Zamieszczamy pośmiertne, bardzo osobiste wspomnienie o Marku Rostworowskim (1921-1996), artyście malarzu, historyku sztuki, b. kuratorze Zbiorów Czartoryskich – Oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie, autorze kilku znakomitych i słynnych wystaw, m.in. "Polaków portret własny" (1979), "Żydzi polscy" (1989), "Tadeusz Kantor" (1995). Wspomnienie to zostało napisane przez Jego przyjaciela, Profesora Stanisława Mateusza Gąsiorowskiego, geologa, poetę i myśliciela, też już nieżyjącego.





O MARKU ROSTWOROWSKIM WSPOMNIENIE





STANISŁAW MATEUSZ GĄSIOROWSKI






Marek Rostworowski



"Starą kruchtę przy kościele odbudowano w roku 1853 i wówczas zniszczono dziwny nagrobek: D.O.M. Antoni Dobiński B.K. zmarły 1766 r. ŻYŁEM BO CHCIAŁEŚ, UMIERAM BO KAŻESZ, ZBAW BO MOŻESZ".

(Słownik geograficzny..., tom X: "Skalbmierz"; Warszawa 1889).


Te słowa nieznanego skądinąd sąsiada swojej rodziny – Skalbmierz jest niedaleko Wójczy Popielów i Czarków Pusłowskich – Marek Rostworowski wziął do siebie. Jestem tego prawie pewny, choć przez trzydzieści cztery lata bliskiej znajomości nigdy nie mówiliśmy o sobie. Nie było zwierzeń.

W rozmowach ze mną wracał do słów z nagrobka w Skalbmierzu. Zastanawiał się nad nimi, powiedziałbym: drążył je.


Żyłem bo chciałeś

[Karol Hubert Rostworowski, później ojciec Marka] "miał na myśli wstąpienie do albertynów (...) obrosła później legenda mówiąca o tym, jak Brat Albert odmówił Rostworowskiemu przyjęcia, widząc właściwą drogę jego powołania na polu twórczości artystycznej. Ów motyw, od czasu pogrzebowej mowy księdza Michalskiego powtarzający się w różnych publikacjach poświęconych Bratu Albertowi, znalazł dramatyczne ujęcie w postaci 'Huberta' z młodzieńczego utworu księdza Karola Wojtyły Brat Naszego Boga" (Emanuel Rostworowski Popioły i korzenie, Kraków 1985, str. 485-486).

Ja tę historię znam od dzieciństwa nie jako legendę, ale jako fakt; z tym że Karol Hubert Rostworowski miał zapytać Brata Alberta, czemu odmawia mu przyjęcia, jeśli sam, choć dobrze się zapowiadał jako malarz, rzucił malarstwo by poświęcić się ubogim; dlaczego stosuje do niego inną miarę, niż zastosował do siebie? Na co Brat Albert miał odpowiedzieć, że nie wie, ale wie, że tak jest słusznie. Jeśli odmowa Brata Alberta – niedawno kanonizowanego – była natchniona, to Marek Rostworowski możliwość swojego życia zawdzięczał interwencji Boskiej.


Umieram bo każesz

Mówiliśmy kiedyś, że póki dzieła, póty życia. Człowiek umiera nie wcześniej, niż spełnił to, do czego był zdolny; lub nim zmarnował ostatecznie swoje możliwości. (Mieliśmy na myśli nie tylko twórczość, ale także czyny, od bohaterstwa na polu bitwy, do cichego poświęcenia). Wymienialiśmy spostrzeżenia oczywiście bez nazwisk i dat. W tej sprawie byliśmy zgodni. A różniliśmy się nieraz. Najgłębsze z różnic brały się stąd, że mojemu "aut Caesar, aut nihil" on przeciwstawiał postawę, którą bym określił "musi wystarczyć bardzo dużo". Sądzę, że w tym duchu oceniał swoje życie. Przyjrzyjmy się temu życiu.

Odziedziczył zdolności artystyczne i literackie, a także absolutny smak. Dom Mu przekazał tradycję katolicką, szlachecką i polską; znajomość spraw wiejskich i ludu, poza tym znajomość środowisk intelektualnych i wszelkich innych – równie łatwo obracał się w salonie, jak i w chacie i przed kamerami telewizji; poczucie bycia w od zawsze niezmiennie oszalałym świecie Arką Przymierza pomiędzy dawnymi a nowymi laty, dopełnia imponderabiliów.

Tę misję spełniał swoim dziełem, które było różnorodne. Tu wspomnę tylko, (bo piszę tylko wspomnienie, a nie biografię) o wystawach. Korzystają z własnych podwójnych zdolności łączył sztukę ze słowem pisanym i stworzył styl tak oryginalny, że gdyby się nie wiedziało wchodząc, lub zaglądając do albumu, kto jest autorem wystawy, to rozpoznałoby się na pierwszy rzut oka. Poza tym uderza wielostronność. Są pokazane w tych wystawach i "sunt lacrimae rerunt et mentem mortalia tangunt" (co bym przełożył "rzeczy łzy ronią, a my wśród nich żyjemy") i "przeszłość przyszłości", ale także "przyszłość przeszłości"; nostalgia, tęsknota i nadzieja; optymizm i pesymizm; klasyczna powściągliwość i romantyczne rozwichrzenie; krzyk i silentium i rezygnacja przeplatają się. I jak w katedrach gotyckich dzieła sztuki wykładały naukę Kościoła w sposób zrozumiały tak samo dla chłopa mieszczanina i rycerza, tak największe z wystaw Marka Rostworowskiego były przystępne dla wszystkich. Zaś Jemu nie przychodziły łatwo. Między innymi dlatego, że miał nastawienie takie, jak ten krytyk wileński z lat trzydziestych, który powiedział, gdy pewna redakcja wyrzucała mu ociąganie się z artykułem: "oczywiście że wiem, kto jest autorem Pana Tadeusza, ale nim to napiszę, sprawdzam". Współpracownikom Marka Rostworowskiego też musiało być niełatwo.

Natchnienie, oprócz własnej muzy, Marek Rostworowski czerpał stale od trzech osób: swego Ojca, Karola Huberta; od Norwida; i od Mickiewicza – myślę, że w tym właśnie porządku, choć On sam zapewne na pierwszym miejscu postawiłby Norwida.

Wystawy są ulotne. Wbrew tej regule z wystaw Marka Rostworowskiego dużo zostało. Albumy z Jego wystaw nie są bezdusznymi katalogami, jak to zwykle bywa, ale właśnie oddają ducha. Poza tym zostało, oby na zawsze, urządzenie Muzeum Czartoryskich i Muzeum na Jasnej Górze. Wreszcie pozostał fakt historyczny: wystawa Polaków portret własny przyczyniła się do wybuchu polskości na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (wyczuły to ówczesne władze, które kazały zamknąć wystawę, gdy kolejki zwiedzających stawały się coraz dłuższe i dłuższe).

To dla potomności. Przez wielu współczesnych Mu był uznawany, nieraz podziwiany, lubiany, kochany – jak bardzo i przez jak bardzo różnych ludzi, było widać na pogrzebie. Nie tylko przez ludzi. Okoliczne zwierzęta domowe też musiały odczuć jego śmierć, bo w tamtym czasie były wyraźnie nieswoje.

Był także ogólnie szanowany; myślę, że za wrodzone poczucie fair play. Tu uznam się za zwolnionego z dyskrecji i jako ilustrację opowiem o zasłyszanej rozmowie miedzy Nim a moim Ojcem. Był rok 1949 lub 1950. Byliśmy wtedy ścieśnieni we własnym domu (obowiązywały "normy" zasiedlenia, zdaje się 8 metrów kwadratowych na osobę), nie miałem gdzie się podziać. Padał marcowy, lub październikowy deszcz i bardzo mi się nie chciało wychodzić do ogrodu, nie mogłem nie słyszeć przez zamknięte drzwi rozmowy z sąsiedniego pokoju. Marek Rostworowski zapytał, czy może zdawać egzamin (ze sztuki starożytnej). Mój Ojciec się zgodził. Pamiętam pierwsze pytanie "O czym chciałby pan mówić? – podobno nieraz tak zaczynał, i studenci bardzo się tego bali, może dlatego że następne było "Dlaczego o tym właśnie?" I pamiętam zakończenie: "Bardzo dobrze, proszę o indeks". Na to Marek Rostworowski, że już mu był wpisał do indeksu notę. Okazało się, że kilka miesięcy wcześniej przyszedł do mojego Ojca powiedzieć, że ma nóż na gardle, nieoczekiwanie wyznaczono mu zaraz termin magisterium, do absolutorium brakuje mu tylko zaliczenia egzaminu właśnie ze sztuki starożytnej, a nie jest wystarczająco przygotowany, ale musi zaryzykować, za co z góry przeprasza. Wtedy mój Ojciec, (trzeba pamietać, ze były to czasy apogeum bolszewizmu w Polsce, Marek Rostworowski mógł być w każdej chwili usunięty ze studiów za pochodzenie i zwłoka mogła mu na zawsze uniemożliwić magisterium) bez egzaminu wpisał do indeksu "bardzo dobrze" – o czym następnie zapomniał. Nie mógł Mu wpisać innej noty, i nie mógł Mu powiedzieć, że wobec tego wymaga, aby zdał egzamin później, bo się to samo przez się rozumiało; a Marek Rostworowski nie mógł nie przyjść zdawać, i musiał zdać tak, jak zdał. Nie zazdroszczę Mu. Każdy, kto zdawał większy egzamin wie, ile trzeba się nauczyć, aby być pewnym, że uda się na "bardzo dobrze", a nie na przykład na "dobrze". W ogóle wszystko w tej historii rozumiało się samo przez się.

Poczucie fair play było dla Marka Rostworowskiego tak naturalne, że prawdopodobnie sam go w sobie nie zauważał, tak jak nie myśli się o tym, że się oddycha. W Jego przypadku ta analogia jest zła. Zdawał sobie sprawę ze swojej dziedzicznej, konstytucjonalnej kruchości płuc, serca i krążenia krwi. Co najmniej przez ostatnie dwadzieścia lat – mniej więcej odkąd zaczęły powstawać jego główne dzieła – oswajał się z własną śmiercią. Postawił sobie termin. Kilka lat temu była mowa o czymś (nie pamiętam, o co chodziło), co miało nastąpić w roku 1998. "Ja tego nie dożyję" – powiedział.


Zbaw bo możesz

Czułem się upoważniony do skreślenia tych słów przez samego Marka Rostworowskiego. Bowiem ostatnia rzecz, którą napisał już w szpitalu, była o moim Ojcu (w: Salwator i Świat, nr 20). Czytamy tam między innymi: "(...) nawiązała się przyjaźń. Stanisław (Jan) Gąsiorowski należał do najbliższych mi osób ze starszego pokolenia. Przyjaźń obu domów trwa nadal (...)".










Copyright © 1997-2004 Zwoje