
JERZY LISOWSKI (1928 – 2004)
JANUSZ DRZEWUCKI
Jerzy Lisowski
(fot. Bartlomiej Zborowski)
Jerzy Lisowski byl tlumaczem, eseista, redaktorem naczelnym miesiecznika "Tworczosc".Byl czlowiekiem literatury, ale tez byl czlowiekiem z krwi i kosci. Jak nikt umial cieszyc sie zyciem, delektowac jego smakami. Jak nikt umial rozmawiac, dyskutowac, ale nie umial sie klocic, klotnia byla obca jego naturze. Lubil ludzi. Po prostu, lubil ludzi. Co lubil w ludziach? To, ze kazdy z nas jest inny, ze ma swoje pasje i dziwactwa. Godzil sie na to, ze kazdy napotkany na drodze czlowiek przychodzi zarowno ze swiatla, jak i z ciemnosci, ze jest krolem i blaznem w jednej osobie.
Jego opus magnum to "Antologia poezji francuskiej". Tom pierwszy "Od Sekwencji o sw. Eulalii do Agrippy d'Aubign?" ukazal sie w 1966 roku, drugi "Od Malherbe'a do Cheniera" w roku 1970, natomiast trzeci "Od Chateaubrianda do Germaina Nouveau" w 2000 roku. W antologii tej pomiescil wlasne przeklady, ale rowniez tlumaczenia: Kasprowicza, Konopnickiej, Staffa, Przesmyckiego-Miriama, ponadto: Wislawy Szymborskiej, Julii Hartwig, Mieczyslawa Jastruna, Adama Wazyka, a takze gen. Boleslawa Wieniawy Dlugoszowskiego, Edwarda Stachury i wielu innych. Na specjalna uwage zasluguja zamieszczone w "Antologii" noty biograficzne francuskich tworcow. To nie tyle noty, ile minieseje. Z jednej strony rzeczowe i wyczerpujace, z drugiej – dowcipne i ironiczne. Bo taki wlasnie byl Jerzy – erudyta, ktory cenil wyszukany zart, blyskotliwa pointe, skory do debaty na najistotniejsze tematy, ale takze skory do smiechu.
W kazdej chwili moglismy porozmawiac z nim o Apollinairze i Camusie, o Rozewiczu i Mysliwskim. Ale przeciez takze o polityce, pilce noznej i muzyce, o odmianach serow, ostryg i win. Czasami przy winie wlaczal nam swoja ulubiona "Msze kreolska" Ariela Ramireza, "Catulli Carmina" Carla Orffa, III symfonie Henryka Mikolaja Goreckiego.
W kazdej chwili moglismy porozmawiac z nim o Apollinairze i Camusie, o Rozewiczu i Mysliwskim. Ale przeciez takze o polityce, pilce noznej i muzyce, o odmianach serow, ostryg i win. Czasami przy winie wlaczal nam swoja ulubiona "Msze kreolska" Ariela Ramireza, "Catulli Carmina" Carla Orffa, III symfonie Henryka Mikolaja Goreckiego.
Urodzil sie 10 kwietnia 1928 roku w Epinay-sure-Seine. Jego matka byla Francuzka, ojciec Polakiem. Wychowywal sie na Wolyniu. W roku 1939 zdal egzamin do Liceum Krzemienieckiego, o czym jeszcze calkiem niedawno mowil nie bez dumy. Wojne przezyl we Francji, gdzie ukonczyl liceum w Villard-de-Lans oraz romanistyke na uniwersytecie w Lille. Po wojnie we Francji poznal Jaroslawa Iwaszkiewicza. Zapytal go, czy moze przelozyc na francuski jego opowiadanie "Mlyn nad Lutynia". – A co pan wczesniej przetlumaczyl? – odpowiedzial pytaniem na pytanie Iwaszkiewicz. – A nic – odparl zgodnie z prawda Lisowski. – To niech pan przeklada – udzielil mu blogoslawienstwa pisarz.
Niebawem, w sierpniu 1949 roku przeklad opowiadania ukazal sie na lamach czasopisma "Esprit". W tym samym czasie w "Nowinach Literackich" Lisowski opublikowal tlumaczenie wiersza francuskiego poety Pierre'a Seghersa "List do przyjaciolki". Od tej chwili do konca zycia tlumaczyl w obydwie strony. Dzieki niemu nad Sekwana czytano: Gombrowicza, Schulza, Witkacego, Stryjkowskiego, Mrozka, Rozewicza, a nad Wisla: de Musseta, Geneta, Ionesco, Malraux, Michaux, Duras i Sagan. Tlumaczyl zreszta nie tylko literature piekna, dlatego tez Francuzi mogli zapoznac sie z pamietnikiem Dawidka Rubinowicza i pismami Adama Schaffa, my zas ze slynna rozprawe markiza de Sade'a "Francuzi, jeszcze jeden wysilek, jezeli chcecie stac sie republikanami" i z "Rozwazaniami o kwestii zydowskiej" Sartre'a. Kiedys zapytalem go, z jakiej swojej pracy jest najbardziej dumny, odparl, ze z dwoch opowiesci Josè Cabanisa – "Igranie z noca" i "Bitwa o Tuluze".
Jako tlumacz cieszyl sie wielkim uznaniem. W roku 1971 za przeklad "Wniebowstapienia" Tadeusza Konwickiego otrzymal Grand Prix de Traduction im. Halpérine-Kaminsky, w roku 1991 za caloksztalt dokonan translatorskich – Grand Prix du Rayonnement de la langage francaise, przyznawana przez Akademie Francuska. Ojczyzna jego matki wyroznila go orderem de Mèrite, tytulem Kawalera Orderu Sztuki i Literatury, a takze Legia Honorowa, ojczyzna ojca zas – nagrodami Polskiego Pen Clubu, ZAiKS-u, Ministra Kultury i Krzyzem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski z Gwiazda.
Znamienne, ze nigdy nie konkurowal z innymi tlumaczami. Utworow juz przelozonych nie przekladal na nowo. Interesowala go wylacznie robota pionierska. Cieszyl sie sukcesami innych. Chetnie innym pomagal. Kiedy pod koniec lat 50. przeczytal we Francji "Pod wulkanem" Malcolma Lowry'ego, zdobyl angielski oryginal, przywiozl do Warszawy i namowil Krystyne Tarnowska do pracy nad ta kultowa powiescia. Malo tego, polskie wydanie opatrzyl swoim entuzjastycznym poslowiem.
Nie mnie wyrokowac o jego przekladach na francuski, ale o przekladach na polski powiem tylko, ze czytajac jego tlumaczenia np. Francois de Maynarda, Stèphane'a Mallarmè czy Blaise'a Cendrarsa lub Jeana Cocteau, nie moge oprzec sie zludzeniu, ze ich wiersze nie tyle zostaly na polski przelozone, ile powstaly w jezyku polskim. Tlumaczyl proze i sztuki teatralne, ale do poezji mial sluch jak malo kto.
Nie wiadomo, jak potoczylyby sie jego losy, gdyby za mlodu nie spotkal Iwaszkiewicza, ktory namowil go w 1950 r. do powrotu do Polski. Rychlo stal sie bliskim wspolpracownikiem autora "Slawy i chwaly". W roku 1954 znalazl sie w "Tworczosci", w ktorej pracowal pol wieku, najpierw u boku Iwaszkiewicza, a po jego smierci, przez blisko 25 lat, jako redaktor naczelny. W tym czasie w redakcji pracowali m.in. Julian Stryjkowski, Andrzej Kijowski, Artur Miedzyrzecki, Zbigniew Bienkowski, Henryk Bereza, Ziemowit Fedecki, Zdzislaw Najder, ponadto Anna Kamienska, Marta Fik i Helena Zaworska. Jak Jurek umial pogodzic ow gwiazdozbior indywidualnosci tworczych i wybitnych osobowosci, pozostanie jego tajemnica. Domyslam sie, ze wszystko dzieki temu, iz po ojcu odziedziczyl kresowy upor, pracowitosc i cierpliwosc, po matce zas – kartezjanski z ducha racjonalizm i tolerancyjnosc. Nieprzypadkowo jego zona Hanna Stankowna, aktorka, mowila o nim – pol zartem, pol serio – Francuz kresowy.
Poznalem go kilkanascie lat temu, gdy zaczalem publikowac w "Tworczosci". Kilka lat pozniej zaproponowal mi funkcje redaktora dzialu poezji. Byl naszym szefem, ale relacje przelozony - podwladny w ogole go nie absorbowaly. Byl w wieku mojego ojca, ale wobec nas, mlodszych redaktorow miesiecznika, nigdy nie zywil ojcowskich uczuc. Byl naszym kolega, starszym co prawda, ale jednak kolega. Bezposredni, ujmujacy, usmiechniety, latwo przechodzil na "ty". Silnie zbudowany, postawny, by nie powiedziec zwalisty, z nadwaga, w wiecznie niedopietej kurtce, bez czapki w najwieksze nawet mrozy, z rozwichrzona broda i malymi okularami na czubku nosa – byl jedna z najoryginalniejszych postaci, jakie spotykalo sie na ulicy Wiejskiej, przy ktorej miesci sie redakcja "Tworczosci" i gdzie przez pol wieku mieszkal.
W ciagu ostatnich pietnastu lat widywalismy sie niemal codziennie. Jego starzy przyjaciele mowili do niego – Lis. Nigdy nie odwazylem sie zwrocic sie do niego w ten sposob. Czulem wobec niego respekt nie tylko w pracy, ale takze wtedy, gdy po pracy – w przyjacielskim i rodzinnym gronie – biesiadowalismy, bywalo, ponad miare. Dzisiaj, coz, dzisiaj... Nie mozemy sobie znalezc miejsca po Twojej smierci, Lis.
Janusz Drzewucki
Rzeczpospolita – Plus-Minus 38, 18 wrzesnia 2004.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||