miejscu był ochrzczony w 1873 roku (w tym mieście także się urodził). Następnie mając jeszcze trochę czasu, poszedłem do parku, by poczytać Dawida Golemana "Inteligencję emocjonalną", którą wziąłem z sobą w podróż.
Czytam, czytam... i nagle... od strony 147 przed oczyma pojawił mi się tekst poświęcony Wojciechowi Korfantemu. Przetarłem oczy, odwróciłem okładkę i jak byk stało: "Inteligencja emocjonalna", wszystko więc ze mną było w porządku, a w środku książki, ni z gruszki, ni z pietruszki, kawałek życiorysu Korfantego. Widocznie w drukarni się pomylili i wstawili jeden arkusz wydawniczy z jakiejś innej książki.
Tajemniczy, przedziwny zbieg okoliczności. Lubię takie dziwy.
- Było to 7 listopada 1983 r. Jechałem taksówką ulicą Belwederską. Naprzeciwko ambasady radzieckiej (w tym miejscu jest akurat spore pochylenie jezdni) w kierunku centrum jechał żuk z ładunkiem. Nagle tylna klapa skrzyni otworzyła się i z samochodu wypadły dwie beczki z kiszoną kapustą. Obręcze puściły, klepki rozleciały się, a kapuściana maź pokryła spory kawałek jezdni akurat przed bramą radzieckiej placówki. Na drodze powstało zamieszanie. Milicjanci, którzy natychmiast tam się pojawili, nie zabawiali się strofowaniem kierowcy, ale w popłochu własnoręcznie pomagali właścicielowi zbierać kapustę.
Widok ten szalenie mnie rozbawił, bo dziwnym zrządzeniem losu w tym dniu była kolejna rocznica rewolucji październikowej. A spod bramy ambasady kraju rad roznosił się kapuściany smród.
- Połowa grudnia. Pierwsze odgłosy zimy, pierwsze śnieżne frazy: głuche szuranie drewnianej łopaty po chodniku. Właśnie to: szurrr, szurrr obudziło mnie między piątą a szóstą rano. Od razu w półśnie pomyślałem: jak dobrze jest leżeć, gdy ktoś dba o mnie. Jak dobrze, że spadł pierwszy śnieg i gospodarz go odgarnia. Jak dobrze, że toczy się właściwie porządek spraw.
- Bar mleczny przy ulicy Chełmskiej w Warszawie. Na stoliku za drzwiami stoi rozłożona zszywka numerów "Trybuny Ludu" z roku 1983. Nad gazetami umieszczony jest napis na kartce: "Jak było... czytaj". Tytuł można rozumieć w dwojaki sposób: jak było? – w rzeczywistości, albo: jak było? – w propagandzie opisującej tamtą rzeczywistość.
Każdy chętny może sobie na przykład przy ruskich (pierogach) przeglądać wielkie płachty gazety – jedynie słusznego organu partii, dwadzieścia lat po stanie wojennym. Bez emocji.
Sytuacja pasująca raczej do baru studenckiego, niż do poczciwego baru miejskiego, bo jest tu trochę absurdu, nieco groteski, szczypta zgrywy, w sumie: niekonwencjonalny pomysł kierownika jadłodajni.
- 4. Byt – Bycie
- Być sobą. Znaleźć najwłaściwszą formę wyrażenia siebie, czyli najlepszy aparat do przedstawienia własnej prawdy. Zgodny z własnymi myślami, czuciem i intuicją. Ale najpierw trzeba by zawrzeć konkordat "ja" istniejącego z "ja" wyobrażalnym, by uniknąć zniekształcenia podczas umieszczanie siebie w jakiejś formie. Na zniekształcenie mogą też wpłynąć warunki zewnętrzne, ludzie, nastrój, itp.
Adekwatny obraz siebie wewnętrznego z sobą zewnętrznym. Możliwe? Nie. Ale warto próbować.
- Egzystencjalna tęsknota samookreślenia się. Wiadomo, nie do zrealizowania. Ale żeby chociaż trafić na ślad, który prowadzi do jaśniejszej ścieżki, a ta do właściwej drogi...
- W nieskończoności istnienia wszechświata nasze życie na Ziemi jest zaledwie malutkim i jakże krótkotrwałym błyskiem. Człowieczy bytu błysk posiada jednak tę szczególną właściwość, że potrafi wykrzesać z siebie, przed zgaśnięciem, nową iskrę bytu. Jesteśmy myślącymi ognikami (coś, jak "Myśląca trzcina" Pascala), które jako bodaj jedyne w kosmosie potrafią się świadomie przyglądać własnemu spalaniu do końca.
- Im bardziej wgłębiam się myślami w magmę egzystencji, tym więcej we mnie miazgi życia codziennego. Niekiedy czuję, jak zarysowują się mikropęknięcia, przez które wdzierają się najprzeróżniejsze wątpliwości i jakby ulatniała się przez nie entelechia. A przecież wiem, że nie wątpię w to, co Najważniejsze; to tylko coś we mnie wątpi. Do końca nie rozpoznane.
(Moje ciągłe nawroty ku myślom egzystencjalnym są bolesnym rozdrapywaniem tkanki marności własnego istnienia).
- Zasypianie to szalenie intrygujący moment egzystencjalny. Można go streścić prostym zdaniem: jesteś i cię nie ma. Balansowanie na granicy jaźni – jawy i snu. Leżysz, zasypiasz i za chwilę... trzask – prask, znikasz. Odlot świadomości. Był byt, jest niebyt. Niebyt na niby, byt uśpiony.
- Człowiek żyje bardziej fizycznie, czy duchowo? Naiwne pytanie. Jak wiadomo człowiek istnieje zarówno w jednym, jak i w drugim wymiarze. Nie chodzi jednak o tak zwane obiektywne istnienie homo sapiens, ale o jego własną aksjologiczną świadomość; który wymiar egzystencji jest dla niego istotniejszy, sensowniejszy, wartościowszy? Wielu gardzi (przyjmuję to określenie umownie) światem fizycznym, jak na przykład pustelnicy, zakonnicy, myśliciele, czy uduchowieni artyści, a jeszcze więcej jest ludzi lekceważących, bądź gardzących światem duchowym. Oczywiście myślę o tych, którzy wierzą, że taki świat istnieje, bo nie wierzący weń są poza tą refleksją.
Zakładając, że poruszamy się zarówno w świecie materii jak i ducha, można zapytać: czy jest sens szukania w sobie granicy między oboma światami? Jeśli jest, to czy po znalezieniu jej powinno się dążyć do uzyskania właściwej wewnętrznej równowagi między nimi, czy do uzyskania przewagi jednego z nich, czy też do utrzymania istniejącego status quo bez względu na to, jaki wymiar egzystencji w nas przeważa?
- Pytania i odpowiedzi. Jedne są ważne i drugie, ale moim zdaniem na wadze istoty sensu szalę przeważają pytania. Dlaczego? Ponieważ dobrze postawionym pytaniem odkrywa się problem, a odpowiedzią najczęściej się go zamyka. Po zamknięciu istnieje duże prawdopodobieństwo, że do sprawy nie powróci się więcej i trzeba niekiedy wielu lat, żeby ktoś na nowo postawił mądre pytanie o sens rzeczy.
Tak było z odwiecznym sporem między teoriami geocentryczną i heliocentryczną. Starożytni i średniowieczni uczeni odpowiedzieli sobie na pytanie: co jest środkiem świata? Jak wiadomo odpowiedzieli błędnie i problem został zamknięty na wiele wieków. Dopiero nieznany wówczas nikomu kanonik, Mikołaj Kopernik, na nowo postawił obrazoburcze pytanie o centrum naszego układu planetarnego i odpowiedział na nie zupełnie inaczej, niż jego poprzednicy. Jak się okazało – genialnie trafnie.
Pytania wciąż trzeba stawiać nawet wtedy, jeśli istnieje pewność, że problem został dawno rozstrzygnięty. W myśl zasady: nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi.
- Człowiek powinien mieć głęboką wewnętrzną tajemnicę, która trzyma w aktywności jego umysł. Tajemnica ta powinna być stale poddawana ostrzałowi przez dociekliwe i nigdy nie zaspokojone myśli. Sądzę, że tego rodzaju relacja między aktywnością intelektualną a ową tajemnicą jest zdrowa nie tylko dla ducha, ale i ciała. Jestem przekonany, że jedną z przyczyn długowieczności filozofów i mędrców jest posiadanie w sercu transcendentnej tajemnicy i nieustanne próby rozwikłania jej.
- "Jam jest, który jest". On nie powiedział: Jam jest, który mam. A przecież ma cały świat. On jest.
W ogromnych hałdach miału "mieć" ludziom zagubił się gdzieś diament "być". Ktoś mądrze zauważył: "wystarczy być".
Nikt jednak nie zakazuje posiadania. Mieć, ale nie być niewolnikiem rzeczy i pieniędzy. Cieszyć się zdrowiem, powodzeniem i paroma innymi sprawami, ale nie zapominać o przewrotności fortuny, bo "wszystko to marność i pogoń za wiatrem". Nade wszystko wypada pamiętać współczesne zaklęcie: dobrze, to znaczy niedobrze.
- "Człowiek z natury swej jest dobry – twierdził Jan Jakub Rousseau – tylko kultura i sztuka sprowadziły go na ścieżkę zła".
"Człowiek z natury jest zły – mówił Tomasz Hobbes – a homo homini lupus est" (Człowiek człowiekowi wilkiem). Dwaj wybitni myśliciele prezentujący przeciwstawne poglądy na tę samą sprawę.
Jak więc jest? Obawiam się, że prawdy nigdy nie poznamy. Pewne jest, że mamy wszczepiony pierwiastek zarówno dobra, jak i zła. (Lepiej nie pytać: w jakich proporcjach?). Od bardzo wielu czynników zależy, który z nich będziemy w sobie rozwijać i pielęgnować, a może lepiej powiedzieć bezosobowo: który z nich w sercu i umyśle rozwinie się bardziej. Dopiero w dojrzałym wieku może okazać się, że ktoś jest "bardziej dobry" lub "bardziej zły", ale to może.... Ocena kogoś z zewnątrz nigdy nie będzie obiektywna, bowiem jest skażona pryzmatem wiedzy, doświadczenia, postrzegania, emocji itp.
Człowiek może dokonać moralnej, czy szerzej: egzystencjalnej samooceny we własnym sumieniu u progu życia, jeśli oczywiście będzie zdolny do takiej refleksji. I nie zakończy nagle swego żywota.
- Istnieją przyjemności czcze, zwyczajne i wzniosłe. Bodaj najbardziej wzniosłą przyjemnością człowieka jest akt miłosny. Nie ma radośniejszego przeżycia dla kobiety i mężczyzny, oczywiście przeżycia naturalnego, czyli bez środków wspomagających. Dlaczego? Chyba dlatego, że ów akt dotyczy przekazania życia (w dawnych czasach taki był wyłącznie), a więc zachowania egzystencji gatunku ludzkiego. Opatrzność, a jeśli kto chce, Natura, zarezerwowała dla podtrzymania gatunku homo sapiens tajemniczy kod rozkoszy, który odczytywany jest równocześnie przez dwoje ludzi w szczególnych okolicznościach.
- Gdyby na świecie istniało wyłącznie piękno, nie wiedzielibyśmy, czym ono jest naprawdę we współczesnym rozumieniu tego słowa, ponieważ nie towarzyszyłaby mu brzydota (ergo: nie mielibyśmy o niej żadnego pojęcia). Wówczas to "piękno" byłoby wszędzie takie samo, otaczające nas istoty, rzeczy i zjawiska byłoby jednakowe w swej "estetyce". Idąc tokiem tego rozumowania można przyjąć, że owo "piękno" nie nazywalibyśmy pięknem, byłby to zhomogenizowany desygnat zawierający przedziwną jakość; może nijakość wizualną, może melanż barw i kształtów, może jakąś miazgę zwykłości... Bowiem piękno – jeśli jest wokoło i na co dzień – w końcu opatruje się, co jest stwierdzone; tak działają nasze zmysły. Rzecz ma się tu podobnie, jak z zapachem, do którego po pewnym czasie przyzwyczajamy się i go nie czujemy.
Ale gdyby istniała na świecie wyłącznie ohyda, człowiek, jak sądzę, nie przyzwyczaiłby się do niej. Wbrew teorii Giacomo Leopardiego, który twierdził, że można przyzwyczaić się do brzydoty i po pewnym czasie nie zauważać jej. Owszem, można przyzwyczaić się do niej, ale tylko do pewnego stopnia, powyżej którego nasza wrażliwość estetyczna nie jest już w stanie dłużej jej znieść. Ponadto ilekroć po przerwie powraca się do brzydoty, tylekroć przemawia ona swoim drażniącym wyglądem. Z czasem bodźce działają coraz słabiej, ale jednak działają i nie jest tak, że w ogóle przestają oddziaływać.
Piękno potrzebuje dla swego właściwego funkcjonowania antytezy w postaci brzydoty i przeciętności. Tak samo, jak antytezy potrzebują inne, bliskie człowiekowi pojęcia, o czym wspominał już Heraklit:
"Choroba czyni przyjemnym zdrowie, zło – dobre, głód – sytość, wysiłek – spoczynek.Imię słuszności (Dike) byłoby nieznane, gdyby nie było niesłuszności".
- Odnaleźć siebie w działaniu. Jest to jedna z najważniejszych spraw w życiu, jeśli idzie o zracjonalizowanie pobytu na ziemi w płaszczyźnie pozareligijnej. Nie wszystkim się to udaje. Znaczna część to ludzie w tym względzie zagubieni.
Szczęśliwi, którzy odnaleźli się w pracy zawodowej traktując ją jako pasję. Albo ci, którzy pochłonięci są jakimś poza zarobkowym hobby.
A ludzie, którzy niestrudzenie i wciąż bez sukcesu próbują odnaleźć siebie? Szczęśliwi częściowo? Niczym jajeczko częściowo świeże...
- Już Immanuel Kant mówił, że walka jest przyrodzonym stanem człowieczeństwa. Karol Marks przeniósł walkę człowieka w wymiar społeczny tworząc teorię walki klas. Historia świata i ludzkości to w przeważającej mierze historia walk, czyli wojen, bitew, rewolucji, przewrotów i zamieszek. Można się nie zgadzać z teorią Carla von Clausewitza, że wojna jest kontynuacją polityki prowadzoną za pomocą innych środków, ale fakty mówią co innego.
Trwa także bezpardonowa walka wewnątrz człowieka; walka dobra ze złem, mądrości z głupotą, miłości z nienawiścią, czystości z pożądliwością, ducha z materią, spokoju z niepokojem, zdrowia z chorobą, piękna z ohydą... Wyliczać można w nieskończoność.
Zatem nieustanne zmagania toczą się na dwóch frontach: dookoła nas i wewnątrz, w sercu.
Może dlatego z różnych okazji życzymy sobie zawsze spokoju.
Pax vobiscum.
- 5. Moja literatura
- W litej skale intelektualizmu z pogranicza filozofii i literatury, Witold Gombrowicz zrobił znaczną wyrwę: "Nie jestem ja na tyle szalonym, żebym w Dzisiejszych Czasach co mniemał albo i nie mniemał" ("Trans-Atlantyk").
Zdawałoby się, że między dwoma znaczeniami zawartymi w wyrażeniach "mniemał albo i nie mniemał" nic już nie można wcisnąć. No bo jakże: albo coś się mniema, albo się nie mniema? Tertium non datur. A tu nagle wyskakuje taki gość, żaden zresztą filozof, i rzuca granatem niepokojącej myśli, twierdząc bezczelnie to, co w cytacie. Myśl do niczego nie podobna, nie mieszcząca się w rygorach logiki, ale siejąca przedziwne zamieszanie nie tylko w mniemanologii stosowanej.
- Istnieje pewien dylemat, który przeżywali na przykład Kafka i Gombrowicz: twórczość literacka a praca zawodowa nie związana z tą pierwszą. Z jednej strony wzniosłe myśli i swoboda ducha, z drugiej zaś rutynowe, trochę niewolnicze czynności urzędnicze i biurowa szarzyzna dnia ("Kim jestem? – pytał W. Gombrowicz – Urzędniczkiem zarżniętym siedmioma godzinami urzędolenia, zdławionym we wszystkich przedsięwzięciach pisarskich").
Co przeżywał Kafka pracując w towarzystwie ubezpieczeniowym w Pradze? O czym myślał Gombrowicz za biurkiem Banco Polaco w Buenos Aires? Czy z całym zaangażowaniem oddawali się pracy urzędniczej? Byli rzetelni? Czy wykonywali czynności z niechęcią? Jak znosili ten urzędniczy krzyż?
Z Dzienników Gombrowicza wiemy, że w banku często czytał "pod ławką", a więc nie poświęcał się z oddaniem chlebodawcy. Zresztą dyrektor banku tolerował jego "styl pracy" i nazywał go ironicznie "mistrzem". Po latach okazało się, że niechcący miał rację.
Syndrom pisarza – urzędnika. Ciekawy temat.
- Gombrowicz chorował na formę, gorączkował nią. Cierpiał na formę i za formę, rzygał nią, jak profesor z jego "Operetki". Formował się formą. Przygnieciony formą nieustannie wygrzebywał się spod niej. Stoczył z nią bodaj największy bój w literaturze. Za życia nie przegrał, zaczął wygrywać pod koniec życia. W pełni zwyciężył po śmierci.
- List Mickiewicza do Onufrego Pietraszkiewicza (z dnia 19.06/1.07.1821 r.) o swoim zadurzeniu w pani Karolinie Kowalskiej (z domu Wagner) jest jakby kartką wyrwaną ze scenariusza filmowego wyprzedzającą reżyserską obserwację kadrami na wiele lat przed braćmi Lumiere, wynalazcami kina. Oto fragment listu:
"Ale teraz, teraz, niestety, wyobraź, jeśli możesz, bóstwo z igrającym na barkach włosem śród białych muślinów, na wspaniałym łożu, w pięknym pokoju. Na to bóstwo codziennie patrzę, już estetyka uleciała".Siła wizji dwudziestotrzyletniego Mickiewicza polega na tym, że nie mając pojęcia o filmie, ani o fotografii (pierwszy dagerotyp to rok 1839) opisaną tu scenę przedstawił niejako w rozbiciu na ujęcia filmowe:
- Detal – "Igrający na barkach włos...". Jest to zbliżenie na szczegół, na fragment ciała lub rekwizytu. Kamera – w naszej wyobraźni – pokazuje tu skręcone pukle puszystych, lśniących włosów ocierających się o barki (może lekko odsłonięte?) pięknej pani Karoliny.
- Zbliżenie – "...śród białych muślinów...". Od przykuwających uwagę włosów rozsypanych na ramionach, przechodzimy ujęciem na biały muślinowy peniuar, na którym również igrają cudowne włosy. Być może to "bóstwo" leżało w kuszącej pozycji na muślinowej pościeli?
- Plan pełny – "...na wspaniałym łożu...". Teraz kamera oddala się i widzimy całą postać na stylowym łóżku ponętnie leżącą (lub siedzącą) na haftowanej pościeli.
- Total – "...w pięknym pokoju". Kamera jeszcze bardziej odjeżdża, by pokazać cały plan; wystrój wnętrza z bohaterką w środku w taki sposób, jak to widział stojący w drzwiach Mickiewicz.
- Ponowne zbliżenie na postać – "Na to bóstwo codziennie patrzę, już estetyka uleciała". Kamera odwraca się pokazując zafascynowaną minę narratora. W jego młodzieńczych gorących oczach następuje metamorfoza; zachwyt estetycznym pięknem obrazu blednie i ustępuje miejsca ekscytacji erotycznej.
Oryginalność tego opisu polega nie tylko na widzeniu kadrami filmowymi, ale i na kolejności spostrzeżeń, bowiem jeśli ktokolwiek wszedłby do podobnego wnętrza, jego obserwacja następowałaby w takiej oto kolejności: pokój – łóżko – białe muśliny – włosy na barkach. Pan Adam zastosował kolejność opisu odwrotną, niczym wytrawny scenarzysta.
- Mickiewicz w liście z dnia 28 czerwca 1837 r. do Adolfa Januszkiewicza: "Dawniej udawano się do Włoch dla podratowania zdrowia; może nastanie moda brania paszportów do Syberii, aby uzdrowić głowę i charakter".
Autor listu oczywiście ironizował, ale w jego słowach jest szczypta prawdy. Są one na wskroś aktualne, zwłaszcza teraz, gdy w związku z wejściem do Unii Europejskiej, głową jesteśmy już na Zachodzie, a charakterem na Wschodzie.
Istotne jest, że do Rosji można jeździć i... wracać (to ostatnie słowo jest najważniejsze).
- "Z komunistami nie unikaj rozmowy, ton mocny trzymaj, ale ich nie szukaj; zużyłbyś na nich siłę potrzebną gdzie indziej, chybabyś postrzegł na którym z nich szczególną cechę powołania" – pisze Adam Mickiewicz w liście z dnia 19 sierpnia 1845 r. do Romualda Januszkiewicza.
Poeta ma na myśli takich komunistów, jak np.: J. F. Becker, którzy różnili się w poglądach od Marksa i Engelsa, ale jednak stanowili zalążek, z którego narodził się komunizm leninowski i stalinowski. Przyznać trzeba, że zdecydowana większość Polaków pieczołowicie i skutecznie przez półtora pokolenia, od 1944 roku, kiedy zapanował u nas komunistyczny ustrój, realizowała niejako podświadomie i intuicyjnie zalecenie poety.
Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że Mickiewicz w swoim wieszczym przeczuciu dał nam pragmatyczną wskazówkę, iż nie można się z nimi bratać i ulegać ich wpływom, choć należy prowadzić dialog. Wiedział również, że bezskuteczne byłoby ich przekonywanie ("Zużyłbyś na nich siłę potrzebną gdzie indziej"). Może już wtedy przeczuwał, że komuniści byli niereformowalni?
- Tadeusz Konwicki jest bodaj jedynym w Polsce prorokiem, którego wizja ziściła się za życia. Na kilka lat przed zmianą ustroju w książce "Wschody i zachody księżyca" (1981) napisał: "Nas uratuje cud. Kolejny realny cud. Polska żyje cudami. Inne kraje potrzebują dla swej egzystencji dobrych granic, rozumnych sojuszów, zdyscyplinowania społeczeństw, a nam wystarczy prozaiczny cud. Raz na pół wieku solidny cud na pograniczu niecudu. Jeszcze nie wiem co to będzie, ale wiem, że będzie. Niesłychany zbieg okoliczności, zdumiewający układ planet, albo nagły powiew wichru z głębi kosmosu. Ten cud nakarmi nas boską ektoplazmą na następne pięćdziesiąt lat. A potem zobaczymy."
W kilka lat po tych słowach wydarzył się w kraju cud roku 1989. Cud, który swoim promieniowaniem wolności objął wszystkie kraje bloku komunistycznego.
- Tadeusz Konwicki pisał we "Wschodach i zachodach księżyca": "Ex oriente lux. Kochani bracie Rosjanie. (...) Najmilsi braciszkowie. Pora, czas najwyższy, ostatni dzwonek. Trzeba się europeizować, to znaczy uczłowieczać. Trzeba się uczłowieczać, to znaczy odrzucać animalność. Odrzucać animalność, to znaczy respektować prawa boskie. Koniec dwudziestego wieku. Latacie w kosmos. Zaglądacie w oczy Panu Bogu. Nie wolno kwilić, popłakiwać i wołać o pomoc cywilizowanego świata. W siedemnastym roku Gruzini, Łotysze, Żydzi i Polacy, wszyscy wasi niewolnicy, zrobili wam rewolucję, uwolnili od tyranii cara. Następną rewolucję musicie zrobić sami i jednym skokiem dogonić cywilizowaną ludzkość".
Po kilku latach Michaił Gorbaczow przejął się – można powiedzieć – tymi słowami i zaczął europeizować kraj. Zainicjował poprzez "piriestrojkę" i "głasnost" pokojową rewolucję, która spowodowała rozpad ZSRR na kilka samodzielnych państw. Kraje nadbałtyckie są już demokratyczne i w pełni europejskie. Pozostałe powoli się uczłowieczają...
Nie ma wątpliwości, Konwicki jest jednak prorokiem.
- "Piękny kolorowy dzięcioł siedział na wysokiej latarni i kuł dziobem blaszaną obudowę elektrycznej lampy. (...) Może to ptasi buntownik. Albo ptasi artysta od happeningów. Chyba jednak zwariował. (...) Cały świat popada w zboczenie" – napisał w "Pamflecie na siebie" Tadeusz Konwicki.
Miałem to samo doświadczenie z dzięciołem. Mieszkałem wówczas przy parku, na którego skraju stały latarnie. Przez pół wieczora słuchałem rytmicznego dudnienia dzięcioła w klosz latarni. I nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego tak się uparł.
Minęło wiele lat, ożeniłem się, co na pierwszy rzut oka nie ma nic wspólnego z tą sprawą, choć nie do końca... Przy jakiejś okazji w szerszym gronie rodzinnym opowiedziałem historyjkę o dzięciole i latarni pytając, co oznaczało jego dziwne zachowanie. Na dziesięć zgromadzonych osób jedynie teściowa znała odpowiedź: ptak po prostu zjadał muszki lgnące do światła latarni i siadające na rozgrzanej obudowie.
Jak się okazuje czasem dobrze jest porozmawiać na temat dzięcioła na lampie z teściową...
- Jeden z najmądrzejszych Europejczyków, Erazm z Rotterdamu, autor "Pochwały głupoty" (1509), palnął głupotę: "Najbardziej zbrodnicze stulecie, najnieszczęśliwszy i najbardziej zepsuty wiek, jaki tylko można sobie wyobrazić!" – tak się wyraził o swojej epoce.
Nie był w stanie jednak przewidzieć, że przyszłe wieki mogą być jeszcze bardziej zbrodnicze i zepsute. Historia pokazała, że niestety były, w szczególności dwudziesty wiek, który haniebnie zapisał się straszliwymi wojnami i masowym ludobójstwem. Czy może być jeszcze gorzej? Tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.
- Żyję we wspaniałym czasie, kiedy słucham i czytam świadka zamierzchłych epok, ponad dziewięćdziesięcioletniego Czesława Miłosza. Cudem na naszych oczach jest, że poeta omawiając na przykład książkę sprzed prawie stu lat, zna ją z tamtego okresu, co się w głowie nie mieści, i przenosi nas do czasów swojej młodości żywym wehikułem swojej pamięci, dzięki której jesteśmy tam wespół z nim.
Cytuję Noblistę: "Wart przypomnienia jest utwór, który znajduje się w antologii Edwarda Porębowicza «Pieśni ludowe celtyckie, germańskie, romańskie», wydanej w 1909 roku. Była to ulubiona książka Józefa Czechowicza, który nie raz szukał inspiracji w pieśniach ludowych różnych krajów. Znalazłem tę książkę u niego, a następnie udało mi się kupić egzemplarz w antykwariacie, bo już wtedy była rzadkością" ("Tygodnik Powszechny" nr 27 z 2003 r.).
Miłosz "rozwydrzył" mnie do tego stopnia, że jego wspominki literackie sprzed pięćdziesięciu laty nie wywołują już takiego wrażenia, jak te najstarsze.
W ogóle takie zjawisko, jak "Miłosz" to coś niesamowitego w światowej skali, od młodości do późnej starości nieustannie w wysokiej formie. Pod tym względem zasługuje na porównanie jedynie z Johannem Wolfgangiem Goethem. Dla nas to matuzalemowy dar niebios.
Bałowien' siud'by (pieszczoch losu), jak powiedział o nim już w 1933 roku Ksawery Pruszyński.
- Czesław Miłosz, jeśli nawet porusza pobocza literatury, zawsze potrafi wyłuskać z nich pierwszorzędny kęs. W książce "Zaczynając od moich ulic" pisze: "...Ta sama dzikość a zarazem łaskawość przyrody (tzn. okolice Merrinack River i Karpaty) przekonała ich (tzn. Thoreau i Vincenza), że żyjąc nie warto robić wiele hałasu o nic i że jabłko cywilizacji toczy się w niezupełnie właściwą stronę. Ta ich niechęć do społecznego ciśnienia nie jest chyba bez pożytku i nie musi oznaczać tęsknoty za przyszłością jako rajem utraconym, może natomiast, jak Vincenzowi, pomagać w utrzymaniu równowagi: ludzkość ma wiele stanów optimum i za sobą i przed sobą, gubi ślad i odnajduje".
Te celne słowa: "Żyjąc nie warto robić wiele hałasu o nic" należałoby przykleić na czołach wielu głośno gadającym mądralom.
- "Jedno zdanie, ale takie, które by naprawdę ważyło, to byłoby dość jako wynik jednego życia" (Czesław Miłosz, "Widzenia nad Zatoką San Francisco").
Miłosz napisał nie jedno, ale wiele takich zdań, a jednym z nich jest właśnie to.
Banałem jest stwierdzenie, że aby jedno zdanie było dobre, trzeba ich napisać tysiące i aby jedno zdanie było ważące, należy ich napisać milion.
Pomieszaniem naszych czasów jest, że niemal wszyscy gramotni święcie ufają we własny geniusz i w poszukiwaniu owego zdania, niczym igły, pracowicie przeszukują niezliczone ilości stogów. Niestety po latach pozostaje po nich zmierzwione siano słów, ponieważ czas jest bezlitosnym sędzią. Jeśli ktokolwiek myśli, iż to siano może stać się nawozem dla innych dokonań, jest w błędzie, chyba, że posłuży ono do wykręcenia się od odpowiedzialności za własne słowa, a wówczas będzie to tylko kiepska farsa.
- "Na tym kończę mój cykl «Spiżarnia literacka»" – przeczytałem w "Tygodniku Powszechnym" (20.06.2004). Przeczytałem raz jeszcze i zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno. Czesław Miłosz pożegnał się z czytelnikami. Brak słów, bo wszystkie zabrzmią pusto.
Jak przystało na wielkiego poetę na pożegnalny felieton wybrał coś niekonwencjonalnego, wspomnienie z dzieciństwa o bajkach japońskich:
"Była to opowieść o rodzinie odwiedzającej babunię i zapamiętałem swawolnika pod nazwą Psik [kot] oraz jego podstępne czynności:Cytat jakże wymowny. Miłosz długo wstrzymywał zegar, żeby dłużej z nami pobyć.
Psik wstrzymuje zegar łapką,
żeby dłużej pobyć z babką".
- "Ten Mickiewicz, po co nim się zajmować, jeżeli i tak jest wygodny".
Czesław Miłosz, "Traktat teologiczny"
Dzieli ich bardzo wiele. Ale i trochę łączy.
Mickiewicz – MiłoszJak wszystkie porównania i to grzeszy uproszczeniem, bo na przykład określenie "socjalista" półtora wieku temu oznaczało co innego (w przypadku Adama Mickiewicza jeszcze coś innego), a w okresie młodości Czesława Miłosza również było inaczej rozumiane. Podobnie ma się rzecz z pojęciem "religijny", które tu rozumiem bardziej w sensie religijnej twórczości, niż poglądów i życia. Jeśli jednak założymy, że te porównania są bardziej zabawą, niż naukową komparatystyką, to grzech uproszczenia popełniam z przyjemnością i czystym sumieniem.
polski poeta z Litwy – polski poeta z Litwy
poeta, który złamał pióro – poeta piszący do końca
genialny – wielki
emigrant – emigrant, reemigrant
socjalista (?) – socjalista w młodości
walczący o wolną Polskę – walczący o wolną Polskę
wykładowca na zagranicznej uczelni – wykładowca na zagranicznych uczelniach
logiczny w poezji – logiczny w każdym słowie
walczący z Bogiem – potyczkujący się z Bogiem
pogodzony z Bogiem – pogodzony z Bogiem
religijny – religijny
mistyk – kochający mistyków
miał powodzenie u kobiet – miał powodzenie u kobiet
- Tadeusz Różewicz fascynuje skromnością i wielkością "w jednym". Osiągnął szczyty w poezji. Mógł żyć z odcinanych kuponów własnego mitu. Ale zajął się dramatem. Tu też zdobył Himalaje, zostawiając wielu w tyle, choć w głowie mu nie było współzawodnictwo. Siedzi sobie cichutko we Wrocławiu i ma gdzieś organizacje literackie i inne. Nie chce reklamy, szumu, poklasku. Wciąż szuka prawdy swojej i świata. Przedstawia swój dramat istnienia na tle dramatu społeczeństwa.
Pamiętam jego wypowiedź z 1969, albo z 1970 roku w programie telewizyjnym "Spotkania z pisarzami" prowadzonym przez Aleksandra Małachowskiego (cytat przybliżony): "Po wylądowaniu człowieka na księżycu myślałem, że ludzie będą trochę lepsi, że nie będą sobie podkładać świnek..." – powiedział z głęboką nadzieją w głosie. Zrozumiałem wówczas, że on naprawdę wierzy w człowieka i nie wstydzi się być naiwny. Jak każdy dobry poeta.
- Geniusz proroczy Marii Dąbrowskiej (bynajmniej nie w literaturze, ale w sferze polityki):
"...W tej wersji Gomułka jest jakoby autorem całej tej niecnie głupiej imprezy i upierał się przy niej [chodzi o podwyżkę cen w 1963 roku]. Ciekawa jestem, kiedy Gomułka uzna za akt najwyższej komunistycznej odwagi strzelanie do robotników. Nie jest już od tego daleki". (t. IV "Dzienników" s. 240).Siedem lat później słowa pisarki, o zgrozo, ziściły się. W Gdańsku na rozkaz Gomułki strzelano do robotników.
- 6. Nie tylko Biblia
- Jezus był poza formą i ponad formą. Nie pozostawił po sobie pisma. Wyrazy pisane przez Niego na piasku prawdopodobnie rozsypał wiatr (o ile Jezus sam ich później nie zasypał). Notabene te chwilowo utrwalone słowa musiały mieć ogromną moc skoro ci, którzy zamierzali ukamienować jawnogrzesznicę, po przeczytaniu ich natychmiast uciekli. W tradycji istnieje domysł, że pisał ich grzechy.
Niemal wszystko, co o Nim wiemy pochodzi od Ewangelistów i autorów apokryfów, którzy zarejestrowali mowy i czyny Chrystusa wiele lat po Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Jest jeszcze kilka źródeł historycznych wskazujących na istnienie Jezusa, a jeden z najważniejszych to krótki zapis starożytnego historyka Józefa Flawiusza o Jego życiu i śmierci krzyżowej.
Jezus był poza formą, ponieważ bezpośrednio (na bieżąco, gdy żył) nikt nie spisał dosłownie Jego słów oraz działalności, ani nikt nie utrwalił za Jego życia podobizny, jednakże Jego życie i nauka zostały ujęte w określoną formę słowną i ta "zaledwie" pośrednia forma ma ogromną moc oddziaływania, ponieważ jest żywa wśród milionów ludzi i trwa nieprzerwanie od ponad dwóch tysięcy lat głównie w formie Ewangelii.
Mówiąc o Jezusie nieograniczonym formą, myślę, że nieprzypadkowo Bóg zesłał Go na Ziemię w czasie, gdy nie istniały jeszcze jakiekolwiek środki techniczne, poza pismem, umożliwiające zarejestrowanie Jego wizerunku i głosu. (Bowiem nie wyobrażam sobie Chrystusa utrwalonego na przykład na celuloidowej taśmie).
- Rzadko spotykaną zachętą w Piśmie Św. jest asumpt do działania w myśl powiedzenia carpe diem i zachęta do rozrywki:
Widać tu, jak nowocześnie myślącym człowiekiem był autor tych słów. Bowiem szlachetne pożądanie, a szczególnie godziwa rozrywka są jedną z wielu form odpoczynku, a ten jest niezbędny każdemu. (W czasach Syracha do pełnego wypoczynku raczej nie przywiązywano większej wagi, a celowali w tym zwłaszcza właściciele eksploatujący niewolników i najemników).Nie pozbawiaj się dobra dzisiejszego,
a przedmiot szlachetnego pożądania niech cię nie mija!
Czyż zostawisz drugiemu owoc swoich prac
i trudy twoje na podział losem?Dawaj, bierz i staraj się o rozrywki dla siebie,
albowiem w Szeolu na próżno szukać przyjemności.Mądrość Syracha 14, 14-16.
Jednakże starożytni mędrcy wiedzieli lub intuicyjnie wyczuwali, że istnieje związek między spełnionym szlachetnym pożądaniem i rozrywką, a prawidłowym rozwojem i funkcjonowaniem człowieka. Stąd owa śmiała, jak na biblijne rygory, zachęta.
- W sprawie "Pieśni nad pieśniami" egzegeci katoliccy przedkładają interpretację alegoryczną nad dosłowne znaczenie utworu, tzn. że oblubieńcem jest Jahwe, a oblubienicą naród wybrany. Ja, maluczki, z ziemskiej gliny ulepiony, wolę jednak tę poezję odbierać dosłownie i widzieć w niej zwykłych ludzi czujących siebie i dookolny świat zmysłowo. Wspaniałe porównania typu: "Piersi twe niech mi będą, jak grona winne, a tchnienie twe, jak zapach jabłek" (7-9) dają oryginalną wizję ówczesnego pojmowania erotyki. Albo dwuwiersz: "Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie" (6, 5) brzmi naprawdę niepokojąco i wywołuje przyspieszenie tętna. Z kart świętych ksiąg unosi się duchowość i podczas lektury powinniśmy być nią przepojeni, gdyż jedynie duch jest w nas żywy na zawsze, ciało kiedyś obumrze. Ale przez tę ziemską chwilę, jakże niedoskonałą, możemy się także nacieszyć ciałem, dziełem Stwórcy. "Pieśń nad pieśniami" jest tego dowodem.
- Nie potrafię się modlić, bowiem moje wołanie do Boga jest jękiem żebraka wystawionego na pośmiewisko świata. Jest skomleniem nędzarza, który wciąż o coś błaga. Nie umiem rozmawiać z Panem, bo jak drobna molekuła bez znaczenia dla losów wszechświata, może prowadzić dialog ze Stwórcą wszechświata? A jednak może. Ten żebrak i nędzarz ma jednak wielką nadzieję, mimo marności swoich słów i czynów. Dlatego ośmiela się powtarzać słowa psalmu:
"A teraz w czym mam pokładać nadzieję, o Panie?
W Tobie jest moja nadzieja.
Wybaw mnie od wszelkich moich nieprawości,
Nie wystawiaj mnie na pośmiewisko głupca".
Psalm 39, 8 – 9.
- "Jak trwoga, to do Boga". Wyświechtane porzekadło. Ale czy na pewno? Już przed paroma tysiącami lat, gdy człowiek przewidywał, że znajdzie się sytuacji zagrożenia, Pan zachęcał go: "...Wzywaj Mnie w dniu utrapienia: / Ja cię uwolnię, a ty Mnie uwielbisz" (Psalm 50, 15).
Stabilizacja i spokój powodują często osłabienie, a nawet wygaszenie żarliwości. Sytuacje zagrożenia uruchamiają w sercu niepojęte mechanizmy; nagle rodzą się pogłębione myśli i przeżycia, uaktywniają się nowe pokłady duchowości, modlitwa jest przepojona większą mocą. Podczas trwogi transcendentalna więź z Bogiem staje się wyraźniejsza.
Owo poszukiwanie pomocy w obliczu lęku zilustrowane przez naszych pradziadów ironicznym powiedzeniem o trwodze i Bogu, ma więc jak najbardziej pozytywny wydźwięk.
- Drugie przykazanie dekalogu brzmi: "Nie będziesz miał bogów obok Mnie! Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył (...)".
Co prawda chrześcijanie nie uznają innych bogów przed Panem, ale wykonują Jego rzeźby i obrazy.
Czy po okresie obrazoburstwa trwającego w Bizancjum w VIII i IX wieku oraz krótko w XVI wieku w krajach protestanckich nie należałoby się po raz kolejny głębiej zastanowić nad przestrzeganiem przykazania danego nam przez Boga za pośrednictwem Mojżesza? Jeżeli ustalenia drugiego Soboru Nicejskiego z 787 roku wciąż obowiązują ("Obrazy należy szanować jako wizerunki świętych, nie wolno im jednak oddawać czci boskiej"), to dlaczego o wielu obrazach i figurach z postaciami świętych mówi się, że są cudowne lub święte?
Dlaczego wybiórczo stosujemy dekalog? Przecież Jezus wyraźnie powiedział, że "Pisma nie można odrzucić" (Jan 10, 35) oraz "Lecz łatwiej niebo i ziemia przeminą, niż żeby jedna kreska miała odpaść z Prawa" (Łukasz 16,17), oczywiste więc jest, iż zawarte w nim przykazania należy stosować.
Nie zamierzam zostać ikonoklastą i wzywać do spalenia istniejących dzieł sztuki sakralnej, pragnę jedynie zadać proste pytanie: czy dekalogowy zakaz "czynienia rzeźb i obrazów tego, co jest na niebie wysoko" został odwołany?
- 7. Zezem na politykę
- Komunista dla swojego istnienia i dobrego samopoczucia musi żywić się "układem" bez którego nie potrafi normalnie funkcjonować. W poprzednim ustroju układ był jeden, w którym partia, poprzez rozliczne narzędzia czuwała, by nikt jej, ani członkom nie zagrażał.
Po 1989 roku podczas każdorazowego sprawowania rządów przez lewicę zawsze pojawia się "układ", ale ze względu nie niestabilność sytuacji politycznej nie jest on całkowicie skrystalizowany i czytelny. Na pewno jednak, obserwując go, można odczytać "braterskie" wezwanie: popierajmy się.
Stał się on przyczyną ogromnej ilości afer w latach 2002–2004 wstrząsających państwem. Ludzie lewicy trzymający w tym czasie ster rządów, mając wciąż jeszcze głęboko zakodowane w pamięci czasy poprzedniego ustroju i schematy starych działań, nie potrafili oprzeć się "układowi", który powinien – wedle ich pojmowania – służyć przede wszystkim im samym, a więc interesom grupowym i osobistym. Byli oni typowi przedstawicielami gatunku homo sovieticus, dla których interes obywatelski jest nie całkiem zrozumiały, natomiast interes państwa jest realizowany przy okazji załatwiania interesu własnego, a jeśli z nim koliduje, tym gorzej dla niego.
- To, że jesteśmy narodem wieszczów, wszyscy wiedzą, wydaliśmy przecież ich trzech, a wielka czwórka: Sienkiewicz, Reymont, Miłosz i Szymborska, otrzymała nagrody Nobla w dziedzinie literatury.
Ale to, że potrafimy wieszczyć poprzez formę literatury ulotnej, jaką są dowcipy nie wszyscy wiedzą. Otóż w drugiej połowie dekady gierkowskiej oraz w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku krążył taki oto dowcip: "Pytanie: w jaki sposób można w Polsce osiągnąć dobrobyt? Odpowiedź: Zamknąć granicę na wschodzie, a otworzyć na zachodzie".
Dzisiaj, gdy jesteśmy już w Unii Europejskiej, ten żart ziszcza się na naszych oczach nabierając realnego i całkiem poważnego znaczenia, ponieważ Polska stosując się do unijnych norm i traktatów prawie zamknęła granice z krajami wschodnimi, a otworzyła z zachodnimi, co bez wątpienia w jakiejś mierze przyczyniło się do poprawy sytuacji gospodarczej w kraju.
- Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych z grubej skorupy państwa sowieckiego wykluła się wolna Białoruś, jej suwerenność była wątła i niedookreślona. Pomimo obranego przez pierwszych przywódców narodowego kursu, Białorusini słabo identyfikowali się z nowym państwem, a dla przygniatającej większości mieszkańców podstawowym językiem był rosyjski.
Prowadzona od paru lat przez Aleksandra Łukaszenkę polityka rusyfikacji własnej ojczyzny (swoją drogą jest to ewenement, a drugim jest to, że prezydent kraju nie zna dobrze ojczystego języka), może przynieść odwrotny skutek, a więc owa polityka może okazać się zbawienna dla nieokrzepłej jeszcze białoruskości. Bo przecież historia zna dobrze przypadki, że oficjalny zakaz wzmacnia siłę oporu. Tak było w starożytnym Rzymie z chrześcijaństwem i podobnie rzecz się miała w "poprzedniej" Polsce z katolicyzmem i opozycją.
- Zastanawiam się, czy pokojowa rewolucja, która dokonała się w Rosji i Europie Wschodniej w latach 1989 i 1990 powstała dzięki mądrości, czy z powodu braku rozsądku Michała Gorbaczowa.
Wbrew pozorom pytanie to nie wydaje się bezzasadne, ponieważ ten przywódca "świata połowicy" tak naprawdę chciał uzdrowić komunistyczny ustrój – inicjując przebudowę ("pierestrojka") i ogłaszając jawność ("głasnost") – a nie zniszczyć go. Nie przewidział jednak, że te dwie rzeczy są destrukcyjnymi bombami z opóźnionym zapłonem powodującymi najpierw osłabienie, a potem rozpad struktur aparatu komunistycznej władzy. Nie przypuszczam, że działał w sposób do końca przemyślany w kierunku zaprowadzenia demokracji i udzielenia zgody krajom satelickim na niezawisłość. Był przecież nieodrodnym dzieckiem systemu i zdobywał ostrogi pod opiekuńczymi skrzydłami Jurija Andropowa (szefa KGB), z którym się przyjaźnił, a więc w praktyce nie miał większego pojęcia, co to jest demokracja. Poza tym należy pamiętać, że do końca pozostawał zwolennikiem jedności ZSRR.
Raczej brak wiedzy oraz nieumiejętność przewidywania następstw własnych działań (a więc w uproszczeniu można stwierdzić: głupota) doprowadziły niechcący "Gorbiego" do tego, co się stało. Wypadki go przerosły; on sam, a także partia i służby specjalne straciły nad toczącym się procesem panowanie. Jego mądrość, jeśli tak można powiedzieć, polegała na tym, że przez krótki czas pozorował panowanie nad całością sytuacji; ale tylko do czasu puczu i przejęcia władzy przez Jelcyna, czyli do chwili, gdy wiatr historii zmiótł go ze sceny politycznej.
Nie sądzę, aby Gorbaczow był ketmanem; po prostu był prostolinijnym Rosjaninem, który chciał w polityce funkcjonować przyzwoicie. Ale ta przyzwoitość trochę w stylu zachodnim przeszczepiana na gruncie radzieckim odbiła mu się czkawką, choć dla świata przyniosła dobre skutki.
Niezależnie od motywów jego postępowania uważam, że Gorbaczowowi należy się pomnik. Bynajmniej nie w Rosji. Raczej w Polsce lub w Niemczech (jego zgoda na zjednoczenie). Bez Michała Gorbaczowa bowiem nie byłoby tego wszystkiego, co się wydarzyło w roku 1989 i 1990 u nas i w krajach ościennych.
- 8. Rozmyślania różne
- Snobizm od wieków jest motorem działania wszelkiego rodzaju mecenasów sztuki i inicjatyw charytatywno – dobroczynnych. Ludzi bogatych zawsze ciągnęło i ciągnie w stronę artystów. Dobrodzieje często łożyli spore pieniądze na kulturę, ale także na kościoły, szpitale, przytułki i ochronki. Prawdę mówiąc nie jest ważne z jakich pobudek to czynili i czynią, ważne jest, aby ich fundusze ze społecznego punktu widzenia były właściwie lokowane.
Istnieją więc dwa rodzaje snobizmu: ten "zły", czyli próżność i pycha (grzech to główny), dalej: pseudoaktorstwo; naśladownictwo w słowach, gestach, czynach i ubiorze, a więc udawanie kogoś innego, niż się jest (lepszego, bogatszego, ważniejszego, mądrzejszego itp.); i snobizm "dobry", dzięki któremu zyskuje kultura, sztuka oraz chorzy, biedni i pokrzywdzeni.
Ostrożnie więc z jednoznaczną krytyką snobizmu, albo inaczej: tępmy go raczej w sobie, nie u innych.
- Czy można sobie wyobrazić taki oto paradoks: im ktoś ma większy skarb, tym mniej o niego dba postępując ryzykownie, a im ktoś ma mniejszy skarb, tym lepiej go pilnuje i otacza staranną opieką. Zarówno w życiu zbiorowym, jak i indywidualnym ludzie kierując się zdrowym rozsądkiem na pewno tak nie czynią. Osoba wyłamująca się z tych oczywistych norm logicznych byłaby słusznie uznana za szaleńca.
Ale właśnie w życiu ów paradoks występuje nader często. Paradoks ocierający się o banał i stereotyp.
Wielu młodych ludzi mając przed sobą całe życie, częstokroć nim ryzykuje narażając je na szwank lub utratę. W życiu spotkałem zarówno wspaniałych zapaleńców jakiejś idei, którzy gotowi byli dla niej właśnie poświęcić swoje młode życie, jak i paru młodych ryzykantów i desperatów marnujących bez sensu swój bezcenny byt.
Starcy mający w porównaniu z młodymi niewielki skarb życia przed sobą, chorobliwie wręcz strzegą go nie narażając na jakiekolwiek ryzyko, aby spokojnie i w całości go wykorzystać, czyli w pełni przeżyć.
- Inna twarz głupoty: wykształceni głupcy. Są oni potencjalnym zagrożeniem dla świata.
Ich to między innymi miał na myśli Heraklit z Efezu mówiąc, że ilość wiedzy nie jest równoznaczna z mądrością.
- Najwyższą formą szczęścia dla chorego, jest ustępujący ból. Jest to stan, w którym czuje się jeszcze fizyczną torturę, lecz nagle pojawia się moment – graniczny punkt, od którego następuje powolna ulga, nieznaczna, lecz zauważalna gradacja zmierzająca ku zanikowi dolegliwości. Choć jeszcze ona trwa, to jednak wyczuwa się odpadanie potwornego ciężaru, jakby odrywały się kawałki skrzepów od obolałego ciała. Pojawia się nadzieja, choć zabarwiona obawą, czy ten proces przypadkiem się nie zatrzyma... Chyba jednak się nie zatrzyma... Jest to "bolesne szczęście" wykraczające poza kategorię tak zwanych przyjemnych doznań. Tego nie da się opisać.
- Ponoć Józef Piłsudski powiedział kiedyś, że Polska przypomina mu obwarzanek; wszystko, co najlepsze jest na zewnątrz. Ta anegdota trafnie obrazuje funkcjonujący w naszej świadomości mit "lepszości" kresów, w domyśle "gorszości" centrum. Być może mit ten znajduje odzwierciedlenie w faktach, ale żeby uznać go za prawdziwy wolałbym jednak, aby został potwierdzony naukowo. Od razu zastrzegam, że po pierwsze, aby nie było nieporozumień: sam jestem z kresów, po drugie: ten obiegowy stereotyp mocno zakorzenił się w naszej kulturze, przez co jest krzywdzący dla wszystkich, nie tylko dla wywodzących się z ziem środkowej Polski.
Za dowody na obecność tego wciąż żywego mitu niech posłużą dwa przykłady wzięte z wysokiej półki.
Czesław Miłosz w "Ziemi Ulro" napisał:
"No, oczywiście, że uważałem siebie za lepiej urodzonego niż Gombrowicz. A z tej przyczyny, że urodził się w gorszym kraju. Raz, w Vence, powiedziałem mu, że przecież pochodzi z Polski centralnej. Cios był potężny. Zachwiał się rycerz Gombrowicz i o mało nie spadł z konia, ale w ostatniej chwili cios odparował, wołając, że nieprawda, że rodzina jego ze Żmudzi, znad rzeki Niewiaży, i że dopiero dziadek jego stamtąd wyemigrował, po powstaniu 1863 roku".Z cytatu wynika jasno, iż obaj pisarze mają głęboko zakodowane przeświadczenie o wyższości kresów nad Polską centralną. Miłosz wyraźnie się tym chlubi i z owego mitu czyni oręż do zadania "potężnego ciosu". Gombrowicz (na marginesie: szlachcic wyższej "kategorii" od przyjaciela po piórze), zawstydzony tym posądzeniem broni się udowadniając, że jednak jego praszczur jest z kresów (czytaj: z lepszej Polski).Ryszard Kapuściński w wywiadzie dla "Przekroju" (nr 28 z 2003 r.) powiedział:
"Człowiek kresowy zawsze i wszędzie jest człowiekiem międzykulturowym – człowiekiem «pomiędzy». To człowiek, który od dzieciństwa, od zabawy na podwórzu, uczy się tego, że ludzie są różni i że inność jest po prostu cechą człowieka. (...) Kresowość to otwarcie na inne kultury, a nawet więcej – ludzie kresowi nie traktują innych kultur jako innych, ale jako część własnej kultury. (...) Wspominam swój Pińsk jako bardzo dobre miejsce. To było miasteczko życzliwych ludzi i życzliwych ulic. Do czasu wybuchu wojny nie widziałem tam żadnego konfliktu. Miejsce bez ostentacji, bez zadęcia, miejsce skromnych, prostych ludzi. Moi rodzice jako nauczyciele też byli takimi ludźmi. Może dlatego dobrze się zawsze potem czułem w tak zwanym Trzecim Świecie, gdzie ludzi cechuje nie zamożność, ale gościnność, nie ostentacja, ale współpraca. Ludzie żyli na Polesiu na skromną ludzką miarę, a Pińsk był jak arystotelesowska definicja miasta, w którym wszyscy się znają choćby z widzenia. To wyróżnia miasta kresowe, które stwarzały klimat przyjaźni". (Z tym klimatem przyjaźni na kresach wschodnich byłbym ostrożny, szczególnie na pograniczu polsko – ukraińskim, gdzie toczyły się liczne boje i odbywały rzezie ludności cywilnej).Oczywiście Kapuściński nie deprecjonuje środkowej Polski, ale jednak wyraźnie ulega mitowi "lepszości" obszarów peryferyjnych. Przepraszam, a czym w tej materii od Pińska, Wilna, czy Kowna różniła się na przykład Łódź leżąca w środku kraju, gdzie także pokojowo współistnieli z sobą Polacy, Niemcy i Żydzi? Gdzie także większość stanowili ludzie życzliwi i skromni. Z tym, że środkowa Polska nie stworzyła sobie mitu, choć nie do końca, bowiem "Ziemia obiecana" i sam jej autor Władysław Reymont są świetną antytezą na "teorię obwarzanka"; nie jest to jednak mit, ale w miarę realistyczne i twórcze przedstawienie tamtych czasów.
Przyznaję, sam nieraz korzystałem z owego mitu kresowości, ale od pewnego czasu opowiadam się przeciwko tej wyświechtanej kliszy. Owszem, w jakimś sensie byt kształtuje świadomość (tu w nieco innym znaczeniu niż u Karola Marksa), ale czy aż w takim stopniu, aby nasze kresy wywyższać nad inne regiony kraju stosując fałszywe pojęcie "determinizmu geograficznego"?
- Z najdawniejszymi wspomnieniami jest u mnie mniej więcej tak: tkwią w pamięci, jako rozmazane, kolorowe szkła witrażowe i gdy chcę je przywołać, z trudem zbieram je sklejając w jednolitą całość. Lecz gdy je zapiszę nadając im konkretny kształt, wtedy dzieje się dziwna rzecz, zaczynają we mnie funkcjonować już w tym nowym, lekko odmiennym od oryginału kształcie, a ich autentyzm ulega pewnemu zamazaniu.
Mam więc poważny kłopot, czy nosić w sobie mgliste, ale oryginalne wspomnienia z ryzykiem ich zatarcia, a nawet utraty, czy mieć je utrwalone na papierze, ze świadomością, że są tylko niedoskonałą kopią?
- 9. Historia w pigułce własnej
- Reformacja (XVI wiek).
- Absolutyzm oświecony (XVIII wiek).
- Rewolucja społeczna, przemysłowa i polityczna (XVII-XX wiek).
- 123 lata państwowości i wolności (1795-1918).
- Niezmienność granic państwa.
- Przyjaźń sąsiadów.
- Pół wieku demokracji i społeczeństwa obywatelskiego (1939 – 1989).
Są to fakty i zdarzenia oraz ważniejsze etapy historyczne, które nie wystąpiły w naszych dziejach lub ominęły Polskę i Polaków. Odpryski niektórych z nich z dużym opóźnieniem powracają teraz, zniekształcone i często pogmatwane, ponieważ – jak wiadomo – są inne warunki i inne czasy.
Można by się pokusić o metaforyczną syntezę: pojawienie się w wieku dorosłym nie przebytej w dzieciństwie choroby, zawsze powoduje poważne powikłania.
- W piątkowym wydaniu gazety Kurier Czerwony (nazwa dziennika nie miała nic wspólnego z lewicową formacją polityczną) najbardziej znany przedwojenny konferansjer Fryderyk Jarossy zapowiadał, że nazajutrz, tj. w sobotę, 2 września 1939 roku, nastąpi otwarcie teatru satyryczno – literackiego "Figaro" przy ulicy Marszałkowskiej 8 w Warszawie, gdzie obecnie mieści się Teatr Rozmaitości.
Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie tytuł inauguracyjnej rewii: Żyć nie umierać. Straszliwa ironia czasów spowodowała przekręcenie znaczenia tytułu o 180o.
- Na pomniku-barykadzie na Ochocie przy ul. Grójeckiej widnieje napis: "W tym miejscu 10 września 1939 r. wojsko polskie (tu podana jest nazwa jakiegoś batalionu) zatrzymało natarcie wojsk hitlerowskich". Ktoś nad ostatnim wyrazem dopisał kredą: "niemieckich" – w znaczeniu: wojsk niemieckich.
Jak się okazuje nawet w okresie normalizacji polsko – niemieckich stosunków nie da się wybielić wszystkiego między naszymi krajami i narodami. Przypuszczam, że zrobił to jakiś młody człowiek, bo tylko młodym chce się czynić takie gesty protestu. Jest on przedstawicielem tej części społeczeństwa, która mówi: "Nie można całej winy za II wojnę światową przewekslować z Niemców na hitlerowców". Ten dopisek ilustruje, że pojednanie nie jest proste, a historii nie można upraszczać. Ludzie czują ją po swojemu.
- Generał Zygmunt Berling podczas Powstania Warszawskiego próbował z lewego brzegu Wisły walczyć przeciw Niemcom, ale jak wiadomo bez powodzenia. W swoich pamiętnikach pisze, że zbyt natarczywie domagał się od radzieckiego dowództwa pomocy dla walczących rodaków w powstaniu i za to Moskwa odebrała mu dowództwo I armii Wojska Polskiego.
Przy trasie Łazienkowskiej w latach osiemdziesiątych postawiono generałowi pomnik wyglądający dosyć dziwnie; postać bez nóg stojąca na wysokim cokole. Wówczas, gdy pierwszy raz zobaczyłem ów postument, wydawało mi się, że była to nieudana wizja artystyczna rzeźbiarza.
Teraz przeczytałem w "Forum" (nr 31 z 8.08.2004 r.) przedruk artykułu z "Frankfurter Alegemeine Zeitung" – napisany z okazji sześćdziesiątej rocznicy powstania – autorstwa M. Ludwig, w tekście tym zwrócił moją uwagę taki oto fragment:
"Niezwykły pomnik na prawym brzegu Wisły jeszcze z czasów przed transformacją ukazuje Berlinga z obciętymi nogami na kamiennym postumencie i ze wzrokiem skierowanym na drugą stronę rzeki. Przekaz jest ukryty, lecz mimo to łatwo jest rozszyfrować zawarty w nim protest: oto ktoś próbował tutaj pospieszyć z pomocą, ale mu nie pozwolono".Ciekawi mnie, czy taka była intencja rzeźbiarza. Jeśli taka – chwała mu za to. Bo ja w tamtych latach nie zrozumiałem zamysłu autora dzieła nie dopatrując się w nim żadnych aluzji.
- 10. Historie własne w pigułce
- Wzorowanie się na starszych braciach, jasne autorytety, chętne uczęszczanie do pierwszej klasy, wspaniała nauczycielka (ciekawe lekcje, jej piękne rysunki), przyjazdy do wiejskiej szkoły kina objazdowego, jedna mocna przyjaźń, zabawy w wojsko, wypady z kolegami do sadów na kradzione jabłka i czereśnie oraz brak świadomości problemów życia dorosłego – cała ta różnorodność spraw spleciona z chłopięcą bezinteresownością, stanowiły dla mnie największą wartość w kształtowaniu się wrażliwości i postrzegania świata.
- Z okazji piątej rocznicy Marca 68, wspólnie z kolegą, Tadeuszem D., wywiesiliśmy na wieży gmachu głównego Uniwersytetu Wrocławskiego transparent o treści: "Pamiętamy Marzec 68". Zadziałaliśmy profesjonalnie nie zostawiając żadnych śladów, w końcu studiowaliśmy prawo i czegoś się nauczyliśmy. Poirytowane władze uczelni oraz urząd bezpieczeństwa nie znalazły sprawców.
Z okazji dziesiątej rocznicy Marca 68 wywiesiłem w nocy, tym razem samotnie, transparent o identycznej treści, rozmiarach i kolorze na tympanonie rektoratu łódzkiej filmówki. Zadziałałem profesjonalnie dawkując sobie niezłe napięcie, w końcu tu studiowałem i czegoś się nauczyłem od filmowych mistrzów suspensu. Otóż, w myśl powiedzenia, że morderca powraca na miejsce zbrodni, nazajutrz z rana pojawiłem się przed transparentem z aparatem fotograficznym chcąc uwiecznić własny wyczyn. Nie zdążyłem jeszcze pstryknąć, gdy zgarnięto mnie na przesłuchanie i zabrano naświetloną kliszę. Na szczęście takich jak ja z aparatami na szyi (nie dziwne w szkole filmowej), których także zwinięto, było jeszcze kilku. I to mnie uratowało.
Wywieszenie niemal identycznego transparentu na dwóch uczelniach w odstępie pięciu lat było z punktu widzenia działalności konspiracyjnej czynem tragicznie nieprofesjonalnym, wystarczyło bowiem porównać wszystkich studentów z Uniwersytetu Wrocławskiego w latach 1973-1978, którzy następnie studiowali w PWST, TV i T w Łodzi, a okazałoby się, że takich było zaledwie kilku.
"Szkoda, że cię nie złapali, może teraz byłbyś kombatantem... – powiedziała kiedyś żona. – To był oczywiście żart..." – dodała.
- Tuż po czołówce filmu Giuseppe w Warszawie (1964) w reżyserii Stanisława Lenartowicza następuje kilka ujęć, podczas których bohater idzie po torach kolejowych, obok nich widać pola, płot przeciw zamieciom śnieżnym, lasek i krzaki tarniny, z drugiej strony torów stoi znak kolejowy w kształcie białego krzyża na czarnej tablicy oraz jakieś grube słupy metrowej wysokości.
Któregoś jesiennego wieczora wyświetlali ten film w telewizji. Zawołałem żonę, aby zobaczyła chociaż kawałek czołówki, o której kiedyś jej opowiadałem. "E tam, jakieś tory..." – powiedziała znudzona i wróciła do swoich zajęć. A przecież oglądanie tych torów to dla mnie niemalże misterium... Ale po kolei.
Jest rok 1963. Letnia niedziela. Stacyjka kolejowa w Karszowie koło Strzelina, 40 km od Wrocławia. Na bocznicy ruch, jak nigdy. To ekipa filmowców przygotowuje zdjęcia do jakiejś komedii wojennej, w której gra włoski aktor Antonio Cifariello. Gorąco, jak diabli, a ten chodzi w długim wojskowym płaszczu... (W filmie występują też Elżbieta Czyżewska i Zbigniew Cybulski, ale teraz ich tu nie ma). Pracownicy stukają młotkami przygotowując platformę pod kamerę. Próby, próby, próby... Klaps z tytułem roboczym: "Karabin nr 22015" (tego klapsa nie pamiętałem, później przypomniał mi o nim brat, Leszek). Giuseppe obejmuje lokomotywę, potem wchodzi do wagonu. Powtórki w różnych wersjach.
Na stacji tłum gapiów, głównie dzieciaki z mojej i sąsiednich wiosek. Niespodziewana rozrywka w niedzielnej monotonii, a nawet sensacja.
Po trzynastu latach od tego wydarzenia niespodziewanie znalazłem się w szkole filmowej. Przez ponad dwadzieścia lat pracowałem przy realizacji filmów fabularnych. Ale tamto zetknięcie się z planem zdjęciowym bynajmniej nie było dla mnie impulsem, który pchnął mnie w tym kierunku. Sprawa była bardziej skomplikowana, los okazał się jak zwykle przewrotniejszy od wszystkich moich planów...
Copyright © Franciszek Czekierda, 2004
Franciszek CzekierdaFranciszek Czekierda, ur. 1952, w Karszowie, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego (1975), ukończył Wyższe Studium Zawodowe Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej PWSFTviT w Łodzi (1978). Kierownik produkcji (1985-1990). W latach 1990-1997 pełnił funkcję dyrektora Studia Opracowań Filmów.
Jego filmografia obejmuje 16 pozycji, w tym 6 seriali i 5 filmów fabularnych.
Od roku 2002 pracownik Poczty Polskiej.
Żonaty z Małgorzatą, dzieci: Katarzyna (ur. 1983) i Krzysztof (ur. 1985).
Copyright © 1997-2004 Zwoje