CARL MICHAEL BELLMAN :
ISTNIENIE KARCZEMNE





LEONARD NEUGER






Carl Michael Bellman.
Mal. Per Krafft, 1779.


"Carl Michael Bellman przyszedł na świat 4 lutego 1740 roku w Sztokholmie" – tak niewątpliwie powinno zaczynać się każde przyzwoite Posłowie do utworów Bellmana. Czytelnik świadkiem, że i my tę powinność już spełniliśmy. A spełniwszy... zdumieliśmy się. Uzmysłowiliśmy sobie bowiem, że w tym pierwszym, najniewątpliwszym pod słońcem zdaniu, tylko jeden człon, mianowicie: "przyszedł na świat", może być dla polskiego czytelnika zrozumiały, a i to wyłącznie dzięki temu, że umieszczony został w książce literackiej, gdzie akt urodzenia nie domaga się wyjaśnień. Cóż jednak znaczyło pojawić się na świecie akurat w 1740 roku, w Szwecji, w jej stolicy, właśnie dla człowieka nazwiskiem Bellman i co to był za człowiek – to trzeba opowiedzieć, i to w takiej kolejności, by opowieść rozwijała się przejrzyście i z korzyścią dla jej bohatera.


4 lutego 1740, w Szwecji

Jesienią 1697 roku Riksdag uznał niespełna 18-letniego następcę tronu Karola za pełnoletniego i powierzył mu koronę. Szwecja żegnała XVII wiek z nadzieją na demokratyzację, zmiany w polityce wewnętrznej zapewniające wszystkim stanom dobrobyt i zmiany w polityce zagranicznej dające szanse pokoju. Mniej więcej wtedy przybył do Szwecji niemiecki prapradziadek Bellmana w linii męskiej, pewnie skuszony jakimi takimi perspektywami.

Rachuby te okazały się nietrafne. Karol XII był władcą despotycznym, obciążenia podatkowe utrzymał, a nawet zwiększył, wojna wisiała w powietrzu. Do stałego w owym czasie zagrożenia duńskiego doszło zagrożenie rosyjskie, Piotr I bowiem za wszelką cenę chciał uzyskać dostęp do Bałtyku, a można to było uczynić tylko kosztem Szwecji lub Polski, lub też obu, oraz zagrożenie polskie czy polsko-saskie.

Zawiązano odpowiednie sojusze i wiosną 1700 roku król Polski August II rozpoczął Wojnę Północną. W sukurs pospieszyli mu król duński i Piotr I. Nie znaczy to, że Szwecja odgrywała w tym spektaklu rolę niewinnej ofiary: była dobrze uzbrojona, miała silną armię oraz ochotę na udzielne panowanie w basenie Morza Bałtyckiego.

Pierwsza faza wojny była dla Karola XII pomyślna. Z Duńczykami i Polakami poszło dziecinnie łatwo, wojska zaś Piotra I, mimo trzykrotnej przewagi, dostały pod Narwą od Szwedów tęgiego łupnia. W konsekwencji Karol XII zajął stopniowo Polskę (wprowadzając na tron Stanisława Leszczyńskiego), Saksonię, oswobodził Inflanty i podpisał korzystny pokój z Duńczykami. Do pełni szczęścia brakowało tylko politycznego ugruntowania zwycięstw, a to nie było takie łatwe. Stanisław Leszczyński miał za sobą tylko część szlachty, Sasom nie można było ufać, Piotra I lepiej było nie lekceważyć. Stąd stała potrzeba okupacji zagarniętych ziem oraz czujności na własnych, zamorskich...

Jesienią 1708 roku wojska szwedzkie rozpoczęły marsz na Rosję, licząc na niezadowolenie ludności z tyranii wielkiego reformatora oraz na pomoc Polaków i hetmana ukraińskiego Jana Mazepy. Zatrzymały się pod miejscowością Połtawa w oczekiwaniu na polsko-ukraińskie posiłki i na koniec wyjątkowo tego roku ostrej zimy. Znamy ten scenariusz Historii na pamięć, lecz wodzowie zawsze poznają go na własnej skórze... Mazepa został przez Rosjan unieszkodliwiony, Polacy nie nadeszli, zima zaś, groźna ukraińska zima, dopełniła nieszczęścia. Znamy to wszystko, znamy... Zdziesiątkowana chorobami armia, druzgocąca klęska, paniczny odwrót. Karol XII cudem uratował życie, a jeśli wierzyć Wolterowi, ocalił go Stanisław Poniatowski, ojciec późniejszego króla. Wielka Historia dyktująca Wielkie Opowieści zaczęła właśnie pisać tragiczny epilog dla Polaków i Ukraińców. Mazepa powróci jako tragiczny bohater romantyczny zarówno w literaturze ukraińskiej, jak i polskiej. Dzieje przegranej bitwy Karola XII nie musiały czekać na romantyzm: kusiły wymiernym i wzniosłym kształtem oraz oznaczały porażkę militarną, polityczną, czy tylko strategiczną, nie zaś rozbestwione szaleństwo Historii. Opisał te dzieje Wolter.


Co to ma wspólnego z Bellmanem?

Nie piszemy historii Szwecji; wnikliwy Czytelnik zauważył zapewne, że zabawiliśmy dość długo w okresie, którego Carl Michael Bellman na oczy nie mógł oglądać. Mimo to uważamy, że Czytelnikowi należy się epilog szwedzkich nie spełnionych snów o potędze. Karol XII uciekł do Turcji (to znaczy przebywał na terenach dzisiejszej Rumunii) pragnąc doprowadzić do umożliwiającego rewanż na Rosji aliansu z Turcją. Gdy to się nie powiodło, powrócił w 1714 roku do kraju – misja trwała długo, któryż z szefów państw mógłby sobie dzisiaj pozwolić na pięcioletni okres zdalnego kierowania nawet najbardziej lojalnym względem niego państwem? – powrócił i na otarcie łez postanowił, tym razem wbrew stanowisku polityków szwedzkich i lekceważąc nastroje społeczne, zająć Norwegię. Pierwsza próba nie udała się. W 1719 roku po raz drugi ruszył na Norwegię, tym razem na twierdze broniące dostępu do dzisiejszego Oslo. Podczas oblężenia Fredrikssten wystrzelona kula trafiła Karola XII w głowę. Zginął na miejscu: kto strzelał? Zacięty w oporze Norweg czy zacięty w nienawiści Szwed? Tego nie dowiemy się nigdy.

Co to wszystko ma wspólnego z Bellmanem, który przyjdzie na świat 31 lat później? Odpowiedź jest jednoznaczna: nic. Największy poeta szwedzki nie miał nic wspólnego z mocarstwowym, heroicznym, choć zaprawionym klęską, okresem historii swego kraju. I nie o to chodzi, że Oświecenie było epoką ahistoryczną – bo to nieprawda – czy że nie pisano w epoce Bellmanowskiej w Szwecji utworów heroicznych w oparciu o temat historyczny – pisano, choć nie o Połtawie, klęska bowiem nie najlepiej nadawała się do celów propagandowych, na tragedię była jeszcze za świeża, a masochistyczną rozkosz niedawnej klęski poznał dopiero romantyzm. Chodzi o to, że Bellman nie imał się Wielkiej Historii. Największe potyczki rozgrywają się u niego w karczmach; najwaleczniejszych czynów dokonują w nich ludzie, których Wielka Historia nigdy o zdanie nie pyta; największe namiętności polityczne wywołują doniesienia prasowe, ale nie są to największe z namiętności postaci Bellmanowskich. Jeśli opowiedziałem jednak tę   ż o ł n i e r s k ą   historię Karola XII w kontekście bellmanowskim, to po to, by tym mocniej podkreślić   c y w i l n y   charakter poezji Bellmana. Zamykając się na żołnierski heroizm, odkrył poeta bogactwo świata cywilnego: dziewczyn zajmujących się maglowaniem, przeniesionych do cywila żołnierzy, szynkareczek, prostytutek... słowem tych wszystkich Mowiców, Mollbergów, Berjstremów, Nurstremów, Ulli Winblad, Kajs Styn i wielu innych, niekoniecznie szwedzkich bohaterów. Analizie twórczości Bellmana poświęcimy w dalszym ciągu osobne miejsce. Na razie czujemy się usprawiedliwieni z historycznej dygresji na temat Karola XII i śpieszymy opowiedzieć o czasach, które Carl Michael Bellman oglądał na własne oczy.


Epoka wolności i czasy Gustawiańskie

Kiedy wierni żołnierze nieśli ciało Karola XII na marach, kiedy ciało to spoczęło w krypcie kościoła Riddarholm w stolicy – zmiany ustrojowe były już przygotowane. Szwecja weszła w okres monarchii konstytucyjnej. Już następny panujący został przez Riksdag, to znaczy przez szlachtę, duchowieństwo, mieszczaństwo i chłopstwo,  w y b r a n y. Stopniowo na czoło polityki szwedzkiej wysunęły się dwie rywalizujące z sobą partie polityczne: Kapelusze i Czapki. Kapelusze wraz z partią dworską reprezentowały głównie arystokrację, biurokrację, bankierów i kupców; Czapki – młodą szwedzką burżuazję; optowały za merkantylizmem w ekonomii; w polityce zagranicznej opierały się na sojuszu z Francją. Czapki prowadziły bardziej restryktywną politykę funduszami Królestwa, ostrą politykę antyinflacyjną. Na przykład w 1766 roku zakazano spożycia: kawy, czekolady, ponczu, wina itd. Protekcjonizm został prawie zarzucony, kredyty ograniczono. W polityce zagranicznej Czapki opierały się na Rosji i Anglii.

Trwające 50 lat rządy raz jednej, raz drugiej partii noszą w historii Szwecji miano "epoki wolności". Nie jest to okres cieszący się w Szwecji dobrą prasą. Tej pierwszej w historii kraju próbie demokracji towarzyszyły wybuchy społeczne, gwałtowne zmiany koniunktury (dotknęło to także najbliższą rodzinę Bellmana: jego rodzice zbankrutowali, tracąc cały majątek w 1763 roku), inflacja, bolesne zmiany w stratyfikacji społecznej, brudne machinacje partyjne, korupcja, pauperyzacja wielkich grup społecznych, upadek obyczajów, ingerencje Rosji, Anglii i Francji, których ambasady nie szczędziły pieniędzy na łapówki dla chciwych i słabych polityków, przegrane wojny, które doprowadziły wreszcie do utraty części Finlandii (na rzecz Rosji), dodajmy – jedynych ziem, które ostały się jeszcze Szwecji po klęsce Karola XII.

Wydaje się jednak, że ta lekcja demokracji miała i lepsze strony; nastąpił, mimo chwiejnych koniunktur, wzrost znaczenia mieszczaństwa, a co za tym idzie rozwój przemysłu i handlu, nastąpiła znaczna aktywizacja wielu grup społecznych, wreszcie ferment, który w wielu dziedzinach życia prowadził do niepewnych rezultatów, gdzie indziej przyniósł wielkie osiągnięcia. Dyskusja nad reformami, walka polityczna itp. znalazły żywy oddźwięk w korzystającej z wolności druku właśnie powstałej prasie. Działali tej miary uczeni, co Linneusz (Carl von Linne), Anders Celsjusz, Christofer Polhem; czy myśliciele, jak Emanuel Svedenborg; działali wybitni malarze, jak Johan Tobias Sergel, Per Krafft Starszy, Gustaw Lundberg, Lorentz Pasch, Elias Martin; czy architekci – Carl Hårleman [wym. Horleman] 1), Carl Fredrik Adelkrantz, Carl Johan Cronstedt czy – nieco później – Erik Palmstedt. W literaturze kwitło Oświecenie – niekoniecznie bezpośrednio związane z "epoką wolności": Hedvig Charlotta Nordenflycht [wym. Nudenflykt], Gustaf Fredrik Gyllenborg [wym. Jilenborg], Joan Henrik Kellgren [wym. Cielgren], Gustaf Philip Creutz czy Carl Michael Bellman.

W 1771 roku objął tron Gustaw III, który natychmiast spróbował zamachu stanu. Zajmiemy się nim trochę bliżej, albowiem spora część dojrzałej twórczości Bellmana przypada na okres jego panowania. Król otaczał artystów, w tym i Bellmana, opieką, także finansową, a poeta wyraźnie sympatyzował z królem, nawet wtedy, kiedy nie można już było z tego względu spodziewać się pochwał. Zatem Gustaw III zaczyna swoje panowanie od udanego zamachu stanu. Tłum sztokholmski, nie tak dawno wiwatujący z okazji uzyskania władzy przez Czapki, teraz entuzjastycznie wita króla. Może dlatego, że trudy demokracji okazały się na dłuższą metę zbyt dotkliwe, wszak za zmienną koniunkturę ów ludek zwykle płaci najwyższą cenę? A może sprawiła to wielka osobowość króla: świetnego mówcy, pisarza-intelektualisty, który zamach świetnie, także propagandowo, przygotował i udokumentował? Wiemy na pewno, że Bellman zamach poparł z całego serca. Kto wie, czy gorzkie uwagi, jakie nieco wyżej poświęciliśmy epoce wolności, nie są nieświadomie przez nas powtórzonymi argumentami propagandy gustawiańskiej? Dość że przemawiając w upokorzonym jednak Riksdagu Gustaw potrafił wzbudzić entuzjazm.

Gustaw III przeprowadził zmiany prawne wzmacniające władzę królewską. Za bazę społeczną swej władzy uznał szlachtę, za model ekonomiczny – fizjokratyzm. Przeprowadził między innymi reformę walutową, zniósł wiele dni świątecznych, zmonopolizował gorzelnie (dotąd pędzono alkohol w gospodarstwach domowych!), otworzył państwową loterię, co interesuje nas tym szczególniej, że w pewnym momencie życia znalazł tam zatrudnienie Bellman. Oprócz tego Szwecja otwarła się na kapitały obce oraz zezwoliła na osadnictwo cudzoziemców, i to gwarantując im tolerancję religijną (katolikom, żydom). Trzeba powiedzieć, że dzięki pomyślnej koniunkturze i znakomitemu doradcy, Johanowi Liljenkrantzowi, polityka ta odniosła sukces. Nie oznacza to, że przeprowadzenie jej nie napotkało oporów społecznych. Za reformy płaciło chłopstwo i mieszczaństwo, narastał opór przeciw tolerancji wyznaniowej i narodowościowej, jedną zaś z konsekwencji tego oporu było wprowadzanie coraz ostrzejszej cenzury. Wreszcie na Riksdagu w 1786 roku spotkał się król ze zmasowanym oporem tzw. "patriotów" (Partia Ludowa), dawnych Czapek oraz grupy posłów skaptowanych przez ambasadę rosyjską.

Król poszedł wówczas na daleko idące ustępstwa werbalne, raz jeszcze korzystając ze swych talentów krasomówczych. Wyciągnął jednak z tego przesilenia politycznego wnioski, które zwykliśmy nazywać właściwymi. Oto zauważył, że opozycja składa się głównie z warstw wyższych, to znaczy tych, które dotychczas uznawał za swą bazę społeczną. Natomiast chłopstwo i mieszczaństwo wykazuje prokrólewskie sympatie, jakkolwiek domagając się reform społecznych i ekonomicznych. Postanowił tedy wykonać coś, co dzisiaj nazywamy woltą polityczną, i oprzeć się na stanach dotąd spychanych przezeń na margines, to znaczy na mieszczaństwie i chłopstwie.

W 1788 roku, po nieudanych wojnach z Rosją – gdzie król wykazał się sporą indolencją militarną, którą dziś niektórzy uczeni tłumaczą ograniczeniem zdolności dowódczych wskutek zamroczenia alkoholowego – Gustaw III dokonał powtórnego zamachu stanu. Tym razem postawił na chłopstwo i mieszczaństwo. Chłopi, grupa reprezentowana w Riksdagu, nie znająca poddaństwa, a poza tym nie tak wyniszczona ekonomicznie, jak w Polsce, uzyskali przywileje podatkowe, prawo wykupu i posiadania ziemi, pastwisk, lasów itp. stając się w jakimś sensie nową grupą społeczną. Zyskali na reformach także mieszczanie i duchowieństwo. Król był przyjacielem i dobroczyńcą artystów i uczonych (sam zresztą także parał się piórem), sprzyjał rozwojowi kultury, tworzył muzea, teatry, opiekował się architekturą, założył, wzorowaną na francuskiej, Akademię Szwedzką itd. Natomiast dla szlachty stanowiły te reformy poważne zagrożenie.

W 1792 roku grupy opozycyjne zjednoczyły się i – wobec popularności króla i jego polityki – zdecydowały się na działalność konspiracyjną. Grupa oficerów, arystokratów i wysokich urzędników przygotowała zamach. 16 marca nadarzyła się sposobność: w Operze Sztokholmskiej wyprawiany był bal maskowy i tam właśnie Jakub Johan Anckarström oddał śmiertelny, jak się okazało, strzał: Gustaw III zmarł w dwa dni później. Balem maskowym zainteresowała się literatura światowa oraz opera i pozostał on trwałym, symbolem w kulturze europejskiej. Szwecją natomiast zajął się brat Gustawa III, związany z opozycją. Nastąpiła gwałtowna reakcja na – jak to nazywano – "tendencje jakobińsko gustawiańskie": wprowadzono cenzurę, która stopniowo zbliżała się do obłędu, a nawet obłęd osiągała, przeprowadzano czystki, procesy pokazowe... Polskiemu Czytelnikowi nie musimy dodawać, że represje skoncentrowały się na ludziach pióra, dłuta i rozumu. W 1795 roku rozwiązano Akademię Szwedzką. (Wszelakoż nie na zawsze: istnieje ona do dziś, część jej działalności znana jest całemu światu dzięki przyznawaniu Nagród Nobla.) Niektórzy pisarze wraz ze śmiercią króla stracili oparcie materialne, środowiska intelektualne uległy rozbiciu; pozbawiony dochodów Bellman wylądował w 1794 roku w więzieniu (za długi) i przesiedział tam ponad dwa miesiące...

Zarówno za panowania Gustawa III jak i później zainteresowanie "polskimi afferami" było spore, co wiązało się przede wszystkim ze stałymi napięciami politycznymi między Szwecją a Rosją. Wypadki z 1772 roku, zakończone pierwszym rozbiorem Polski, wywołać musiały w Szwecji spory rezonans, skoro w 45. Fredmanowym Posłaniu nieszczęsny Mollberg został w karczmie Rostock pobity jako poplecznik Polaków; napotkamy zresztą u Bellmana kilkakrotnie przychylne określenia naszych rodaków. Najzabawniejszy w tym względzie jest mało znany utwór Bellmana, będący zapewne częścią zamierzonego cyklu, który – zauważmy – przypomina jakąś XVIII-wieczną "Zieloną Gęś":

Klub nr IV
A propos Krakowa


      Jenssen
Że co? Ja powiadam jako ta osoba szacowna oraz jako te drugie osoby, że te tam polskie afery, że te, te, te, te, jak widać... co chciałem powiedzieć, te, te, te, te tam pójdą w diabły, bo Kraków widzicie.
      Chór
Kelner!
Proszę wina dwa.
Kra, Kra, Kra.
Do Krakowa Rusek wpada.
Trudna rada.
Cyk, wypijmy! Rusek włada!
      Lundholm
Nie byłoby w tym nic dziwnego, moi panowie, albowiem mam honor oświadczyć, że Polska właśnie leży na Oceanie Urojonym!
      Jenssen
Pijcie, panowie.
      Lundholm
No i teraz cała rosyjska flota skupiła się w Krakowie.
      Stenbit
Jak to?
      Lundholm
Ja powiadam, jako pan Prezes, że to jest okropnie tłusty kraj; tam są woły wielkie jak Wojewody.
      Stenbit
Wybacz, mój panie, Polska leży na górze, a wieże kościelne to widać aż do Szczecina.
      Lundholm
Ona leży u diabła samego, a nie na jakiejś górze.
      Stenbit
Nie ma sprawy, drobiazg, zbratajmy się.
      Chór
Kelner! Jeszcze wina dwa...
      Stenbit
Ale a propos Ruska: braciszku, czy aby Sybiria nie leży także w Polsce, no jak? Biorąc pod uwagę polskie futra skórą do spodu... Czy może Turek jeszcze sprawuje rządy?
      Lundholm
Całuj Turka w d...
      Chór
Kelner!
Dołóż wina dwa...
      Jenssen
Niechże sobie, do kroćset, rządzi Polską, kto chce: diabeł stary, czy notariusz koronny, hycel koronny, czy też skarbnik pieczęci! Ja podtrzymuję moje zdanie, że Rusek weźmie Kraków. Bezsprzecznie, moje wy kanalie! A teraz dobranoc, bracia.
      Chór
Kelner!
Weź te wina dwa.
Kra. Kra. Kra.
Do Krakowa Rusek wpada.
Trudna rada.
Cyk, wypijmy! Rusek włada!

Przyznajmy zatem, że zainteresowanie Polską było spore, ludek sztokholmski dzielił się na zwolenników i przeciwników naszego kraju, a wiedza geograficzna i świadomość realiów polskich były niskie, choć na tyle dla Bellmana zabawne, że godne zanotowania. Rosjan w Szwecji obawiano się, istniały tu poza tym resentymenty związane ze stratami terytorialnymi właśnie na rzecz Rosji, stąd powtarzająca się niechęć do rosnącego w potęgę Imperium. Sam Gustaw III w okresie trwania Sejmu Wielkiego napisał traktat, który, przetłumaczony na język polski, kolportowany był wśród posłów: O niebezpieczeństwie wagi politycznej albo wykład przyczyn, które zepsuły równoważność na północy, od wstąpienia na tron rosyjski Katarzyny II. W traktacie tym Rosję uznawał za główny czynnik destabilizujący równowagę na północy Europy. Polsce zatem wyznaczał ważną rolę w przyszłej, jak zapewne marzył, Europie, z istotną dla europejskiej równowagi osią Warszawa-Sztokholm.

Znów czujemy się w obowiązku zakończyć ten rozdział króciutkim epilogiem. Rządy brata królewskiego nie trwały długo: już w 1795 roku caryca Katarzyna poparła kandydaturę Gustawa IV Adolfa, syna Gustawa III, na króla Szwecji, a uczyniła to między innymi pod warunkiem uznania przez Szwecję zaboru Polski. Gustaw IV Adolf wciągnął swój kraj w wojny z Francją i Rosją, przegrywając wszystkie. W efekcie Rosja zagarnęła pozostałą, ostatnią już, część Finlandii. 29 marca 1809 roku Gustaw IV Adolf abdykował w wyniku udanego zamachu stanu. Epoka dobiegła końca.


W Sztokholmie

Nazwa Stokholm [Sztokholm] wywodzi się od nazwy cieśniny Stocksund (sund – "cieśnina") między jeziorem Mälaren [wym. Melaren] a Bałtykiem. Słowo stock znaczy po szwedzku "pień", słowo holm znaczy "wysepka"; zapewne we wczesnym średniowieczu nad jeziorem rozsiadły się stocznie, pnie zaś i odpady drzewne niesione z prądem zatkały cieśninę tworząc wyspę. Z czasem zaczęto Sztokholmem nazywać kompleks wysp, z których część zachowała w nazwach informację o swej geograficznej specyfice (Kungsholmen, Långholmen, Riddarholmen). Oczywiście stopniowo ten kompleks wysp uznawanych za Sztokholm powiększał się, miasto ekspandowało i czyni to do dnia dzisiejszego, a miejsca jak na razie jest dosyć, w skład Archipelagu Sztokholmskiego wchodzi bowiem około 25 000 wysp i wysepek!

W XVIII wieku życie miasta koncentrowało się na wysepce zwanej Staden czyli Miasto (dzisiejsze Stare Miasto); tam na północnym brzegu leżał (i leży) zamek królewski, tam tętniło życie. Bywa ono opisywane w najczarniejszych kolorach. Na niewielkim obszarze mieszkało lub działało 72 000 ludzi.




Sztokholm, Stare Miasto.
(Fot. Andrzej Kobos, 2004.)


Było to inferno wrzasku, brudu, smrodu, ciasnoty. W wąskich ulicach i zaułkach przelewały się tłumy mieszczan usiłując jakoś ominąć nieczystości; ryczały, kwiczały, rżały zwierzęta, a wszelkie nie kwalifikujące się do użytku odpadki wrzucano do wszędzie obecnej wody.




Sztokholm, Stare Miasto.
(Fot. Andrzej Kobos, 2004.)




Sztokholm, Stare Miasto.
(Fot. Andrzej Kobos, 2004.)


Nic dziwnego, że grasowały epidemie i śmiertelność była spora. Matka Bellmana, w końcu nie należąca do najuboższych warstw, urodziła 21 dzieci, z czego siedmioro (!) dożyło wieku dorosłego.

W centrum tego inferna za czasów gustawiańskich zbierała się Akademia Szwedzka, zbierali się mieszczańscy posłowie do Riksdagu oraz klientela nieprzebranej liczby szynków, kawiarń i zamtuzów. Dokładniej: w Sztokholmie było wtedy 700 karczem, 45 kawiarń, liczby zamtuzów nie udało się, w dostępnych nam opracowaniach, odnaleźć. Tutaj spotkać można było Jeana Fredmana, Ullę Winblad, Ojców: Movitza [wym. Mowica], Berga Bergströma [wym. Berjstrema], kaprala Mollberga, Norströma [wym. Nurstrema], karczmarki: Matkę Maję czy Babunię na Thermopolium Boreale. Nie opowiemy losów wszystkich tych postaci, gdyż stanowią one zaledwie pierwowzory bohaterów Bellmanowskich i nie mamy zamiaru nawet sugerować tożsamości Fredmana, tego z życia, z Fredmanem, tym u Bellmana. Niemniej trochę trzeba o nich opowiedzieć, albowiem dzięki Bellmanowi wrosły w krajobraz sztokholmski i, niektóre z nich, obrosły legendą. Nie ma powodu, by cała ta otoczka legendarna miała wpłynąć na polską recepcję Bellmana, warto jednak wiedzieć, że stanowi ona ważny element lektury Bellmana w Szwecji oraz powoduje silne osadzenie poety właśnie w Sztokholmie.

Jean Fredman urodził się w 1712 lub 1713 roku w Sztokholmie. Rodzice byli zegarmistrzami i widzieli Jeana jako dziedzica swego dorobku, zawodu i dobrej reputacji. W 1736 roku Jean wyzwolił się na mistrza, co pozwalało mu na otwarcie własnego zakładu, w 1741 roku został przyjęty w skład starszyzny cechowej, zaś w 1745 roku został nadwornym zegarmistrzem. Krótko mówiąc, przypadły Fredmanowi wszystkie zaszczyty, jakich zegarmistrz mógł w owym czasie dostąpić. Trzeba tu dodać, że słynne sztokholmskie zegary w Storkyrkan [wym. Sturszyrkan] i Riddarholmskyrkan [wym. Ridarholmsszyrkan] są jego roboty! 17 listopada 1745 roku ożenił się z bogatą, choć starszą od siebie o 12 lat Katarzyną Lindberg. Małżeństwo okazało się fatalne; państwo Fredmanowie dużą część czasu spędzali w sądach, a ich problem dopiero definitywnie rozwiązał w 1752 roku zgon Katarzyny. Jednak Jean popadł z tego wszystkiego w alkoholizm, i dostał się w złe towarzystwo i stopniowo utracił honory, reputację, pieniądze i pozycję. Może nie umiał żyć w samotności? A może Katarzynę mimo wszystko kochał? Tego już się nie dowiemy. Kiedy dostał się na karty Posłań i Pieśni Bellmana, był już rozpijaczonym włóczęgą. 9 maja 1767 roku zmarł, jego duch wszelakoż patronował nadal wszystkim Fredmanowym Posłaniom, Fredmanowym Pieśniom i niektórym innym utworom Bellmana.

Ulla Winblad przyszła na świat 15 czerwca 1744 roku w ubogiej rodzinie. Jeszcze wtedy nazywała się Maria Kristina Kielström [wym. Cielstrem]. Dopiero później, gdy weszła w wiek dorosły, przylgnęło do niej nazwisko jej macochy, Ulla Winblad, głównie wśród przyjaciół i klientów ze sztokholmskich knajp i zamtuzów. Przylgnęło tak mocno, że nawet raz, w 1770 roku, została pod tym przybranym nazwiskiem zameldowana, zresztą z adnotacją: "podejrzane prowadzenie się". Z żalem musimy bowiem stwierdzić, że Ulla nie prowadziła się dobrze. W 1773 roku poślubiła Erika Norströma [wym. Nurstrema] i wyjechała z nim do Norrköpingu [wym. Norciepingu], gdzie, sądząc z rozmaitych notatek służbowych, nie zmieniła zasadniczo trybu życia. W 1782 roku, po śmierci męża (w izbie wytrzeźwień), powróciła do stolicy i w 1786 roku wyszła powtórnie za mąż za Erika Lindståhla [wym. Lindstola]. Erik był od niej o jedenaśvie lat młodszy i dość szybko zaczęła mu dokuczać reputacja żony; skarżył się na Ullę, podawał ją do sądu (w 1787 roku). Ta z kolei narzekała na Bellmana, który tak specyficznie ją uwiecznił... 20 stycznia 1798 roku "ukochana małżonka Woźnego Eryka Lindstola" wyzionęła ducha.

Lorentz Mollberg, wielki sympatyk Polski i Polaków, był krótko właścicielem fabryczki na Narożnej [Hornsgatan 22], odziedziczonej po wuju, której nie umiał jednak utrzymać. Następnie w swoim mieszkaniu otworzył szkołę tańca, też bez większych sukcesów finansowych. W 1756 roku ożenił się z panną Marią Elisabet Reich, z którą miał trójkę dzieci. Na skutek kiepskich interesów i niezaradności życiowej popadł w biedę, próbował zaradzić jej wstępując do wojska: w 1762 roku był jeźdźcem, w 1769 zaś – nieco awansował. Nie wydaje się prawdopodobne, by kiedykolwiek dochrapał się kaprala. Zmarł 3 marca 1772 roku w skrajnej nędzy.

Ojciec Mowic, czyli Fredrik Movitz, urodził się w Sztokholmie w 1721 roku jako syn oberżysty, Josepha Kristiana Movitza. Był dzieckiem nad wiek rozwiniętym: zapisany w wieku lat 12 do trywium, błyskawicznie opanował małą katechezę, a nawet elementy dużej, oraz, w pewnej mierze, sztukę pisania, co pozwoliło na przeniesienie go do klasy V. Nie wiemy dokładnie, jakie przeciwności losu przerwały tak błyskotliwie zapowiadającą się karierę, dość że w niedługim czasie spotykamy młodego Mowica w roli ucznia w zakładzie perukarskim, a już w 1752 roku w artylerii w charakterze ciury. W 1752 roku zostaje uczniem saperskim, a w 1755 – młodszym saperem, który to tytuł do końca życia zachował. Niestety, przeciwności losu znowu dały znać o sobie: na skutek wypadku przy pracy w 1763 roku Mowic zostaje zwolniony z służby, jako inwalida. Zostaje oberżystą, a ponieważ najtrwalszym źródłem wiedzy o człowieku są akta policyjne, wiemy, że 6 lipca 1776 roku musiał on zapłacić karę za to, że nie powiesił w stosownym miejscu dowodu opłaty miesięcznej za prowadzenie karczmy. Wszechstronność zainteresowań Mowica nie pozwalała mu na ograniczenie się tylko do zawodu oberżysty. Był dobrym rzemieślnikiem – produkował parasole; był także cenionym organizatorem uroczystości towarzyskich, kompanem, o którym krążyły legendy. Trzykrotnie żonaty, z pierwszego małżeństwa miał trzech synów; zmarł 29 maja 1779 roku, a z przedmiotów, które po nim zostały, najcenniejsza okazała się basetla wyceniona na 12 szylingów.




Carl Michael Bellman:
Fredmans Epistlar   (Fredmanowe Posłania).
Pierwsze wydanie   (1790).
Rys.   Johan Tobias Sergel.


Wśród tłumów przewalających się po Mieście spotkać można było także Carla Michaela Bellmana i jego przyjaciela, znakomitego malarza, sybarytę Johana Tobiasa Sergela, który wielokrotnie portretował Bellmana, między innymi w pięknym wieńcu na medalionie: portret ten znalazł się zarówno w I wydaniu Fredmanowych Posłań (1790) jak i w I wydaniu Fredmanowych Pieśni (1791); i poetę-klasycystę Joana Henrika Kellgrena [wym. Cielgrena] który, choć początkowo Bellmana nie cenił, później do tego stopnia przekonał się do jego twórczości, że sam przygotował I wydanie Posłań: zredagował je i opatrzył entuzjastyczną przedmową.




Carl Michael Bellman.
Rys.  Johan Tobias Sergel.


Nie wiemy na pewno, czy Cielgren, roztrącając przechodniów, śpieszy na spotkanie z Bellmanem: raczej nie... o jego rozpuście bowiem do dnia dzisiejszego krążą legendy. Przez ciemne zaułki Miasta chyłkiem przebiega szczupły mężczyzna w surducie i w kapeluszu zasłaniającym twarz, a może jedzie karetą, tego nie wiemy... To Gustaw III incognito pędzi na spotkanie z Sergelem, bo biedaczek nie może malarza przyjąć kolacją: do stołu królewskiego tylko wyżej urodzeni mają prawo zasiąść... Sergel, Bellman, choć bardzo lubiani przez króla, takiego zaszczytu dostąpić nie mogą.

Jeśli wschodnim wybrzeżem Miasta udamy się na południe w kierunku Śluzy [Slussen] łączącej Melaren z Bałtykiem (ściślej: Jeziorem Słonym), to będziemy szli Nabrzeżem Okrętowym [Skeppsbron]. Tam koncentrowało się życie portowe, tam zawijały obce bandery, szumiało od obcej mowy: Niemcy, Francuzi, Duńczycy, Polacy... tam kwitł handel, także wewnętrzny, stamtąd wypływano na dalekie zamorskie wyprawy oraz na pobliskie wyspy, na których ulokował się przemysł (saletrzarnia, fabryka porcelany itp.), służby penitencjarne (to też nie była byle jaka wyprawa, choć nie w milach morskich liczona!) i rolnictwo. Tam również rozwijały swą działalność usługową szynki, zajazdy, kawiarnie i zamtuzy.

Ale my mijamy to miejsce i posuwamy się dalej, przez most, na południe. Wychodzimy z Miasta i znajdujemy się na Południu [Söder], w dzielnicy Södermalm (słowo malm oznaczało dawniej "tereny podmiejskie"). Skręcamy na zachód, w ulicę Narożną [Hornsgatan] i idziemy stromo w górę mijając liczne (dziś) galerie sztuki. Teraz możemy zatrzymać się i rozglądnąć. To w tych okolicach urodził się i wychował Bellman. Tam też rozlokowanych było najwięcej knajp (290), co nie znaczy, że mieszkało tam wyłącznie podłe towarzystwo. Również tam natknęlibyśmy się na Ullę Winblad, Mowica, Fredmana i innych. Możemy skręcić w dzisiejszą ulicę Bellmana (tam się urodził), możemy zaglądnąć do znajdującego się nie opodal kościoła Marii Magdaleny, gdzie w księgach parafialnych odnotowano fakt jego przyjścia na świat (niestety, księgi te już dawno spłonęły) i gdzie został ochrzczony.

Na wschód od Miasta leżała wyspa Djurgården [wym. Jurgoln], dziś przyciągająca dzieci wesołym miasteczkiem i skansenem połączonym z ogrodem zoologicznym. Wtedy, w XVIII wieku, dzieci nie należało na Jurgoln zabierać, tam bowiem na brzegach kwitło pijaństwo i rozpusta. Na Jurgolnie ulokowany był także przemysł. Warto jednak pamiętać, że – widokowo – jest to jeden z najpiękniejszych zakątków Sztokholmu; miejsce wymarzone na sielankę, powiedzmy gdzieś w okolicach Pierwszej Kolonii [Första Torpet].

Na północ od Miasta leżała dzielnica Norrmalm (norr znaczy "północ"), a na jej południowym brzegu – Opera, gdzie dokonano zamachu na Gustawa III 2); nie opodal widać śliczny kościół św. Jakuba, a na placu za Operą i kościołem wystawiono Karolowi XII pomnik. Bellman nie mógł go jeszcze widzieć. Karol XII stoi na cokole. Po prawej stronie ma Operę. Przed sobą zamek królewski i wodę. Lewą rękę wyciąga zdecydowanym gestem: na wschód! W tej samej dzielnicy, w dzisiejszym śródmieściu, na cmentarzu Świętej Klary, niedaleko wejścia, znajduje się grób Bellmana z pięknym obeliskiem, na którym cieszy oko subtelnym reliefem kopia wspomnianego już medalionu Sergela z podobizną poety. Niestety, nie tam Bellman był pochowany. Kiedy umierał w 1795 roku, rodziny nie stać było na opłacenie tak eksponowanego miejsca spoczynku.




Carl Michael Bellman.
Mal. Pehr Hilleström.



Przygoda dobrego kaprala Mollberga

I.

W 1773 roku w sztokholmskim szynku Rostock miała miejsce dyskusja na bieżące tematy polityczne. Ludek sztokholmski, jak zawsze i wszędzie na kuli ziemskiej, ciekawy był świata, a po kilku piwach sprawy tego świat nie miały już dla niego tajemnic, zdanie miał wyrobione, cios celny. W tym sensie przygoda dobrego kaprala Mollberga niewiele nowego wnosi. Ot, dostał po gębie, bo się sprzeciwiał ogółowi. Możemy najwyżej zapewnić jego ducha, że i dzisiaj, gdyby zmartwychwstał, podobna przygoda mogłaby mu się przytrafić. Ludek w knajpach w toku dziejowego rozwoju niewiele zyskał na tolerancji. Korzystając z takiego zmartwychwstania trzeba by powiedzieć kapralowi Mollbergowi, że wtedy, w 1773 roku, trochę histeryzował. Prawda, że sprzyjała temu rozbita warga, "nos – krwawy ślad", sińce na plecach. Ale – żeby od razu wybierać się na banicję? Wzywać Bachusa i Wenus (nawiasem mówiąc trochę naiwnie, bo Bachus był współwinowajcą zajścia – wypito w Rostocku sporo) i emigrować pod patronatem Apollina? Wymiar antropologiczny przygody Mollberga rozczarowuje. Zresztą w 45 Posłaniu Fredmanowym nie jest on istotny; histeria Mollberga jest widoczna, zdarzenie traktuje się z dystansem.


II.

Mordobicie jako temat literacki? Może i warto by kiedyś takie zagadnienie podjąć. Tutaj jednak chciałbym zatrzymać się przy innych wymiarach tekstu. Autorem wiersza (właściwie pieśni) jest Carl Michael Bellman (1740-1795), jeden z największych poetów szwedzkich. Poeta wchłonięty tak przez kulturę wysoką, a zatem pozycja w tradycji poetyckiej w Szwecji trudna do przecenienia, jak i niską; pieśni Bellmanowskie śpiewane są do dziś, więcej: nie ma chyba Szweda, który nie umiałby zaśpiewać przynajmniej jednej pieśni Bellmana! A to już jest fenomen w kraju, gdzie tradycja poetycka, podobnie jak historia, stanowi terrae incognitae świadomości społecznej. Bellman żyje! Zawdzięcza to zapewne językowi swych pieśni: jędrnemu, trafnemu, lapidarnemu; świetnej muzyce, którą dopasował do tych pieśni; światopoglądowi wychodzącemu zawsze od konkretnych przeżyć, związanych z konkretnymi ludźmi, miejscami; "niskiej" lokalizacji społeczno-symbolicznej swych bohaterów i miejsc: to są stali bywalcy knajp, kumple poety, który sam chętnie i często odwiedzał te "niskie" miejsca. Mamy zatem całą gamę "typków" karczemnych: podoficerów, damy lekkich obyczajów, rzemieślników, pośledniejszych palestrantów itp. Na ich przeżyciach, ich opowieściach, buduje Bellman własny światopogląd poetycki: zachwytu nad urodą świata, radości z fenomenów życia, zabawy, pijaństwa, bachicznych orgii; równocześnie jednak ten fenomenalizm Bellmanowski świadomy jest jakby swoich sprzeczności i uwikłań: uroda świata – "podszyta" jest szpetnym przemijaniem, radość z tak pojmowanego życia – "podszyta" jest lękiem przed śmiercią, zabawy, pijaństwa, orgie – są także przedśmiertnymi paroksyzmami.

"Dyskusja" w szynku Rostock to także pewien wymiar tego światopoglądu. Zachwyt nad światem, lęk przed śmiercią – zawsze u Bellmana indywidualne, własne – wyznaczają pewien obszar uniwersalny. Nie może być żadnych ograniczeń zachwytu! Nie może być jakichkolwiek ograniczeń lęku! Społeczność knajpiana, która we właściwy dla siebie sposób próbuje "stymulować" przedmioty zachwytu, wyznacza zarazem granicę, negowaną granicę tolerancji samego Bellmana.

Skoro tak, to Mollberg dostał po pysku nie jako pijany dyskutant, lecz jako zauroczeniec. W dodatku, podobnie jak wielu bohaterów Bellmanowskiego teatrzyku (pieśni są zdialogizowane, monologizują w nich różne postaci) kapral gra na instrumencie (harfie) i jest poetą. Dostała zatem po pysku poezja! I – konsekwentnie – pół żartem, pół serio – poezja musi w takiej sytuacji udać się na emigrację. Zwłaszcza ta spod znaku Bachusa i Wenus: w Sztokholmie rządzą dla Mollberga prawa silniejszego, prawa społeczne, prawa kodyfikujące, ustanawiające granice zachwytu!! Bachus i Wenus oznaczają, jak się zdaje, nie tylko konwencjonalny w XVIII wieku zwrot: są znakiem transu życia i śmierci, być może zapowiedzią nietzscheańskiego rozumienia Dionizosa.


III.

Szwecja końca XVIII wieku, okresu szwedzkiej złotej wolności i panowania Gustawa III... Tak ją, we wprowadzeniu do głównego dzieła Bellmana, Fredmans Epistlar [Posłania Fredmanowe], z którego omawiane Posłanie pochodzi, omawia Sven Delblanc:

Szwecja jest zadłużona po uszy, państwu grozi bankructwo, inflacja galopuje i zwykły człowiek nie może nic odłożyć do skarpety, jeśli nie powiedzie mu się w hazardzie lub na loterii, podatków i domiarów jest niezliczona ilość i przynoszą korzyści głównie biurokratom, wymiar sprawiedliwości nie jest sam w stanie połapać się we wszystkich nowych prawach i rozporządzeniach, wysokie stanowiska, które obsadza się na podstawie zasług partyjnych i przydatności, na próżno wzdychają awansu, roi się od zakutych w złoto admirałów i generałów, ale nie mamy żadnej floty, żadnej obrony, a Rosjanin wtyka nos w nasze sprawy, nasze gnijące miasta roją się od bezrobotnych, pijaków i kurew, nasi politycy są podli i godni naszej pogardy, a na to wszystko możemy sobie zaaplikować solidnego kielicha, za co nas Wysoka Zwierzchność opodatkuje i później obszczeka: mamy absolutnie zachowywać trzeźwość i dbałość, i chodzić do kościoła, i na spotkania partyjne, i dokładać starań, by długo żyć. A jaką potem będziemy mieli korzyść z tych długich i pozbawionych radości żywotów, tego nikt nie tłumaczy.

IV.

Wielki poeta szwedzki pisał o ludzie karczemnym i tym przeszedł do historii. Ba, jest to lud ani podłej konduity, ani upadły (choć w sensie mieszczańskim jeszcze jak upadły!), ani traktowany paternalistycznie przez – jakkolwiek by było – poetę nadwornego Gustawa III ! Ten democentryzm Bellmana, choć jak widzimy nie bezkrytyczny, godzien jest polskiej refleksji. Prawda, mamy mnóstwo okoliczności łagodzących, mamy pańszczyznę, upadek miast, sarmatyzm, rozbiory, mamy kłopoty z Rosją i kłopoty ze Szwecją, mamy teorię jednego wroga, dwóch wrogów, trzech wrogów; lud zatem albo malowniczo podaje do stołów, albo obywatelskie i podniosłe funkcje pełni, albo walczy. Literatura polska jest bardzo republikańska, może nawet najbardziej republikańska spośród literatur "rojalistycznych" (no, zawsze republikę poezja nasza budowała wokół centralnej postaci króla, niechby to był Król Duch), brakuje jej jednak zwykle podstawy demokratycznej. (Kto wie, czy w Szwecji nie jest przeciwnie, jest demokratyzm, brakuje "rojalizmu"!) Bellman taką podstawę tworzył, rzecz jasna w kręgu myślenia z XVIII wieku. Zdumiewające, ile wspólnych rysów można znaleźć między Bellmanem a... Tuwimem. 150 lat różnicy. Może jest tak, że do takiej poezji potrzebna jest wolność? Skoro tak, to Bellman jest poetą wolnym, domagającym się wolności. Opisane mordobicie w szynku Rostock jest walką o wolność. Bachus i Wenus, i wirtuozi są symbolami świata uniwersalnej wolności. Democentryzm zostaje łatwo zamieniony na swoisty arystokratyzm: są jeszcze na świecie wirtuozi, którzy potrafią zrozumieć wartości kaprala Mollberga. W imię Bachusa i Wenus. Banicja, emigracja wyznacza zatem jeszcze jeden obszar wartości: tym razem są to elitarne wartości wspólnoty kulturalnej. Jak ją nazwać? Europejską? Klasycystyczną? Nie trzeba się tym martwić, kapral Mollberg wróci jutro do Rostocku czy innego szynku. To tylko w rozgoryczeniu grozi nam, że wyjedzie i wybierze wspólnotę dobrego smaku. Ale jest rozgoryczony, bo my – społeczeństwo, my – lud, my – zdrowy trzon zagroziliśmy jego uniwersalnej wolności.


V.

O co poszło? Nie zapytaliśmy, o co w szynku Rostock poszło! Otóż o pierwszy rozbiór Polski. Mollberg grał na harfie taniec polski, automatycznie kojarzący się z Polską, ba, grał taniec, jak to wynika z tekstu, świetnie znany. Towarzystwo knajpiane poprawnie utwór odczytało: jako przywołanie trudnej sytuacji Polski. Wówczas Mollberg otrzymał pierwsze poważne ostrzeżenie, chyba od szewca, który zrzucił mu kapelusz i – żeby nie było niedomówień – dodał: "Po diabła się pchasz w polskie affery? (...) Nie graj polszczyzny! (...) Pamiętaj, od dziś gęba na kłódkę!". To "po diabła się pchasz w polskie affery" weszło na stałe do języka szwedzkiego, choć niekoniecznie wraz z propolskim nacechowaniem, jak u Bellmana. Nie wiem, dlaczego szewc nie lubił polszczyzny. Nastroje proniemieckie były w Szwecji nie tylko w XVIII wieku popularne, może dlatego. A może miał jakieś osobiste powody? Zresztą, dlaczegóż ktoś miałby lubić Polskę? Fakt pozostaje faktem, że Mollberg lubił, a szewc nie. Mollberg, wyobrażam sobie, musiał się niesamowicie zdenerwować, skoro w odpowiedzi, i to tak, żeby wszyscy słyszeli, wystąpił przeciw cenzurze. Jakiejkolwiek, nie tylko tej instytucjonalnej. Jego przemowa warta jest także polskiej refleksji: otóż Mollberg odmawia prawa cenzurowania także ludowi. Więcej: głosi naiwność i nieziszczalność roszczeń cenzuralnych: "nawet sam król nie zdoła, ni dwór, ni władzy ich krąg powstrzymać mych rąk, by (...) grać taniec polski". Następuje, jak się łatwo domyślić, eskalacja konfliktu: na scenę Rostocku wchodzą ekstremiści-fundamentaliści. I tu szalenie ciekawa rzecz: ich interpretacja zdarzeń sprzed niecałego roku w Polsce najwyraźniej powtarza propagandę zaborców: Polska jawi się jako "grzesznica", którą należało – w imię sprawiedliwości – ukarać. Zatem przywołują kategorie winy i słusznej kary, zastosowanej w imię sensu cywilizowanej historii. Dobry kapral Mollberg za darmo zostaje pouczony, co to jest sprawiedliwość, jak ważny jest ład w Europie, co to znaczy niszczyć równowagę europejską, zakłócać spokój, porządek, ład. Za darmo dostaje po mordzie. I wtedy, kto wie, czy nie po raz pierwszy w historii literatury, zwraca się z apelem do intelektualistów ("wirtuozów") europejskich, pomóżcie. W imię uniwersalnej wolności intelektualnej, w imię uniwersalnego prawa do życia, do radości, do bycia sobą.


Carl Michael Bellman

A zatem Carl Michael Bellman urodził się 4 lutego 1740 roku w Sztokholmie, w dzielnicy Południe [Söder]. Jego prapradziadek, jak już wspomnieliśmy, przywędrował z Niemiec; był krawcem i członkiem starszyzny cechowej. Dziadek Bellmana był profesorem wymowy w Uppsali i słynął jako wspaniały improwizator na cytrze. Natomiast ojciec poety był urzędnikiem w kancelarii królewskiej. Krótko mówiąc, poeta pochodził z klasy średniej i mimo kłopotów finansowych rodziców i dramatów związanych ze śmiercią rodzeństwa wychowywał się w środowisku mogącym zapewnić mu harmonijny rozwój, dobrą atmosferę domową i rzetelne wykształcenie. Rodzice nie szczędzili wysiłków, także finansowych, by oddać go w ręce najlepszych preceptorów, dzięki czemu rychło zorientowali się, że matematykiem Carl Michael nie będzie, natomiast że w poezji wykazuje nadzwyczajne uzdolnienia. Dzięki prywatnym nauczycielom poznał też kilka języków obcych, na tyle dobrze, by móc zajmować się tłumaczeniami literatury. Wszystko to bardzo pięknie, ale chleba z tego być nie mogło. Trzeba się było zdecydować: albo zdobycie wysokich kwalifikacji, czyli studia, albo też wyrobnicza praca urzędnicza za darmo (!) lub za głodową pensję. Początkowo Bellman wybrał to pierwsze. Wyjechał do Uppsali i tam rychło zabłysnął wybitnymi talentami towarzyskimi, poznał odpowiednich synów odpowiednich ludzi. Po czym wrócił do Sztokholmu porzucając studia na zawsze.

Oznaczało to, że po stronie aktywów miał dobre ustosunkowania, radosne, huczne życie; natomiast po stronie pasywów – widmo nędzy. No, powiedzmy, że nędzy nie cierpiał, ale wyłącznie dzięki temu, że z ogromnym talentem robił długi. I to jakie jeszcze! W ciągu czteroletniego sztokholmskiego dolce vita dorobił się długu wysokości 18 000 riksdali, co oczywiście Czytelnikowi nic nie mówi. Jeżeli jednak dodamy, że niedługo później król przyznał mu roczną pensję w wysokości 100 riksdali, to liczba ta przemówi! W sierpniu 1763 roku trzeba było przerwać tę idyllę i uciekać przed wierzycielami, przede wszystkim przed krwiopijcą nazwiskiem Grim, do Norwegii. Stamtąd słał poeta błagalne listy do przyjaciół, by wykombinowali mu listy poręczające i jakąś posadkę, by mógł wrócić. "Wygnanie" źle wpływało na młodego birbanta; poza tym w rok po wyjeździe do Norwegii przyszła wiadomość o śmierci rodziców.

Bellman miał jednak właściwych przyjaciół, którzy załatwili mu posadę w banku, potem przyszło wsparcie królewskie (100 riksdali), następnie niezła synekura: praca w loterii państwowej (od 1776), na czym nikomu chyba, prócz Bellmana, nie udało się dotąd stracić. Pensja sekretarza królewskiego w loterii wynosiła 1000 riksdali rocznie i dawała dość, jak na Bellmana, trwałą stabilizację, skoro utrzymywała się ona aż do 1794 roku, kiedy to przesiedział za drobne długi w więzieniu dwa i pół miesiąca. Na razie jednak Bellman bryluje w stolicy, jest wspaniałym, tryskającym humorem kompanem, improwizatorem, parodystą, wirtuozem gry na wielu instrumentach (także na cytrze), poetą lubianym przez króla (co zostało zwieńczone tytułem honorowym "poety nadwornego"), ale także przez prostych sztokholmian, którzy chętnie nabywali groszowe wydania poszczególnych Pieśni, Posłań, czy też utworów okolicznościowych. Cóż jeszcze można dodać do życiorysu poety? Ożenił się za zgodą króla w 1777 roku z Lovisą Fredriką Grönlund [wym. Grenland] i miał czworo dzieci, które do chrztu trzymał sam król... przez wydelegowane osoby.

Pozostał w pamiętnikach, wspomnieniach i legendzie jako dusza towarzystwa, zwłaszcza po kilku kieliszkach; potrafił śmieszyć do łez nawet ponuraków. Są jednak i inne ślady jego obecności. Lovisa Bellman przeżyła męża o około 50 lat. Pod koniec długiego życia, zapytana o niego, powiedziała: "W domu to on nie zawsze był taki wesoły, ten człowiek". Jeśli jednak czytelnik byłby skłonny uznać tę wypowiedź za konwencjonalne gderstwo starszej pani, to mamy i inne, bardziej może przekonywające świadectwo o Bellmanie. Otóż, jak już wspomniałem, jego bliskim przyjacielem, nieco Lovisę w swoim czasie drażniącym, był sybaryta, znakomity rysownik i malarz, Sergel, który Bellmana portretował, czy też szkicował kilka razy. Na "oficjalnym" konterfekcie, to znaczy na medalionie, wszystko jest jak w legendzie: uśmiechnięty Bellman – król życia. Natomiast na pozostałych podobiznach Bellman jest nieodmiennie smutny, jakby zagubiony, osobny. Może poeta ożywiał się przy obcych, może potrafił tylko dominować nad towarzystwem, odgrywać jedną, "swoją" rolę?

Wreszcie świadectwo dla nas – przyznajemy – poruszające: samego poety. W 1794 roku, chory na suchoty i wyrzucony poza nawias społeczeństwa przez Wielką Historię, w więzieniu znajdującym się na terenie Zamku Królewskiego napisał szkic: Opisanie żywota dla przyjaciela i lekarza, profesora Blada. Pewnie Blad chciał uzyskać od poety jakieś dane, które mogłyby ułatwić wyciągnięcie przyjaciela z opresji, chciał także dyskretnie wspomóc Bellmana finansowo; nie wiemy zresztą, czy inne okoliczności nie towarzyszyły powstaniu tego tekstu. Wiemy natomiast z samego tekstu, że pisał go człowiek poniżony, który, jak tysiące ludzi w podobnych sytuacjach, czepia się każdej okazji, by udowodnić, że przecież jeszcze coś znaczy, że coś kiedyś znaczył, że należał do dobrego towarzystwa. Pojawiają się utytułowane osoby prezesów, biskupów, kupców, opatrzone we wskazówki, że niektórzy z nich żyją jeszcze, więc może można sprawdzić, skonsultować, może jeszcze pamiętają, może zechcą pomóc... I to wspaniałe menu na początku tekstu... chyba jednak więzienne? I to dumne, przy dacie: "Zamek Królewski"... I nacisk położony na twórczości "poważnej": czasy były już takie, że powaga lepiej popłacała... A przez to wszystko dyskretnie przebija cień radosnej, bachicznej twarzy...

Zamek Królewski, 8 maj 1794.

Jako wszyscy mię znają tak od strony Moralnej jak i Fizycznej, czyli z serca, prowadzenia się i konstytucji, jestem człowiekiem niezmiernie małej przemyślności i nie dociekam, czy słońce porusza się, czy też ziemia się kręci. Zapewniam jednak, że nie życzę żadnemu stworzeniu w Naturze źle, kocham nieskończenie tego, kto szlachetny, a z niepowstrzymanym płomieniem kobiety i małe posłuszne Dzieci; jem, kierując się apetytem, mało i smacznie: niedziela – kapusta, czwartek – groch, sobota – śledź –

Jako że w opisaniu żywota zdaje się koniecznym, by podać rok śmierci, czy raczej rok urodzenia, to czuję się uprawniony, by podać takowy wedle księgi kościelnej parafii świętej Marii Magdaleny – jakkolwiek dawno już spalonej w pożarze z 1758 Roku – na 4 luty 1740. Za chrzestnych byli: moja babka, pani Elisabet Dauer i Hrabia Rady Stanu Jan Gyllenborg [wym. Jillenborg]; biskup Ryselius – mniemam – ochrzcił mię – bene.

Drużby na ślubie mych rodziców – żyjący jeszcze President Hrabia Liljenberg, naówczas Przewodniczący Sądu Miejskiego i Radca Izby Skarbowej, Wulfwenstierna [wym. Wulfenszerna]. Zapowiedzi moich rodziców: 1739 – pierwsza, biskup Ryselius, druga, Lagerlöf; trzecia, Kalsenius – zaślubieni zostali przez Arcybiskupa Steucha [wym. Stojcha], w Sztokholmie odbywał się wtedy Riksdag. Jakkolwiek by tam moi rodzice borykali się, to urodziłem się, jako się rzekło, 4 lutego 1740 – moja matka była piękna jako dzień, nieskończenie szlachetna, elegancka w odzieniu, dobra dla wszystkich ludzi, delikatna w obejściu – miała cudowny głos i przyszło jej leżeć w 21 połogach – honij qui mal y pense 3), lecz one zabawy niemało przyczyniły się do ruiny domu.

W wieku 6 lat dostałem się pod kształcenie w szkole Panny Marii, mój dziadek, Mistrz Hennonius, był tam proboszczem, żonaty był z moją babką od strony matki, z dawnego Aras [wym. Aros], od czego nazwała się Arroselle.

Mym pierwszym Preceptorem, podobnie jako Sławny Hybner był Preceptorem mego świętej pamięci Ojca, był Doktor Rutström, który kochał mię wielce; od niego nauczyłem się pisania liter małym rysikiem, jak to wtedy było w zwyczaju, z maleńką główką konia na szczycie; i czytałem płynnie. Dotąd jest jeszcze przy życiu mój kolega szkolny w osobie Sekretarza Królewskiego, Bryssella, który znakomicie gra na klawikordzie.

Następnie poszedłem do Preceptora Proboszcza Normana [wym. Nurmana], będącego jeszcze przy życiu, a po nim do kogoś o nazwisku Swaliung; jego nikt nie poważał, zasię wraz z żyjącym jeszcze kupcem Zbożowym czy Grosistą Kellbekiem [wym. Cielbekiem] sprawiłem mu manto – wreszcie dostałem innego Preceptora, który nazywał się Höckert [wym. Hekert]; ów bił mię linijką po koniuszkach palców za to, że nie chciałem się nauczyć Euklidesa i Collegia Metaphysica czy Physica –

Dotąd w mózgu mi się miesza,
gdy wspominam Euklidesa,
gdy trójkąty wspomnę ja

abc – i cda –
pot mi cieknie, głowę zwieszam
i Golgota moja trwa.
Nareszcie dzień bezchmurny, moi Rodzice odkryli, naówczas gdym w gorączce był leżał, że, w paroksyzmach, wszystko wierszem gadałem i śpiewałem dla Matki mojej – więc, jako że zdumieli się wielce, zebrali się wówczas w rodzicielskim domu; żyjący jeszcze Prezes Rosenadler [wym. Rusenadler], Prezes Carleson [wym. Karleson], Radca Kancelarii, Rabbe, Radca Kancelarii Nordenflycht [wym. Nurdenflykt] i jeszcze sekretarz, późniejszy Wiceprezes Izby Handlowej, Sillfwersköld [wym. Silwerszeld] oraz Sekretarz Królewski, Abraham Sahlstedt [wym. Salstet]. Został mi przydzielony na preceptora Geniusz o nazwisku Clas Ludvic Ennes, który, dzięki memu wstawiennictwu, wyniesiony został przez Św. Pamięci Króla do Pastoratu we Wschodnim Herrstadzie w Skanii, on to nauczył mię posługiwać się lirą Apollina, pod jego okiem napisałem wiele listów i Poezyj, a wśród nich i w 1755 Przekłady Psalmów Psałterza Halliskiego, które wraz z wieloma listami po niemiecku, angielsku, włosku i francusku przechowywane są, jak mi się zdaje, u Prezesa Rusenadlera w jego bibliotece domowej. W tym samym czasie wraz z ówczesnym Rotmistrzem, późniejszym Marszałkiem Dworu, Jenningiem, Profesorem Trotzeliusem [wym. Troceliusem] i obecnym Admirałem, Nordenankarenem [wym. Nurdenankarenem], pod laską Prezesa Rusenadlera, Rzeczoznawców Król. Akademii Umiejętności, i zgodnie z ówczesnym obyczajem, zostałem przyjęty w Riddarhuset w Pokoju Akademii, wprowadzony przez drugiego Posła Rady Kopalnictwa, Adlerheima – drugiego wprowadzającego zapomniałem.

Na szwedzki naówczas przełożyłem: Ojcowskie napomnienie Syna Swego udającego się w Podróż zagraniczną, drukowane u Wildego, oryginał u Prezesa Carlesona, który zdobył był w Aleppo –

Ponadto przełożyłem: wybór Skarbu Duszy Skriwersa, drukowany w Norrköpingu [wym. Norciepingu] u Edmana. Równocześnie przełożyłem i Matce mojej dedykowałem, Przemyśliwania nad Śmiercią Wojewody v. Szweinitza [wym. Szwajnica], uzgodnione z Ewangeliami, i przełożyłem wierszem Sonety niemieckie –

Równocześnie napisałem Księżyc – utwór obecnie trudno dostępny; jedyne słowo, które Wielki von Dalin ocenzurował –

Późniejsze Prace moje znanymi są zapewne – Pismo: Co się zwie jak się chce, bardzo rzadkie, jest Satyrą na biografie i własnoręcznie napisane –

Bachanalia są zapewne znane.

1759 – po raz pierwszy byłem wstawiony i urżnięty, śpiąc na kolanach Matki mojej po tym, jakem u holenderskiego Ministra Martewilla, na Południu [Söder], w sąsiedztwie domu rodzicielskiego, tęgiego Puntaka 4) sobie strzelił.

Czerwoniutki oraz śliczny
wróciłem o czwartej zgoła
gdy do wieczornej modlitwy
właśnie się ludek kierował.
A moje siostry rodzone
właśnie w czepeczkach dygały,
kiedym wpadł rozanielony
do spódniczek i do mamy.

Mój Karolku – ta oświadczy –
gdzieżeś, mój skarbeczku, bywał?
Ach, mamusiu, jam doświadczył
ciut za dużej porcji chyba,
takiej: ooo, ooo! – Mój ty łotrze,
opuść główkę, co się boisz,
na kolanach legnij moich.
ufaj matce, gdy niedobrze.
Nic dziwnego, że cała moja istota, każda myśl najmniejsza nawet, każde tchnienie ożywia mą nieszczęsną skłonność, by tak intymnie kochać kobiety; Bóg by mię pokarał, jeślibym nie wpadł w zachwyt nad starą, znoszoną halką leżącą wśród starych szmat na śmietnisku przy punkcie przeładunkowym na nabrzeżu – widzę Boginię Miłości w każdej pchle, a Astrylda w każdej wyrzuconej bieliźnie; zdarty, schodzony but, da Bóg, damska podeszwa, w której przemierzała zielony szlak – więcej życia i wigoru oczom moim dają, niż ów wieniec, którym na Medalionie uhonorowany zostałem.

Ciąg dalszy nastąpi o facecjach, miłości i innych.

Sto lat bracie Blad.


Za życia Bellmana wyszły w wydaniu książkowym: Bacchi Tempel [Świątynia Bakchusa] (1783), zbiór utworów parodystycznych na temat fikcyjnego Zakonu Bachusa, którego członkami uczynił znane w Sztokholmie postaci pijaków: Fredmans Epistlar [Fredmanowe Posłania] (1790) oraz Fredmans Sänger [Fredmanowe Pieśni] (1791). Poza tymi cyklami znajduje się wiele rozproszonych wierszy poety; do bardziej znanych należą utwory okolicznościowe z okazji pogrzebów, ślubów i innych uroczystości, zwłaszcza pochodząca z 1772 roku pieśń Gustavs skål [Vivat Gustaw], na cześć udanego zamachu Gustawa III, będąca przez długi czas czymś w rodzaju hymnu narodowego, a także, pisane pod koniec życia, wiersze dla dzieci oraz wiersze religijne i moralizatorskie. Zmarł 11 lutego 1795 roku.

Pośmiertnie wydano wiele utworów Bellmana, między innymi pod tytułami związanymi z jego ulubionym bohaterem, Fredmanem (Fredmanowe rękopisy, Fredmanowy testament), a także wiele wyborów i zbiorów jego utworów. Nad spuścizną poety czuwa Bellmanssällskapet [Towarzystwo Bellmanowskie] oraz towarzystwo Bellmans Minne [Pamięć o Bellmanie].


Fredmanowe posłania i pieśni

Te dwa najważniejsze zbiory pieśni Bellmana ukazały się pod koniec życia autora, odpowiednio w 1790 i 1791 roku. Niemniej praca nad nimi trwała ponad 30 lat, to znaczy od początku lat 1760. Początkowo Bellman planował cykl parodii biblijnych, ściślej, parodii Listów nowotestamentowych. Tak rozumiany "list" ma w języku szwedzkim osobną nazwę, "epistel", którą staraliśmy się oddać, sięgając po dawne polskie słowo "posłanie". Na wzór Listów świętego Pawła każde Posłanie opatrzone jest adresem wyjaśniającym, do kogo jest ono zwrócone, oraz posiada – stałego u Bellmana – nadawcę: Fredmana. Pomysł początkowo był zatem prosty: oto miejsce apostołów czy świętego Pawła zająć miał jeden z najlepiej w Sztokholmie znanych wycierusów. Więcej: sądząc z Posłań ściśle realizujących tę ideę, zwłaszcza z Posłania nr 1, Fredman-postać literacka miał zachować wysoki styl, moralizatorskie nastawienie i charyzmę biblijnych pierwowzorów, tyle tylko że wszystko to miało ulec odwróceniu: świętego zastąpić miał wycierus, budujące moralizatorstwo zastąpić miały apele o używanie życia (alkoholu, miłości, tańca), role zaś grzesznych Koryntian przejąć miała kompania knajpiana, nie dość pilna w spełnianiu pijackich obowiązków.

Równolegle uprawiał Bellman innego rodzaju parodie biblijne, których próbkę odnajdzie Czytelnik w wyborze Fredmanowych Pieśni. Zwłaszcza Dziadek Noe (Pieśń nr 35) zyskała w Szwecji, a właściwie w Skandynawii, ogromną popularność (przez co zbanalizowała się trochę) jako... piosenka dla dzieci. Ten drugi model parodii, w którym rolę pijackiego narratora-wodzireja odgrywa także Fredman, jest prostszy: polega on na obniżeniu tak sposobu mówienia o postaciach biblijnych, jak i lokalizacji społecznej tych postaci (starotestamentowych i apokryficznych), traktowanych identycznie jak członkowie pijackiej kompanii: plotkuje się na ich temat, świntuszy, a wszystko po to, by znaleźć mniej lub bardziej uzasadniony pretekst do wzniesienia toastu i kielicha. W Polsce analogiczną rolę odgrywały sformułowania typu: "Napoleon, gdyby żył, toby pił!".

Wróćmy jednak do Posłań. Stopniowo Bellman zarzucił ten pierwotny pomysł. Pozostała z niego postać Fredmana-nauczyciela nieskomplikowanych mądrości życiowych, adresy, którymi poszczególne utwory tego typu są opatrywane, oraz sama nazwa utworu, "posłanie", która oznaczać zaczyna nowy, przez Bellmana stworzony, gatunek literacki czy literacko-muzyczny. Fredman zresztą zaczyna spełniać coraz bardziej złożone funkcje w tym gatunku. Już nie tylko poucza: "Ciesz się winem i bierz dziewczynę!" – które to pouczenie stanowić ma rozwiązanie dylematu: pić, czy się kochać – lecz staje się również narratorem balladowych fabuł, prezenterem i rozmówcą pojawiających się postaci, bohaterem niektórych utworów; bywa nawet i tak, że – jak w ostatnim Posłaniu nr 82 – Fredman jest zarówno narratorem, jak i jedną z postaci utworu. Więcej: jak pamiętamy, rzeczywisty Fredman zmarł w 1767 roku; zatem w większości Posłań (i Pieśni) wypowiada się właściwie duch Fredmana, jego wieczna i uniwersalna persona.

Już samo wyodrębnienie i usamodzielnienie postaci Fredmana czyni z tekstów Bellmana arcydzieło liryki roli, z mistrzowsko wykorzystanymi napięciami między mową tej głównej postaci a mową innych bohaterów (takich jak Mowic, Mollberg czy Garbus); dzieje się wręcz tak, że sieć dialogów konstytuująca Posłania pragnie niejako rozbić wypowiedź Fredmana, że każdy głos, każda wypowiedź pragnie się usamodzielnić, wyzwolić z uczestnictwa w fabule opowiadanej przez Fredmana. Wydaje się, że modelem, do którego zmierzają Posłania, jest Posłanie nr 33, gdzie na Nabrzeżu Okrętowym mieszają się głosy różnych ludzi, gdzie mieszają się rozmowy, języki, zdarzenia. Jest to zarazem swoisty paradoks Bellmana: oto liryka roli doprowadzona do swych ostatecznych granic ulega rozbiciu, a nawet własnemu zaprzeczeniu, rozpadając się, rozsypując w strumień ułamkowych wypowiedzi.

Ten proces rozsypywania się wypowiedzi, załamywania fabuł, znajduje głębsze uzasadnienie. Oto bowiem rozpad, zniszczenie, choroba i śmierć towarzyszą bohaterom Bellmanowskim bez przerwy. Najwyraźniej widać to w Posłaniu nr 30. Dogorywający na suchoty Mowic opisywanym jest przez Fredmana z całym okrucieństwem:

"Pożółkła płeć, wygasłe lica małe,
zapadła pierś, piszczele drobnych stóp (...)
twe żyły pogrubiałe
spuchnięte są, wilgotne niczym trup".
Degradacji ciała towarzyszy smród rozkładu. W Posłaniu nr 81, nad grobem Siostry, Fredman konstatuje marność tego co materialne, społecznie cenne:
"złoto i purpura na szufli tej
żwirem i szmatami".
W Posłaniu nr 79 życie ludzkie symbolizowane jest przez łódkę, którą miotają nawałnice; wówczas:
"cumy, szmaty, polana
na nic zdadzą się".

Śmierć, która czyha za drzwiami, właściwie wszechobecna u Bellmana, nie powoduje załamania się świata, przeciwnie – jest elementem jego naturalnego porządku: umierając w ostatnim Posłaniu, Fredman wie, że musi spłacić dług Naturze. To się odbywa bardzo prosto: Kloto odcina guzik od surduta – i już. Nawet wielkiego płaczu nie będzie. Trzeba wezwać boga miłości na pomoc, by zrekompensował tę stratę nowymi bachanaliami...

Do naturalnego porządku świata należy też inny rodzaj destrukcji: rozmaite mordobicia, potyczki i awantury. Pretekstem do nich może być cokolwiek, na przykład wkładanie nosa w kufel kaprala (czyli: wtykanie nosa w nie swoje sprawy), jak w Posłaniu nr 12, czy dokuczliwa opiekuńczość, jak w Posłaniu nr 41, kiedy to Mollberg okłada Wingmarka, niszcząc mu szlafrok, głównie za nudne strofowanie; może chodzić o panienkę (Nimfę) albo o Polskę. Posłanie nr 45 dotyczy Polski i jej pierwszego rozbioru. Oto w szynku Rostock, jak dowiadujemy się od poszkodowanego Mollberga, doszło do dyskusji na bieżące tematy polityczne. Mollberg, grający na harfie (chodzi tu o zupełnie inny instrument, nazywany w Szwecji harfą kluczową, a optycznie trochę przypominający lutnię), zapewne jakoś solidaryzując się z Polakami, zagrał taniec polski. To z kolei spowodowało poważne ostrzeżenie ze strony "partii" antypolskiej:

"Po diabła się pchasz w polskie affery? (...)
Nie graj polszczyzny! Pamiętaj, od dziś
gęba na kłódkę".
To pierwsze zdanie: "Po diabła pchasz się w polskie affery", w znaczeniu: co cię obchodzą cudze sprawy, pilnuj swego nosa – funkcjonuje do dziś w szwedczyznie jako powiedzenie. Dla nas ciekawsza jest argumentacja strony "antypolskiej"; otóż powtarza ona argumenty propagandy zaborczej, gdzie Polska jawi się jako czynnik destabilizujący ład w Europie, grzesznica, którą należało sprawiedliwie ukarać itp.

Nie przeceniajmy jednak zaangażowania politycznego kompanii w szynku Rostock. Destrukcja jest niezbywalnym elementem świata Bellmana; nie byłoby rozbioru – pobiliby się o coś innego; albo i bez powodu, jak to z dumą Mollberg oświadcza (Posłanie nr 41):

"co rok biję się ja
na urodziny".

Innym zagrożeniem jest policja obyczajowa, stróże i inni funkcjonariusze porządku społecznego. W Posłaniu nr 36 porywają oni Ullę Winblad, w Posłaniu nr 48 Fredman straszy Ullę więzieniami, ściślej, zamkniętymi zakładami karnymi, gdzie ladacznice lub osoby podejrzane o tego typu działalność reedukowane były, wykonując ciężką pracę, najczęściej w tkalniach. Zakochany Fredman w obawie przed policją obyczajową nawet ożenił się w Posłaniu nr 35 z dziewczyną nie najcięższych obyczajów, ba, zdecydował się na pobicie stróżów porządku moralnego; z kolei w Posłaniu nr 67 zacna Muterka pod "Kurem" namawia Mowica, by panów fiskałów zasiekł i zmłócił. Można zaryzykować twierdzenie, że w świecie Bellmanowskim destruktywną rolę odgrywa cały porządek społeczny. Ten nakładający podatki i wymierzający sprawiedliwość, i zakazujący fiszbinowania strojów, i ograniczający wyszynk... Zapamiętajmy to: świat Bellmana znajduje się poniekąd w innym wymiarze istnienia niż świat społeczny, niż Wielka Historia. W jakim, to za chwilę spróbujemy opowiedzieć. Na razie powiedzmy tyle, że porządek społeczny, skoro tylko wkroczy w ten Bellmanowski świat, powoduje w nim destrukcję.

Wystarczy wyjść na zewnątrz, by paść ofiarą nieszczęścia. Ulla Winblad zostaje uprowadzona przez straż obyczajową (w Posłaniu nr 65), Mollberg zostaje pobity w szynku Rostock (na zewnątrz!) za to, że bronił polskości (Posłanie nr 45), Mowic – przez dragona, kiedy udało mu się na ulicy zaczepić Nimfę (Posłanie nr 31), Fredman, złamany fizycznie i psychicznie, czeka przed zamkniętymi jeszcze drzwiami Oberży Właź (Posłanie nr 23).

A prócz tego jest noc! Ciemna noc pełna zasadzek, niebezpieczeństw i lęków; noc na otwartej przestrzeni! Kiedy to: "Chmury gęstnieją, / gwiazdy czernieją (...) / Psy nawołują, drzwi zatrzaskują" (Posłanie nr 21), kiedy nie można wejść do bezpiecznego domu-knajpy. W takiej właśnie sytuacji spotykamy Fredmana w Posłaniu nr 23, w rynsztoku nie opodal Oberży Właź. Zapewne, Fredman cierpi na kaca, ale pijaństwo ma u Bellmana szerszy wymiar egzystencjalny, zwłaszcza w tym Posłaniu, zawierającym odwołania do Księgi Hioba, zatem sytuacja nocy, braku schronienia, niezaspokojenia wydaje się najważniejsza. Wówczas wydobywa się z naszego Hioba przekleństwo, lęk istnienia, poczucie słabości i znikomości ciała. Destrukcja dotyka zarówno ciała, jak i duszy. Fredman-Hiob przeklina swoich rodziców za to, że go spłodzili.

Jeśli tak spojrzymy na bohaterów Bellmanowskich, to zauważymy, że wszyscy oni dotknięci są różnymi rodzajami destrukcji: chorobami (Mowic, jak się dowiadujemy z Posłania nr 48, narażony jest dodatkowo na syfilis), lekami, ranami z potyczek, nieszczęściami – że wszyscy są pokalani. Niepokalana jest natomiast Ulla Winblad i jej odpowiedniki: Kajsa Styna, Anna Styna. Niepokalana jest Natura, gdzie panuje wieczne lato, wieczna zieleń. W Opisaniu żywota świat nazwany zostanie przez Bellmana "zielonym szlakiem", życie – wędrówką. Nie inaczej w Pieśni nr 35 (Dziadek Noe) – Noe kupuje butelkę, żeby wypić "w naszym parku z niej", gdzie park jest określeniem ziemi, w innej Pieśni ten park otrzyma jeszcze epitet: ból. W ostatnim Posłaniu mówi się wręcz o "zieleni". A w tej "zieleni" człowiek jest krótkotrwałym wędrowcem; życie – wypełnioną lękiem i bólem wędrówką. Tak przemyśliwa tuż przed śmiercią Fredman w Posłaniu nr 27. Bellmanowski wędrowiec poszukuje chwilowego choćby schronienia. Przystankami w tej wędrówce "zielonym szlakiem" idylli mogą być knajpy czy łódka płynąca między wyspami Sztokholmu; ta sama, którą, w swoim czasie, zabierze umęczoną duszę Charon.

Knajpy – przystankami w męce? Ależ knajpy są nie tylko knajpami u Bellmana! Oznaczają dom i rodzinę, i zacne stowarzyszenie, i radosny zakon. A przede wszystkim nietrwałe, ale jedynie możliwe schronienie przed destrukcją. Trzeba tylko wejść do środka. Ileż razy Fredman-wodzirej zapewnia: wchodźcie do środka, nie bójcie się – drzwi są dla was otwarte. Oznacza to: przyjmiemy was z nocy, uspokoimy lęki, zaleczymy rany. Trzeba tylko przejść przez próg, przez sień – przekroczyć granicę dzielącą świat na realny i karnawałowy, na groźny, wrogi i przyjazny. Tam, na zewnątrz, czyha śmierć, agresja, lęk. Drzwi, które zaraz zostaną zamknięte, stanowią niepewną, niesolidną, ale zawsze jakąś obronę przed śmiercią, agresją, lękiem. Prawda, śmierć drzwi odmyka, agresja przedostaje się także do środka, lęki napierają na kruchą tarczę drzwi, stróże obyczajów mogą wejść do środka, ale właśnie w środku, właśnie w tej magicznej przestrzeni, można agresję stłumić, śmierć przeżyć, lęki zaś oddalić.

Teraz, kiedy już wszyscy weszli do środka, trzeba drzwi dokładnie zamknąć, okiennice skręcić, ba, nie zawadzi, by stójkowy z gwintówką pilnował, aby nikt drzwi nie otworzył. Albo, jeśli przemierzamy zielony szlak życia łódką, trzeba odbić od brzegu. Wówczas, jak na filmie panoramicznym, będziemy mogli bezkarnie obserwować to, co zostawiliśmy na zewnątrz, jak to się dzieje na przykład w Posłaniu nr 48: Saletrzarnię, Dom Łazarza, Więzienie, ale i praczki, wojaków, dzieci... Odbiwszy od brzegu od razu znajdujemy się w krainie idylli, więc to, co na zewnątrz, nam nie straszne, bo, jak na filmie panoramicznym, jawi się jako fikcja.

To znakomity pomysł Bellmana, by tak opisać świat, żeby to, co realne, ujrzeć z perspektywy idylli i radykalnie odjąć mu realności, idyllę zaś, przeciwnie, wyposażyć w jedynie dostępną i oczywistą realność. Nie trzeba zresztą nawet odbić od brzegu: wystarczy dostać się na łąkę, w pobliże źródła, czy do parku w Hadze, będącego sztokholmskim odpowiednikiem warszawskich Łazienek. Wystarczy wejść w świat idylli.

Zasadniczym miejscem wydzielonym w świecie Bellmanowskim jest, rzecz jasna, knajpa-dom-świątynia i nią zajmiemy się głównie. Już drzwi zostały zamknięte, żaluzje spuszczone. Już stójkowy pilnuje, by nikt nie zakłócił idylli. Uczestniczymy w swoistym rytuale, którego pierwszą fazę właśnie opisaliśmy:  o d i z o l o w a n i e. Teraz następuje faza druga: wzywanie, apel, nakłanianie, zachęta. W płaszczyźnie słownej najczęściej wypełniana jest ona przez Fredmana-wodzireja. Ileż tam czasowników w trybie rozkazującym, ileż nakazów, zaklęć, nawet urągań. Ale nie jest to jedyna płaszczyzna, w której realizuje się ta faza. Oto, prócz słów, występuje w niej także język instrumentów, najczęściej skrzypiec, basów i rogów. Posłanie nr 2 dość precyzyjnie definiuje, co oznaczają apele skrzypiec: to sensualne wezwanie do tańca, będącego także inicjacją gry miłosnej, zalotów; to łagodne, zmysłowe kuszenie. Skrzypek w tym kontekście jest tym, kto muzycznie zapowiada rozkosz, inicjuje rytuał miłosny. Dlatego Fredman często krzyczy, by już zaczynał; dlatego skrzypek często się droczy: stroi instrument, szuka kalafonii, zwleka.

Bardziej gwałtowną zapowiedzią, niejako wezwaniem do godów, męskich godów, są rogi. To one powodują, że cała przestrzeń objęta ich dźwiękiem zostaje naerotyzowana:

"Państwa w świątyni miłości i grody
to pióra, komody
i deski i schody
ulice, i skwery
i krzesło, i stół"

      (Posłanie nr 4).
Centrum świata rogów stanowi kobieta: może leżeć w łożu, nalewać wino, tańczyć; ważne, że otacza ją dmący w rogi pierścień samców. Ciekawe, że kobiety w tym wariancie rytuału zachowują się zupełnie biernie. Właściwie znajdują się w centrum jako wyzwanie cnoty. Rogi nawołują do zniszczenia cnoty, są chutnym imperatywem defloracji. Dopowiedzmy: wiecznej defloracji. Ulla, Anna Styna czy Kajsa Styna oznaczają bowiem w tym rytuale wiecznie odnawiające się dziewictwo, wieczną niewinność; jak już pisaliśmy – są niepokalane. I dlatego bierne. A ta bierność i niewinność z kolei stanowią wyzwanie dla nawołującej się i zwołującej męskości. Wreszcie basy stanowią instrument-symbol czułości i tkliwości męskiej.

Czytelnik powie na to, że odczytujemy Bellmana zbyt jednostronnie. Że przesadzamy, tyle miejsca poświęcając rytuałowi godów, jego boskim patronkom, Frei czy Wenus, i ziemskim: Fredmanowi jako temu, kto męskość wypowiada; rogom, które ją wyrażają, i niewinnej Ulli Winblad (wraz z Nimfami – jej sobowtórami). Czy nie można równie prawomocnie uznać, że instrumenty wzywają do tańca? Do zabawy? Do pijaństwa? Spokojnie, niecierpliwy Czytelniku! Nie mamy zamiaru redukować Bellmana do rytuału orgiastycznego. Po prostu od niego rozpoczęliśmy, by, jeśli jeszcze choć na chwilę zdołasz powściągnąć zniecierpliwienie, pójść dalej. Masz rację, instrumenty wzywają także do tańca, zabawy, pijaństwa. Rzecz w tym, że taniec, zabawa i pijaństwo splatają się u Bellmana z orgią, czy lepiej: taniec, zabawa, pijaństwo i orgia są obrazem życia jako ekstazy i to ekstazy skierowanej na... destrukcję. W orgii jest to defloracja, kończąca się orgazmem i śmiercią. To mieliśmy na myśli mówiąc, że w karczmie można śmierć przeżyć. Najlepiej widać to w Posłaniu nr 72:

"Kajso, to śmierć! Boże – oddycha!
Śmierć każe żyć, a miłość przycicha",
ale Czytelnik bez trudu odnajdzie ten wątek i w innych Posłaniach. To w orgii. W zabawie bardzo często, kiedy ekstaza sięga szczytu, Fredman wzywa: rwij parapety, skrzypce rzuć w diabły, kopnij go w tyłek, itp. Zatem i tutaj trzecia faza rytuału polega na niszczeniu, destrukcji. Wreszcie w pijaństwie dynamika rytuału wydaje się identyczna, tyle że miejsce instrumentów zajmują najprzeróżniejsze puchary, kielichy, roztruchany; wezwanie, apel, inicjacja dotyczy opróżnienia butelki stanowiącej centrum świata, trzecia zaś faza to także destrukcja.

Można by pójść dalej i zaproponować taką interpretację, w której płaszczyzny: erotyczna, ludyczna i bachiczna przenikają się, pseudonimują i nie potrafimy dokładnie przewidzieć, czy instrument muzyczny jest narzędziem Wenus, Bachusa czy Apollina, jeśli Apollo zechciałby patronować zabawie. I konsekwentnie: nie potrafimy powiedzieć, czy puchary nie spełniają podobnych funkcji: w idylli Bellmana nie ma przedmiotów "niewinnych": wszystkie służą zachęcie, wezwaniu do rozpoczęcia rytuału, wszystkie służą do spełnienia tej zachęty i wszystkie są narażone na końcową destrukcję. Mógłby ktoś uznać, że cały ten świat knajpy-domu-świątyni jest wielkim absurdem, gdyż jego zasadniczym celem miało być znalezienie miejsca chwilowego azylu, schronienia przed destrukcją, a tymczasem właśnie w tym schronieniu odbywa się rytuał, którego elementami składowymi są agresja, destrukcja, śmierć. To prawda, ale, w przeciwieństwie do agresji, destrukcji, śmierci na zewnątrz knajpy-domu-świątyni, to, co dokonuje się w ramach rytuału, jest nieskończone (wieczne), niezmienne, za-każdym-razem rozpoczynane na nowo i właśnie  r y t u a l n e.

Podobnie wiecznym początkiem, od zarania skażonym śmiercią, są narodziny człowieka. W przepełnionym męską tkliwością Posłaniu nr 43 właśnie o urodzeniu dziecka się opowiada. I znamienne, że przygotowaniu do połogu towarzyszą te same gesty, które otwierały rytuał:

"Drzwi pilnie strzeż;
zasłony pozasuwaj"
mówi do Zuzanny (Cnotliwej Zuzanny!) Fredman. I kończy:
"Tysiąc śmierci wkoło gania;
nawet w czasie miłowania
musisz doznać umierania.
Robak skryty w kwiecie, kwiatu wieści grób".
Ale to nie koniec Posłania. Trzeba jeszcze da capo al fine zaśpiewać początek drugiej strofy: zaklęcie mężczyzny, by rodzącej kobiecie zapewnić poczucie bezpieczeństwa:
"Słód, mleko i miód,
serwatki dodaj, miła,
imbiru, cukru, wina;
co by sobie zażyczyła,
ucisz jej ból".

Wydaje się, że nieco inaczej wygląda świat Bellmanowski w sielankach, pastorałkach i innych tekstach, których fabuła rozgrywa się "w zieleni". Panuje tam, co prawda, porządek Natury: wieczne lato i wieczny dzień, lecz i tam, jak już pisaliśmy, wkrada się destrukcja i śmierć. Właściwie słowo "wkrada się" jest niewłaściwe: destrukcja i śmierć są bowiem wpisane w ten porządek. Tyle że w zieleni, jeśli tylko burza nie zakłóci idylli, świat Bellmanowski uzyskuje swe najłagodniejsze wcielenie. Nie wolno nam jednak zapominać, że nawet w idylli, nawet jeśli tego nie słychać, gdzieś na jej przedprożu "Charon na rogu gra nam". Że jasne promienie słońca i upojna zieleń dostarczają tej samej pełni, co opisany przez nas rytuał. Wreszcie nie do końca trzeba dać się zwieść snowi wycieczki letniej. Jeśli bliżej mu się przyjrzymy, to zobaczymy, że w ostatnim Posłaniu następuje, na samym końcu, ostateczna destrukcja świata Bellmanowskiego: Fredman umiera, a Ulla bierze ostatni ślub. W Posłaniu nr 80. niespodzianek jest więcej. Już pierwsza strofa jest parodystycznym cytatem i to nie byle jakim. Oto recepta na prawdziwą sielankę, jakiej udziela na początku drugiej pieśni Sztuki poetyckiej sam Boileau. W tłumaczeniu Dmochowskiego brzmi to tak:
Jako młoda pasterka w piękny dzień wiosnowy
wykwintnymi strojami nie obciąża głowy
ani pereł na śnieżnych piersiach rozpościera,
lecz na kwiecistym polu ozdoby swe zbiera,
w których, choć nie bogato, przystojnie wygląda,
każdy jej chętny, każdy ją chętną mieć żąda –
tak się piękna w swym toku, w okrasie niewinna,
doskonała sielanka wydawać powinna.
A oto Bellman:
Jak w święto Pasterka, strojna tak,
przy źródle w czerwcowy dzień,
dobiera z różanej pościeli traw
swą krasę i skromny wdzięk.
I nie w konicze, trzemchy i bzy
wplątuje pereł lśniące się skry
nizając lekko wianek swój,
niepewna – wśród kwiatów i ziół.
Jeśli pójdziemy tropem parodii, to zauważymy, że Ulla Winblad ucieleśnia niejako sielankę mistrza francuskiego: zaczyna od sporządzenia sobie wianka z kwiatów i ziół, by wkrótce udać się na przejażdżkę do Pierwszej Kolonii [Första Torpet]. Pejzaż opisywany przez Bellmana doskonale odpowiada recepcie Boileau, no, może tylko te raki jako znamię uroków życia są w takim kontekście zbyt pospolite. Wszystko układa się dobrze, dopóki nie nadciągnie burza. Wówczas Ulla w zdenerwowaniu zrobi awanturę przy kartach, przerażony burzą koń poniesie, rozrzucając wkoło zawartość wozu, zaś zwieńczeniem tej parodii sielankowego obrazu będzie drzemka Ulli z Mollbergiem. Właśnie w takich "łagodnych" parodiach widać najlepiej mistrzostwo Bellmana: buduje konwencję par excellence, wzmacniając ją jeszcze muzyką, by stopniowo wyposażyć ją w konkrety społeczne, obyczajowe itp., które tę konwencję kwestionują, biorą w ludyczny cudzysłów lub po prostu rozbijają.

Z kolei w olśniewającej sielance, Posłanie nr 71, niewinny flirt w zieleni ogródka Rybaczewo [Fiskartorpet], kiedy to Ulla na pięterku kuszona jest przez drzemiącego w siodle Fredmana obrazami wspaniałego widoku na miasto, przeradza się stopniowo w coraz intymniejszy i coraz bardziej zmysłowy dialog zakochanych, gdzie niebagatelną rolę odgrywa pejzaż i symbolika nie do końca mieszcząca się w świecie idylli (ogier).

Może najkonsekwentniej przeprowadzoną idyllą jest Pieśń nr 64. Raz jeszcze w zamkniętej przestrzeni Natury, tym razem w parku w Hadze, wstaje wieczny dzień letni. Piękno przyrody łączy się tu z pięknem miasta (czy raczej przedmieścia Sztokholmu), a towarzyszy temu uśmiech szczęśliwego wieśniaka i błogostan Fredmana spotykającego w Parku swą Piękność. A nad tym wszystkim króluje (także w dosłownym tego słowa znaczeniu) spojrzenie Gustawa III.

Słowo poetyckie Bellmana buduje świat z drobnych chwil, utrwala fenomeny życia ze świadomością ich znikliwości, nietrwałości, skazania na zniszczenie. Czyni to bądź kreując rytuał kuszenia-spełnienia-śmierci (destrukcji), bądź, czasem z zastrzeżeniami, z grymasem parodii i kpiny, próbując odzyskać stracony raj pełni – w sielance. W ostatecznej instancji zarówno idylla, jak i rytuał okazują się rodzajem rekompensaty za kruchość ludzkiego istnienia. Patronują tej rekompensacie Ulla Winblad: na zewnątrz świata idylli prostytutka, wewnątrz tego świata wiecznie niewinna kapłanka miłości i szczęścia; Fredman: na zewnątrz świata idylli zdegradowany pijak, w świecie idylli kapłan rytuału życia; i król Gustaw III: niewinny, wiecznie uśmiechnięty władca świata łagodności.

Równocześnie można i trzeba czytać Bellmana także inaczej, zatrzymując oko na wspaniałych obrazach ruchu, dźwięku i życia. Wówczas zauważymy jego mistrzostwo portretu: na okamgnienie wyłonią się krwiste postaci Mowica, Mollberga, Berga – dynamiczne, jak w malarstwie holenderskim, pełne życia i humoru; wówczas zwróci naszą uwagę Ulla Winblad, postać pełna sprzeczności: raz łagodna, śliczna i niewinna, raz sprośna, dosadna i grubiańska. Taka lektura przeważa w ojczyźnie Bellmana, zwłaszcza w licznych wykonaniach jego utworów. Podkreśla się także sielankowy charakter niektórych utworów, a – jako że w wymiar idylli przeniesiony został Sztokholm i jego zakątki, świetnie znane zarówno wykonawcom, jak i słuchaczom – więc nic dziwnego, że często Bellman brzmi jak czarodziej, który niegdyś, przed wiekami, zaklął smutną rzeczywistość we wspaniałą baśń, i w której i my możemy uczestniczyć pod warunkiem odtworzenia idyllicznej atmosfery i obyczajów. Sprzyja takim interpretacjom muzyka utworów Bellmana: melodyjna, łatwo wpadająca w ucho, stylowa.

Kryje się jednak w takim podejściu pewna pułapka. Oto wówczas twórczość poety ulega rozbiciu na dwie nie przystające do siebie części: z jednej strony mamy bowiem rubaszne i dynamiczne portrety postaci plebejskich czy mieszczańskich i bogatą, sięgającą czasów Bellmana, tradycję traktowania jego utworów jako swoistych stylizacji ludowych; a z drugiej – sielankę jakby rodem z malarstwa Watteau, a więc dworską. Przez długi czas przeważały interpretacje dość w gruncie rzeczy cukierkowe. Nic przeto dziwnego, że dla Augusta Strindberga Bellman był nieznośnym i groźnym dla kultury szwedzkiej stereotypem. Dopiero mniej więcej przed trzydziestu laty Sven-Bertil Taube dokonał przełomu, wychodząc w swych interpretacjach od analizy tekstu. Do najwybitniejszych wykonawców utworów Bellmana należał Fred Åkerström [wym. Okerstrem], wydobywający dramatyczne egzystencjalne treści tych utworów, nieco naiwny, lecz może właśnie dzięki temu autentyczny w przeżyciu Peter Ekberg Pelz oraz Cornelis Vreesvijk [wym. Wreswik], któremu udało się przełożyć estetykę Bellmana na język zupełnie nam współczesny. Obecnie za najwybitniejszego wykonawcę Bellmana uchodzi Mikael Samuelsson, śpiewak operowy, dysponujący pięknym głosem, co pozwala mu na swobodną interpretację tekstu Bellmanowskiego, zarówno w jego wymiarze groteskowym, tragicznym, jak i lirycznym.

Bellman przekładany był między innymi na duński, francuski, rosyjski, angielski, hiszpański, włoski i niemiecki. Utalentowanymi wykonawcami jego utworów w językach przekładów są: Duńczyk Axel Schiotz [wym. Szec], jego rosyjski tłumacz, Ignatij Ivanovskij, i angielski wykonawca tłumaczeń Paula Brittena Austina – Martin Best.

Pora zatem, by przypomnieć rzecz podstawową: teksty Bellmana są przeznaczone do śpiewania, który to fakt był wielokrotnie przez tłumacza tego wyboru przeklinany, wymagał bowiem prawie niewolniczego powtarzania schematów rytmicznych oryginału, co przy polskim ubóstwie rymów męskich jest zaiste przekleństwem.

Pracując nad wyborem pieśni 5). i objaśnieniami mieliśmy początkowo zamiar tam, gdzie to możliwe, to znaczy tam, gdzie to udało się uczonym ustalić, dać wykaz źródeł melodii bellmanowskich, tylko nieliczne z nich bowiem są dziełem samego poety (prawdę powiedziawszy, nie zawsze wiemy, które on sam skomponował). Z zamiaru tego zrezygnowaliśmy, a to dla następujących powodów: Cóż da Czytelnikowi informacja, że na przykład źródłem melodii Posłania nr 9 jest zapewne Air du drapeau znajdująca się pod numerem 39 w zbiorze pieśni Cantiques ou opulences lyriques, Paryż 1818? A sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, ta Air du drapeau bowiem przypomina z kolei wstęp do chóru biesiadnego z Uczty Aleksandra G.F. Haendla! Bellman – jak się zdaje – korzystał przede wszystkim z melodii świetnie znanych, czasem nieznacznie je zmieniając, kierując się względami ekspresji. Ba, ale jak z nich korzystał?

Powiedzmy od razu, że poszukiwanie pierwotnych źródeł melodii bellmanowskich jest zajęciem interesującym poznawczo, lecz – w zakresie bellmanologii – dość bezpłodnym. Natomiast kapitalne znaczenie ma odnalezienie tych wersji owych melodii (na ogół wraz z tekstami), które stanowiły podstawę (bardziej lub mniej domniemaną) dla Bellmana. Jak już pisaliśmy, Bellman korzystał z melodii, które wraz z tekstami były dobrze ugruntowane w świadomości współczesnych. Za każdym razem należałoby tu odpowiedzieć, jakich współczesnych: czy elity związanej z dworem, bywającej w teatrach, w Operze itd., czy też szerszej grupy – ludzi bywających na wodewilach, miłośników kontredansów itp. Zresztą być może istniało, stosunkowo pojemne, wspólne pole utworów popularnych – wówczas także to pole należałoby określić.

Przyczyną, dla której wyżej określone ustalenia wydają się konieczne, jest praktyka Bellmana, by te znane utwory parodiować. I to w obie strony, to znaczy utwory serio, patetyczne lub heroiczne, często były przez poetę używane w ujęciach komicznych, błahych czy groteskowych, utwory żartobliwe zaś – wykorzystywane w ujęciach dramatycznych.

Dajmy przykład: oto Posłanie nr 27, zawierające ostatnie, przedśmiertne myśli Fredmana, zaczyna się tak:

Dziadek jest stary, ciąży mu werk,
goni godzina, czas skazuje.
co niewątpliwie stanowi aluzję do zawodu Fredmana (zegarmistrz) oraz, z iście barokowym dynamizmem, uzmysławia zbliżającą się chwilę śmierci. Muzyka tego Posłania, jeśli pominiemy pierwotne źródła, zaczerpnięta jest z operetki Le tonnelier (Bednarz) Gosseca, która miała swą sztokholmską premierę w 1781 roku. Jeden z kupletów śpiewany tam przez Fanchette brzmiał:
Zazdrosny bednarz, głupi jak cap,
kochał się w Filis, pastereczce.

      (tłum. L.N.)
Z kolei Posłanie nr 31, w którym Mowic oberwał od dragona, przegrywając rywalizację o piękną Nimfę, ma muzykę pochodzącą pierwotnie od J.J. Rousseau. Ale tylko pierwotnie, prawdopodobnie bowiem źródłem Bellmana była Oda nad klęską (Ode över Motgången) Bergklinta, zaczynająca się od słów: "Czy długo dziś burzy wystarczy..." i realizująca klasyczny wzorzec uroczystej ody obywatelskiej.

I wreszcie przykład najwymowniejszy: Pieśń nr 21, Na koniec wyniesiemy się, jeden z najpopularniejszych w Szwecji utworów Bellmana. Melodia została tu zaczerpnięta z bohaterskiej sceny z opery Naumanna Gustaw Waza (2 akt, 6 scena), opera narodowa zaś była oczkiem w głowie Gustawa III, czyli mamy tu do czynienia z wyraźnym szarganiem świętości!

Oczywiście, nie mamy zamiaru zmuszać Czytelnika do skrupulatnych studiów tego typu, zależy nam jednak na tym, by Czytelnik był świadom, że utwory Bellmana są apoteozą zabawy, że same są rodzajem gry, zabawy, i że stanowią wezwanie do zabawy!


Kilka słów o tłumaczeniu
Zwierzenia tłumacza

Tłumaczenie Bellmana było dla mnie pasjonującą przygodą. Początkowo byłem przekonany, że rzecz jest w ogóle niewykonalna, gdyż Bellman stawia przed swym tłumaczem kilka bezkompromisowych żądań. Schematy rytmiczne w zasadzie muszą być skrzętnie powtórzone, a są to schematy eksponujące szczyty możliwości języka szwedzkiego; w nielicznych przypadkach, śledząc uważnie zapis nutowy, można było wprowadzić rytmikę, dla której polszczyzna jest bardziej przyjazna. A przecież nie chodzi tu tylko o bierne podążanie za rytmem Bellmana, lecz przede wszystkim o genialną umiejętność poety wykorzystania tego rytmu do celów ekspresywnych. Sam Bellman znakomicie wykonywał swe utwory, zatem – biorę tu aktorów za świadków – doskonale wiedział, jak napisać utwór idealnie nadający się do wykonania. Myślę tu o wyczuciu brzmienia słów, rymów, wreszcie rytmu.

A ja, z moją mizerną polszczyzną (w każdym razie jeśli chodzi o rymy męskie, męskie zakończenie kadencji i antykadencji, kombinacje trocheiczno-jambiczne, o, choćby takie Ss sS, dość przez Bellmana lubiane) miałem się wciskać w ten sztywny gorset! Stąd moje pierwsze wrażenie, że tego nie da się przełożyć. Następną trudnością jest leksyka i składnia poety, jak na szwedczyznę elastyczna, jednak mocno związana z XVIII wiekiem. Oznacza to w warunkach szwedzkich znacznie większe różnice językowe między dzisiejszą szwedczyzną a Bellmanem, niż – powiedzmy – między dzisiejszym użytkownikiem polszczyzny a Krasickim. Ta trudność dotyczyła jednak osoby tłumacza, nie zaś samego tekstu poety. To znaczy należało się poduczyć archaicznej szwedczyzny. Z kolei język polski znakomicie nadaje się do stylizacji, operuje pamięcią wielu stylów poetyckich, zatem – było z czego korzystać.

Przede wszystkim mam na myśli frazę barokową, z której Bellman świadomie korzystał, a która, dzięki sarmatyzmowi i jego późniejszym reminiscencjom, stała się w jakimś sensie synonimem Rzeczypospolitej szlacheckiej, a wraz z nią symbolem – wszystko jedno: lubianej czy nie – wolności. Jednakże zeszlachcenie Bellmana wydało mi się niedopuszczalne, bo ksiądz Bohomolec to on nie był, żeby od razu Kurdesza z niego robić. Problem, wbrew pozorom, wydaje się ważny: u Bellmana dochodzą do głosu właśnie te elementy, które w kulturze szlacheckiej w Polsce milczały lub zepchnięte były na margines. Jak stworzyć w polszczyźnie obraz, anachroniczny przecież, wielkiej poezji mieszczańskiej? Rokoko? Może i w Polsce było, ale któż, poza kilkoma fachowcami, rozpozna styl polskiego rokoka w poezji? Sentymentalizm? Taż Filon Bellmana budzi naszą poczciwą Laurę wcześnie rano i na ryby wysyła. A co na tych rybach z nią wyprawia, jaką odyseję, nie mnie pytać, lecz Syren, które swym śpiewem ogłuszył! Nie, oczywiście poeta szwedzki miał swobodny stosunek do stylów epoki; właśnie jak na rokoko przystało.

Nie było rady: trzeba było trochę po barok sarmacki sięgać. Szkoda, bo Fredman coś zanadto mi po szlachecku pohukuje, zanadto z góry: jak do czeladzi. A u Bellmana wszyscy są równi: rangi nie znają, o czym przykro musiał się przekonać ślubny mąż Ulli Winblad. Fredman zajmuje uprzywilejowaną pozycję, ale jest to, by tak rzec, uprzywilejowanie strukturalne: on Mędrzec, Nauczyciel, więc siłą faktu rej wodzi. Poza tym kondensuje on atmosferę, kieruje rytuałem... ale społecznie nie ma między nim a resztą kompanii dystansu. U mnie, obawiam się, albo Fredman szlachciura wrzeszczy na resztę z góry, albo ta reszta też mi się zeszlachciła. Co robić.

Nie miałem jednak zamiaru robić pastiszu jakiegoś nie istniejącego arcydzieła polskiego rokoka, tylko stworzyć obraz arcydzieła szwedzkiego dzisiaj, to znaczy w latach 1988-1990, kiedy to nad tłumaczeniem pracowałem. Zatem uznałem, że sojuszników powinienem sobie poszukać w polskich poetach dużo, dużo późniejszych, za to jakoś Bellmanowi bliskich, którym w dodatku udało się stworzyć w polszczyźnie wyrazisty i rozpoznawalny styl. Wybór nie był trudny: Tuwim, Gałczyński, Leśmian. Z Leśmianem mógłby się Bellman spotkać w płaszczyźnie podejścia do rytmu i pewnej pierwotności, jako podstawy poezjotwórczej. Ale, z drugiej strony, wzorzec leśmianowski wydaje się zbyt wyrazisty, co grozi manierą, oraz... zbyt ludowy. Zatem biorąc Leśmiana wyleczyłbym swe tłumaczenie z sarmatyzmu, lecz natychmiast zaraziłbym je ludowością.

Pozostali mieszczańscy poeci: Tuwim i Gałczyński. Ten pierwszy jako mistrz poetyckiego wodzirejstwa, niczym nie ograniczonych feerii słownych. Ten drugi chyba na gruncie polskim najbliższy Bellmanowi. Raz, czy dwa, ale nie powiem, w których miejscach, zacytowałem sobie Białoszewskiego.

Ale ja tutaj nie mówię, że mi się to wszystko udało; ja mówię, o co mi chodziło i jak to sobie ambitnie wymyśliłem.


Moje przygody z Bellmanem

To się naprawdę zaczęło chyba w 1988 roku. Stowarzyszenie Polek w Sztokholmie zaproponowało mi przełożenie jednego z Posłań Fredmanowych, 45., tego, w którym Mollbergowi obito gębę w szynku Rostock za propolskie sympatie. Posłanie odwołuje się do walk związanych z pierwszym rozbiorem Polski, zatem do 1772 roku. O Bellmanie wiedziałem niewiele, a to, co wiedziałem, nie sprzyjało pracy. Miałem w domu piękną powiększoną podobiznę I wydania Posłań... Piękne to było, ale trudne w czytaniu, bo drukowane starą czcionką i wedle dawnych reguł ortografii, a przecież i szwedczyzna Bellmana po 200 latach sprawia spore kłopoty, nawet tubylcom.

Kiedy udało mi się jako tako pojąć literalne znaczenie tekstu, stanąłem przed wysokimi schodami. Oto cały wiersz napisany potoczystą, jędrną i dowcipną szwedczyzną zawierał wyłącznie rymy męskie, to znaczy takie, w polszczyźnie najczęściej jednosylabowe wyrazy, na które pada akcent, na przykład rój-znój, znak-flak, móc-tłuc itd. W tradycji szwedzkiej rymy męskie były już za czasów Bellmana dobrze zakorzenione, i to w poezji wysokiego obiegu, ponadto u Bellmana często ich użycie ma uzasadnienie artystyczne: oznacza pewną dosadność, potoczystość, prostotę, w dodatku lekko parodiowaną. A tu na domiar złego są to teksty pisane do muzyki, teksty przeznaczone do śpiewania! Co robić? Polszczyzna rymów męskich nie znosi. Owszem, pojawiały się w poezji ludowej, niekiedy u romantyków i ich epigonów, ale, by tak rzec, wyeksploatowały się: są albo wyrazistym nawiązaniem folklorystycznym (czego u Bellmana nie ma ani śladu), albo pewną kliszą na odległość cuchnącą kiczem. W dodatku jest ich na lekarstwo, zatem przewidywalność pojawienia się danego rymu jest ogromna. A więc zamiast zaskakującego dowcipu Bellmana otrzymałbym spodziewany rym. Co więcej, z uwagi na niewielką ilość rymów męskich, moje tłumaczenie przypominać by musiało szwajcarski ser: same dziury. I ostatnia uwaga wersologiczna, wcale niebłaha: wiele spośród rymów męskich w naszym języku budzi skojarzenia obsceniczne, że przypomnę mój przykładowy rym: rój-znój. Tam gdzie tekst operuje jakąś dawką obsceniczności, może to być korzystne (u Bellmana to się zdarza), ale, niestety, polskie skojarzenia tego typu bywają wulgarne, co się Bellmanowi nie zdarza.

Co robić? Niektórzy specjaliści powiadają tak: przecież Polacy nie mniej śpiewali od Szwedów, a w pieśniach, z uwagi na linię melodyczną, akcenty na ostatnią sylabę linijki wiersza, tę rymującą się, musiały być równie częste jak gdzie indziej. I co nasi przodkowie wtedy robili? Bardzo często używali, typowego dla polszczyzny, rymu żeńskiego, i tylko śpiewając przesuwali akcent. Czyli, zamiast tłumaczyć:

Witaj, Molbergu, jak minął dzień?
mógłbym, o ile zręczniej, powiedzieć:
Witaj, Mollbergu, co tam słychać?
Tyle tylko że śpiewając akcentowałoby się: co tam słychać. Przyznaję, że zrezygnowałem z tej możliwości, nie negując jej przydatności do innych tłumaczeń. Dlaczego zrezygnowałem? Bo rym Bellmanowski, podobnie jak duża część jego dorobku, przesiąknięty jest duchem parodii i zabawy. Zatem wcale nie musi być w tłumaczeniu elegancki, czysty (u niego rymy są zawsze czyste) i dobrze brzmiący, raczej już przeciwnie. A skoro tak, to można by próbować tak tłumaczyć, żeby tę ułomność polszczyzny, jaką jest ograniczona ilość i jakość rymów męskich, przemienić w zaletę! Czy mi się udało, nie mnie sądzić.

Wracam do anegdoty. Nie chcąc paniom Polkom ze Sztokholmu zrobić przykrości przetłumaczyłem to "polskie" Posłanie i były z mojej roboty bardzo zadowolone. Na wieczorze Bellmanowskim odczytałem je, a gawędę o poecie wygłosił, nieżyjący już, Adam Heymowski. Heymowski był urodzonym gawędziarzem, człowiekiem o dużej wiedzy, i to takiej wiedzy, która właśnie w gawędzie urzeka: znał niezliczoną ilość szczegółów, drobiazgów, faktów, które umiał dowcipnie i trafnie wpleść w opowieść. Był świetnym socjologiem (z wykształcenia), jednym z najlepszych znawców heraldyki polskiej, historykiem, a poza tym Bibliotekarzem Królewskim. To była wspaniała osobowość, niezwykle barwna postać i... myślę, że trzeba o tym mówić, człowiek prawy. Otóż Adam Heymowski zaraził mnie entuzjazmem do Bellmana. W dodatku zagiął na mnie parol: domagał się ode mnie przetłumaczenia głównych tekstów Bellmana. Panie Polki też nie próżnowały. Oczywiście, taki doping bardzo pomaga, ale zadanie było następujące: przeczytać jak najwięcej o Bellmanie i jego epoce, wczytać się w twórczość poety i rozpocząć wędrówkę po puszczy języka staroszwedzkiego, polskich rymów męskich, polszczyzny XVIII-wiecznej, w dodatku nie wypuszczając nut z rąk. Bagatela!

Z tymi nutami też było zabawnie. Otóż nie miałem jeszcze wtedy pianina, owszem, kupiłem je sobie, ale za nagrodę Akademii Szwedzkiej. A nagrodę tę dostałem właśnie za tłumaczenia Bellmana. Czyli że była to musztarda po obiedzie! Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Chodziłem sobie po domu i bekliwie i fałszywie śpiewałem z nut, co dało ten efekt, że wiem, że mój Bellman "siedzi" w ustach, nie tylko w melodii, co by mi gwarantowało pianino. Rzecz jasna wróciłem do tego debiutanckiego, "polskiego" Posłania i wprowadziłem około 30 poprawek. Dzisiaj staram się do tych tłumaczeń nie wracać. Wszystko przetłumaczyłbym inaczej. Zmieniałbym, korygował, poprawiał, cyzelował. I może nawet stworzyłbym poprawniejszego Bellmana, ale wyzbytego mojego ówczesnego entuzjazmu, pasji i radości tworzenia. Bo to było tworzenie. Nagle, z niczego, powstał w polszczyźnie z końcem XX wieku nowy poeta XVIII-wieczny. Który na dodatek czytał młodego Mickiewicza, Tuwima, Gałczyńskiego i nawet Białoszewskiego. I znał Krasickiego i Trembeckiego.

Początkowo starałem się trochę archaizować i tego żałuję. Choćby w tym "polskim" Posłaniu: używam za Krasickim słowa "arfa" zamiast współczesnego "harfa", nawet marzyło mi się, również za Krasickim, choć raz użyć ślicznego słowa "umbrelka" zamiast dzisiejszego "parasolka", cóż kiedy u Bellmana parasolek brak. Ale – powiadam – dziś żałuję, że archaizowałem. Po pierwsze czytelnik czy słuchacz musi zupełnie zbędnie "przełożyć" arfę na harfę, a zbędnie, bo wczasach Bellmana taki "przekład" nie był potrzebny: ten instrument tak się po prostu nazywał. Po drugie, jak już ten biedny czytelnik-słuchacz upora się z arfą, to musi zajrzeć do moich objaśnień, żeby się dowiedzieć, że arfą nazywano wtedy w Szwecji rodzaj liry, instrumentu używanego także i w Polsce przez żebraków (lira żebracza, ukraińska). Jeszcze na początku XIX wieku u kresu wędrówki w Podróży zimowej Schuberta bohater liryczny spotyka starego lirnika. Natomiast nie żałuję starego narzędnika, kilkakrotnie użytego przeze mnie, także w celach parodystyczno-zabawowych: dziewuchy – zamiast dziewuchami.

Problemy zaczęły się dość niespodziewanie, kiedy przyszło mi wprowadzać nazwy miejsc: ulic i knajp. To są u Bellmana miejsca autentyczne, niektóre z nich zachowały do dnia dzisiejszego swoją nazwę. Dla przykładu: pracuję na Uniwersytecie Sztokholmskim nie opodal zakątka, który za czasów Bellmana dał nazwę knajpce: Fiskartorpet. I to się tak nazywa. Proszę spróbować powiedzieć po polsku na głos:

Czy to nie cudowne, Fiskartorpet [wym. Fiskartorjpet], co?
Człowiek wypluwa zęby! Jakoś te dwie fonetyki się z sobą kłócą. Mało tego! Nie wiem, ilu z Państwa lubi odwiedzać rozmaite knajpki i mordownie, ale proszę sobie wyobrazić, że jakiś stały bywalec tego rodzaju przybytków opowiada o bardziej lub – najczęściej – mniej lirycznych zajściach, które tam miały miejsce. On się może zająknąć, gdy mowa o samych zajściach, on może nie pamiętać, kto tam był, on może nie wiedzieć, kiedy to było – co się wszystko bohaterom bellmanowskim zdarza, nawet daty zapominają, nawet pory roku nie są pewni – ale: jak się knajpa nazywała, nasz pijaczyna wie i ma do niej stosunek liryczny! Posłuchajcie: Alem się wczoraj zaprawił w Fiskartorpet! No nie! Tego żaden pijaczyna nie wypowie! Zatem trzeba nazwy knajp i ulic spolszczyć, albo – powiedzmy to mniej apodyktycznie – można to zrobić z przyczyn wskazanych powyżej. Nie wszyscy tłumacze Bellmana tak postępowali. I mieli swoje racje, o czym poniżej.

Łatwo powiedzieć: spolszczyć, ale jak? Topografia Bellmanowska związana jest nierozerwalnie ze Sztokholmem. Nie tylko Fiskartorpet istnieje do dziś, ale nawet nazwa rogatki "Kattrumpstullen", czyli Rogatka czy Cło Kocia Dupka, to nazwa autentyczna, choć dzisiaj inaczej się to miejsce nazywa. Spolszczenie takich nazw własnych mogłoby przenieść akcję utworów Bellmana w jakiś bliżej niesprecyzowany Nomansland, co gorsza, zgodnie z duchem epoki, skłonnej przecież do wyimaginowanych Utopii. U Bellmana takie przesunięcie miejsca akcji utworów, a w konsekwencji dyrektyw interpretacyjnych, byłoby karygodne. Bo u niego nie o malowniczość Sztokholmu chodzi, i nie opiewa jakiejś cudownej abstrakcyjnej krainy, lecz przeciwnie: zatrzymuje się na brutalnym często konkrecie i łowi znikliwe fenomeny w całej ich cielesności. Zatem Sztokholm musi być Sztokholmem, Fredman – Fredmanem, Ulla Winblad – Ullą Winblad, Mollberg – Mollbergiem. Wielkość Bellmana w tym głównie leży, że umiał swoje "tu i teraz" uchwycić poprzez konkret: barwy, wyglądy, widoki, smaki i brzmienia, że właściwie jednym czasem narracji operował: czasem teraźniejszym, że zaufał zmysłom a nie abstrakcyjnym formułom. I dopiero te konkrety, w całej ich namacalności i brutalności, przedzierzgał w krótkotrwałą – bo jakąż by inną – idyllę. I tak oto uwięziony w okamgnieniu Sztokholm otrzymuje swą nietrwałą wieczność, podobnie jak utrwaleni na moment w miłosnej, pijackiej, muzycznej ekstazie bohaterowie. Prawda, jest to Sztokholm zaułków i przedmieść; prawda, są to bohaterowie z marginesów życia – jest to świat – parodia świata, ale, co robić, tylko to, co sparodiowane, dostąpić może u Bellmana krótkotrwałej idylli. Ale i ta idylla z jej wiecznym latem, zielenią, słońcem i pięknem skażona jest śmiercią. Słynne powiedzenie: Et in Arcadia ego (i ja w Arkadii) różnie bywało interpretowane: mogło znaczyć: i mnie udało się przebywać w Arkadii, i ja odwiedziłem kraj (głównie Włochy!) przypominający Arkadię. Jest jednak interpretacja szczególnie bliska Bellmanowi: i ja jestem w Arkadii – powiada Śmierć.

To pierwszy problem: trzeba tak spolszczyć nazwy własne, by jednak pozostawić akcję utworów w Sztokholmie. Rozwiązałem go tak, że przetłumaczyłem nazwy, ale nie imiona i nazwiska, z wyjątkiem Gorgiela Puckla, którego na Śląsku nie potrzebowałbym zapewne tłumaczyć, ale, dla tych z Kongresówki, nazywa się on u mnie Garbus.

Ba, ale jak spolszczyć te nazwy? To się okazało bardzo trudne, ponieważ, podobnie jak w Polsce, nazwy miejsc, ulic, knajp zachowują często swe archaiczne, nie zawsze jasne dla dzisiejszego użytkownika języka, sensy. Musiałem przeorać się przez rozmaite bedekery, przewodniki, słowniki, opracowania, niekiedy pytałem językoznawców, co dana nazwa znaczyła. A potem, z pomocą wyobraźni językowej, przenosiłem to w polszczyznę, pamiętając o polskich normach i zwyczajach onomastycznych. Fiskartorpet nazywa się u mnie, może i nazbyt z warszawska, Rybaczewo, ale jeśli uwzględnić, że w języku szwedzkim ten rzeczownik złożony wskazuje na dwie sprawy: na rybaków lub ryby (fiskar) i na poletko, działkę budowlaną (torpet), to, jak mi się zdaje, polskie "Rybaczewo" dobrze te sensy oddaje.

Słowo torpet nastręcza jednak polszczyźnie sporo kłopotów. Według słownika podręcznej szwedczyzny oznacza ono: mniejsze pole uprawne, dzierżawione; dom owego dzierżawcy. Jak w jednej nazwie pomieścić nędzne poletko i mieszkanie nędzarza? Sytuacja się pogarsza, jeśli się wie, że takie torpy otrzymywali na przykład emerytowani żołnierze, żeby mogli jakoś związać koniec z końcem, żeby uchronić ich rodziny od skrajnej nędzy, a społeczeństwo od ekscesów bądź co bądź – zawodowców! Oczywiście, cała wspólnota wiejska wiedziała, że mieszkańcy tych torpów to element napływowy, obcy, bardzo biedny i – by tak rzec – doczepiony, także często w sensie topograficznym – do zdrowego organizmu tej wspólnoty. Korzystając z moich śląsko-zagłębiowskich doświadczeń raz użyłem innego słowa na określenie torpu, a mianowicie słowa "kolonia". Wiem, "kolonia" utrwaliła w pamięci inną obcość, inne napięcia społeczne, ale zawiera w sobie wiele z tego, o co mi chodziło.

Skoro mowa o Śląsku, wspomnę jeszcze jedno śląskie zapożyczenie w moich przekładach. W jednym z Posłań Mowic udaje się na spoczynek, ale właścicielka szynku zrywa go z łóżka malując przed nim heroiczne zadania, w tym posięście Ulli Winblad. Szynkarka liczy sobie lat 70, ale jest jeszcze w dobrym stanie, w każdym razie wedle jej własnych zapewnień. Relacje szynkarka–Mowic są znakomite, widać, że szacowna dama lubi Mowica i jako mężczyznę, i jako klienta. Wszyscy bohaterowie Bellmanowscy przynależą do parodystycznej loży-świątyni Bachusa i Wenus. Dlatego zwracają się do siebie per bracie, siostro, ojcze, matko. Szynkarka mówi do Mowica:

Ojcze Mowic, stój,
jeszcze raz buty wzuj!
i z tym nie ma kłopotów. Ale jak Mowic, Fredman i reszta kompanii powinna nazywać szynkarkę? Bellman używa tutaj słowa mor – matka, ale żaden użytkownik szynku (który był też zajazdem i – niekiedy – zamtuzem) nie nazwałby szynkarki-burdelmamy – matką. Mogłaby to być ewentualnie mateczka albo inne eufemistyczne określenie matki. Myślę, że słowo "matka" w polszczyźnie stanowiło tabu i użyć go w takiej sytuacji się nie dało. Zatem mateczka lub podobnie. Ja wybrałem w tekście głównym słowo "Mamcia", natomiast w adresie, którym wszystkie Posłania są opatrzone, użyłem słowa "Muterka".

I może na zakończenie jeszcze jeden problem. Otóż Fredmanowe posłania miały być w zamierzeniu Bellmana parodią tekstów biblijnych i niektóre z nich, zwłaszcza początkowe, rzeczywiście taką parodią są. Bellman zrezygnował chyba z tego zamiaru, ale całości cyklu nadał tytuł Fredmans epistlar. Fredman to postać autentyczna. Był, w chwilach świetności, zegarmistrzem królewskim, potem się stoczył i dokonał żywota jako zapity włóczęga miejski. Dodajmy, że zmarł w czasie, gdy Bellman pisał swoje utwory. Zatem narratorem wszystkich prawie utworów Bellmana jest nieboszczyk czy też jego upostaciowany duch. Tutaj tłumacz nie ma problemów, już raczej komentator, który o Fredmanie powinien czytelnikowi opowiedzieć, co też starałem się w szkicu Carl Michael Bellman: istnienie karczemne uczynić.

Ale co zrobić ze słowem epistel? Jest to słowo, które kiedyś w polszczyźnie istniało, ba, istnieje do dziś, cóż z tego, skoro nie tylko zmieniło znaczenie, ale i – na domiar złego – całkowicie zatarło swoje pierwotne znaczenie. Tak, mamy słowo "epistoła", ale oznacza już ono tylko nudny list czy też nudną i niezgrabną wypowiedź na piśmie. Pierwotnie jednak znaczyło ono coś innego i szwedczyzna, zwłaszcza ta starsza, ten pierwotny sens zachowała. Epistoła (epistel) oznaczała pierwotnie list o niezmiernej wadze, szczególnie list biblijny. Zatem cykl Bellmana miał w zamierzeniu składać się z parodii listów biblijnych (do Koryntian, Rzymian czy Żydów). Miejsce biblijnych adresatów zająć mieli bywalcy knajp; miejsce świętych najczęściej nadawców – Fredman czy jego upostaciowany duch. Gdybym przetłumaczył epistel jako list, jak to ma miejsce we wszystkich nowszych tłumaczeniach Biblii – nawet najinteligentniejszy czytelnik nie miałby szans odgadnąć, o co tu chodzi. Chcąc ocalić wzorzec parodii, mógłbym każdy z utworów cyklu tytułować List świętego Fredmana. Prawda, odniesienie biblijne byłoby ocalone, ale... jak by to powiedzieć, Fredman wcale nie jest u Bellmana świętym. Wybrałem, rozwiązanie kompromisowe. Użyłem słowa "posłanie". Odniesienie biblijne nie jest tu, co prawda, ani narzucające się, ani konieczne, ale posłanie oznacza wypowiedź pisemną, najczęściej list oficjalny, o niezmiernej wadze moralnej, politycznej czy ogólnoludzkiej. W dodatku jest to we współczesnej polszczyźnie wyczuwane. Dowód? Proszę bardzo: zgromadzeni w Hali Olivii delegaci na 1. Kongres Solidarności w 1980 roku uchwalili uroczyste pismo do narodów znajdujących się wówczas pod panowaniem Związku Radzieckiego. Nie mieli żadnych wątpliwości, że taki list należy nazwać posłaniem. A ponieważ języki lubią płatać figle, dodam, że w języku rosyjskim funkcjonuje słowo precyzyjnie nazywające list biblijny; słowo to brzmi: poslanije.




Przypisy:
  1. W kwadratowych nawiasach podajemy spolszczone wersje szwedzkie oryginały nazw własnych, jak również wymowę niektórych nazwisk i nazw własnych [wym. ...].   (powrót)

  2. Zamachu dokonano w nie istniejącym już budynku Opery, który stał w tym samym miejscu co dzisiejszy.   (powrót)

  3. Honij qui mal y pense – franc. honi soit qui mal y pense – "hańba temu, kto widzi w tym coś złego".   (powrót)

  4. Pontak (pountac) dobre czerwone wino; rodzaj bordeaux.   (powrót)

  5. Carl Michael Bellman, Fredmanowe "Posłania" i "Pieśni", tłum. Leonard Neuger, Państwowe Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1991.   (powrót)




Teksty i tłumaczenia Leonarda Neugera zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje