
Zamieszczamy odredakcyjny wybor z zapiskow Franciszka Czekierdy, autora z Warszawy. (AMK)Josif Brodski mowil:
MYSLI PEWNE I ULOTNE
FRANCISZEK CZEKIERDA
- Wstep
W polowie lat szescdziesiatych wpadlem na genialny pomysl prowadzenia osobistego dziennika. Coz... potem niechcacy dowiedzialem sie, ze na ten sam pomysl dawno, dawno temu wpadlo jeszcze paru innych ludzi, ktorzy pozniej okazali sie medrcami, swietymi badz noblistami. Nie zalamywalem sie jednak. Mialem wowczas kilkanascie lat i swiat stal przede mna otworem. Wtedy to ciezko sie zakochalem i dookolna rzeczywistosc przestala dla mnie istniec. To pomoglo mi skupic sie na starannym poszerzaniu horyzontow serca na papierze; z dziennika przerzucilem sie na wiersze, ktorych ukropilem kilkaset. Po roznych przezyciach prawie wszystkie wyrzucilem do kosza. Przyrzeklem sobie wowczas, ze juz nigdy w zyciu nie bede wiazal mowy... ("Wszylem sobie esperal poezji / juz teraz nie upije sie zyciem"). No wiec powrocilem do dziennika i cos tam sobie skrobalem, skrobalem, az w pewnym momencie zorientowalem sie, ze zapisalem dwadziescia piec zeszytow formatu szkolnego (w kratke i linie). Wpadlem w panike, bo zrobilo sie tyle tego, ze nie wiedzialem, co z tym poczac.Na poczatku lat osiemdziesiatych napisalem kilka opowiadan, ale z powodu niedotlenienia umarly one w stanie embrionalnym. Z wyjatkiem jednego, ktore w konkursie o "Zlote czolenko" lodzkiego czasopisma Odglosy otrzymalo wyroznienie jako... reportaz. Nic z tego nie rozumialem, ale dotlenienie w wysokosci 1000 zl przyjalem z mila checia.
W tak zwanym miedzyczasie napisalem dwie powiesci. Teksty poddalem probie ognia. Proba wypadla pomyslnie dla literatury. Pozostal popiol. Diamentu nie zauwazylem.
Ktoregos dnia wzialem do reki stara Odre, bo dostawalem juz oczoplasu od tych kolorowych mialkich czasopism. Znalazlem w niej wspomnienie Andrzeja Dobosza na temat debiutanckiego zapisku z lat piecdziesiatych. Jego krociutka relacja z podsluchanej rozmowy w autobusie otworzyla mi oczy. Byl to blysk rozswietlajacy moje gruzlowate, nieuporzadkowane mysli. "Oto mi wlasnie chodzi!" – krzyknalem euforycznie. A wiec skondensowane notacje bez zbednej waty i ornamentyki. Zaczalem tedy przegladac pawlacze i wylawiac z zakurzonych zeszytow niektore co ciekawsze, moim zdaniem, kawalki. Fakt, ich tematyczny rozrzut jest spory, bowiem interesuje sie – wybaczcie pensée banale – zyciem zarowno brukowym, jak i duchowym, wiec jest i materia i serce, podgladanie ludzi i ziemi, i obserwowanie swiatel nieba. A to, ze przez cwierc wieku bylem filmowcem nie ma tu nic do rzeczy. Nota bene zostalem nim przez przypadek: w podchorazowce dla rezerwistow spotkalem milosnika filmu, Zbyszka Kozere, ktory namowil mnie do zdawania do szkoly filmowej w Lodzi. Mnie sie poszczescilo, kolega zostal... prokuratorem. Choc z dzisiejszej perspektywy nie wiem, komu poszczescilo sie bardziej.
Usiluje przedstawic fotografie mojego chwilowego antyszambrowania na Ziemskich przedpokojach Pana. Zabrzmialo to zbyt gornolotnie, a nie o taki ton mi szlo. Wlasciwie sa to fotosy: czarno-biale, barwne, blyszczace, matowe, grubo- i drobnoziarniste, stare i nowe, roznego formatu, ale na pewno nie za duze, lepsze i gorsze, choc nie mnie je oceniac... Zapiski te nazwalem fotografiami, choc wierze, ze nie sa one wyswiechtanymi kliszami.
Franciszek Czekierda
* * *
- 1. Rodzina, Rodzinka
- Prywatny warszawski szewc, Waclaw Sulich (przyrodni brat mojej tesciowej), w latach szescdziesiatych ub. wieku robil na zamowienie buty Zofii Gomulkowej, zonie I sekretarza PZPR. Jak wiadomo, jej maz, Wladyslaw, skutecznie tepil wszelka prywatna inicjatywe.
Znajac pryncypialnosc przywodcy partii robotniczej, mozna przypuszczac, ze usilowal przekonac zone, iz buty ze sklepow spoldzielczych sa takie same, a moze i lepsze od obuwia kupowanego od prywatnych rzemieslnikow. Zofia Gomulkowa na przykladzie wlasnych nog wiedziala jednak doskonale, co jest dla niej lepsze.
Jesli wiec maz Gomulka nie potrafil przekonac wlasnej zony, ze wyroby panstwowe sa lepsze od prywatnych, to tym bardziej towarzysz Gomulka nie mogl do tego przekonac spoleczenstwa. Szkoda tylko, ze nie poprzestal na zonie; oszczedzilby narodowi wielu utrapien.
- Brat Waclawa, Stanislaw B. (drugi przyrodni brat mojej tesciowej), rowniez szewc, zrobil w prezencie slubnym mojej zonie biale pantofelki. Buty byly piekne, ale – mimo, iz wykonane na miare – okazaly sie za male. W czasie wesela zona wiekszosc czasu spedzila boso. Nigdy ich pozniej nie zalozyla. Stanislaw mial za soba kilkudziesiecioletnia praktyke, ale opinia w rodzinie byla jednoznaczna: Wacek byl lepszym szewcem. Za to Stasiek byl prezesem rzemieslniczej spoldzielni i konsekwentnie wcielal w zycie jedno z najbardziej znanych polskich przyslow o szewcu.
Mozna powiedziec: a to Polska wlasnie...
- Dwustu kosiarzy, siedmiu brygadzistow, kierownik i agronom (moj ojciec) – wszyscy ci ludzie w lecie roku 1955 byli na sianokosach w wojewodztwie szczecinskim kolo Chodziezy. Kosili setki hektarow lak porosnietych dwumetrowa trawa nie tknieta od wojny. (Widok takiej ilosci koszacych musial byc imponujacy). Po trzech miesiacach ciezkiej pracy i otrzymaniu wyplaty minister ds. PGR-ow (byl taki!) zaprosil ich do ministerstwa. Na przyjeciu stoly byly zastawione wylacznie petami zwyczajnej kielbasy i czysta wodka.
Sposob ugoszczenia kosiarzy swiadczyl o tym, ze albo minister byl prostakiem nie znajacym podstawowych zasad etykiety, albo (i) cynikiem, wiec postapil tak z premedytacja lekcewazac robotnikow i uwazajac, ze kielbasa i wodka byly dla nich nagroda az nadto wystarczajaca.
- Podczas okupacji niemieckiej moj tesc, Kazimierz, wspolnie z kolega wpadli na pomysl zarobienia paru groszy. Obaj wspinali sie na wysokie drzewa, gdzie znajdowaly sie gniazda wron. Bylo to w okresie, kiedy mlode nie umialy jeszcze latac. Chlopcy stracali je na ziemie. Po oskubaniu i oprawieniu ptakow sprzedawali je na miejskim targowisku, jako upolowane kuropatwy.
Zaradnosc przyprawiona brutalnoscia, wymuszona przez trudne czasy.
- Rodzice kolegi mojego ojca, Franciszka Dusillo, podczas ostatniej wojny we wsi Cieszacin kolo Jaroslawia, ukrywali przed hitlerowcami Zydowke, Fajge Dawid. Kobieta miala jedenastoletnia corke, ktora najpierw zostawila u swoich siostr w miescie, a potem wziela ja do siebie i ukrywaly sie razem w stodole, gdzie bylo bezpieczniej. Prawdopodobnie matka z corka przezyly wojne. (Dziewczynka miala na plecach brodawke). Natomiast meza Fajgi Dawid wczesniej, przed jej ucieczka na wies, zabrali Niemcy.
Ani Franciszek, ani jego rodzice (wszyscy juz nie zyja) nikogo nie informowali o tym – co tu duzo mowic – bohaterskim czynie. A dowiedzialem sie o tym przypadkowo, gdy Dusillo z moim ojcem wspominali czasy wojennej mlodosci.
- "Myslalem, ze malzenstwo bedzie czyms ciekawym – zwierzyl mi sie kiedys Andrzej. – Po wieloletnim stazu moge powiedziec, ze polega ono na powolnym rezygnowaniu ze wszystkich planow, zamierzen i ambicji. Rezygnowanie na rzecz kompromisu. Malzenstwo jest dzwiganiem krzyza. Niektorym tylko udaje sie miec krzyz z drzewa lipowego".
- Postaw sobie cel. Daz do niego z wiara. Wiara czyni cuda. ("Gdybyscie mieli wiare jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyscie tej morwie: Wyrwij sie z korzeniem i przesadz sie w morze, a bylaby wam posluszna"; Lukasz 17,6).
Nie zalamuj sie upadkami. Porazki umacniaja w mysl zasady: "Co cie nie zabije, umocni cieÅ.
Pointa: "Kiedy czegos goraco pragniesz, to caly wszechswiat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu" (Paulo Coelho).
Tych kilka mysli chcialem kiedys powiedziec mojemu kilkunastoletniemu synowi w chwilach, gdy sie "zamulal", czyli gdy miewal psychiczne dolki. Ale pomyslalem sobie: "Przeciez powie mi, zebym nie wciskal kitu...". Wydrukowalem je wiec i dalem z komentarzem, ze sciagnalem je z internetu. Wzial.
Po pewnym czasie zauwazylem, ze powiesil te kartke na drzwiach wsrod innych wierszy i tekstow.
- "Stary czlowiek musi klamac, zeby byc znosny dla otoczenia. Klamie wiec, ze interesuje sie tym, czym interesuja sie inni. W rzeczywistosci jest samotny" (cytat przyblizony).
Te jakze prawdziwe slowa o klamstwie wypowiedzial ponad dziewiecdziesiecioletni Jozef Czapski, wybitny malarz i eseista. Jednakze to klamstwo de facto nim nie jest, to raczej wybieg kulturalnego czlowieka nie chcacego sprawiac swoim bliskim przykrosci. Zapewne nie chcial sie tlumaczyc, ze w pewnym wieku juz przestal sie wieloma sprawami interesowac, ze zajmuja go juz zupelnie inne rzeczy, ktore nie znalazlyby zrozumienia u mlodszych, jak nalezy sie domyslac.
Ale czy na pewno? Czy nalezy sie poddawac i ulegac presji mlodych, by mowic to, czego oni oczekuja? Jednak przeciwstawienie sie naciskowi otoczenia w celu przeforsowania swojego sposobu myslenia wymaga nie tylko aktywnosci umyslowej, przede wszystkim potrzebne sa zdrowie i sily. Czy mozna tego wymagac od starcow, ktorzy maja zupelnie inne priorytety, zupelnie inna juz wizje i perspektywe zycia? Nie wiem, wiem tylko, ze zdrowy nigdy nie zrozumie chorego.
- Dom dziecinstwa jest jadrem planety o wyswiechtanej nazwie zycie. Przychodzi taki moment, kiedy sila odsrodkowa wyrzuca mieszkanca domu poza jego przestrzen. Niezaleznie od tego, czy "wyrzucenie" jest dobrowolne, czy przymusowe, byly domownik niczym elektron krazy myslowo po orbicie domu. I raczej juz nie powraca (choc bywaja rzadkie wyjatki), poniewaz w jadrze istnieje zbyt gesta materia starych i nowych spraw, juz obcych dla bylego mieszkanca. Jednakze zyjac w oddaleniu przez caly czas znajduje sie on w sferze oddzialywania magnetycznej sily domu, ktora dodaje mu energii i co jakis czas przypomina o wlasnych korzeniach, o wspolnych atomach materii.
- 2. Tworzywo
- Jestem rozdarty miedzy teoria Gombrowicza, ktorego artystycznej intuicji ufam, odzegnujaca malarstwo od czci i wiary, a zachwytami nad malarstwem historykow, tworcow i konsumentow sztuki. Biorac pod uwage prowokacyjne upodobania Gombrowicza i jego talent do przekluwania nadetych balonow fikcji, mozna przyjac teze graniczaca z pewnoscia, iz w tym przypadku wielki pisarz nie mial jednak racji. Malarstwo bylo i bedzie sztuka przez duze "S" wbrew jego przesmiewczym opiniom i sadom.
Swoja droga mam wielki szacunek dla malarzy umiejacych ciekawie mowic o swojej sztuce. Sluchajac ich mam pewnosc, ze w warstwie farb kryje sie cos wiecej, niz tylko artystyczna wizja. Do takich malarzy nalezy Jerzy Nowosielski, zajmujaco filozofujacy, Krystiana Robb–Narbutt, bedaca rownoczesnie poetka, czy Franciszek Starowieyski, szlachecki gawedziarz.
- Bedac w sredniej szkole uslyszalem od germanisty teze, ze kultura na swiecie promieniuje z zachodu na wschod. Byla to dla mnie mysl szalenie atrakcyjna, jednakze wtedy glebiej nad nia sie nie zastanawialem. Dopiero kilkanascie lat pozniej pewne zdarzenie dalo mi asumpt do zastanowienia sie nad twierdzeniem profesora liceum.
Znajdowalem sie wowczas w Wilnie, gdzie spotkalem mieszkajaca tam Polke, Marianne B., ktora w pracy czytywala w biurze polskie kryminaly. I nic w tym nie byloby szczegolnego, gdyby nie to, ze jej kolezanka z biura, Litwinka, nie znajaca w ogole naszego jezyka, zaczela rowniez czytac te ksiazeczki i za ich przyczyna oraz dzieki jezykowej pomocy pani Marianny, nauczyla sie jezyka polskiego.
Od tego czasu zaczalem zwracac baczniejsza uwage na roznego rodzaju wypowiedzi obcokrajowcow zza naszej wschodniej granicy, o tym jak to czytywali polska prase, czasopisma (prym wiodl tu Przekroj) i ksiazki oraz jak mimowolnie nauczyli sie jezyka polskiego.
Minelo znowu kilkanascie lat. Z okazji osiemdziesiatej rocznicy urodzin Stanislawa Lema pojawily sie wsrod wielu rocznicowych zyczen takze ciekawe wypowiedzi rosyjskich tlumaczy, z ktorych dwaj potwierdzili teze o kierunku promieniowania kultury zachodniej:
"Wkrotce po II wojnie swiatowej zalozono w Moskwie Wydawnictwo Literatury Zagranicznej. Jego spektrum bylo niezwykle szerokie: od redakcji matematycznej po artystyczna. Kiedy skonczylem matematyke na Uniwersytecie Moskiewskim, prof. Kuroszen zaproponowal mi prace w tym wlasnie wydawnictwie w charakterze jego zastepcy w redakcji matematyki, mechaniki i astronomii. Wkrotce w wydawnictwie powstala nieformalna grupa przyjaciol literatury polskiej. Literatury i rzecz jasna samej Polski. Polskie ksiazki nieslychanie nas necily. Przede wszystkim Marek Hlasko z "Osmym dniem tygodnia", ale takze np. Ksawery Pruszynski. Czytalismy gazety i tygodniki: "Kulture" i "Polityke", "Dookola Swiata" i "Przekroj". Dzieki recenzjom publikowanym w polskiej prasie poznawalismy literature zachodnioeuropejska..." – pisal w "Tygodniku Powszechnym" Feliks Szirokow.Drugi tlumacz, Konstantin Duszenko, w tym samym czasopismie napisal:"Wsrod rosyjskich tlumaczy Lema wcale nie przewazaja zawodowi polonisci. Wielu z nich zaczelo studiowac polski wlasnie po to, aby czytac nie wydane po rosyjsku utwory Lema. Sam naleze do tej grupy. Skonczylem Technikum Automatyki i Telemechaniki, potem zas studiowalem historie na uniwersytecie. Historie Polski wybralem w znacznej mierze dlatego, ze Lem pisze po polsku...".
"Pamietam, ze czytalem Malcolma Lowry, troche Prousta, troche Faulknera, a takze Joyce'a po raz pierwszy czytalem po polsku. A wiec byly to wzgledy praktyczne: potrzebowalismy okna na Europe, i jezyk polski go nam dostarczal".Owa hipoteze o jednokierunkowym dzialaniu kultury Zachodu wielu Polakow przyjelo zbyt latwowiernie, szczegolnie, gdy slyszeli o takich wlasnie i podobnych im sytuacjach majacych miejsce za Bugiem, a dodatkowo potwierdzanych przez przyjaznych nam sasiadow. (Abstrahuje tu od ekspansji cywilizacji i kultury amerykanskiej oraz zachodnioeuropejskiej, bo jest to temat na odrebna powazna refleksje).
Tylko, ze przyjecie takiej hipotezy, troche lechcaca
polska proznosc, grozi zafalszowaniem rzeczywistosci i niedostrzeganiem
wplywu kultur wschodnich na Zachod. A ten wplyw niewatpliwie istnieje.
Artysci, a szczegolnie spiewacy od dawna wyrozniali sie
swoim wygladem zarowno na scenie, jak i w zyciu. I latwo moglby sie
pomylic ten, kto twierdzilby, ze jest to wylacznie ich wlasny wymysl, czy
fantazja. Jest to cos, co ciazy nad nimi od wiekow, jest poza i ponad nimi.
Otoz kostium artysty nie jest rzecza blaha, jakby sie z pozoru moglo
wydawac, o czym zaswiadcza sam Platon, jeden z najwybitniejszych filozofow
starozytnosci. Przytoczony na wstepie cytat pochodzi wlasnie od niego; w
utworze pt.: Ion Platon wlozyl w usta Sokratesa slowa o wygladzie
owczesnych spiewakow, cytat ten w wiekszym fragmencie brzmi nastepujaco: "Doprawdy
ja nieraz, Ionie, zazdroscilem wam, spiewakom, sztuki waszej. Bo takiemu
artyscie zawsze sie i ubrac ladnie wypada i wygladac bardzo pieknie".
Zygadlo, jako jeden z nielicznych filmowcow potrafi krzyknac
glosno, ze krol jest nagi. Wielu naszych tworcow, nie tylko zreszta
filmowych, jest wciaz swiecie przekonanych, ze brali czynny udzial w
obalaniu rezimu komunistycznego, podczas gdy tak naprawde szarpali nogawki
czerwonemu Golemowi, a co odwazniejsi kopali go zaledwie po kostkach.
– Moja sytuacja przypomina mi bicie glowa nie tyle w mur, co w gruby filc. Bije, bije i cos sie rusza, glowa nie boli, bo jest miekko, filc sie wgniata, ale potem okazuje sie, ze nic z tego... Jest jeszcze gorzej, niz gdybym walil lbem w mur.
Jest to jeden z najglupszych tytulow filmow, jakie znam. Na pozor jest efektowny, ale gdy mu sie lepiej przyjrzec, widac jego mialkosc. Zreszta sam rezyser przyznal, ze nie jest autorem tegoz tytulu (na szczescie), ze wypatrzyl go gdzies na murze w formie graffiti.
Dlaczego tytul jest glupi? Proste. Poniewaz zycie nie jest choroba. Tak wiec juz na poczatku tego przydlugiego zdania pobrzmiewa falsz. Po drugie: zwiazek miedzy poczeciem zycia ("droga plciowa"), a przeniesieniem choroby smiertelnej takaz droga jest mniej wiecej taki, jak miedzy krojeniem chleba, a zabiciem czlowieka nozem do krojenia chleba. Niby jakis zwiazek jest, ale jedno z drugim nie ma nic wspolnego.
Po trzecie: potraktowanie zycia, jako choroby smiertelnej –
nawet, jesli przyjmiemy to powiedzenie w ironicznym sensie – wydaje sie byc
obrazliwe nie tylko dla zyciowych optymistow.
Po otrzymaniu nominacji do Oskara, rezyser dostal propozycje wyrezyserowania amerykanskiej wersji Noza... z gwiazdami owczesnego kina. Bowiem film, opowiadajac uniwersalna historie, mogl dziac sie w kazdym kraju. Polanski jednak odrzucil te propozycje (rzecz to, zda sie, niepojeta; mlody tworca zza zelaznej kurtyny rezygnujacy z takiej szansy...).
Ale zakladajac, ze film bylby krecony w realiach zachodnich, to przy calej jego uniwersalnosci, jedna scena nie moglaby sie w nim znalezc. Chodzi o holowanie jachtu wodami kanalu metoda "burlacka", czyli recznego ciagniecia lodki przy pomocy lin. Podczas tegoz holowania dochodzi do kolejnego zgrzytu miedzy chlopakiem i Andrzejem. Doslowna powtorka tej sytuacji w warunkach zachodnich bylaby niemozliwa, poniewaz bylaby dla widza niezrozumiala. Sadze, ze kazdy amerykanski jacht sredniozamoznego dziennikarza (tj. filmowego Andrzeja) byl juz wtedy wyposazony w silnik, przy pomocy ktorego mozna bylo pokonac taki kanal. Wobec tego ta scena musialaby byc zastapiona inna, a wiec nie bylby to juz remake Noza w wodzie, ale nie calkiem wierna kopia. Przypuszczam tez, ze podczas pisania amerykanskiego scenariusza doszloby takze do innych zmian, ktore w oczach hollywoodzkich scenarzystow moglyby okazac sie "lepsze". Tego miedzy innymi, tak przypuszczam, obawial sie Polanski i slusznie zrezygnowal z intratnej propozycji skalkowania siebie. Juz wtedy znal swoja wartosc.
Tak na marginesie, owa "burlacka" scena moze troche
dziwic wspolczesnego widza; no bo jak to mozliwe, aby zamoznego
dziennikarza posiadajacego dobry woz i jacht (oraz mloda ladna zone) nie
bylo stac na silnik do lodzi? A jednak mozliwe, poniewaz w Polsce byla w
tym czasie wsrod zeglarzy taka niepisana honorowa zasada, aby poruszac sie
na wodzie w kazdej sytuacji bez silnika.
Rzadki to przypadek, ze ktos starej daty utozsamia sie z dzisiejszymi czasami, ze nie odrzuca zmian, strachu, chaosu, zagubienia, mimo ze sa one wieksze i bardziej dotkliwe, niz kiedys. Co prawda Rozewicz jest – jak sam mowi – na ten czas skazany, ale to jest takze jego czas.
Zauwazmy; niemalze wszyscy starzy ludzie mowiac "moj czas" mysla o zamierzchlych latach mlodosci, o bycie minionym i nieodwracalnym. Natomiast nie spotkalem sie nigdy, zeby ktos starszy powiedzial o biezacej chwili: "To jest moj czas". Z wyjatkiem Stanislawa Rozewicza.
Wszyscy, ktorzy mysla w taki wlasnie sposob: "To nie
jest moj czas" niejako wylaczaja sie z biegu wspolczesnych spraw i
problemow. Nie tylko jako uczestnicy, ale przede wszystkim mentalnie; stawiaja
siebie na marginesie biezacego zycia, w ktorym nie chca aktywnie
uczestniczyc i pragna zapomniec o jego przykrych stronach.
Tymczasem okres gniewu szybko mu minal.
"Kiedy mam komponowac muzyke, robie to u siebie, w gorach kolo Nowego Sacza. To, co w Szwajcarii trwaloby miesiac, tam pisze w tydzien. Gdy juz posiedze w Szwajcarii, popatrze na swiat, pojezdze na nartach, poczytam ksiazki – wracam do kraju" – powiedzial w wywiadzie dla Rzeczpospolitej (10-12 kwietnia 2004 r.).
Wrazliwy artysta po krotkim czasie dostrzegl, ze jednak w
Alpach nie ma tatrzanskiego powietrza. Powrocil. A raczej stale powraca, gdy
chce nasiaknac swojskimi klimatami i byc tworczy (bo pomieszkuje troche tu
i troche tam).
Z jednej strony: kolorowe tlumy, gwar, grajacy Cyganie, liczne bary i barki na kolkach z goracymi posilkami. Handlarze krajowi, z Rosji, Ukrainy, zza Kaukazu, nawet z Afryki. Przerozne twarze, niektore nawet ciekawe.
Jest jakis klimat... Sadze, ze Wiech czulby sie tu dobrze.
Z drugiej strony inny obraz: budki z blachy, z dykty i z plastiku. Stoiska na pudlach, na lozkach polowych i na samochodach. Z poddaszy zwisajace szmaciane niby – markizy. Jesli pada deszcz, na alejkach oplatajacych stadion robi sie bloto po kostki. Jesli jest pogodnie wszedzie walaja sie w kurzu papiery, tektura i torebki plastikowe. Smieci, smieci. Brud.
Przedsionek Azji.
Wszystko to prawda. Tylko, ze te odkrywcza teze sformulowal juz w starozytnosci Heraklit: "Nie jest dobrze dla ludzi, by stawalo sie ich udzialem wszystko, czego chca", a nastepnie troche inaczej powiedzial o tym samym sw. Pawel: "Wy zatem, bracia, zostaliscie powolani do wolnosci. Tylko nie bierzcie tej wolnosci jako zachety do holdowania cialu" (List do Galatow 5, 13); oraz: "Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzysc. Wszystko wolno, ale nie wszystko buduje" (1. List do Koryntian 6, 12). W slad za mysla heraklitowa i pawlowa Blazej Pascal wyrazil sie podobnie: "Nie jest dobrze byc zbyt wolnym; nie jest dobrze miec zbyt duzo dogodnosci" (Mysli, 326).
Krotko mowiac: wolnosc tlamsi i zniewala, oczywiscie tylko niektore umysly.
Swiat jest dla czlowieka ("Czyncie sobie ziemie poddana"), ale napisano takze, ze ci, ktorzy uzywaja tego swiata, niech zyja tak, tak jakby z niego nie korzystali. Dialektyczna sprzecznosc? Oczywiscie, bo "Wolnosc, to zrozumienie koniecznosci", jak z kolei zauwazyl Karol Marks.
Tajemnica wewnetrznej wolnosci jest umiar, prawdziwa
wolnosc slucha starszej siostry – madrosci, mowiacej, ze wolnosc nie
polega na tym, ze wszystko wolno. Kto nie slucha, jest nieposluszny. "Nieposluszna"
wolnosc nazywa sie: dowolnosc. Dowolnosc w krotkim czasie staje sie
zwyrodnieniem wolnosci.
"Kiedy emocja bierze gore nad inteligencja, to znaczy, ze inteligencja milczy. A o tym, ze gore wziela emocja, dowiadujemy sie dopiero wtedy, kiedy inteligencja z powrotem sie wlaczy. (...) Nawet nie potrafie napisac opinii o uczuciu, bo wszystko, co napisze, wydaje mi sie nie takie, jak trzeba, albo po prostu strasznie glupie".Jak widac po tym krotkim fragmencie, najinteligentniejsza Polka ma jednak cos ciekawego do powiedzenia. Tylko ze jej samoocena jest dramatycznie zanizona. Szkoda, bo potwierdza ona regule opisana przez Daniela Golemana, ze wiele osob z ponad przecietna inteligencja nie osiaga sukcesow na miare swoich predyspozycji i posiadanych talentow.
Interesujacy wywiad i jednoczesnie najsmutniejszy, jaki
ostatnio przeczytalem. Mistrzyni inteligencji nie potrafi sie cieszyc ze
swojego sukcesu. Inteligencja stlamsila w niej niektore emocje oraz prawidlowa
ocene wlasnej wartosci.
"Do tej daty myslalem o polskim spoleczenstwie solidarnie, jako jeden z obywateli tego kraju. Wiedzialem, rzecz jasna, ze jest ono zroznicowane, ale fakt, ze tak wielu ludzi chce ogladac moje filmy, kazal mi sie domyslac, ze w Polsce jest wielu, ktorzy mysla podobnie, jak ja (...). Dzis nie mam juz takich zludzen".Na poczatku lat dziewiecdziesiatych cos dziwnego porobilo sie z naszym spoleczenstwem, szczegolnie z mlodymi. Zrazu nie zauwazyli tego socjologowie, specjalisci od psychologii spolecznej, ani inni analitycy, ale... filmowiec, Andrzej Wajda.
W tych latach duza popularnoscia cieszyly sie filmy Wladyslawa Pasikowskiego: "Kroll" i "Psy". Wajda bedac na projekcjach tych filmow – mowil o tym na ktoryms festiwalu filmowym w Gdyni – zauwazyl dziwne zjawisko: mloda publicznosc kinowa smiala sie w miejscach, w ktorych jemu wcale nie bylo do smiechu. Rezyser zrozumial wowczas, ze to nie jest juz "jego" widownia, ze w swoich ostatnich obrazach rozminal sie i jej wrazliwoscia i postrzeganiem rzeczywistosci.
Pokojowa zmiana ustroju w 1989 roku przeorala mozgi naszego spoleczenstwa w wielu sferach, takze w sferze komercjalizacji i innego rozumienia kultury, ale wczesniej spulchnil nasza mentalnosc ruch solidarnosci z lat 1980 i 1981. A stalo sie to zaledwie w ciagu niecalej dekady, co w skali zachodzacych zmian w swiadomosci milionow ludzi bylo ewenementem.
I wlasnie za to filmowo – socjologiczne spojrzenie nalezy
sie Wajdzie uznanie.
"Chlopiec w lawce szkolnej" – pomnik wedlug projektu Tadeusza Kantora z 1984 roku wykonany w brazie przez Jerzego Kowalowke. W 1990 roku zostal postawiony na wspolnym grobie Kantora i matki na cmentarzu w Krakowie.
"Laweczka Tuwima" – spizowy pomnik autorstwa Wojciecha Gryniewicza z 1999 roku usytuowany przy ulicy Piotrkowskiej w Lodzi. (Siadajacy obok poety przechodnie pocieraja go za nos dla dodania sobie szczescia).
"Slawek siedzacy na lawce" – pomnik studenta autorstwa Andrzeja Renesa z 2002 roku postawiony na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.
"Dziewczyna na lawce z parasolem" – pomnik wykonany przez Karola Badyne wedlug pomyslu prof. Ryszarda Tadeusiewicza, znajdujacy sie na terenie Akademii Gorniczo – Hutniczej w Krakowie.
Cztery podobne pomniki w jednym srednim kraju. Jedna koncepcja w kilku malo rozniacych sie wydaniach. Troche to dziwne.
Kantor, ktory wpadl na ten pomysl pierwszy, zapewne patrzy z
zaswiatow z usmiechem pogodnej ironii na swoich mlodszych kolegow
artystow. Ale na pewno sie myle, bo ci mlodsi rzezbiarze chyba nie
slyszeli o "Laweczce Kantora", a jesli slyszeli, to zapewne tylko ich
zainspirowala...
Gdy jednak Czeslaw Milosz w recenzji zachwycil sie nia, z rynku zaczely dochodzic informacje, ze cos w sprzedazy drgnelo. Natychmiast pojawilo sie drugie wydanie, ale pech sprawil, ze hurtownia ksiazek wraz z prawie calym nakladem tego wydania splonela. Janikowski nie majac pieniedzy byl zmuszony sprzedac prawa do tytulu.
W krotkim czasie lawina zainteresowania "Panna Nikt" nabrala fantastycznego tempa, pojawily sie wznowienia, a Andrzej Wajda nakrecil w 1996 roku film pod tym samym tytulem.
Niestety na "Pannie..." dorobila sie juz inna oficyna.
Ale niezaprzeczalnym faktem pozostanie, ze promotorami sukcesu
literackiego Tryzny byli noblista i kaskader, ludzie z dwoch roznych
galaktyk, ale majacy jedna wiare w talent autora "Panny Nikt".
O podobnych sytuacjach sporo juz napisano i powiedziano (Andrzej Roman w "Czterdziestu wspanialych" o bywalcach restauracji "Kameralna", Bartosz Marzec w artykule o SPATiFie "Czas przyjemnie utracony" w "Rzeczpospolitej" z 22-23.02.2003 r., Maciej Luczak w ksiazce "Rejs" o filmie pod tym samym tytulem, Stanislaw Manturzewski w filmie paradokumentalnym o Himilsbachu).
Dawniej tego typu dykteryjki to byla sfera plotki lub zaslyszanych historii. Teraz wszystkie tego typu opowiastki sa starannie zbierane i podawane jako prawdy objawione do publicznej wiadomosci ku uciesze zlaknionych czytelnikow, ktorzy potwierdzaja sobie przypadkowo zaslyszane informacje o kultowym "Rejsie", gdzie w przerwach miedzy piciem wodki krecono zdjecia lub czytaja o atmosferze Kameralnej i SPATiF-u, gdzie spotykali sie przy alkoholu artysci, aktorzy, pisarze i ich wielbiciele i roztrzasali filozoficzne sprawy tego swiata.
Coz takiego jest w tym, ze picie wodki przez rodzimych artystow jest legendotworcze i tak szalenie pociagajace dla mlodych? Czy w innych krajach rownie duzo jest pijacych bohaterow wynoszonych na piedestaly?
Wydaje mi sie, ze jest to polska choroba mitologizowania
pijanstwa. Gloryfikacja zycia na rauszu. (Z tym, ze mowiac o
mitologizowaniu popijacych aktorow, sportowcow, czy tworcow, oczywiscie
abstrahuje od ich talentu i osiagniec, ktore byly niewatpliwe i
zasluguja na uznanie).
"Doskonale pamietam nasze ostatnie spotkanie [z Januszem Minkiewiczem, znanym satyrykiem]. Stalismy na rogu Miodowej i Senatorskiej, sluchajac mszy w intencji umierajacego prymasa Wyszynskiego, ktora odbywala sie w kosciele sw. Anny. Nagle Janusz spojrzal na mnie i powiedzial: «Wiec prymas umiera. A co bedzie, jak sie przekona, ze tam nie ma nic?». Pamietam, ze w glosie Janusza nie brzmiala zwykla ironia. Kto wie, czy po raz pierwszy nie czulem jego niepokoju" ("Rzeczpospolita" z 22-23.02.2003 r. artykul "Czas przyjemnie utracony").Janusz Minkiewicz przezyl prymasa Stefana Wyszynskiego o jeden dzien. Umarl nagle 29 maja 1981 r.
Na pewno nie byla to zwykla ironia, raczej niezwykla, mozna
by zaryzykowac okreslenie: egzystencjalna. I niezaleznie od skojarzen, ktore
ktos moglby dojrzec miedzy tymi zdarzeniami, powinno sie jednak
przestrzegac starej zasady, ze nie nalezy zartowac ze spraw powaznych,
szczegolnie, gdy chodzi o chorobe, czy smierc.
Autorzy reklamy sa przekonani, ze ludzie wierza w to, iz po spozyciu oleju z rekina beda tak zdrowi, jak ow morski drapieznik i oczywiscie nie zachoruja na raka. Sprawa jest jednak o wiele bardziej skomplikowana, bo najwieksi uczeni do tej pory nie wiedza, w jaki sposob mozna uchronic sie przed rakiem. A juz na pewno nie wystarczy pic tranu z rekina, aby ustrzec sie nowotworu.
Reklama z "Metropolu" jest tak prymitywna, jak prymitywne
byly wierzenia plemion afrykanskich ludozercow, ze po zjedzeniu czlowieka
wszystko to, co mial dobre (sila, zdrowie, madrosc itp.) przechodzilo na
kanibala.
Reklama oczywiscie ma zachecic do rozmow przez telefon. Wiadomo, o co chodzi telefonii komorkowej. Niby jest to absurd, a ktos bardziej nerwowy moglby te opowiastke reklamowa nazwac idiotyczna, bo jak to mozliwe: mlodzi ludzie bedacy blisko siebie, twarza w twarz, nic nie mowia? I zaczna mowic dopiero, gdy beda od siebie oddaleni, to znaczy wowczas, gdy na przyklad chlopak zadzwoni do dziewczyny korzystajac z telefonu? Tak. Wlasnie o to chodzi.
Glupia reklama? Nie calkiem, poniewaz ta sytuacja nie zostala wymyslona z niczego, ma swoje korzenie w zakloconej komunikacji interpersonalnej. Ludzie czesto nie potrafia sie porozumiewac w bezposrednim kontakcie. A dialog na odleglosc ma wiele zalet... Czesto zdarza sie, ze pewnych spraw lepiej nie poruszac w bezposredniej rozmowie, lecz telefonicznie, szczegolnie w sytuacjach, gdy moga pojawic sie emocje. Wtedy latwiej jest cos trudnego powiedziec i latwiej zakonczyc dialog.
Rzecz jasna historia przedstawiona w tej reklamie jest o tyle
nieprawdziwa, ze para mlodych, majaca sobie cos istotnego do powiedzenia, na
pewno uczyni to tete-a-tete, nie za posrednictwem telefonu, niemniej w
historyjce w tej pobrzmiewa nutka prawdy.
Oznaczaloby to – idac dalej tropem tej hipotezy – ze na wszystkich ilustracjach naszej planety biegun zwany teraz polnocnym znajdowalby sie u dolu mapy, a biegun zwany poludniowym – u gory. Analogicznie rzecz mialaby sie z wszystkimi kontynentami i morzami. Gwiazda znana, jako Polarna swiecilaby nad dolnym biegunem, Krzyz Poludnia nad gornym i caly wszechswiat bylby ikonograficznie odwrocony o sto osiemdziesiat stopni.
I nikt wowczas nie zawracalby sobie tym glowy, ze mogloby
byc inaczej (tak, jak teraz nikt nie mysli, ze mogloby byc odwrotnie),
poniewaz jaki model naszego globu i nieba naszkicowaliby starozytni
astrolodzy, czy geografowie z Ziemi Ognistej lub Tasmanii, taki obraz
obowiazywalby dzisiaj.
Przecietny kulturalny czlowiek, wobec zalewu rynku pseudosztuka, traci dzisiaj rozeznanie i wyczucie, co jest sztuka, a co jej imitacja.
Niebywaly rozwoj techniki, w szczegolnosci rozwoj srodkow utrwalania i przekazu (i powstaly stad chaos informacyjny) o wiele bardziej, niz przed laty wplywa negatywnie na sztuke, na jej percepcje oraz na tworcow. Dla nich dodatkowa trudnoscia w samoocenie jest mozliwosc szybkiego zdobycia popularnosci, ktora przewaznie zaciemnia czystosc intencji, tlamsi swiezosc i zaglusza sumienie (mowiac potocznie artyscie czasem "odbija palma"). Popularnosc artysty – zakladajac, ze mamy do czynienia z prawdziwym tworca – poprzez natretna obecnosc w mediach jego i jego dziel w znacznym stopniu przyczynia sie do uproszczonego odbioru sztuki. Choc nalezy pamietac, ze autentyczne dzielo zawsze wybroni sie samo.
Gorzej jest jednak z "tworcami", ktorzy pod szyldem sztuki naprawde sa imitatorami, plagiatorami lub sensatami. Mozna na ten temat zapisac tony papieru, jest to problem powracajacy regularnie co pewien czas. Takich wlasnie quasi-artystow i quasi-sztuke trafnie podsumowal Jerzy Kalina, artysta o niekwestionowanej pozycji w Polsce ("Rzeczpospolita" z 10-11 maja 2003 r.):
"Pamietam z dziecinstwa, gdy czulem sie nie dopieszczony i niekochany, chcac zrobic rodzicom na zlosc, wyobrazalem sobie swoj pogrzeb i ich zal po stracie. Dzis podobnie infantylnie i naiwnie zachowania przenosi sie do sztuki. Niewazne, czym sie zaistnieje, byle tylko tak sie stalo: zainscenizowaniem wlasnego pogrzebu badz palma w centrum Warszawy. Wciaz ktos powtarza za Warholem slogan o pieciominutowej slawie, wszystkim pisanej. Szczescie, gdy przytrafi sie takiej osobowosci, jak Warhol, niestety wiekszosc przez te piec minut po prostu bredzi".Czy nie nalezaloby zatem cofnac sie do dawnych wzorcow, aby nie wpasc w niebezpieczne zwiazki z czyms, co swieci, a nie jest zlotem? To retoryczne pytanie dedykuje "performantorom" od warszawskiej palmy, wlasnego pogrzebu i fotografii genitaliow na krzyzu oraz im podobnym. Oto probka starego i dobrego wzorca artystycznego:
"Sztuka nie ma zadnego celu, jest celem sama w sobie, jest absolutem, bo jest odbiciem absolutu – duszy. (...) A poniewaz jest absolutem, wiec nie moze byc ujeta w zadne karby, nie moze byc na uslugach jakiejskolwiek idei, jest pania, prazrodlem, z ktorego cale zycie sie wylonilo. (...) Artysta nie jest sluga ani kierownikiem, nie nalezy ani do narodu, ani do swiata, nie sluzy zadnej idei ani zadnemu spoleczenstwu". (Fragment z manifestu "Confiteor" Stanislawa Przybyszewskiego).
"Pan sie bedzie smial, ale chcialbym, aby ludzie jedli nie jak zwierzeta, ale w sposob cywilizowany z talerzy, dziesiec centymetrow od stolu w takiej pozycji... (tu pokazal, jak sie siedzi: wyprostowany tulow i rece wlasciwie ulozone). Rzecz niby mala, ale majaca podstawowe znaczenie dla ludzkosci".Oryginale i zarazem logiczne rozumienie spraw. Niby drobnych, ale jednak nie calkiem... Bowiem zachowanie sie przy stole swiadczy nie tylko o ogladzie jedzacego. Jest przede wszystkim wierzcholkiem gory lodowej stojacej za nim Kultury przez duze "K".
"Jeszcze jeden scenariusz filmowy, i... zamierzam sie wyprowadzic z koliska akrobatyki ekranowej. Jest to pisanie na obloczku; mocniejsze dmuchniecie realizatorskie, i dla autora, czyli "kierownika literackiego" lub "dorabiacza dialogow" ani kruszynki zadowolenia. (...) Mlode pokolenie wypracuje normy zasadnicze, co zas najlepsze, wypracuje narodziny rezyserow-autorow, ktorzy beda odtwarzac wlasne dziela". Odpowiedz (chyba zaskakujaca): Waclaw Gasiorowski znany takze jako Wieslaw Sclavus,(1869-1939), powiesciopisarz i publicysta. Jego wypowiedz ukazala sie w rubryce "W pracowniach pisarzy polskich" w tygodniku "Wiadomosci Literackie" w dniu 9 stycznia 1938 roku.Rzecza zaslugujaca na podkreslenie jest, ze ten pisarz nie majacy wiele wspolnego z filmem, poczynil tak niebywale trafne spostrzezenie w sprawie "narodzin rezyserow – autorow" na kilkadziesiat lat przed powstaniem tego zjawiska w Polsce.
"Telewizja nie przyczynia sie do tworzenia dobra, jezeli bez przerwy pokazuje zlo" – podsumowal rozmowe ze mna znajomy sedzia, ktory na co dzien majac do czynienia z przestepstwami, czesto prowadzi glosne procesy i w zwiazku z nimi rownie czesto pokazywany jest w telewizji.
Za kilkaset, a moze z pare tysiecy lat, znawcy naszej epoki prawdopodobnie znajda wiele zrodel o nas w bibliotekach i wykopaliskach. Byc moze napisza madre ksiegi. Ale bedzie ich meczyla jedna niewiadoma, ktorej nie poznaja do konca, a mianowicie nigdy nie odtworza klimatu analizowanej epoki. Oczywiscie beda sie domyslac, beda wyczuwac z pewnym prawdopodobienstwem nastroj badanych lat, ale na sto procent nie utrafia. Bowiem zapach epoki tworza zywi ludzie w codziennym zyciu. Po ich smierci charakterystyczna atmosfera ulatnia sie, czasem pamietaja ja jeszcze dzieci, ktore jednak czestokroc czasy ojcow mitologizuja, a niekiedy – co jest fatalne dla prawdy materialnej – falszuja.
Stara drewniana cerkiew na gorce w sanockim skansenie. Chor spiewajacy starocerkiewne piesni. Potezne uderzenie. Wieloglosowe dzwieki zabrzmialy uroczyscie. Uniosly mnie pod powale, przejmujaco zlapaly za krtan i scisnely wibrujaca moca, duszac naboznie i dziko, po rusku. I trzymaly mnie tam lewitacyjna fala poglosu. A gdy zabraklo mi tchu, runalem na podloge. Wzmagajace sie trojglosowe pienia przydusily mnie z jeszcze wieksza sila do porowatych desek. Drazyly we mnie nowe kanaly sluchu, jakbym nagle odzyskal dar slyszenia i po raz pierwszy uczul melodie ludzkich glosow.
- 3. Obserwacje
- Kobieta przy nadziei raduje moje serce, jest nadzieja trwania. Kobieta w stanie blogoslawionym jest tajemnica laczaca czlowieka z Opatrznoscia. Kobieta brzemienna nosi pod sercem przyszle losy swiata. Kobieta ciezarna... to podwojna lekkosc bytu.
- Zachwyt nad pieknem kobiet, upajanie sie boskoscia rysow i ksztaltow... Banal. Ale jakze cudowny... W tej subtelnej materii trzeba byc jednak wyjatkowo czujnym, poniewaz granica miedzy estetyka, a pozadaniem jest bardzo plynna. ("Pieknosc ciala jest czyms zwierzecym, jesli nie jest wyrazem ducha" – mowil Demokryt). Totez latwo jest stoczyc sie z abstrakcyjnej estetyki w konkret biologii (inna sprawa jest, ze wielu mezczyzn czyni to nader chetnie). W ten konkret wpisal sie takze Adam Mickiewicz w liscie do przyjaciela Onufrego Pietraszkiewicza notujac swoje wrazenia na temat zjawiskowej Karoliny Kowalskiej: "Na to bostwo codziennie patrze, juz estetyka uleciala". Jak widac on takze balansowal na granicy anielskiego uniesienia i przyziemnosci natury i czesto ja przekraczal ulegajac ziemskiej sile przyciagania... kobiecego.
Konia z rzedem temu, kto powie, w ktorym momencie konczy sie podziwianie urody, a zaczyna pozadanie? Czy mozna patrzec na kobiete bez podejrzanych mysli, by tak rzec: malarsko? Przeciez one sa stworzeniami Boga na jego obraz i podobienstwo.
- Z godnoscia przyjmowac starzenie sie: kroczace brzydniecie, pojawiajace sie choroby, brak sprawnosci fizycznej i czasem umyslowej. Polubic zmiany, poniewaz walka z czasem, czyli z natura jest z gory przesadzona na niekorzysc buntujacego sie.
A jednak buntujacy sie odnosza zwyciestwa nad przemijaniem... stosujac upiekszajace operacje plastyczne. Sa to jednak zwyciestwa pyrrusowe odsuwajace jedynie w czasie nieuchronne nadejscie niechcianej starosci. Wiele osob zapomina, ze pogodzenie sie z wlasnym wiekiem lagodzi drapieznosc uplywajacego czasu. Odsuwanie konfrontacji z prawdziwym soba przy pomocy skalpela nie moze trwac w nieskonczonosc, bo kazdy zbliza sie do krawedzi niebytu i kiedys trzeba spojrzec w lustro nie zafalszowana twarza. Szok bedzie tym wiekszy, im wiecej bedzie na niej sladow sztucznosci.
Gdy ogladam niektore hollywoodzkie aktorki i aktorow (i coraz czesciej tzw. zwyklych ludzi) ze zbyt gladka skora, przeraza mnie widok ich lalkowych buz nie wspolgrajacych z trudnym do ukrycia wiekiem. Przykry to widok.
Zyc w zgodzie z soba we wlasciwym rytmie natury. Mysl prosta, choc wiadomo, jak trudna do zastosowania w zyciu szczegolnie przez popularne kobiety o pieknych twarzach.
- Trwa wizualne bombardowanie zmyslow ludzi, szczegolnie mlodych. Bombardowanie cialem, najczesciej kobiecym skapo odzianym lub nagim. Doszlo do falszywego przekonania, ze tradycyjna sciezka relacji miedzy miloscia i cialem nie spelnia warunkow nowoczesnosci, jest za waska i zbyt dluga. Wedle owego przekonania trzeba zapomniec o staroswieckiej drozce, pojsc na skroty wyrabujac ku cialu nowoczesna autostrade, ktora szybciej zaprowadzi chetnych do zmyslowych emocji. I buldozery w postaci wielu filmow, bilboardow i kolorowych zurnali bardzo pracowicie to robia...
- Rytual parzenia kawy – sypanie ziaren do mlynka, mielenie (ten zapach), wybieranie lyzeczka do metalowego kubka, zalewanie wrzatkiem i odstawienie go pod przykryciem na goracy palnik (i znow zapach) – ten wlasnie rytual stoi dla mnie na rowni z samym piciem. Czasem szala przechyla sie w jedna, czasem w druga strone. Najczesciej jednak trwa rownowaga. Dlatego kawa podana pozbawiona jest dla mnie polowy wartosci.
- Od jakiegos czasu obserwuje u siebie zjawisko, ktore nazywam umownie "gloryfikacja tego, czego nie robie". Polega ono na tym, ze to, co chcialbym czynic, zdaje mi sie lepsze i ciekawsze od tego, co robie aktualnie. Jedna z przyczyn tego zjawiska jest, jak sadze, nieumiejetnosc wlasciwego wartosciowania zdarzen dziejacych sie w tu i teraz, a nawet rzeklbym, deprecjacja tych zdarzen. W mysl powiedzenia: "Wszedzie dobrze, gdzie nas nie ma".
Czy lepiej wiec byc wyznawca zasady uswiecenia "ojczyznianego" miejsca i aktualnie wykonywanego zajecia, czy tez wyznawca idei poszukiwania czegos nowego i bycia wiecznie niezadowolonym z tego, co jest?
Gdyby na przyklad Czeslaw Milosz opowiedzial sie za pierwsza zasada i pozostalby w 1950 roku w Polsce, prawdopodobnie nie osiagnalby tego, co osiagnal. A znow gdyby Andrzej Wajda wyemigrowal i na Zachodzie realizowal filmy i spektakle teatralne, bylby prawdopodobnie skazany na niepowodzenie, a juz na pewno nie dzierzylby palmy pierwszenstwa posrod polskich rezyserow.
Nie ma wiec jednoznacznej odpowiedzi, ani prostej recepty na rozstrzygniecie tegoz dylematu.
- Czy wielkosc jest nierozerwalnie zwiazana z popularnoscia. Patrzac na Papieza jasno widze, ze prawdziwa wielkosc nie moze istniec bez popularnosci, zreszta zgodnie ze slowami Ewangelii: "Nie stawia sie swiecy pod lozkiem, ale na swieczniku, aby jasniala" oraz: "Nie masz nic zakrytego, co by nie mialo byc ujawnione". Oczywiscie jest wiele osob popularnych nie majacych wiele wspolnego z wielkoscia; alisci jest to tylko sam blichtr szybko plowiejacy. Nie kazda wielkosc wyplynie od razu, czasem trzeba wielu lat, aby diament zostal dostrzezony i zajasnial brylantem poprzez szlif znojnej pracy.
- Naserfajku, nasypali piasku, jasny gwint, jasny piorun, cholewa, kuchnia, psia kosc, kurza twarz, do licha, do czorta, do diaska, do kaduka, wszyscy diabli... To tylko niektore bezosobowe przeklenstwa z dawnych lat. Powoli zanikajace. Wypierane przez inne, mocniejsze.
W powodzi dzisiejszych wulgaryzmow zasmiecajacych swoim brudem podworka, ulice, puby, dyskoteki, a takze jezyk i glowy mlodych ludzi (coraz czesciej niestety takze dziewczyn), tamte brzmia niewinnie i nawet sympatycznie.
Nie znaczy to, ze w dawnych czasach nie poslugiwano sie krwista "lacina", ale odnosze wrazenie, ze bylo jej mniej, funkcjonowala raczej w zamknietych srodowiskach, a wiec byla bardziej wyizolowana. Obecnie jest chyba jednak dosadniejsza, a dzieki srodkom masowego przekazu, powszechniejsza.
- Widzialem uboga staruszke na przystanku dworca PKS w Strzelinie, kolo Wroclawia. Byla to schludna chlopka, ktora na chwile przyjechala do miasta. Jadla sucha bulke i plat sledzia. Czynila to z duzym wysilkiem, poniewaz nie majac zebow skubala pieczywo i wkladala do ust male kesy. Jadla apetycznie z jakims swoistym wdziekiem. Ten jej prosty posilek oraz sposob jedzenia wywarl na mnie wrazenie. Ukradkiem obserwowalem jej pracowite palce rozrywajace miazsz swiezego pieczywa i coraz bardziej wciagalem sie w te jej "uczte".
W dzisiejszym swiecie malo jest juz takich obrazkow. (Nie mysle o chorobliwych sytuacjach, jak jedzenie w poczekalniach dworcowych przez pijaczkow i pseudogawroszy). Ta starowinka byla biedna, ale czysta; jadla na dworcu, bo po prostu zglodniala czekajac na autobus.
Z tego dworca pojechalem do rodzinnego Karszowa, do ojca.
Z domowej biblioteczki wyjalem Moliera "Pocieszne wykwintnisie" (przenikliwa satyra na paryskie salony). Oderwalem sie od swojskiej realnosci przenoszac sie do siedemnastowiecznej Francji. Zaczalem delektowac sie wykwintnoscia wyslawiania sie bohaterek Moliera, w tlumaczeniu niezrownanego Boya. Na marginesie dodam, ze ow wykwint stal sie jednak chorobowym wykwitem owczesnego jezyka i kultury, a ze swojej "gornosci" przeksztalcil sie w gore smiesznosci.
Doprawdy przypadek to sprawil, ze tuz po spotkaniu prostej ubogiej starowinki, siegnalem po wysmakowanego Moliera. Niespodziewane zestawienie "niskosci" z "wyzszoscia", prostoty z proznoscia, wiejskiej kobieciny z wypudrowanymi damulkami ze sztuki (Kasia i Magda). Moja prywatna komparatystyka dwoch obrazow: kobiety ze sledziem w ustach i Miscarille z piekna geba pelna pustych, choc barwnych slow, geba chwalaca sie setkami pomponow, koronkami, peczkami wstazek i krezkami.
Dwa ekrany odmiennej estetyki z dwoch roznych epok.
- Mlodzi w tramwaju. Smieja sie z jakiegos blahego powodu, a moze bez powodu. Glownie chyba z tej przyczyny, ze sa po prostu mlodzi. Z przyjemnoscia patrze na ich wesole twarze, zywa gestykulacje, na spontaniczne powtarzajace sie wybuchy smiechu.
Patrze tez na siedzacych obok starych, na ich zasepione miny i oburzone oczy obserwujace glosna mlodziez. Biedni staruszkowie, maja albo bardzo slaba pamiec, albo zanik wyobrazni, najczesciej chyba jedno i drugie. Zreszta zgodnie z przyslowiem, ze zapomnial, wol, gdy cieleciem byl.
- "Zycie jest fajne, nawet tu".
Kacper i Monika
Napis na murze przy ul. Iwickiej na Mokotowie poczyniony najprawdopodobniej rekoma zakochanych. Mlodzi daja upust swemu szczesciu i dziela sie jego nadmiarem. Owo "...nawet tu" oznacza, ze nie jest tu az tak fajnie, jak pragneliby autorzy napisu, ale z drugiej strony maja swiadomosc, ze nie trzeba szczescia we dwoje szukac poza tym konkretnym miejscem, gdzie teoretycznie moze byc lepiej. Bo tu jest tez dobrze.
Proste zdanie, ale ma w sobie jakis urok, ktory mnie ujal. Moze jest nim rzadko spotykana u nas romantycznosc podszyta realizmem.
- Jest cos ujmujacego w atmosferze naszych barow mlecznych, ktore w swoisty sposob odzwierciedlaja stan i estetyke kazdej kolejnej epoki. W nich to, niczym w soczewce, widywalem i wciaz widuje ludzi biednych oraz tych wszystkich, ktorzy sa ponizej sredniej krajowej we wszystkich kategoriach, z wyjatkiem przyzwoitosci. Od czasu do czasu lubie tu zjesc ruskie pierogi, przede wszystkim dlatego, aby nie zapomniec, w jakim zyje swiecie.
Bary mleczne – dobrze, ze sa.
- Czeresniobranie. Jadlem czeresnie siedzac na drzewie, zreszta jadlem je razem z ptakami, ktore podkradaly mi z czubka galezi najczerwiensze owoce. Byla w tym jakas pierwotna przyjemnosc. Przy jedzeniu owocow prosto z galezi drzew jest jedna podstawowa sprawa, ktorej nigdy nie zrozumieja mieszczuchy nie wspinajacy sie po drzewach, otoz smak swiezo zerwanego owocu jest nieporownywalny ze smakiem owocow kupionych, juz zlezalych.
Zatem – na drzewa!
- Dzwiek, ktory drazni moje poczucie harmonijnych tonow natury, to glos pawia. Sasiad w poblizu mojego bloku hoduje te gady (tzn. ptaki, ale gdy wrzeszcza sa dla mnie gadami). Codziennie, gdy je slysze, wiedna mi uszy.
Natura jednak dziala sprawiedliwie; choc nie dala pawiowi pieknego glosu, wynagrodzila mu ten brak z nawiazka obdarzajac go najcudowniejszym w przyrodzie ogonem i wlasnie jego widok koi moje rozdraznienie.
"Nie rzucam pawich krzykow, gdy uslysze cos przeciwnego moim pogladom albo cos zgola nowego" – pisal Henryk Sienkiewicz w powiesci "Bez dogmatu".
Okazuje sie wiec, ze ten wysoki ton glosu pawia mial kiedys swoje miejsce we frazeologii naszego jezyka; "pawi krzyk" wyrazal dumne zdziwienie i zarazem protest. Trudno byloby znalezc we wspolczesnych tekstach to sformulowanie, a w jezyku mowionym juz w ogole zaniklo.
- Dlaczego warszawski pomnik Mickiewicza odciety jest od ludzi, od mlodziezy, ktora moglaby siedziec u jego stop, jak w Krakowie? Przeciez tak blisko jest akademik "Dziekanka"? Ze tez nikt do tej pory nie wpadl na prosty pomysl, aby otworzyc zakuty plot i wpuscic na skwer ludzi. Adamowy monument jest martwy, odciety od zycia w przeciwienstwie do jego poezji. Pomnik powinien zyc razem z mieszkancami i turystami, ktorzy mogliby go ozdabiac swoja bliska obecnoscia.
- "Zaloty zwierzece. Najwiekszy teatr swiata" – tak telewizja Discovery nazwala jeden ze swoich programow dokumentalnych. Nalezaloby sie zastanowic, czy zaloty sa zachowaniem nienaturalnym, a wiec teatralnym. Oczywiscie w swiecie zwierzat nie mozna mowic o teatralnosci (telewizja przyjela tu modny jezyk przesady, a sensacyjnie brzmiacy tytul ma na celu przyciagniecie wiekszej liczby widzow). Zachowanie sie zwierzat podczas godow (puszenie sie, stroszenie grzyw i pior, spiewy ptakow, tance itp.) jest jak najbardziej naturalne i wynika z instynktu zachowania gatunku. Czyms nienaturalnym byloby, gdyby zwierzeta w tym okresie nie zachowywaly sie godowo.
Podobnie jest z ludzmi dobierajacymi sobie partnerow. Z punktu widzenia chlodnego obserwatora mozna by stwierdzic, ze zachowania w celu zdobycia partnera, zarowno ze strony mezczyzn, jak i kobiet sa sztuczne. Jednakze z punktu widzenia egzystencji homo sapiens, ktory ma wszczepiony instynkt przetrwania, wszelkie zabiegi o wzgledy plci przeciwnej nie sa wydumana gra, sa naturalnym procesem wynikajacym z roli przypisanej mu przez nature. To, jak on w tym procesie wypelnia swoja role, jest juz zupelnie inna sprawa. Wlasnie sposob "godowej gry" czlowieka moze razic wielu postronnych, szczegolnie starszych przedstawicieli naszego gatunku, co wynika prawdopodobnie z licznych barier rozwinietego rozumu, ktory swiadomie tlamsi naturalne (moze animalne?) instynkty w nim drzemiace.
Tak wiec zaloty zarowno animalne, jak i czlowiecze nie sa teatrem, jak chca specjalisci telewizyjni, ale przemyslana i przemyslna gra zakodowana w Naturze.
- Przemierzajac czesto Pigalak – rog Poznanskiej i Hozej – myslalem, ze panienki spod latarni nie powinny juz za mna wodzic wzrokiem, bowiem przyzwyczajone do mojego codziennego widoku z rana i po poludniu wiedza, ze low bedzie daremny. Ale nie, one sa konsekwentne w stawianiu sidel.
Gdy tak po raz ktorys obserwowalem ich obserwowanie, a raczej rutynowe przygladanie sie w jednym okreslonym celu, przypomnialy mi sie slowa: " Powiekami jej nie daj sie zlowic" (Ks. Przyslow 6, 25). Slowa bedace dla mnie nie tyle przestroga, co raczej, mimo uplywu paru tysiecy lat, wciaz aktualna informacja, ze podstawowym narzedziem ich lowow jest wzrok. Reszta (abstrahuje tu od wieku i urody), a wiec usmiech, mimika, makijaz, ubior, postawa i gesty to rzecz drugorzedna. Od switu do nocy powabnymi oczami wpatruja sie w twarz kazdego przechodzacego mezczyzny, swidruja badawczo, prowokujaco i wlasnie powiekami zarzucaja sieci, by zlowic zdobycz.
- Chlodny poczatek wrzesnia. Na parkingu stanal samochod, na tylnej polce za szyba widac lezace dwa letnie slomkowe kapelusze, meski i damski. Jeden z ostatnich juz akcentow minionego lata, choc kalendarz mowi, ze ono jeszcze trwa. Ale o tej porze kalendarz zawsze klamie.
- W programie telewizyjnym "Rozmowy z Jagielskim" gospodarz spotkania rozmawial z Krystyna Feldman, aktorka urodzona w roku 1920. Jak na swoj wiek jest to osoba bystra, zdrowa i wysportowana. Zreszta nalezy do dlugowiecznej rodziny. Mowila m.in. o tym, ze zawsze jest przygotowana na smierc.
Moze to przypadek, ale juz po raz ktorys slysze od dlugo zyjacych osob, ze w kazdej chwili i bez zadnych obaw moga pozegnac sie z tym swiatem.
Mysle, ze za te natychmiastowa gotowosc odejscia, niejako w podarunku otrzymuja od Opatrznosci dar dlugiego zycia.
- W "Kraju lat dziecinnych" Jan Bulhak pisze o wujostwie: "Byli ludzmi dobrymi w calym znaczeniu wyrazu".
Czy na pewno byli calkowicie krysztalowi, bez zadnych wad i slabosci? Byc moze tak, choc przypuszczam, ze podobnie jak wszyscy, mieli takze swoje ciemniejsze strony zycia, ale o nich jednak autor nie wspomina.
Podaje ten drobny przyklad (na dziesiatki innych znanych kazdemu z zycia) dotyczacy sposobu pisania o osobach zmarlych, jako obowiazujacy w naszej cywilizacji standard, zgodnie ze starozytna premia, ze o zmarlych mowi sie dobrze, albo wcale.
Zadaje sobie naiwne pytanie: dlaczego nie przypomina sie zlych cech ludzi, ktorzy odeszli na zawsze? (Rzecz jasna pomijam tu wszystkich demonow zla, ktorzy odcisneli tragiczne pietno w dziejach ludzkosci, bo wiadomo, ze sa oni oceniani jednoznacznie negatywnie). Dlaczego wspominajacy nie waza sie wypominac ich rozlicznych brakow? A jesli czasem ktos przypomni ich slabostki, przewaznie sa one smieszne i sympatyczne.
Sadze, ze z kilku powodow. Najogolniej mozna powiedziec, ze tak nakazuje kultura spoleczenstwa, w ktorym zyjemy. Po drugie: istnieje zawsze szacunek dla zmarlego, niezaleznie od tego, jakim byl czlowiekiem. Po trzecie: dlug wdziecznosci, jaki wspominajacy dobrym slowem splaca wobec wspominanego. A jesli dobrodziejowi oddaje sie dlug, nie wypada wypominac mu slabostek. Poza tym kazdy ma swiadomosc, szczegolnie piszacy o kims, iz nieobecni nie moga sie bronic; wiec jakze mozna ich atakowac? Po piate: autorzy wspomnien kieruja je najczesciej do mlodszych od siebie, totez wspomnienia o niezyjacych czesto sa zabarwione dydaktyka, a ta raczej rzadko dopuszcza, aby na wizerunku zmarlych pojawily sie chocby najmniejsze pekniecia. I chyba ostatnia przyczyna: najczesciej wspominane sa osoby, z ktorymi autora laczy wiez rodzinna lub emocjonalna. A kazda wiez jest wedzidlem obiektywizmu, nie mowiac o zwyklej przyzwoitosci piszacego stanowiacej naturalna autocenzure.
- Niektorzy przedwojenni krajanie zza Buga, przedstawiajac sie, pytali sie: "Jak sie piszesz?", a po chwili uzupelniali pytanie: "A jak sie nazywasz?" Pierwsze pytanie dotyczylo nazwiska zapisanego w dokumentach, drugie – przydomka.
Na kresach, szczegolnie po wsiach i malych miasteczkach, niemal kazdy nosil jakis pseudonim. Czesto zdarzaly sie sytuacje, ze dalsi sasiedzi nie znali sie z nazwisk, lecz wylacznie z przydomkow. Wyniklo to miedzy innymi z tego, ze w wielu wioskach i przysiolkach spora czesc mieszkancow nosila jedno nazwisko, wiec dla kogos obcego trudno byloby zlokalizowac osobe poszukiwana, natomiast przydomki, ktore byly niepowtarzalne, czesto barwne i zlosliwe, znakomicie ulatwialy identyfikacje.
- W pazdzierniku pojechalem do Siemianowic Slaskich. Mialem troche czasu, wiec zajrzalem do kosciola w centrum miasta. W przedsionku po prawej stronie zauwazylem tablice poswiecona Wojciechowi Korfantemu, ktory w tym miejscu byl ochrzczony w 1873 roku (w tym miescie takze sie urodzil). Nastepnie majac jeszcze troche czasu, poszedlem do parku, by poczytac Dawida Golemana "Inteligencje emocjonalna", ktora wzialem z soba w podroz.
Czytam, czytam... i nagle... od strony 147 przed oczyma pojawil mi sie tekst poswiecony Wojciechowi Korfantemu. Przetarlem oczy, odwrocilem okladke i jak byk stalo: "Inteligencja emocjonalna", wszystko wiec ze mna bylo w porzadku, a w srodku ksiazki, ni z gruszki, ni z pietruszki, kawalek zyciorysu Korfantego. Widocznie w drukarni sie pomylili i wstawili jeden arkusz wydawniczy z jakiejs innej ksiazki.
Tajemniczy, przedziwny zbieg okolicznosci. Lubie takie dziwy.
- Bylo to 7 listopada 1983 r. Jechalem taksowka ulica Belwederska. Naprzeciwko ambasady radzieckiej (w tym miejscu jest akurat spore pochylenie jezdni) w kierunku centrum jechal zuk z ladunkiem. Nagle tylna klapa skrzyni otworzyla sie i z samochodu wypadly dwie beczki z kiszona kapusta. Obrecze puscily, klepki rozlecialy sie, a kapusciana maz pokryla spory kawalek jezdni akurat przed brama radzieckiej placowki. Na drodze powstalo zamieszanie. Milicjanci, ktorzy natychmiast tam sie pojawili, nie zabawiali sie strofowaniem kierowcy, ale w poplochu wlasnorecznie pomagali wlascicielowi zbierac kapuste.
Widok ten szalenie mnie rozbawil, bo dziwnym zrzadzeniem losu w tym dniu byla kolejna rocznica rewolucji pazdziernikowej. A spod bramy ambasady kraju rad roznosil sie kapusciany smrod.
- Polowa grudnia. Pierwsze odglosy zimy, pierwsze sniezne frazy: gluche szuranie drewnianej lopaty po chodniku. Wlasnie to: szurrr, szurrr obudzilo mnie miedzy piata a szosta rano. Od razu w polsnie pomyslalem: jak dobrze jest lezec, gdy ktos dba o mnie. Jak dobrze, ze spadl pierwszy snieg i gospodarz go odgarnia. Jak dobrze, ze toczy sie wlasciwie porzadek spraw.
- Bar mleczny przy ulicy Chelmskiej w Warszawie. Na stoliku za drzwiami stoi rozlozona zszywka numerow "Trybuny Ludu" z roku 1983. Nad gazetami umieszczony jest napis na kartce: "Jak bylo... czytaj". Tytul mozna rozumiec w dwojaki sposob: jak bylo? – w rzeczywistosci, albo: jak bylo? – w propagandzie opisujacej tamta rzeczywistosc.
Kazdy chetny moze sobie na przyklad przy ruskich (pierogach) przegladac wielkie plachty gazety – jedynie slusznego organu partii, dwadziescia lat po stanie wojennym. Bez emocji.
Sytuacja pasujaca raczej do baru studenckiego, niz do poczciwego baru miejskiego, bo jest tu troche absurdu, nieco groteski, szczypta zgrywy, w sumie: niekonwencjonalny pomysl kierownika jadlodajni.
- 4. Byt – Bycie
- Byc soba. Znalezc najwlasciwsza forme wyrazenia siebie, czyli najlepszy aparat do przedstawienia wlasnej prawdy. Zgodny z wlasnymi myslami, czuciem i intuicja. Ale najpierw trzeba by zawrzec konkordat "ja" istniejacego z "ja" wyobrazalnym, by uniknac znieksztalcenia podczas umieszczanie siebie w jakiejs formie. Na znieksztalcenie moga tez wplynac warunki zewnetrzne, ludzie, nastroj, itp.
Adekwatny obraz siebie wewnetrznego z soba zewnetrznym. Mozliwe? Nie. Ale warto probowac.
- Egzystencjalna tesknota samookreslenia sie. Wiadomo, nie do zrealizowania. Ale zeby chociaz trafic na slad, ktory prowadzi do jasniejszej sciezki, a ta do wlasciwej drogi...
- W nieskonczonosci istnienia wszechswiata nasze zycie na Ziemi jest zaledwie malutkim i jakze krotkotrwalym blyskiem. Czlowieczy bytu blysk posiada jednak te szczegolna wlasciwosc, ze potrafi wykrzesac z siebie, przed zgasnieciem, nowa iskre bytu. Jestesmy myslacymi ognikami (cos, jak "Myslaca trzcina" Pascala), ktore jako bodaj jedyne w kosmosie potrafia sie swiadomie przygladac wlasnemu spalaniu do konca.
- Im bardziej wglebiam sie myslami w magme egzystencji, tym wiecej we mnie miazgi zycia codziennego. Niekiedy czuje, jak zarysowuja sie mikropekniecia, przez ktore wdzieraja sie najprzerozniejsze watpliwosci i jakby ulatniala sie przez nie entelechia. A przeciez wiem, ze nie watpie w to, co Najwazniejsze; to tylko cos we mnie watpi. Do konca nie rozpoznane.
(Moje ciagle nawroty ku myslom egzystencjalnym sa bolesnym rozdrapywaniem tkanki marnosci wlasnego istnienia).
- Zasypianie to szalenie intrygujacy moment egzystencjalny. Mozna go strescic prostym zdaniem: jestes i cie nie ma. Balansowanie na granicy jazni – jawy i snu. Lezysz, zasypiasz i za chwile... trzask – prask, znikasz. Odlot swiadomosci. Byl byt, jest niebyt. Niebyt na niby, byt uspiony.
- Czlowiek zyje bardziej fizycznie, czy duchowo? Naiwne pytanie. Jak wiadomo czlowiek istnieje zarowno w jednym, jak i w drugim wymiarze. Nie chodzi jednak o tak zwane obiektywne istnienie homo sapiens, ale o jego wlasna aksjologiczna swiadomosc; ktory wymiar egzystencji jest dla niego istotniejszy, sensowniejszy, wartosciowszy? Wielu gardzi (przyjmuje to okreslenie umownie) swiatem fizycznym, jak na przyklad pustelnicy, zakonnicy, mysliciele, czy uduchowieni artysci, a jeszcze wiecej jest ludzi lekcewazacych, badz gardzacych swiatem duchowym. Oczywiscie mysle o tych, ktorzy wierza, ze taki swiat istnieje, bo nie wierzacy wen sa poza ta refleksja.
Zakladajac, ze poruszamy sie zarowno w swiecie materii jak i ducha, mozna zapytac: czy jest sens szukania w sobie granicy miedzy oboma swiatami? Jesli jest, to czy po znalezieniu jej powinno sie dazyc do uzyskania wlasciwej wewnetrznej rownowagi miedzy nimi, czy do uzyskania przewagi jednego z nich, czy tez do utrzymania istniejacego status quo bez wzgledu na to, jaki wymiar egzystencji w nas przewaza?
- Pytania i odpowiedzi. Jedne sa wazne i drugie, ale moim zdaniem na wadze istoty sensu szale przewazaja pytania. Dlaczego? Poniewaz dobrze postawionym pytaniem odkrywa sie problem, a odpowiedzia najczesciej sie go zamyka. Po zamknieciu istnieje duze prawdopodobienstwo, ze do sprawy nie powroci sie wiecej i trzeba niekiedy wielu lat, zeby ktos na nowo postawil madre pytanie o sens rzeczy.
Tak bylo z odwiecznym sporem miedzy teoriami geocentrycza i heliocentryczna. Starozytni i sredniowieczni uczeni odpowiedzieli sobie na pytanie: co jest srodkiem swiata? Jak wiadomo odpowiedzieli blednie i problem zostal zamkniety na wiele wiekow. Dopiero nieznany wowczas nikomu kanonik, Mikolaj Kopernik, na nowo postawil obrazoburcze pytanie o centrum naszego ukladu planetarnego i odpowiedzial na nie zupelnie inaczej, niz jego poprzednicy. Jak sie okazalo – genialnie trafnie.
Pytania wciaz trzeba stawiac nawet wtedy, jesli istnieje pewnosc, ze problem zostal dawno rozstrzygniety. W mysl zasady: nie ma glupich pytan, sa tylko glupie odpowiedzi.
- Czlowiek powinien miec gleboka wewnetrzna tajemnice, ktora trzyma w aktywnosci jego umysl. Tajemnica ta powinna byc stale poddawana ostrzalowi przez dociekliwe i nigdy nie zaspokojone mysli. Sadze, ze tego rodzaju relacja miedzy aktywnoscia intelektualna a owa tajemnica jest zdrowa nie tylko dla ducha, ale i ciala. Jestem przekonany, ze jedna z przyczyn dlugowiecznosci filozofow i medrcow jest posiadanie w sercu transcendentnej tajemnicy i nieustanne proby rozwiklania jej.
- "Jam jest, ktory jest". On nie powiedzial: Jam jest, ktory mam. A przeciez ma caly swiat. On jest.
W ogromnych haldach mialu "miec" ludziom zagubil sie gdzies diament "byc". Ktos madrze zauwazyl: "wystarczy byc".
Nikt jednak nie zakazuje posiadania. Miec, ale nie byc niewolnikiem rzeczy i pieniedzy. Cieszyc sie zdrowiem, powodzeniem i paroma innymi sprawami, ale nie zapominac o przewrotnosci fortuny, bo "wszystko to marnosc i pogon za wiatrem". Nade wszystko wypada pamietac wspolczesne zaklecie: dobrze, to znaczy niedobrze.
- "Czlowiek z natury swej jest dobry – twierdzil Jan Jakub Rousseau – tylko kultura i sztuka sprowadzily go na sciezke zla".
"Czlowiek z natury jest zly – mowil Tomasz Hobbes – a homo homini lupus est" (Czlowiek czlowiekowi wilkiem). Dwaj wybitni mysliciele prezentujacy przeciwstawne poglady na te sama sprawe.
Jak wiec jest? Obawiam sie, ze prawdy nigdy nie poznamy. Pewne jest, ze mamy wszczepiony pierwiastek zarowno dobra, jak i zla. (Lepiej nie pytac: w jakich proporcjach?). Od bardzo wielu czynnikow zalezy, ktory z nich bedziemy w sobie rozwijac i pielegnowac, a moze lepiej powiedziec bezosobowo: ktory z nich w sercu i umysle rozwinie sie bardziej. Dopiero w dojrzalym wieku moze okazac sie, ze ktos jest "bardziej dobry" lub "bardziej zly", ale to moze.... Ocena kogos z zewnatrz nigdy nie bedzie obiektywna, bowiem jest skazona pryzmatem wiedzy, doswiadczenia, postrzegania, emocji itp.
Czlowiek moze dokonac moralnej, czy szerzej: egzystencjalnej samooceny we wlasnym sumieniu u progu zycia, jesli oczywiscie bedzie zdolny do takiej refleksji. I nie zakonczy nagle swego zywota.
- Istnieja przyjemnosci czcze, zwyczajne i wzniosle. Bodaj najbardziej wzniosla przyjemnoscia czlowieka jest akt milosny. Nie ma radosniejszego przezycia dla kobiety i mezczyzny, oczywiscie przezycia naturalnego, czyli bez srodkow wspomagajacych. Dlaczego? Chyba dlatego, ze ow akt dotyczy przekazania zycia (w dawnych czasach taki byl wylacznie), a wiec zachowania egzystencji gatunku ludzkiego. Opatrznosc, a jesli kto chce, Natura, zarezerwowala dla podtrzymania gatunku homo sapiens tajemniczy kod rozkoszy, ktory odczytywany jest rownoczesnie przez dwoje ludzi w szczegolnych okolicznosciach.
- Gdyby na swiecie istnialo wylacznie piekno, nie wiedzielibysmy, czym ono jest naprawde we wspolczesnym rozumieniu tego slowa, poniewaz nie towarzyszylaby mu brzydota (ergo: nie mielibysmy o niej zadnego pojecia). Wowczas to "piekno" byloby wszedzie takie samo, otaczajace nas istoty, rzeczy i zjawiska byloby jednakowe w swej "estetyce". Idac tokiem tego rozumowania mozna przyjac, ze owo "piekno" nie nazywalibysmy pieknem, bylby to zhomogenizowany desygnat zawierajacy przedziwna jakosc; moze nijakosc wizualna, moze melanz barw i ksztaltow, moze jakas miazge zwyklosci... Bowiem piekno – jesli jest wokolo i na co dzien – w koncu opatruje sie, co jest stwierdzone; tak dzialaja nasze zmysly. Rzecz ma sie tu podobnie, jak z zapachem, do ktorego po pewnym czasie przyzwyczajamy sie i go nie czujemy.
Ale gdyby istniala na swiecie wylacznie ohyda, czlowiek, jak sadze, nie przyzwyczailby sie do niej. Wbrew teorii Giacomo Leopardiego, ktory twierdzil, ze mozna przyzwyczaic sie do brzydoty i po pewnym czasie nie zauwazac jej. Owszem, mozna przyzwyczaic sie do niej, ale tylko do pewnego stopnia, powyzej ktorego nasza wrazliwosc estetyczna nie jest juz w stanie dluzej jej zniesc. Ponadto ilekroc po przerwie powraca sie do brzydoty, tylekroc przemawia ona swoim drazniacym wygladem. Z czasem bodzce dzialaja coraz slabiej, ale jednak dzialaja i nie jest tak, ze w ogole przestaja oddzialywac.
Piekno potrzebuje dla swego wlasciwego funkcjonowania antytezy w postaci brzydoty i przecietnosci. Tak samo, jak antytezy potrzebuja inne, bliskie czlowiekowi pojecia, o czym wspominal juz Heraklit:
"Choroba czyni przyjemnym zdrowie, zlo – dobre, glod – sytosc, wysilek – spoczynek.Imie slusznosci (Dike) byloby nieznane, gdyby nie bylo nieslusznosci".
- Odnalezc siebie w dzialaniu. Jest to jedna z najwazniejszych spraw w zyciu, jesli idzie o zracjonalizowanie pobytu na ziemi w plaszczyznie pozareligijnej. Nie wszystkim sie to udaje. Znaczna czesc to ludzie w tym wzgledzie zagubieni.
Szczesliwi, ktorzy odnalezli sie w pracy zawodowej traktujac ja jako pasje. Albo ci, ktorzy pochlonieci sa jakims poza zarobkowym hobby.
A ludzie, ktorzy niestrudzenie i wciaz bez sukcesu probuja odnalezc siebie? Szczesliwi czesciowo? Niczym jajeczko czesciowo swieze...
- Juz Immanuel Kant mowil, ze walka jest przyrodzonym stanem czlowieczenstwa. Karol Marks przeniosl walke czlowieka w wymiar spoleczny tworzac teorie walki klas. Historia swiata i ludzkosci to w przewazajacej mierze historia walk, czyli wojen, bitew, rewolucji, przewrotow i zamieszek. Mozna sie nie zgadzac z teoria Carla von Clausewitza, ze wojna jest kontynuacja polityki prowadzona za pomoca innych srodkow, ale fakty mowia co innego.
Trwa takze bezpardonowa walka wewnatrz czlowieka; walka dobra ze zlem, madrosci z glupota, milosci z nienawiscia, czystosci z pozadliwoscia, ducha z materia, spokoju z niepokojem, zdrowia z choroba, piekna z ohyda... Wyliczac mozna w nieskonczonosc.
Zatem nieustanne zmagania tocza sie na dwoch frontach: dookola nas i wewnatrz, w sercu.
Moze dlatego z roznych okazji zyczymy sobie zawsze spokoju.
Pax vobiscum.
- 5. Moja literatura
- W litej skale intelektualizmu z pogranicza filozofii i literatury, Witold Gombrowicz zrobil znaczna wyrwe: "Nie jestem ja na tyle szalonym, zebym w Dzisiejszych Czasach co mniemal albo i nie mniemal" ("Trans-Atlantyk").
Zdawaloby sie, ze miedzy dwoma znaczeniami zawartymi w wyrazeniach "mniemal albo i nie mniemal" nic juz nie mozna wcisnac. No bo jakze: albo cos sie mniema, albo sie nie mniema? Tertium non datur. A tu nagle wyskakuje taki gosc, zaden zreszta filozof, i rzuca granatem niepokojacej mysli, twierdzac bezczelnie to, co w cytacie. Mysl do niczego nie podobna, nie mieszczaca sie w rygorach logiki, ale siejaca przedziwne zamieszanie nie tylko w mniemanologii stosowanej.
- Istnieje pewien dylemat, ktory przezywali na przyklad Kafka i Gombrowicz: tworczosc literacka a praca zawodowa nie zwiazana z ta pierwsza. Z jednej strony wzniosle mysli i swoboda ducha, z drugiej zas rutynowe, troche niewolnicze czynnosci urzednicze i biurowa szarzyzna dnia ("Kim jestem? – pytal W. Gombrowicz – Urzedniczkiem zarznietym siedmioma godzinami urzedolenia, zdlawionym we wszystkich przedsiewzieciach pisarskich").
Co przezywal Kafka pracujac w towarzystwie ubezpieczeniowym w Pradze? O czym myslal Gombrowicz za biurkiem Banco Polaco w Buenos Aires? Czy z calym zaangazowaniem oddawali sie pracy urzedniczej? Byli rzetelni? Czy wykonywali czynnosci z niechecia? Jak znosili ten urzedniczy krzyz?
Z Dziennikow Gombrowicza wiemy, ze w banku czesto czytal "pod lawka", a wiec nie poswiecal sie z oddaniem chlebodawcy. Zreszta dyrektor banku tolerowal jego "styl pracy" i nazywal go ironicznie "mistrzem". Po latach okazalo sie, ze niechcacy mial racje.
Syndrom pisarza – urzednika. Ciekawy temat.
- Gombrowicz chorowal na forme, goraczkowal nia. Cierpial na forme i za forme, rzygal nia, jak profesor z jego "Operetki". Formowal sie forma. Przygnieciony forma nieustannie wygrzebywal sie spod niej. Stoczyl z nia bodaj najwiekszy boj w literaturze. Za zycia nie przegral, zaczal wygrywac pod koniec zycia. W pelni zwyciezyl po smierci.
- List Mickiewicza do Onufrego Pietraszkiewicza (z dnia 19.06/1.07.1821 r.) o swoim zadurzeniu w pani Karolinie Kowalskiej (z domu Wagner) jest jakby kartka wyrwana ze scenariusza filmowego wyprzedzajaca rezyserska obserwacje kadrami na wiele lat przed bracmi Lumiere, wynalazcami kina. Oto fragment listu:
"Ale teraz, teraz, niestety, wyobraz, jesli mozesz, bostwo z igrajacym na barkach wlosem srod bialych muslinow, na wspanialym lozu, w pieknym pokoju. Na to bostwo codziennie patrze, juz estetyka uleciala".Sila wizji dwudziestotrzyletniego Mickiewicza polega na tym, ze nie majac pojecia o filmie, ani o fotografii (pierwszy dagerotyp to rok 1839) opisana tu scene przedstawil niejako w rozbiciu na ujecia filmowe:
- Detal – "Igrajacy na barkach wlos...". Jest to zblizenie na szczegol, na fragment ciala lub rekwizytu. Kamera – w naszej wyobrazni – pokazuje tu skrecone pukle puszystych, lsniacych wlosow ocierajacych sie o barki (moze lekko odsloniete?) pieknej pani Karoliny.
- Zblizenie – "...srod bialych muslinow...". Od przykuwajacych uwage wlosow rozsypanych na ramionach, przechodzimy ujeciem na bialy muslinowy peniuar, na ktorym rowniez igraja cudowne wlosy. Byc moze to "bostwo" lezalo w kuszacej pozycji na muslinowej poscieli?
- Plan pelny – "...na wspanialym lozu...". Teraz kamera oddala sie i widzimy cala postac na stylowym lozku ponetnie lezaca (lub siedzaca) na haftowanej poscieli.
- Total – "...w pieknym pokoju". Kamera jeszcze bardziej odjezdza, by pokazac caly plan; wystroj wnetrza z bohaterka w srodku w taki sposob, jak to widzial stojacy w drzwiach Mickiewicz.
- Ponowne zblizenie na postac – "Na to bostwo codziennie patrze, juz estetyka uleciala". Kamera odwraca sie pokazujac zafascynowana mine narratora. W jego mlodzienczych goracych oczach nastepuje metamorfoza; zachwyt estetycznym pieknem obrazu blednie i ustepuje miejsca ekscytacji erotycznej.
Oryginalnosc tego opisu polega nie tylko na widzeniu kadrami filmowymi, ale i na kolejnosci spostrzezen, bowiem jesli ktokolwiek wszedlby do podobnego wnetrza, jego obserwacja nastepowalaby w takiej oto kolejnosci: pokoj – lozko – biale musliny – wlosy na barkach. Pan Adam zastosowal kolejnosc opisu odwrotna, niczym wytrawny scenarzysta.
- Mickiewicz w liscie z dnia 28 czerwca 1837 r. do Adolfa Januszkiewicza: "Dawniej udawano sie do Wloch dla podratowania zdrowia; moze nastanie moda brania paszportow do Syberii, aby uzdrowic glowe i charakter".
Autor listu oczywiscie ironizowal, ale w jego slowach jest szczypta prawdy. Sa one na wskros aktualne, zwlaszcza teraz, gdy w zwiazku z wejsciem do Unii Europejskiej, glowa jestesmy juz na Zachodzie, a charakterem na Wschodzie.
Istotne jest, ze do Rosji mozna jezdzic i... wracac (to ostatnie slowo jest najwazniejsze).
- "Z komunistami nie unikaj rozmowy, ton mocny trzymaj, ale ich nie szukaj; zuzylbys na nich sile potrzebna gdzie indziej, chybabys postrzegl na ktorym z nich szczegolna ceche powolania" – pisze Adam Mickiewicz w liscie z dnia 19 sierpnia 1845 r. do Romualda Januszkiewicza.
Poeta ma na mysli takich komunistow, jak np.: J. F. Becker, ktorzy roznili sie w pogladach od Marksa i Engelsa, ale jednak stanowili zalazek, z ktorego narodzil sie komunizm leninowski i stalinowski. Przyznac trzeba, ze zdecydowana wiekszosc Polakow pieczolowicie i skutecznie przez poltora pokolenia, od 1944 roku, kiedy zapanowal u nas komunistyczny ustroj, realizowala niejako podswiadomie i intuicyjnie zalecenie poety.
Pol zartem, pol serio mozna powiedziec, ze Mickiewicz w swoim wieszczym przeczuciu dal nam pragmatyczna wskazowke, iz nie mozna sie z nimi bratac i ulegac ich wplywom, choc nalezy prowadzic dialog. Wiedzial rowniez, ze bezskuteczne byloby ich przekonywanie ("Zuzylbys na nich sile potrzebna gdzie indziej"). Moze juz wtedy przeczuwal, ze komunisci byli niereformowalni?
- Tadeusz Konwicki jest bodaj jedynym w Polsce prorokiem, ktorego wizja ziscila sie za zycia. Na kilka lat przed zmiana ustroju w ksiazce "Wschody i zachody ksiezyca" (1981) napisal: "Nas uratuje cud. Kolejny realny cud. Polska zyje cudami. Inne kraje potrzebuja dla swej egzystencji dobrych granic, rozumnych sojuszow, zdyscyplinowania spoleczenstw, a nam wystarczy prozaiczny cud. Raz na pol wieku solidny cud na pograniczu niecudu. Jeszcze nie wiem co to bedzie, ale wiem, ze bedzie. Nieslychany zbieg okolicznosci, zdumiewajacy uklad planet, albo nagly powiew wichru z glebi kosmosu. Ten cud nakarmi nas boska ektoplazma na nastepne piecdziesiat lat. A potem zobaczymy."
W kilka lat po tych slowach wydarzyl sie w kraju cud roku 1989. Cud, ktory swoim promieniowaniem wolnosci objal wszystkie kraje bloku komunistycznego.
- Tadeusz Konwicki pisal we "Wschodach i zachodach ksiezyca": "Ex oriente lux. Kochani bracie Rosjanie. (...) Najmilsi braciszkowie. Pora, czas najwyzszy, ostatni dzwonek. Trzeba sie europeizowac, to znaczy uczlowieczac. Trzeba sie uczlowieczac, to znaczy odrzucac animalnosc. Odrzucac animalnosc, to znaczy respektowac prawa boskie. Koniec dwudziestego wieku. Latacie w kosmos. Zagladacie w oczy Panu Bogu. Nie wolno kwilic, poplakiwac i wolac o pomoc cywilizowanego swiata. W siedemnastym roku Gruzini, Lotysze, Zydzi i Polacy, wszyscy wasi niewolnicy, zrobili wam rewolucje, uwolnili od tyranii cara. Nastepna rewolucje musicie zrobic sami i jednym skokiem dogonic cywilizowana ludzkosc".
Po kilku latach Michail Gorbaczow przejal sie – mozna powiedziec – tymi slowami i zaczal europeizowac kraj. Zainicjowal poprzez "piriestrojke" i "glasnost" pokojowa rewolucje, ktora spowodowala rozpad ZSRR na kilka samodzielnych panstw. Kraje nadbaltyckie sa juz demokratyczne i w pelni europejskie. Pozostale powoli sie uczlowieczaja...
Nie ma watpliwosci, Konwicki jest jednak prorokiem.
- "Piekny kolorowy dzieciol siedzial na wysokiej latarni i kul dziobem blaszana obudowe elektrycznej lampy. (...) Moze to ptasi buntownik. Albo ptasi artysta od happeningow. Chyba jednak zwariowal. (...) Caly swiat popada w zboczenie" – napisal w "Pamflecie na siebie" Tadeusz Konwicki.
Mialem to samo doswiadczenie z dzieciolem. Mieszkalem wowczas przy parku, na ktorego skraju staly latarnie. Przez pol wieczora sluchalem rytmicznego dudnienia dzieciola w klosz latarni. I nie mialem zielonego pojecia, dlaczego tak sie uparl.
Minelo wiele lat, ozenilem sie, co na pierwszy rzut oka nie ma nic wspolnego z ta sprawa, choc nie do konca... Przy jakiejs okazji w szerszym gronie rodzinnym opowiedzialem historyjke o dzieciole i latarni pytajac, co oznaczalo jego dziwne zachowanie. Na dziesiec zgromadzonych osob jedynie tesciowa znala odpowiedz: ptak po prostu zjadal muszki lgnace do swiatla latarni i siadajace na rozgrzanej obudowie.
Jak sie okazuje czasem dobrze jest porozmawiac na temat dzieciola na lampie z tesciowa...
- Jeden z najmadrzejszych Europejczykow, Erazm z Rotterdamu, autor "Pochwaly glupoty" (1509), palnal glupote: "Najbardziej zbrodnicze stulecie, najnieszczesliwszy i najbardziej zepsuty wiek, jaki tylko mozna sobie wyobrazic!" – tak sie wyrazil o swojej epoce.
Nie byl w stanie jednak przewidziec, ze przyszle wieki moga byc jeszcze bardziej zbrodnicze i zepsute. Historia pokazala, ze niestety byly, w szczegolnosci dwudziesty wiek, ktory haniebnie zapisal sie straszliwymi wojnami i masowym ludobojstwem. Czy moze byc jeszcze gorzej? Tego nikt nie jest w stanie przewidziec.
- Zyje we wspanialym czasie, kiedy slucham i czytam swiadka zamierzchlych epok, ponad dziewiecdziesiecioletniego Czeslawa Milosza. Cudem na naszych oczach jest, ze poeta omawiajac na przyklad ksiazke sprzed prawie stu lat, zna ja z tamtego okresu, co sie w glowie nie miesci, i przenosi nas do czasow swojej mlodosci zywym wehikulem swojej pamieci, dzieki ktorej jestesmy tam wespol z nim.
Cytuje Nobliste: "Wart przypomnienia jest utwor, ktory znajduje sie w antologii Edwarda Porebowicza «Piesni ludowe celtyckie, germanskie, romanskie», wydanej w 1909 roku. Byla to ulubiona ksiazka Jozefa Czechowicza, ktory nie raz szukal inspiracji w piesniach ludowych roznych krajow. Znalazlem te ksiazke u niego, a nastepnie udalo mi sie kupic egzemplarz w antykwariacie, bo juz wtedy byla rzadkoscia" ("Tygodnik Powszechny" nr 27 z 2003 r.).
Milosz "rozwydrzyl" mnie do tego stopnia, ze jego wspominki literackie sprzed piecdziesieciu laty nie wywoluja juz takiego wrazenia, jak te najstarsze.
W ogole takie zjawisko, jak "Milosz" to cos niesamowitego w swiatowej skali, od mlodosci do poznej starosci nieustannie w wysokiej formie. Pod tym wzgledem zasluguje na porownanie jedynie z Johannem Wolfgangiem Goethe’m. Dla nas to matuzalemowy dar niebios.
Balowien' siud'by (pieszczoch losu), jak powiedzial o nim juz w 1933 roku Ksawery Pruszynski.
- Czeslaw Milosz, jesli nawet porusza pobocza literatury, zawsze potrafi wyluskac z nich pierwszorzedny kes. W ksiazce "Zaczynajac od moich ulic" pisze: "...Ta sama dzikosc a zarazem laskawosc przyrody (tzn. okolice Merrinack River i Karpaty) przekonala ich (tzn. Thoreau i Vincenza), ze zyjac nie warto robic wiele halasu o nic i ze jablko cywilizacji toczy sie w niezupelnie wlasciwa strone. Ta ich niechec do spolecznego cisnienia nie jest chyba bez pozytku i nie musi oznaczac tesknoty za przyszloscia jako rajem utraconym, moze natomiast, jak Vincenzowi, pomagac w utrzymaniu rownowagi: ludzkosc ma wiele stanow optimum i za soba i przed soba, gubi slad i odnajduje".
Te celne slowa: "Zyjac nie warto robic wiele halasu o nic" nalezaloby przykleic na czolach wielu glosno gadajacym madralom.
- "Jedno zdanie, ale takie, ktore by naprawde wazylo, to byloby dosc jako wynik jednego zycia" (Czeslaw Milosz, "Widzenia nad Zatoka San Francisco").
Milosz napisal nie jedno, ale wiele takich zdan, a jednym z nich jest wlasnie to.
Banalem jest stwierdzenie, ze aby jedno zdanie bylo dobre, trzeba ich napisac tysiace i aby jedno zdanie bylo wazace, nalezy ich napisac milion.
Pomieszaniem naszych czasow jest, ze niemal wszyscy gramotni swiecie ufaja we wlasny geniusz i w poszukiwaniu owego zdania, niczym igly, pracowicie przeszukuja niezliczone ilosci stogow. Niestety po latach pozostaje po nich zmierzwione siano slow, poniewaz czas jest bezlitosnym sedzia. Jesli ktokolwiek mysli, iz to siano moze stac sie nawozem dla innych dokonan, jest w bledzie, chyba, ze posluzy ono do wykrecenia sie od odpowiedzialnosci za wlasne slowa, a wowczas bedzie to tylko kiepska farsa.
- "Na tym koncze moj cykl «Spizarnia literacka»" – przeczytalem w "Tygodniku Powszechnym" (20.06.2004). Przeczytalem raz jeszcze i zrobilo mi sie bardzo, bardzo smutno. Czeslaw Milosz pozegnal sie z czytelnikami. Brak slow, bo wszystkie zabrzmia pusto.
Jak przystalo na wielkiego poete na pozegnalny felieton wybral cos niekonwencjonalnego, wspomnienie z dziecinstwa o bajkach japonskich:
"Byla to opowiesc o rodzinie odwiedzajacej babunie i zapamietalem swawolnika pod nazwa Psik [kot] oraz jego podstepne czynnosci:Cytat jakze wymowny. Milosz dlugo wstrzymywal zegar, zeby dluzej z nami pobyc.
Psik wstrzymuje zegar lapka,
zeby dluzej pobyc z babka".
- "Ten Mickiewicz, po co nim sie zajmowac, jezeli i tak jest wygodny".
Czeslaw Milosz, "Traktat teologiczny"
Dzieli ich bardzo wiele. Ale i troche laczy.
Mickiewicz – MiloszJak wszystkie porownania i to grzeszy uproszczeniem, bo na przyklad okreslenie "socjalista" poltora wieku temu oznaczalo co innego (w przypadku Adama Mickiewicza jeszcze cos innego), a w okresie mlodosci Czeslawa Milosza rowniez bylo inaczej rozumiane. Podobnie ma sie rzecz z pojeciem "religijny", ktore tu rozumiem bardziej w sensie religijnej tworczosci, niz pogladow i zycia. Jesli jednak zalozymy, ze te porownania sa bardziej zabawa, niz naukowa komparatystyka, to grzech uproszczenia popelniam z przyjemnoscia i czystym sumieniem.
polski poeta z Litwy – polski poeta z Litwy
poeta, ktory zlamal pioro – poeta piszacy do konca
genialny – wielki
emigrant – emigrant, reemigrant
socjalista (?) – socjalista w mlodosci
walczacy o wolna Polske – walczacy o wolna Polske
wykladowca na zagranicznej uczelni – wykladowca na zagranicznych uczelniach
logiczny w poezji – logiczny w kazdym slowie
walczacy z Bogiem – potyczkujacy sie z Bogiem
pogodzony z Bogiem – pogodzony z Bogiem
religijny – religijny
mistyk – kochajacy mistykow
mial powodzenie u kobiet – mial powodzenie u kobiet
- Tadeusz Rozewicz fascynuje skromnoscia i wielkoscia "w jednym". Osiagnal szczyty w poezji. Mogl zyc z odcinanych kuponow wlasnego mitu. Ale zajal sie dramatem. Tu tez zdobyl Himalaje, zostawiajac wielu w tyle, choc w glowie mu nie bylo wspolzawodnictwo. Siedzi sobie cichutko we Wroclawiu i ma gdzies organizacje literackie i inne. Nie chce reklamy, szumu, poklasku. Wciaz szuka prawdy swojej i swiata. Przedstawia swoj dramat istnienia na tle dramatu spoleczenstwa.
Pamietam jego wypowiedz z 1969, albo z 1970 roku w programie telewizyjnym "Spotkania z pisarzami" prowadzonym przez Aleksandra Malachowskiego (cytat przyblizony): "Po wyladowaniu czlowieka na ksiezycu myslalem, ze ludzie beda troche lepsi, ze nie beda sobie podkladac swinek..." – powiedzial z gleboka nadzieja w glosie. Zrozumialem wowczas, ze on naprawde wierzy w czlowieka i nie wstydzi sie byc naiwny. Jak kazdy dobry poeta.
- Geniusz proroczy Marii Dabrowskiej (bynajmniej nie w literaturze, ale w sferze polityki):
"...W tej wersji Gomulka jest jakoby autorem calej tej niecnie glupiej imprezy i upieral sie przy niej [chodzi o podwyzke cen w 1963 roku]. Ciekawa jestem, kiedy Gomulka uzna za akt najwyzszej komunistycznej odwagi strzelanie do robotnikow. Nie jest juz od tego daleki". (t. IV "Dziennikow" s. 240).Siedem lat pozniej slowa pisarki, o zgrozo, ziscily sie. W Gdansku na rozkaz Gomulki strzelano do robotnikow.
- 6. Nie tylko Biblia
- Jezus byl poza forma i ponad forma. Nie pozostawil po sobie pisma. Wyrazy pisane przez Niego na piasku prawdopodobnie rozsypal wiatr (o ile Jezus sam ich pozniej nie zasypal). Notabene te chwilowo utrwalone slowa musialy miec ogromna moc skoro ci, ktorzy zamierzali ukamienowac jawnogrzesznice, po przeczytaniu ich natychmiast uciekli. W tradycji istnieje domysl, ze pisal ich grzechy.
Niemal wszystko, co o Nim wiemy pochodzi od Ewangelistow i autorow apokryfow, ktorzy zarejestrowali mowy i czyny Chrystusa wiele lat po Jego smierci i zmartwychwstaniu. Jest jeszcze kilka zrodel historycznych wskazujacych na istnienie Jezusa, a jeden z najwazniejszych to krotki zapis starozytnego historyka Jozefa Flawiusza o Jego zyciu i smierci krzyzowej.
Jezus byl poza forma, poniewaz bezposrednio (na biezaco, gdy zyl) nikt nie spisal doslownie Jego slow oraz dzialalnosci, ani nikt nie utrwalil za Jego zycia podobizny, jednakze Jego zycie i nauka zostaly ujete w okreslona forme slowna i ta "zaledwie" posrednia forma ma ogromna moc oddzialywania, poniewaz jest zywa wsrod milionow ludzi i trwa nieprzerwanie od ponad dwoch tysiecy lat glownie w formie Ewangelii.
Mowiac o Jezusie nieograniczonym forma, mysle, ze nieprzypadkowo Bog zeslal Go na Ziemie w czasie, gdy nie istnialy jeszcze jakiekolwiek srodki techniczne, poza pismem, umozliwiajace zarejestrowanie Jego wizerunku i glosu. (Bowiem nie wyobrazam sobie Chrystusa utrwalonego na przyklad na celuloidowej tasmie).
- Rzadko spotykana zacheta w Pismie Sw. jest asumpt do dzialania w mysl powiedzenia carpe diem i zacheta do rozrywki:
Widac tu, jak nowoczesnie myslacym czlowiekiem byl autor tych slow. Bowiem szlachetne pozadanie, a szczegolnie godziwa rozrywka sa jedna z wielu form odpoczynku, a ten jest niezbedny kazdemu. (W czasach Syracha do pelnego wypoczynku raczej nie przywiazywano wiekszej wagi, a celowali w tym zwlaszcza wlasciciele eksploatujacy niewolnikow i najemnikow).Nie pozbawiaj sie dobra dzisiejszego,
a przedmiot szlachetnego pozadania niech cie nie mija!
Czyz zostawisz drugiemu owoc swoich prac
i trudy twoje na podzial losem?Dawaj, bierz i staraj sie o rozrywki dla siebie,
albowiem w Szeolu na prozno szukac przyjemnosci.Madrosc Syracha 14, 14-16.
Jednakze starozytni medrcy wiedzieli lub intuicyjnie wyczuwali, ze istnieje zwiazek miedzy spelnionym szlachetnym pozadaniem i rozrywka, a prawidlowym rozwojem i funkcjonowaniem czlowieka. Stad owa smiala, jak na biblijne rygory, zacheta.
- W sprawie "Piesni nad piesniami" egzegeci katoliccy przedkladaja interpretacje alegoryczna nad doslowne znaczenie utworu, tzn. ze oblubiencem jest Jahwe, a oblubienica narod wybrany. Ja, maluczki, z ziemskiej gliny ulepiony, wole jednak te poezje odbierac doslownie i widziec w niej zwyklych ludzi czujacych siebie i dookolny swiat zmyslowo. Wspaniale porownania typu: "Piersi twe niech mi beda, jak grona winne, a tchnienie twe, jak zapach jablek" (7-9) daja oryginalna wizje owczesnego pojmowania erotyki. Albo dwuwiersz: "Odwroc ode mnie twe oczy, bo niepokoja mnie" (6, 5) brzmi naprawde niepokojaco i wywoluje przyspieszenie tetna. Z kart swietych ksiag unosi sie duchowosc i podczas lektury powinnismy byc nia przepojeni, gdyz jedynie duch jest w nas zywy na zawsze, cialo kiedys obumrze. Ale przez te ziemska chwile, jakze niedoskonala, mozemy sie takze nacieszyc cialem, dzielem Stworcy. "Piesn nad piesniami" jest tego dowodem.
- Nie potrafie sie modlic, bowiem moje wolanie do Boga jest jekiem zebraka wystawionego na posmiewisko swiata. Jest skomleniem nedzarza, ktory wciaz o cos blaga. Nie umiem rozmawiac z Panem, bo jak drobna molekula bez znaczenia dla losow wszechswiata, moze prowadzic dialog ze Stworca wszechswiata? A jednak moze. Ten zebrak i nedzarz ma jednak wielka nadzieje, mimo marnosci swoich slow i czynow. Dlatego osmiela sie powtarzac slowa psalmu:
"A teraz w czym mam pokladac nadzieje, o Panie?
W Tobie jest moja nadzieja.
Wybaw mnie od wszelkich moich nieprawosci,
Nie wystawiaj mnie na posmiewisko glupca".
Psalm 39, 8 – 9.
- "Jak trwoga, to do Boga". Wyswiechtane porzekadlo. Ale czy na pewno? Juz przed paroma tysiacami lat, gdy czlowiek przewidywal, ze znajdzie sie sytuacji zagrozenia, Pan zachecal go: "...Wzywaj Mnie w dniu utrapienia: / Ja cie uwolnie, a ty Mnie uwielbisz" (Psalm 50, 15).
Stabilizacja i spokoj powoduja czesto oslabienie, a nawet wygaszenie zarliwosci. Sytuacje zagrozenia uruchamiaja w sercu niepojete mechanizmy; nagle rodza sie poglebione mysli i przezycia, uaktywniaja sie nowe poklady duchowosci, modlitwa jest przepojona wieksza moca. Podczas trwogi transcendentalna wiez z Bogiem staje sie wyrazniejsza.
Owo poszukiwanie pomocy w obliczu leku zilustrowane przez naszych pradziadow ironicznym powiedzeniem o trwodze i Bogu, ma wiec jak najbardziej pozytywny wydzwiek.
- Drugie przykazanie dekalogu brzmi: "Nie bedziesz mial bogow obok Mnie! Nie bedziesz czynil zadnej rzezby ani zadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemia! Nie bedziesz oddawal im poklonu i nie bedziesz im sluzyl (...)".
Co prawda chrzescijanie nie uznaja innych bogow przed Panem, ale wykonuja Jego rzezby i obrazy.
Czy po okresie obrazoburstwa trwajacego w Bizancjum w VIII i IX wieku oraz krotko w XVI wieku w krajach protestanckich nie nalezaloby sie po raz kolejny glebiej zastanowic nad przestrzeganiem przykazania danego nam przez Boga za posrednictwem Mojzesza? Jezeli ustalenia drugiego Soboru Nicejskiego z 787 roku wciaz obowiazuja ("Obrazy nalezy szanowac jako wizerunki swietych, nie wolno im jednak oddawac czci boskiej"), to dlaczego o wielu obrazach i figurach z postaciami swietych mowi sie, ze sa cudowne lub swiete?
Dlaczego wybiorczo stosujemy dekalog? Przeciez Jezus wyraznie powiedzial, ze "Pisma nie mozna odrzucic" (Jan 10, 35) oraz "Lecz latwiej niebo i ziemia przemina, niz zeby jedna kreska miala odpasc z Prawa" (Lukasz 16,17), oczywiste wiec jest, iz zawarte w nim przykazania nalezy stosowac.
Nie zamierzam zostac ikonoklasta i wzywac do spalenia istniejacych dziel sztuki sakralnej, pragne jedynie zadac proste pytanie: czy dekalogowy zakaz "czynienia rzezb i obrazow tego, co jest na niebie wysoko" zostal odwolany?
- 7. Zezem na polityke
- Komunista dla swojego istnienia i dobrego samopoczucia musi zywic sie "ukladem" bez ktorego nie potrafi normalnie funkcjonowac. W poprzednim ustroju uklad byl jeden, w ktorym partia, poprzez rozliczne narzedzia czuwala, by nikt jej, ani czlonkom nie zagrazal.
Po 1989 roku podczas kazdorazowego sprawowania rzadow przez lewice zawsze pojawia sie "uklad", ale ze wzgledu nie niestabilnosc sytuacji politycznej nie jest on calkowicie skrystalizowany i czytelny. Na pewno jednak, obserwujac go, mozna odczytac "braterskie" wezwanie: popierajmy sie.
Stal sie on przyczyna ogromnej ilosci afer w latach 2002–2004 wstrzasajacych panstwem. Ludzie lewicy trzymajacy w tym czasie ster rzadow, majac wciaz jeszcze gleboko zakodowane w pamieci czasy poprzedniego ustroju i schematy starych dzialan, nie potrafili oprzec sie "ukladowi", ktory powinien – wedle ich pojmowania – sluzyc przede wszystkim im samym, a wiec interesom grupowym i osobistym. Byli oni typowi przedstawicielami gatunku homo sovieticus, dla ktorych interes obywatelski jest nie calkiem zrozumialy, natomiast interes panstwa jest realizowany przy okazji zalatwiania interesu wlasnego, a jesli z nim koliduje, tym gorzej dla niego.
- To, ze jestesmy narodem wieszczow, wszyscy wiedza, wydalismy przeciez ich trzech, a wielka czworka: Sienkiewicz, Reymont, Milosz i Szymborska, otrzymala nagrody Nobla w dziedzinie literatury.
Ale to, ze potrafimy wieszczyc poprzez forme literatury ulotnej, jaka sa dowcipy nie wszyscy wiedza. Otoz w drugiej polowie dekady gierkowskiej oraz w latach osiemdziesiatych ubieglego wieku krazyl taki oto dowcip: "Pytanie: w jaki sposob mozna w Polsce osiagnac dobrobyt? Odpowiedz: Zamknac granice na wschodzie, a otworzyc na zachodzie".
Dzisiaj, gdy jestesmy juz w Unii Europejskiej, ten zart ziszcza sie na naszych oczach nabierajac realnego i calkiem powaznego znaczenia, poniewaz Polska stosujac sie do unijnych norm i traktatow prawie zamknela granice z krajami wschodnimi, a otworzyla z zachodnimi, co bez watpienia w jakiejs mierze przyczynilo sie do poprawy sytuacji gospodarczej w kraju.
- Gdy na poczatku lat dziewiecdziesiatych z grubej skorupy panstwa sowieckiego wyklula sie wolna Bialorus, jej suwerennosc byla watla i niedookreslona. Pomimo obranego przez pierwszych przywodcow narodowego kursu, Bialorusini slabo identyfikowali sie z nowym panstwem, a dla przygniatajacej wiekszosci mieszkancow podstawowym jezykiem byl rosyjski.
Prowadzona od paru lat przez Aleksandra Lukaszenke polityka rusyfikacji wlasnej ojczyzny (swoja droga jest to ewenement, a drugim jest to, ze prezydent kraju nie zna dobrze ojczystego jezyka), moze przyniesc odwrotny skutek, a wiec owa polityka moze okazac sie zbawienna dla nieokrzeplej jeszcze bialoruskosci. Bo przeciez historia zna dobrze przypadki, ze oficjalny zakaz wzmacnia sile oporu. Tak bylo w starozytnym Rzymie z chrzescijanstwem i podobnie rzecz sie miala w "poprzedniej" Polsce z katolicyzmem i opozycja.
- Zastanawiam sie, czy pokojowa rewolucja, ktora dokonala sie w Rosji i Europie Wschodniej w latach 1989 i 1990 powstala dzieki madrosci, czy z powodu braku rozsadku Michala Gorbaczowa.
Wbrew pozorom pytanie to nie wydaje sie bezzasadne, poniewaz ten przywodca "swiata polowicy" tak naprawde chcial uzdrowic komunistyczny ustroj – inicjujac przebudowe ("pierestrojka") i oglaszajac jawnosc ("glosnost") – a nie zniszczyc go. Nie przewidzial jednak, ze te dwie rzeczy sa destrukcyjnymi bombami z opoznionym zaplonem powodujacymi najpierw oslabienie, a potem rozpad struktur aparatu komunistycznej wladzy. Nie przypuszczam, ze dzialal w sposob do konca przemyslany w kierunku zaprowadzenia demokracji i udzielenia zgody krajom satelickim na niezawislosc. Byl przeciez nieodrodnym dzieckiem systemu i zdobywal ostrogi pod opiekunczymi skrzydlami Jurija Andropowa (szefa KGB), z ktorym sie przyjaznil, a wiec w praktyce nie mial wiekszego pojecia, co to jest demokracja. Poza tym nalezy pamietac, ze do konca pozostawal zwolennikiem jednosci ZSRR.
Raczej brak wiedzy oraz nieumiejetnosc przewidywania nastepstw wlasnych dzialan (a wiec w uproszczeniu mozna stwierdzic: glupota) doprowadzily niechcacy "Gorbiego" do tego, co sie stalo. Wypadki go przerosly; on sam, a takze partia i sluzby specjalne stracily nad toczacym sie procesem panowanie. Jego madrosc, jesli tak mozna powiedziec, polegala na tym, ze przez krotki czas pozorowal panowanie nad caloscia sytuacji; ale tylko do czasu puczu i przejecia wladzy przez Jelcyna, czyli do chwili, gdy wiatr historii zmiotl go ze sceny politycznej.
Nie sadze, aby Gorbaczow byl ketmanem; po prostu byl prostolinijnym Rosjaninem, ktory chcial w polityce funkcjonowac przyzwoicie. Ale ta przyzwoitosc troche w stylu zachodnim przeszczepiana na gruncie radzieckim odbila mu sie czkawka, choc dla swiata przyniosla dobre skutki.
Niezaleznie od motywow jego postepowania uwazam, ze Gorbaczowowi nalezy sie pomnik. Bynajmniej nie w Rosji. Raczej w Polsce lub w Niemczech (jego zgoda na zjednoczenie). Bez Michala Gorbaczowa bowiem nie byloby tego wszystkiego, co sie wydarzylo w roku 1989 i 1990 u nas i w krajach osciennych.
- 8. Rozmyslania rozne
- Snobizm od wiekow jest motorem dzialania wszelkiego rodzaju mecenasow sztuki i inicjatyw charytatywno – dobroczynnych. Ludzi bogatych zawsze ciagnelo i ciagnie w strone artystow. Dobrodzieje czesto lozyli spore pieniadze na kulture, ale takze na koscioly, szpitale, przytulki i ochronki. Prawde mowiac nie jest wazne z jakich pobudek to czynili i czynia, wazne jest, aby ich fundusze ze spolecznego punktu widzenia byly wlasciwie lokowane.
Istnieja wiec dwa rodzaje snobizmu: ten "zly", czyli proznosc i pycha (grzech to glowny), dalej: pseudoaktorstwo; nasladownictwo w slowach, gestach, czynach i ubiorze, a wiec udawanie kogos innego, niz sie jest (lepszego, bogatszego, wazniejszego, madrzejszego itp.); i snobizm "dobry", dzieki ktoremu zyskuje kultura, sztuka oraz chorzy, biedni i pokrzywdzeni.
Ostroznie wiec z jednoznaczna krytyka snobizmu, albo inaczej: tepmy go raczej w sobie, nie u innych.
- Czy mozna sobie wyobrazic taki oto paradoks: im ktos ma wiekszy skarb, tym mniej o niego dba postepujac ryzykownie, a im ktos ma mniejszy skarb, tym lepiej go pilnuje i otacza staranna opieka. Zarowno w zyciu zbiorowym, jak i indywidualnym ludzie kierujac sie zdrowym rozsadkiem na pewno tak nie czynia. Osoba wylamujaca sie z tych oczywistych norm logicznych bylaby slusznie uznana za szalenca.
Ale wlasnie w zyciu ow paradoks wystepuje nader czesto. Paradoks ocierajacy sie o banal i stereotyp.
Wielu mlodych ludzi majac przed soba cale zycie, czestokroc nim ryzykuje narazajac je na szwank lub utrate. W zyciu spotkalem zarowno wspanialych zapalencow jakiejs idei, ktorzy gotowi byli dla niej wlasnie poswiecic swoje mlode zycie, jak i paru mlodych ryzykantow i desperatow marnujacych bez sensu swoj bezcenny byt.
Starcy majacy w porownaniu z mlodymi niewielki skarb zycia przed soba, chorobliwie wrecz strzega go nie narazajac na jakiekolwiek ryzyko, aby spokojnie i w calosci go wykorzystac, czyli w pelni przezyc.
- Inna twarz glupoty: wyksztalceni glupcy. Sa oni potencjalnym zagrozeniem dla swiata.
Ich to miedzy innymi mial na mysli Heraklit z Efezu mowiac, ze ilosc wiedzy nie jest rownoznaczna z madroscia.
- Najwyzsza forma szczescia dla chorego, jest ustepujacy bol. Jest to stan, w ktorym czuje sie jeszcze fizyczna torture, lecz nagle pojawia sie moment – graniczny punkt, od ktorego nastepuje powolna ulga, nieznaczna, lecz zauwazalna gradacja zmierzajaca ku zanikowi dolegliwosci. Choc jeszcze ona trwa, to jednak wyczuwa sie odpadanie potwornego ciezaru, jakby odrywaly sie kawalki skrzepow od obolalego ciala. Pojawia sie nadzieja, choc zabarwiona obawa, czy ten proces przypadkiem sie nie zatrzyma... Chyba jednak sie nie zatrzyma... Jest to "bolesne szczescie" wykraczajace poza kategorie tak zwanych przyjemnych doznan. Tego nie da sie opisac.
- Ponoc Jozef Pilsudski powiedzial kiedys, ze Polska przypomina mu obwarzanek; wszystko, co najlepsze jest na zewnatrz. Ta anegdota trafnie obrazuje funkcjonujacy w naszej swiadomosci mit "lepszosci" kresow, w domysle "gorszosci" centrum. Byc moze mit ten znajduje odzwierciedlenie w faktach, ale zeby uznac go za prawdziwy wolalbym jednak, aby zostal potwierdzony naukowo. Od razu zastrzegam, ze po pierwsze, aby nie bylo nieporozumien: sam jestem z kresow, po drugie: ten obiegowy stereotyp mocno zakorzenil sie w naszej kulturze, przez co jest krzywdzacy dla wszystkich, nie tylko dla wywodzacych sie z ziem srodkowej Polski.
Za dowody na obecnosc tego wciaz zywego mitu niech posluza dwa przyklady wziete z wysokiej polki.
Czeslaw Milosz w "Ziemi Ulro" napisal:
"No, oczywiscie, ze uwazalem siebie za lepiej urodzonego niz Gombrowicz. A z tej przyczyny, ze urodzil sie w gorszym kraju. Raz, w Vence, powiedzialem mu, ze przeciez pochodzi z Polski centralnej. Cios byl potezny. Zachwial sie rycerz Gombrowicz i o malo nie spadl z konia, ale w ostatniej chwili cios odparowal, wolajac, ze nieprawda, ze rodzina jego ze Zmudzi, znad rzeki Niewiazy, i ze dopiero dziadek jego stamtad wyemigrowal, po powstaniu 1863 roku".Z cytatu wynika jasno, iz obaj pisarze maja gleboko zakodowane przeswiadczenie o wyzszosci kresow nad Polska centralna. Milosz wyraznie sie tym chlubi i z owego mitu czyni orez do zadania "poteznego ciosu". Gombrowicz (na marginesie: szlachcic wyzszej "kategorii" od przyjaciela po piorze), zawstydzony tym posadzeniem broni sie udowadniajac, ze jednak jego praszczur jest z kresow (czytaj: z lepszej Polski).Ryszard Kapuscinski w wywiadzie dla "Przekroju" (nr 28 z 2003 r.) powiedzial:
"Czlowiek kresowy zawsze i wszedzie jest czlowiekiem miedzykulturowym – czlowiekiem «pomiedzy». To czlowiek, ktory od dziecinstwa, od zabawy na podworzu, uczy sie tego, ze ludzie sa rozni i ze innosc jest po prostu cecha czlowieka. (...) Kresowosc to otwarcie na inne kultury, a nawet wiecej – ludzie kresowi nie traktuja innych kultur jako innych, ale jako czesc wlasnej kultury. (...) Wspominam swoj Pinsk jako bardzo dobre miejsce. To bylo miasteczko zyczliwych ludzi i zyczliwych ulic. Do czasu wybuchu wojny nie widzialem tam zadnego konfliktu. Miejsce bez ostentacji, bez zadecia, miejsce skromnych, prostych ludzi. Moi rodzice jako nauczyciele tez byli takimi ludzmi. Moze dlatego dobrze sie zawsze potem czulem w tak zwanym Trzecim Swiecie, gdzie ludzi cechuje nie zamoznosc, ale goscinnosc, nie ostentacja, ale wspolpraca. Ludzie zyli na Polesiu na skromna ludzka miare, a Pinsk byl jak arystotelesowska definicja miasta, w ktorym wszyscy sie znaja chocby z widzenia. To wyroznia miasta kresowe, ktore stwarzaly klimat przyjazni". (Z tym klimatem przyjazni na kresach wschodnich bylbym ostrozny, szczegolnie na pograniczu polsko – ukrainskim, gdzie toczyly sie liczne boje i odbywaly rzezie ludnosci cywilnej).Oczywiscie Kapuscinski nie deprecjonuje srodkowej Polski, ale jednak wyraznie ulega mitowi "lepszosci" obszarow peryferyjnych. Przepraszam, a czym w tej materii od Pinska, Wilna, czy Kowna roznila sie na przyklad Lodz lezaca w srodku kraju, gdzie takze pokojowo wspolistnieli z soba Polacy, Niemcy i Zydzi? Gdzie takze wiekszosc stanowili ludzie zyczliwi i skromni. Z tym, ze srodkowa Polska nie stworzyla sobie mitu, choc nie do konca, bowiem "Ziemia obiecana" i sam jej autor Wladyslaw Reymont sa swietna antyteza na "teorie obwarzanka"; nie jest to jednak mit, ale w miare realistyczne i tworcze przedstawienie tamtych czasow.
Przyznaje, sam nieraz korzystalem z owego mitu kresowosci, ale od pewnego czasu opowiadam sie przeciwko tej wyswiechtanej kliszy. Owszem, w jakims sensie byt ksztaltuje swiadomosc (tu w nieco innym znaczeniu niz u Karola Marksa), ale czy az w takim stopniu, aby nasze kresy wywyzszac nad inne regiony kraju stosujac falszywe pojecie "determinizmu geograficznego"?
- Z najdawniejszymi wspomnieniami jest u mnie mniej wiecej tak: tkwia w pamieci, jako rozmazane, kolorowe szkla witrazowe i gdy chce je przywolac, z trudem zbieram je sklejajac w jednolita calosc. Lecz gdy je zapisze nadajac im konkretny ksztalt, wtedy dzieje sie dziwna rzecz, zaczynaja we mnie funkcjonowac juz w tym nowym, lekko odmiennym od oryginalu ksztalcie, a ich autentyzm ulega pewnemu zamazaniu.
Mam wiec powazny klopot, czy nosic w sobie mgliste, ale oryginalne wspomnienia z ryzykiem ich zatarcia, a nawet utraty, czy miec je utrwalone na papierze, ze swiadomoscia, ze sa tylko niedoskonala kopia?
- 9. Historia w pigulce wlasnej
- Reformacja (XVI wiek).
- Absolutyzm oswiecony (XVIII wiek).
- Rewolucja spoleczna, przemyslowa i polityczna (XVII-XX wiek).
- 123 lata panstwowosci i wolnosci (1795-1918).
- Niezmiennosc granic panstwa.
- Przyjazn sasiadow.
- Pol wieku demokracji i spoleczenstwa obywatelskiego (1939 – 1989).
Sa to fakty i zdarzenia oraz wazniejsze etapy historyczne, ktore nie wystapily w naszych dziejach lub ominely Polske i Polakow. Odpryski niektorych z nich z duzym opoznieniem powracaja teraz, znieksztalcone i czesto pogmatwane, poniewaz – jak wiadomo – sa inne warunki i inne czasy.
Mozna by sie pokusic o metaforyczna synteze: pojawienie sie w wieku doroslym nie przebytej w dziecinstwie choroby, zawsze powoduje powazne powiklania.
- W piatkowym wydaniu gazety Kurier Czerwony (nazwa dziennika nie miala nic wspolnego z lewicowa formacja polityczna) najbardziej znany przedwojenny konferansjer Fryderyk Jarossy zapowiadal, ze nazajutrz, tj. w sobote, 2 wrzesnia 1939 roku, nastapi otwarcie teatru satyryczno – literackiego "Figaro" przy ulicy Marszalkowskiej 8 w Warszawie, gdzie obecnie miesci sie Teatr Rozmaitosci.
Nic w tym nie byloby dziwnego, gdyby nie tytul inauguracyjnej rewii: Zyc nie umierac. Straszliwa ironia czasow spowodowala przekrecenie znaczenia tytulu o 180o.
- Na pomniku-barykadzie na Ochocie przy ul. Grojeckiej widnieje napis: "W tym miejscu 10 wrzesnia 1939 r. wojsko polskie (tu podana jest nazwa jakiegos batalionu) zatrzymalo natarcie wojsk hitlerowskich". Ktos nad ostatnim wyrazem dopisal kreda: "niemieckich" – w znaczeniu: wojsk niemieckich.
Jak sie okazuje nawet w okresie normalizacji polsko – niemieckich stosunkow nie da sie wybielic wszystkiego miedzy naszymi krajami i narodami. Przypuszczam, ze zrobil to jakis mlody czlowiek, bo tylko mlodym chce sie czynic takie gesty protestu. Jest on przedstawicielem tej czesci spoleczenstwa, ktora mowi: "Nie mozna calej winy za II wojne swiatowa przewekslowac z Niemcow na hitlerowcow". Ten dopisek ilustruje, ze pojednanie nie jest proste, a historii nie mozna upraszczac. Ludzie czuja ja po swojemu.
- General Zygmunt Berling podczas Powstania Warszawskiego probowal z lewego brzegu Wisly walczyc przeciw Niemcom, ale jak wiadomo bez powodzenia. W swoich pamietnikach pisze, ze zbyt natarczywie domagal sie od radzieckiego dowodztwa pomocy dla walczacych rodakow w powstaniu i za to Moskwa odebrala mu dowodztwo I armii Wojska Polskiego.
Przy trasie Lazienkowskiej w latach osiemdziesiatych postawiono generalowi pomnik wygladajacy dosyc dziwnie; postac bez nog stojaca na wysokim cokole. Wowczas, gdy pierwszy raz zobaczylem ow postument, wydawalo mi sie, ze byla to nieudana wizja artystyczna rzezbiarza.
Teraz przeczytalem w "Forum" (nr 31 z 8.08.2004 r.) przedruk artykulu z "Frankfurter Alegemeine Zeitung" – napisany z okazji szescdziesiatej rocznicy powstania – autorstwa M. Ludwig, w tekscie tym zwrocil moja uwage taki oto fragment:
"Niezwykly pomnik na prawym brzegu Wisly jeszcze z czasow przed transformacja ukazuje Berlinga z obcietymi nogami na kamiennym postumencie i ze wzrokiem skierowanym na druga strone rzeki. Przekaz jest ukryty, lecz mimo to latwo jest rozszyfrowac zawarty w nim protest: oto ktos probowal tutaj pospieszyc z pomoca, ale mu nie pozwolono".Ciekawi mnie, czy taka byla intencja rzezbiarza. Jesli taka – chwala mu za to. Bo ja w tamtych latach nie zrozumialem zamyslu autora dziela nie dopatrujac sie w nim zadnych aluzji.
- 10. Historie wlasne w pigulce
- Wzorowanie sie na starszych braciach, jasne autorytety, chetne uczeszczanie do pierwszej klasy, wspaniala nauczycielka (ciekawe lekcje, jej piekne rysunki), przyjazdy do wiejskiej szkoly kina objazdowego, jedna mocna przyjazn, zabawy w wojsko, wypady z kolegami do sadow na kradzione jablka i czeresnie oraz brak swiadomosci problemow zycia doroslego – cala ta roznorodnosc spraw spleciona z chlopieca bezinteresownoscia, stanowily dla mnie najwieksza wartosc w ksztaltowaniu sie wrazliwosci i postrzegania swiata.
- Z okazji piatej rocznicy Marca 68, wspolnie z kolega, Tadeuszem D., wywiesilismy na wiezy gmachu glownego Uniwersytetu Wroclawskiego transparent o tresci: "Pamietamy Marzec 68". Zadzialalismy profesjonalnie nie zostawiajac zadnych sladow, w koncu studiowalismy prawo i czegos sie nauczylismy. Poirytowane wladze uczelni oraz urzad bezpieczenstwa nie znalazly sprawcow.
Z okazji dziesiatej rocznicy Marca 68 wywiesilem w nocy, tym razem samotnie, transparent o identycznej tresci, rozmiarach i kolorze na tympanonie rektoratu lodzkiej filmowki. Zadzialalem profesjonalnie dawkujac sobie niezle napiecie, w koncu tu studiowalem i czegos sie nauczylem od filmowych mistrzow suspensu. Otoz, w mysl powiedzenia, ze morderca powraca na miejsce zbrodni, nazajutrz z rana pojawilem sie przed transparentem z aparatem fotograficznym chcac uwiecznic wlasny wyczyn. Nie zdazylem jeszcze pstryknac, gdy zgarnieto mnie na przesluchanie i zabrano naswietlona klisze. Na szczescie takich jak ja z aparatami na szyi (nie dziwne w szkole filmowej), ktorych takze zwinieto, bylo jeszcze kilku. I to mnie uratowalo.
Wywieszenie niemal identycznego transparentu na dwoch uczelniach w odstepie pieciu lat bylo z punktu widzenia dzialalnosci konspiracyjnej czynem tragicznie nieprofesjonalnym, wystarczylo bowiem porownac wszystkich studentow z Uniwersytetu Wroclawskiego w latach 1973-1978, ktorzy nastepnie studiowali w PWST, TV i T w Lodzi, a okazaloby sie, ze takich bylo zaledwie kilku.
"Szkoda, ze cie nie zlapali, moze teraz bylbys kombatantem... – powiedziala kiedys zona. – To byl oczywiscie zart..." – dodala.
- Tuz po czolowce filmu Giuseppe w Warszawie (1964) w rezyserii Stanislawa Lenartowicza nastepuje kilka ujec, podczas ktorych bohater idzie po torach kolejowych, obok nich widac pola, plot przeciw zamieciom snieznym, lasek i krzaki tarniny, z drugiej strony torow stoi znak kolejowy w ksztalcie bialego krzyza na czarnej tablicy oraz jakies grube slupy metrowej wysokosci.
Ktoregos jesiennego wieczora wyswietlali ten film w telewizji. Zawolalem zone, aby zobaczyla chociaz kawalek czolowki, o ktorej kiedys jej opowiadalem. "E tam, jakies tory..." – powiedziala znudzona i wrocila do swoich zajec. A przeciez ogladanie tych torow to dla mnie niemalze misterium... Ale po kolei.
Jest rok 1963. Letnia niedziela. Stacyjka kolejowa w Karszowie kolo Strzelina, 40 km od Wroclawia. Na bocznicy ruch, jak nigdy. To ekipa filmowcow przygotowuje zdjecia do jakiejs komedii wojennej, w ktorej gra wloski aktor Antonio Cifariello. Goraco, jak diabli, a ten chodzi w dlugim wojskowym plaszczu... (W filmie wystepuja tez Elzbieta Czyzewska i Zbigniew Cybulski, ale teraz ich tu nie ma). Pracownicy stukaja mlotkami przygotowujac platforme pod kamere. Proby, proby, proby... Klaps z tytulem roboczym: "Karabin nr 22015" (tego klapsa nie pamietalem, pozniej przypomnial mi o nim brat, Leszek). Giuseppe obejmuje lokomotywe, potem wchodzi do wagonu. Powtorki w roznych wersjach.
Na stacji tlum gapiow, glownie dzieciaki z mojej i sasiednich wiosek. Niespodziewana rozrywka w niedzielnej monotonii, a nawet sensacja.
Po trzynastu latach od tego wydarzenia niespodziewanie znalazlem sie w szkole filmowej. Przez ponad dwadziescia lat pracowalem przy realizacji filmow fabularnych. Ale tamto zetkniecie sie z planem zdjeciowym bynajmniej nie bylo dla mnie impulsem, ktory pchnal mnie w tym kierunku. Sprawa byla bardziej skomplikowana, los okazal sie jak zwykle przewrotniejszy od wszystkich moich planow...
Copyright © Franciszek Czekierda, 2004
Franciszek CzekierdaFranciszek Czekierda, ur. 1952, w Karszowie, absolwent Wydzialu Prawa i Administracji Uniwersytetu Wroclawskiego (1975), ukonczyl Wyzsze Studium Zawodowe Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej PWSFTviT w Lodzi (1978). Kierownik produkcji (1985-1990). W latach 1990-1997 pelnil funkcje dyrektora Studia Opracowan Filmow.
Jego filmografia obejmuje 16 pozycji, w tym 6 seriali i 5 filmow fabularnych.
Od roku 2002 pracownik Poczty Polskiej.
Zonaty z Malgorzata, dzieci: Katarzyna (ur. 1983) i Krzysztof (ur. 1985).
Copyright © 1997-2004 Zwoje