FREDMANOWE "POSŁANIA" i "PIEŚNI"
CARL MICHAEL BELLMAN
ze szwedzkiego przełożył Leonard Neuger(wybór)
Carl Michael Bellman.
(Peter Dahl, litografia, 1984)
Posłanie Nr 1
Posłanie Nr 4
Posłanie Nr 8
Posłanie Nr 21
Posłanie Nr 27
Posłanie Nr 30
Posłanie Nr 31
Posłanie Nr 41
Posłanie Nr 43
Posłanie Nr 45
Posłanie Nr 48
Posłanie Nr 64
Posłanie Nr 67
Posłanie Nr 69
Posłanie Nr 71
Posłanie Nr 72
Posłanie Nr 73
Posłanie Nr 79
Posłanie Nr 80
Posłanie Nr 82
Pieśń Nr 10
Pieśń Nr 16
Pieśń Nr 19
Pieśń Nr 21
Pieśń Nr 28
Pieśń Nr 33
Pieśń Nr 35
Pieśń Nr 61
POSŁANIE NR 1
Do Kajsy Styny
Zaprawdę, nikt nie pije; pij, Braci miła, przypatruj się tym kielichom na stołach szynku; podziwiaj przez drzwi kredensu te puchary na półkach; miarkuj jako ten prześwietny puchar cynowy, co to go Kajsa Styna trzyma, mówi do ciebie: "Witaj, ukochana duszyczko! Szczątki swe zalej". Aliści, Siostry ukochane, aliści, Bracia moi; wiecie-li, co mi się zdaje? Otóż to mi się zdaje, że na nic się wszystko zda, dopokąd nie zaaplikujemy sobie tęgiego łyczka. Co proszę? Czego sobie życzycie? Zdrowie, ukochana Duszyczko!
Na zdrowie, dzień i noc!
Żar nowy, nowa moc.
Szczątki swe zalej,
za flachę, dalej!
Wedle Bakcha chceń;
na zdrowie, noc i dzień.
Spójrz na Siostrę Kajsę Stynę,
jak jej błyszczą flaszki z winem.
|: Przynieś kufel, luba : |,
przynieś kufel, luba, krztynę,
krztynę łyknij, nie bądź leń.
Jam jest, który kufel opróżni, tyś jest, który naleje, a wyście są, Bracia umiłowani, którzy piwo zamówić macie, ażeby żadnemu z nas soków nie zbrakło. Jeśliby gorzała nas zwiodła, jeśliby piwa nam nie stało, to niczego nam nie stanie. Odwagi i jeszcze raz, odwagi! Wielu nas jest? Legion, albowiem jest nas wielu. Twoje zdrowie, Jergenie Garbusie! Jak się masz, Beniaminie Szwalbe! Sein Diener, Eryku Berjstremie! Napijecie się – Andersie Wingmarku, czcigodny bracie Berg i ty, Chrystianie Samuelu Bredstremie – którzy leżycie pod stołem? Na zdrowie! Nie depczcie bestyi; nastrójcie skrzypce, uderzcie w bębny, nalejcie w kufle.
Na zdrowie, wedle praw!
Żałoba długo trwa;
flacha niekrótka;
werbel — pobudka;
pijmy znów do dna;
żałoba długo trwa.
Wciąż ubywa Kajsie Stynie,
serce mocno we mnie bije;
|: niech no ktoś mi kufel :|,
niech no ktoś mi kufel zwinie,
pieśń łabędzią wzniosę wam.
(Peter Dahl, litografia, ok. 1984)
POSŁANIE NR 4
Do Anny Styny w szczególności
Hej muzykanci, precz tytuń, do pracy,
w rogi dać ducha, no grać. < --- Corno >
Tutaj, wśród kufrów i desek, i naczyń
całun miłości ma spaść. < --- Corno >
Dąć mi, psiajuchy, dostanie się wam
serc i aniołów, gorzały i piwa;
waltornią pokiwać
i nie oszukiwać,
za oknem waltornię niech trzyma ten cham!
Chata jest piękna, ma tapet bez liku,
kuchnia w salonie? — To co? < --- Corno >
W łożu opasła dziewczyna w staniku;
cześć, Anno Styno, no, no! < --- Corno >
Dąć mi, ofermy, na cnoty tej kres,
hołd Bakchusowi i Frei złożymy
i chuciom ulżymy,
i gardła zwilżymy,
bo winem żyjemy, a miłość to śmierć.
Podnieść waltornie, na sztorc mi je trzymać,
dąć mi, odmieńcy, no już! < --- Corno >
Spójrz, jaką białą ma płeć Anna Styna,
znajdź do piękności tej klucz! < --- Corno >
Miła, na pamięć się naucz tych słów:
Państwa w świątyni miłości i grody
to pióra, komody
i deski, i schody,
ulice, i skwery, i krzesło, i stół.
POSŁANIE NR 8
Do kaprala Mollberga
(Maria Hordyj, akwaforta, ok. 1990)
Wchodzić do środka: już skrzypce gotowe,
otwarte drzwi! < --- Corno >
Tutaj, kochani, wesoło, pod słowem,
tu dają pić. < --- Corno >
Szarpnąć mi basy i w skrzypce się wpić;
niechaj waltornie rozpoczną przemowy,
a cne białogłowy
niech zaczną połowy,
na straży stójkowy
z gwintówką ma tkwić.
No, śmiało, bracia, bo czas już na bale,
właź, kto ma chęć! < --- Corno >
Nie ma sołdatów, są sami kaprale.
Ruszaj się, kręć, < --- Corno >
krzesaj hołubce — i raz, dwa, trzy, pięć —
dzwoń monetami w kieszeni, wspaniale! —
Wyglądasz niedbale,
chudzina na palec,
i pocisz się stale!
A powieśże się!
Bracia najmilsi, bierz dziewkę i brykaj:
w koło nią rzuć! < --- Corno >
Hej, w pełnym locie złóż pokłon i dygaj,
biegaj i nuć! < --- Corno >
W kółko, gamonie, przestańcie się snuć!
A niech was diabli, nie bekajcie mi tak,
chlupnijmy krupnika,
aż serce zapika,
aż pękną jelita.
Nie warto się truć.
Dmuchać, poganie, prostować mi grzbiety,
gwizdać i wyć! < --- Corno >
Okna na oścież! I rwij parapety,
na zewnątrz — hyc! < --- Corno >
Ręce i nogi złamiemy, i nic.
Hopla przez okno! Z powrotem, do fety!
Zamieszać dublety,
smakować bukiety,
lać żonę, niestety,
a zamknijże pysk!
POSŁANIE NR 21
W którym to Fredman primo noc maluje
z jej uciechami, secundo zdaje się
jakoby przed oczyma stawiać swego
rodzaju Aequilibrium pomiędzy mocą
wina i miłości, lecz wreszcie
wyraźnie ujawnia przewagę.
Chmury gęstnieją,
gwiazdy czernieją,
burze ścichają i słabnie ich moc,
w mieście mgły wstają,
wieże pałają,
słońca pozłotę osrebrza już noc,
psy nawołują,
drzwi zatrzaskują.
<Vcllo --- > Zacznij już grać!
Rzednie mi mina:
wszędzie urynał.
Huknij w ulicę, hulanka że ha!
Coś taki blady,
wlecz się do lady!
Macajże wkoło, gdzieś flachę swą skrył?
Nie drżyj, nicpotem,
załóż pod brodę
skrzypki szybciutko i nalej, i pij!
Spluń i przydeptaj,
brzdąkaj i dreptaj.
< Vcllo --- > Dokręć, daj ton.
Bóg zapłać, dzięki,
spójrz na te wdzięki;
w ręce ma świecę i senny ma wzrok.
Bracia łaskawi,
serce się krwawi:
wkoło dziewczyny i świece, i szkło,
basy, fagoty,
łoża, klejnoty;
popatrz na Berga, wdział piróg na skroń.
Ulla w bieliźnie,
grzeb w mechanizmie.
< Vcllo --- > Zbliż się i skacz!
Bracia, w podzięce
klasnąć mi w ręce,
wkoło, Boruty, no wkoło mi gnać.
Zacznijmy hece,
niech płoną świece.
Wkoło! Przy ścianach, pod okap, pod dach!
No, na mnie kolej:
szynka na stole!
W kwiaty spowita, co draźni nasz smak.
Wszystko nas draźni.
No, grajku, raźniej!
< Vcllo --- > Czas już na tryl!
Zmrużcie oczęta,
niech nas opęta,
niech nas opęta, co sercu się śni.
Ten zrozpaczony,
wie, doświadczony,
co to jest szczęście i zazdrość, i czas
bez szczęśliwości.
By zbyć zazdrości
zabaw i uciech pragnie, i łask!
Pląsa wokoło,
pije, a zdrowo.
< Vcllo --- > Ryczy: Sto lat!
Gestykuluje,
w cycki celuje,
z Nimfą się tarza w barłogu nasz brat.
Ów młota strzały
wielce wytrwały,
w swojej wybrance zakochał się już:
wzdycha i płonie,
walczy i trwoni,
kęs szynki bierze i wódkę, i tłuszcz.
Hurra, psubraty!
Grzać, jak sołdaty!
< Vcllo --- > Graj, Bergu, graj!
Łatwo tak broić,
trzeba się zbroić,
jak długo nieba wciąż czerni się skraj.
Gnać mi, Boruty,
milcz, łbie zakuty!
Dość już polskiego, niech porwie go bies!
Hurra odwaga!
Precz cała paka,
skrzypce rzuć w diabły, a bodajbyś sczezł!
Hej, to jest zgniłek,
kopnij go w tyłek!
< Vcllo --- > Świetnie: cel — pal!
Mnie zaś zostanie
gorycz i chlanie:
Wenus uwielbiam, z Bakchusem bym zwiał.
POSŁANIE NR 27
Będące myślami jego ostatnimi
Dziadek jest stary, ciąży mu werk,
goni godzina, czas skazuje.
Przy mojej szklance klepsydrę ma śmierć,
wokół flaszki strzały szafuje.
Patrzę spragniony w mą gwiazdę i w brzask.
Wędrowcze, słyszysz? Na basach gram!
< Vcllo --- > Mowic, twój sługa próżnuje.
Łono najbielsze, najmilsza pierś!
A w życie kwiatka los ugodził;
co go dał ojciec na mękę i gniew,
i na rozkosz w łożu narodzin.
Oboje śpią już. Wypijmy do dna!
Mowic, zaśpiewaj o łzach, o łzach
< Vcllo --- > i o cyprysów powodzi.
Chwiejny mój cieniu, zgrzany do krwi,
stworzonyś, by Bakchusa słuchać!
Tępy jęzorze z gorzały i win —
wczuj się w ojca, wczuj w jego ducha;
Freja i Bakchus blask przydały mu.
Mowic, mych pradziadów kości stu
< Vcllo --- > taki mój proch niechaj zbruka!
POSŁANIE NR 30
Do ojca Mowica,
w czasie jego choroby, suchot.
Elegia.
(Maria Hordyj, akwaforta, ok. 1990)
No, ojcze, pij, spójrz, śmierć na ciebie czyha,
ostrzy swój miecz, u twego progu trwa.
Nie lękaj się, bo jeno drzwi odmyka;
uderzy znów, może za rok lub dwa.
Mowic, do grobu suchoty cię pchają.
< Vcllo --- > Struny niech grają,
uderz oktawę, wiosnę życia sław!
Uderz oktawę, wiosnę życia sław!
Pożółkła płeć, wygasłe lica małe,
zapadła pierś, piszczele drobnych stóp.
Podaj mi dłoń, twe żyły pogrubiałe
spuchnięte są, wilgotne niczym trup.
Ręka spotniała, sieć żył zesztywniała.
< Vcllo --- > Zagraj kawałek;
flachę opróżnij, śpiewaj, pij, no — chlup!
Flachę opróżnij, śpiewaj, pij, no — chlup!
Konasz, ja wiem, twój kaszel mnie przenika,
pustka i dźwięk — jelita dają głos;
języka biel, strwożone serce pika,
miękkie jak grzyb są chrząstki, skóra, kość.
Dycha... Cholera, to jednak smród wielki.
< Vcllo --- > Pożycz butelki!
Mowic, pij! Wiwat! Chwałę Bakcha głoś!
Mowic, pij! Wiwat! Chwałę Bakcha głoś!
To z jego czary śmierć kroplami spływa
niedostrzegalnie, z pieśnią, śmiechem, grą.
Cóż, kielich ten, niestety, także skrywa
żarliwe glisty. Nie do wiary, co?
Wszystko skończone... Już łzawią twe oczy,
< Vcllo --- > ogień cię toczy,
dasz jeszcze radę toast wznieść? — Ho, ho!
Dasz jeszcze radę toast wznieść? — Ho, ho!
Więc wznieśmy go! To Bakchus ci funduje,
ostatni raz pozdrawia Freja cię.
I na ich cześć łagodnie krew buzuje,
co w żyłach twych z przymusem sączy się.
Graj, czytaj, miarkuj, opłakuj, osądzaj!
< Vcllo --- > Pan jeszcze żąda
lać strzemiennego? Umrzeć chcesz? O nie!
Lać strzemiennego? Umrzeć chcesz? O nie!
POSŁANIE NR 31
Nad Mowicem,
kiedy to schłostany został na ulicy,
albowiem kwinta pękła w basach,
letniego popołudnia 1769.Ob solum punctum caruit Robertus Asello
Patrz, Mowic, coś taki spłakany,
skrwawiony, spuchnięty, jak cień?
Otwierać! Na powrót witamy.
No widzisz, a właźże przez sień!
Patronów ci wszakże nie zbywa,
więc odpuść zniewagę i zło.
Pong pongtuli pongtuli. Bo
tak pięknie przygrywasz.
Pół łyczka, mój bracie, otucha
z kielicha się wsączy, więc rąb.
Klejnoty i złotem siwucha
okrasi twój język i ząb.
Czy nie masz gorączki? Cholera!?
Bo wtedy kieliszek, to błąd!
Pong pongtuli pongtuli. Skąd!
Przestańcie już gderać!
Czy oko wybite? O, wcale!
Niech plaster tak siedzi, ty psie.
Ten bój w Grena Lund, w karnawale,
to daliśmy bobu, no nie?
Zniszcz wreszcie ten kryształ, bęcwale,
oddawaj kielicha, no już!
Pong pongtuli pongtuli. Puść!
Oberwiesz po pale.
Otwieraj swe serce przed druhem,
gdy smutek cię dręczy lub jad.
No — gadaj — nakładaj perukę:
Dlaczego skopano ci zad?
Czyś nie mógł się bronić, a właśnie
jak świnia się taplał i łkał?
Pong pongtuli pongtuli. Ja...
Za chwilę wyjaśnię.
Był lipiec dwudziesty i... czwarty.
W tym roku, wszak dobrze to wiem.
Pogodnie. I burze koszmarne.
I nieco pochmurny był dzień.
A był to — czy już-em przytomny? —
Dwudziesty dziewiąty. — Kto wie?
Pong pongtuli pongtuli. Nie!
Przeklęty, kto wspomni!
Nieważne. Pod wieczór spotykam
Nimfetkę w woalce na twarz.
Od razu zasięgam języka —
jej adres poznaję raz dwa.
"Zaułek..." — pomyślę, poczekaj —
Jerana Helsinga! — jak w pysk.
Pong pongtuli pongtuli. Zysk,
nic więcej nie trzeba.
Na plecach basetlę dźwigałem;
idziemy — kuśtykam i drżę.
W woalce przed zmierzłym komarem
ma piękność wyprzedza wnet mnie.
Lecz nagle stanęła i stoi:
bach, zjawił się dragon, jak byk.
Pong pongtuli pongtuli. W mig
kląć począł i gnoić.
Puść Nimfę — zaryczał. Puściłem
i — dziwne — po gębie mi dał.
Dzwoń w struny, ty psie. Zadzwoniłem:
da capo — na mordę spadł strzał.
W tym czasie miętosił jej ręką
spódnicę i dekolt: no masz!
Pong pongtuli pongtuli. Twarz
i szczęka udręką.
W ciąż kazał rzępolić i ryczeć,
i ćwiczyć żołnierski mi krok.
Zerwała się podczas tych ćwiczeń
trach! kwinta i padłem na bok.
Niech piekło pochłonie drakona!
Kielicha mi nalej, bo czczo.
Pong pongtuli pongtuli. No.
Historia skończona.
Ślicznotką sam siebie obsłużył.
i "Rzępoła" — epitet to mój.
Policzki są gradem i burzą,
terkoczą, jak kule gdy bój.
Rewanżu! — On ryknął: Kanalia,
za kwintę oberwał pan gach!
Pong pongtuli pongtuli. Trrrach!
Przeklęta batalia.
POSŁANIE NR 41
Na okoliczność utraty szlafroka
przez Chrystiana Wingmarka
w potyczce z Mollbergiem.
Mollberg na łożu siadł
pełnym pierza i szmat;
miał kurtę skórzaną "na mat"
z westą z bawełny nasz brat.
Spencer wyszedł mu, gdy
stanął z garncem u drzwi
w piachu, rozkraczony i zły,
kaszląc i wilżąc swe kły.
W galotach szew puścił i pas;
ku oknu "wzmacniając się" lazł,
sztory podniósł i wzrok
przykuł mu astralny mrok.
Żadnej ten jego "dwór"
okazałości wzór:
bielony, sklepiony jak chór,
ale bez krzeseł ten stwór;
przez drzwi przeciągły wiew,
wyro — to istny chlew,
piernaty — a niechże je krew!
Wszystko na przekór i wbrew.
Lecz zaraz przy oknie, tuż tuż
tam stoi baryłka, no cóż...
Cóż, wejdź, przypatrz się jej,
wznieś szybko sztory, mon cher.
Mollberg — licho go wie! —
drapie za uchem się,
spójrz, kołtun jak bujnie się pnie,
czapka czerwona na łbie
pij, lecz na kumpla bacz,
w ręku skrywa, no patrz! —
siekierę i — wsłuchać się racz —
wali nią w beczkę nasz gracz.
Mollbergu, dzień dobry! — Bez kpin.
A co masz w baryłce? — Dżin.
A co w kuflu, Mysje?
Podwójne piwo, ty psie.
Aber, dzień minął jak?
Oj, wyglądasz jak wrak.
Mollberg, ty się kleisz do drak;
nos rozkwaszony, to znak.
Skrzypce, coś na nich grał,
są rozbite na miał;
cóż to za bojowy był szał?
Krew na waltorni i kał.
Milcz, pysk do baryłki se wsadź;
nie tobie za wojnę się brać;
co rok biję się ja
na urodziny. Do dna!
Czemu — dajże mi żyć! —
miałbyś wtedy się bić?
Bo... tak to już jest, co tu kryć;
chwila, a skopię ci rzyć!
Pij, milcz, zamknij już twarz,
po co w drakę się pchasz, !
na humor baryłkę już masz,
więc teraz koncert mi dasz.
Co? Śpiewać nie umiesz?! – No, nie...
Więc pójdź ze mną w tany, mój śnie.
Z ciebie Twardowski jest,
jam, miły bracie, sam bies!
Tańcz, Wingmarku. — Ty psie!
Ciepło przytulę cię.
— Aj aj aj aj aj aj, mój grzbiet!
— Aj aj mój szlafrok, jak rwie!
— Mollberg, zbrodni się bój;
proszę, puść szlafrok mój,
aj aj aj! To pijak i zbój!
Odpuść, bym okrzepł, no stój.
No no, mamie poskarżę się;
szlafrok cały w strzępach, mój śnie.
Mollberg, puść mnie, adieu,
żoneczka zabije mnie!
POSŁANIE NR 43
Do Ulli Winblad, w przypływie czułości
Chmiel zagrzej i chleb,
weź pani Wingmark dzbana
i kminku wrzuć, Zuzanno,
płomienistą naszą wannę
przygotuj też.
Z posłaniem się śpiesz:
weź prześcieradło lniane,
obłóczki haftowane
i kołyskę, stołek, dzbanek
prędziutko bierz.
Drzwi pilnie strzeż;
i zasłony pozasuwaj.
Przybądź, Astryld, nad nią czuwaj,
niech jej blask twój wzrok przykuwa;
jej uczucia potrzebują troski twej.
Chmiel zagrzej i chleb,
weź pani Wingmark dzbana
i kminku wrzuć, Zuzanno,
płomienistą naszą wannę
przygotuj też.
Słód, mleko i miód,
serwatki dodaj, miła,
imbiru, cukru, wina;
co by sobie zażyczyła,
ucisz jej ból.
Zaśpiewaj jej coś,
jej serce trwożnie płonie,
pulsuje krew w jej łonie,
wnet ją luby chłód owionie
dzieląc ten skok.
O, co za szok!
Tysiąc śmierci wkoło gania;
nawet w czasie miłowania
musisz doznać umierania.
Robak skryty w kwiecie, kwiatu wieści grób.
Słód, mleko i miód,
serwatki dodaj, miła,
imbiru, cukru, wina;
co by sobie zażyczyła,
ucisz jej ból.
POSŁANIE NR 45
Do ojca Mollberga, co się tyczy
arfy jego, a zarazem rodzaj
ad notitiam, iż Mollberg bez winy
cierpiał w szynku Rostock.
Witaj, Mollbergu! Jak minął dzień?
I gdzie twoja arfa? Kapelusz gdzie?
Warga rozbita, ach, brak mi słów!
Gdzieżeś się włóczył, braciszku? Mów!
Do szynku jak raz
z mą arfą żem wlazł.
Tam draka, że ho
i o mnie w niej szło.
Gdym grał w najlepsze pling plingeli pling
szewc krzywonogi pojawił się był.
Trzasnął mnie w gębę. Pling plingeli pling.
Jakże wyglądał? Kaprawy i mdły,
czarne skórzane spodnie miał typ,
zmięty kapelusz (wstążka i chwost),
szlafrok pasiasty, a w ręce miał drąg;
wyglądał więc tak.
Przez pierś dzidy znak
na pasku się chwiał,
wpadając zaś w szał
warsztat rozwalał — pling plingeli plang —
tak że się trzęsły i okna, i drzwi,
ławy i łoża. Pling plingeli pling.
Trzeźwiutki byłem, kwaśny jak gbur,
grałem polskiego królowej, G-dur.
Krąg oświeconych siadł przy mnie głów:
ten kwartę spił, pół kwarty zaś ów.
Lecz nie był to traf:
kapelusz mi spadł
i spytał mnie drab:
Po diabła się pchasz
w polskie affery? Pling plingeli pling.
Nie graj polszczyzny! Pamiętaj, od dziś
gęba na kłódkę. Pling plingeli pling.
Mój Mecenasie, zamień się w słuch:
pociągam z kwarty wesół i zdrów;
krzyczę, że w Polsce toczą się gry!
Wiedzcie panowie, rzekłem, ciągnąc łyk,
że nawet sam król
nie zdoła, ni dwór,
ni władzy ich krąg
powstrzymać mych rąk,
by na mej arfie, pling plingeli pling,
dopokąd jeszcze choć struna w niej tkwi,
nie grać polskiego. Pling plingeli pling.
A na to stary kapral i dwóch
młodych rejentów, gwardzista i wójt
zakrzykną: Bij! Bo racji był głos:
Polska skarana, dopełnił się los.
Przepycha się wprzód
madame — istny cud,
mą arfę o stół
rozbiła na pół.
Ten szewc zaś trzasł mnie — pling plingeli plang —
tu, niżej karku, ogromny mam ślad.
Ot, i historia. Pling plingeli plang.
Świecie bezstronny! Pytam cię ja:
Czy to nie świństwo? — Mollbergu, tak!
Czy nie niewinnie cierpię? Sto lat!
Arfa rozbita, a nos — krwawy ślad.
Tfu, ładny mi klops!
Wygląda, że los
banity mam wieść:
wziąć arfę i cześć.
Grać dla Bakchusa i Wenus — kling klir —
wśród wirtuozów mieć sławę i mir.
Za mną, Apollo! Pling plingeli pling.
POSŁANIE NR 48
W którym odmalowaną jest podróż
Ulli Winblad
z Hessingen na Melaren do domu,
pewnego letniego ranka 1769.
(Maria Hordyj, akwaforta, ok. 1990)
Pyzatego słonka blask,
woda niczym lustro;
wreszcie ciut się wzmaga wiatr,
luźne żagle muska.
Flaga wstaje, Ulle śpi —
z wiosłem na łódeczce tkwi;
od kajuty huczą drzwi,
Ciesztin ryglem huśta.
Hubka trzaska, z fajki dym,
Ulle ucho skrobie;
obrót steru, łódka — w tył,
praca co się zowie.
Zmarszczył brwi, odgarnął lok
i w słoneczko wlepia wzrok.
Ciesztin krupcia, skarbuś, trzpiot
z żaglem sobie radzi.
Żagiel furczy, kuter mknie;
Jerker, popatrz, lira!
Lira ryczy, fala wrze,
wzbiera gwałt i siła.
Kruchy kuter trzeszczy, patrz!
Łopot flagi, gnie się maszt,
kogut głucho z chrypą wrzasł.
Czwarta już wybiła.
Mowic zbudził z drzemki tych,
co płynęli łódką:
Ulle, co kosztuje byk?
Odpowiedzcie krótko.
Skąd płyniecie? Słucham, mów.
My płyniemy z wyspy Luw,
jest kapusta, śledzi w bród,
mleko, kalarepa.
Czółno się wynurza, spójrz;
Marjo zaś wiosłuje;
pasza, mleko, mięso, tłuszcz...
na cło pokazuje.
Bryłkę masła w nogach ma,
kosze wiśni na przód pcha,
i z wdzięczności Marjo łka,
smarka, pokasłuje.
Ullo Winblad, śpiewaj, psoć,
w blasku słońca szalej!
Przestań ziewać, rozpuść włos,
wyjmuj szpilki, dalej!
I salopkę teraz wdziej...
Kichasz? Zdrowie szybko lej!
Popatrz, tam jest Hessingen,
zieleń drzew i pale.
Narzeczony, Ullo, twój
patrzy. Pójdź, Nurstremie,
siądź naprzeciw mnie, o tu,
ucisz swe płomienie:
my nie znamy szarż ni rang.
Byczo! Słuchaj, trąbka gra.
Prosit i contentement!
Błogie urojenie.
Krowa w trzcinie skryła się,
mokra wić ją chłosta,
krasy byczek naprzód prze —
pryska fala modra.
W pełnej krasie zieleń łąk,
tłuste cielę pląsa w krąg,
tarza się rozgrzany koń,
świnia w żyto poszła.
Zaraz koło drzewa, patrz,
junak czeka na to,
aż przeminie wczesny brzask,
pieśń, ćwierkanie ptaków.
Zza grubego tego pnia,
zamajaczył fuzji kształt,
wiemy niczym owca psiak
stoi przy junaku.
Rano, Mowic, dobry łyk!
Fale połyskują.
Widzisz Ekensberg? No, cyk!
Słyszysz? Podśpiewują.
Ktoś wysunął nogę w przód,
trafił w kręgle, dobry rzut!
Słyszysz, jak tej kuli huk
góry podchwytują?
A przy kuflu w berso śmiech
starej wiary słychać.
Ryczą trumf, próbują wznieść tęgi kufel piwa.
Kilku legło już na wznak,
śpią i chrapią, jeszcze jak,
łoże z kwiatów, kamień wsadź —
głowa niech spoczywa.
Na tej skałce, popatrz tam,
Chińczyk osobiście
tworzy z garstki piasku nam
piękne misy w liście.
W wypalonych kształtach z glin
Apellesa pędzel był.
Ullo Winblad, spójrz cousine!
Całkiem, całkiem zmyślnie.
Minął już Marijeberg,
niżej więc spozieraj;
wypłowiałą żółcią się
chatka rozpościera.
Poznajecie? W chatce tej
Saletrzarnia mieści się.
Teraz, Ullo, drżyj i mdlej:
popatrz na więzienia!
Zarzuć sondę w głębię wód,
cóż to za ziewanie!?
Nie śpij, otwórz flachę, chlup!
Kroplę pannie zanieś.
Wstawaj, Mowic, patrz, na skos
Dom Łazarza, ładny los!
Miej na względzie własny nos,
nim się imasz pani.
Błyszczy szczytów wieżyc las,
lśnią się kury, krzyże,
widać jak jutrzenki blask
w wodzie się kołysze.
A na brzegu wielce rad
kamykami igra szkrab.
W naszą stronę wiedzie ślad —
jako kaczki chyże.
Popuść liny, żagiel spadł.
To Garbarski Zalew.
Widać zamki, rzędy chat,
rów na stromej skale.
Pod smolistym daszkiem znów
wyją pompy, ogień, huk,
koń pokornie nogę wzniósł,
nie chce ćwieka wcale.
A z kijanką, widać stąd,
stoi jurna dziewa,
przyodziewku ściska rąb,
łono swe odkrywa.
Bose nogi, krzepki skłon,
liczy, którą bije dzwon,
pilnie drapie nogę swą,
wściekła, pot z niej spływa.
Wszędzie dobrze, w domu zaś
jest najlepiej, kumie.
Woziwoda konia gna,
beczkę wytaskuje.
Wiadro błyszczy, koło drży,
woda sika, szkapa rży.
O tej krasie śpiewaj mi,
jeśli tylko umiesz.
Jeppe trąbi, trąbka brzmi,
dzwon modlitwy życzy,
głośno kum kominiarz kpi,
śwista, śpiewa, krzyczy.
Piekarz kosze wiezie swe,
kowal młotem głośno rżnie,
już grenadier, już i knecht
nad rusznicą dyszy.
Czas do domu, pośpiesz się;
wędy, włoki — schowaj.
Uderz w fagot, podróż tę
w pamięci zachowaj.
Żegnaj Jergen, Truls i Hans,
dziewki, igry, pląs i tan,
Ulla wieniec z mirtu ma —
własność Neptunowa.
Nurstrem swą perukę zdjął,
ryżą pałę szczerzy;
Ulla chora, z cerą mdłą
dała spaść odzieży;
rozkraczona w łoże szła,
za nią Mowic z trąbą gna;
zmykaj, Nurstrem! Żona twa
wszystkim się należy!
POSŁANIE NR 64
Co się tyczy ostatniego balu u Fremana
na Wirażu Narożnym.
Opuść oczęta, to wstyd, białogłowo,
chodzić na bale bez butów, a fe!
Tańczyć niezgrabnie i ciężko jak krowa,
bratać się z hrabią, baronem, no nie!
< Vcllo --- > Mowic, nastrój swój tenor i graj,
< Vcllo --- > koncert nam daj.
Opuść oczęta, to wstyd, białogłowo,
chodzić na bale bez butów, a fe!
< Corno --- > Rogi już brzmią,
< Corno --- > smyki już tną;
< Vcllo --- > Mowic na krześle
< Vcllo --- > stroi swe gęśle,
lulkę nabija, stalkę w worek pcha.
< Vcllo --- > Pali i pyka,
< Vcllo --- > brzdąka, zastyga,
dzban piwa wznosi, pije zdrowie dam.
Lotto, wyznaję, robdyszan, ty diable,
jest to skradziony baldachim, no tak!
Chłopcy uliczni, panienki z Armatniej,
brać się za ręce i w koło, sto lat!
< Vcllo --- > Mowic, ze smyczkiem zrób jakiś ład,
< Vcllo --- > bo skrzypi gad.
Lotto, wyznaję, robdyszan, ty diable,
jest to skradziony baldachim, no tak!
< Corno --- > Któż tańczy tam?
< Corno --- > Kapitan sam.
< Vcllo --- > Gada po szwedzku?
< Vcllo --- > Nie, po niemiecku.
Spójrz na podbródek, a bodaj byś spuchł!
< Vcllo --- > Popatrz na miny;
< Vcllo --- > strasznie się ślini;
cały rudawy, widać krągły brzuch.
Cóż za dziewczyna obłapia sternika !
ta, co tak sapie, że gorset jej trzasł.
Żebrze w niedzielę, w sobotę zaś fika,
a w poniedziałek — więzienie. I tka.
< Vcllo --- > Wtorek: sądowi pada do stóp
< Vcllo --- > i buzia w ciup.
Cóż za dziewczyna obłapia sternika
ta, co tak sapie, że gorset jej trzasł.
< Corno --- > W waltornie trąb!
< Corno --- > Mowic! No — głąb!
< Vcllo --- > Nie patrz na straże,
< Vcllo --- > opuść pasaże!
Sternik na Niemca z nożem... łaknie krwi!
< Vcllo --- > Milcz choć minutkę,
< Vcllo --- > gęba na kłódkę,
przestań, bo nogi z dupy wyrwie ci!
Noże błyskają, mrą Nimfy z przestrachu,
lagi i klingi pod niebo! Na śmierć!
Nosy pobladły od ran i siniaków,
spuchły policzki, dziobatą jest płeć.
< Oboe --- > Mowic Z przejęcia zaczyna drżeć
< Oboe --- > i gotów mdleć.
Noże błyskają, mrą Nimfy z przestrachu,
lagi i klingi pod niebo! Na śmierć!
< Corno --- > Rogi, czas wznieść
< Corno --- > Bakchusa cześć!
< Vcllo --- > We Frei templu
< Vcllo --- > on za egzemplum:
jest jurny, mężny, miły, umie żyć.
< Vcllo --- > Miłość szaleje,
< Vcllo --- > wino się leje.
Baczność, strażnicy! Bakchus woła: pić!
POSŁANIE NR 67
Do zacnej Muterki pod "Kurem"
(Peter Dahl, litografia, ok. 1984)
Ojcze Mowic, stój!
Jeszcze raz buty wzuj,
waltornię pochwyć. — Jam sługa twój!
Takt wybijaj i dmij,
fałdów kryzy tknij
i nie stój jak ten kij!
Podkręć wąsiska swe
jak Pan
i kadzie przeturlaj dwie,
o tam.
Pipę wsadź przy dnie,
krzepę masz, ty psie,
masz dumę, rezon, wdzięk.
Mamcia w szynku "Kur"
zacnej pani to wzór!
Babunia żwawa, tak, miły mój!
Choć oglądam świat
siedemdziesiąt lat,
potrafię skopać zad.
Chłopów na bary kłaść
i bić,
i w barłóg odważnie wpaść,
i żyć.
Biust włochaty, nie?
Krzepkie ręce dwie,
a w łonie, bracie, wrze!
Swą perukę wsadź,
włóż pończochy, psia mać,
weź szczotkę i sztyblety nią gładź.
Spójrz, tam w rogu jest kadź
z tłuszczem, więc sobie radź:
wytaplaj skórę, Waść!
Nie poprzewracaj flach,
mój śnie!
Bierz buty i jeszcze raz
je wdziej!
No, czy wiarę dasz?
Szyk fircyka masz.
Pójdź, cmoknij ciocię w twarz!
Weź waltornię. — No.
W górę okienne szkło!
Na Frei świetne hufce mi trąb.
Popatrz, stoi wóz;
dmij w waltornię, już!
Komplement grzeczny złóż.
Klaśnij radośnie w dłoń,
o tak,
i świśnij w zaułków mrok,
wasz znak!
Trza odwagę mieć:
wozem wkoło jedź
i leć do Ulli, leć!
Ile kwiatków w krąg,
butów, pończoch, wstąg,
zegarków złotych tłok, bracie, tłok!
Zmykaj z ganku, raz, dwa!
Jak ten indor się pcha!
Dostojnie zacznij grać!
Zwilżyj puchary, lecz
je zwróć.
Panów fiskałów zsiecz
i zmłóć.
Pędź, a niech cię mór,
pchaj się do tych piór
pod falbankami stu!
Niechże dotknie ten mór
balu i miejskich cór!
To istny szatan w gąszczu tych piór
czarne szpony ma.
Czy przebiegłe są? — Ba,
ba, Mamciu, jeszcze jak!
Co noc, zalany w sztok,
i tak
rzucam tych kilka sztuk
na wznak.
No to żegnam się!
O co zakład, że
dziś pannę będziesz mieć!
POSŁANIE NR 69
O Mollbergu, mistrzu tańca
(Maria Hordyj, akwaforta, ok. 1990)
Spójrzcie, Mollberg, miłe pany,
tańca mistrz karczemny,
jak opiera się o ściany
dzierżąc swe sourdine.
Mistrz ukłonów nieforemnych,
szurów i swawoli.
Większej małpy w kapryjoli
nie oglądał nikt.
Boże, już dość!
Nad ladą poszybował,
bums w takie coś,
gdzie Mamcia ryby chowa.
Boże, spójrz jak marynata
leje się po szatach!
Nos, co wylądował w kwiatach,
jako słonko lśni.
Czy widzicie, karczmarz zgoła
stoi zapatrzony,
pot kroplisty ściera z czoła,
rży ze śmiechu chłop,
gdy mistrz kica jak szalony,
wierzga rachityczny
i gdy swój kapelusz śliczny.
rzuca pod sam strop.
Ulla się źli
i z tańca wyskakuje.
Dzika jak wilk
na jagnię gdy poluje.
Karczmarz w śmiech i w śmiech podwika,
w takt, jak brzmi muzyka.
Plecy prosto! Tańcz, Ulrika!
Mollberg ryczy: hop!
Puść mnie, wujku! — Za nic, miła!
Puść mnie, córuś! — Nigdy!
Mózg bym z ciebie wydusiła.
Ejże, chyba nie.
Miłość przypomniała krzywdy,
dawne łzy i bole,
serce strzała znowu kole
jak w Wielkanoc mnie!
Menuet brzmi.
Posłuchaj teraz raczej:
prościutki rytm.
Lecz, ach, Ulleczka płacze.
Nie płacz, siostro. Mokra cała.
Kwinta zagęgała.
Fartuch w górę, moja mała,
butem w ziemię bij!
Siostro, wciągnij brzuch, no, śmiało,
wciągnij brzuch, niecnoto!
Podaj pierś jak dzionek białą,
kibić luźniej. Tak.
Cofnąć nogi nie chce toto,
lewy obcas — dosuń!
Śmiać się chce, ofiaro losu?!
Łupu-cupu, w kark!
Puść wolniej taille!
Nie czas na ceregiele!
Petite canaille!
Com mówił, gdzie kuperek?
Kuper w przód; na darmo męki,
by ukazać wdzięki.
Ognia żądam od panienki!
Żadnych skarg u warg!
Popatrz na mnie, mój aniele:
lewa noga — szura.
Non, ma chere, niech krew zaleje —
lewa noga — tam!
Stoi jak w szeregu ciura!
Popatrz, chodzi o to:
pójdź w la chaine, pójdź, moje złoto!
Ma foi, madame!
Zupełnie źle,
bo gdy się dygać zbiera,
zwrócona jest
plecami do partnera.
Obrót. Zacznij balansować.
Ba-lan-so-wać! Prowadź!
Musisz pierś mą oczarować.
No, jagniątko, tańcz!
Kiedy piję, śpiewaj, z duchem,
pląsaj, gdy przygrywam.
No, czy Mollberg nie jest zuchem?
Nieprzeciętny zuch!
Dygnij! Duszo nieszczęśliwa,
kolan nie uginaj,
żadnych mięśni nie napinaj,
luźno, niczym duch!
Jak u madame
niech biuścik się przewala.
Brzuch schowaj... tam...
Tralalalalalala!
W górę piersi, biodro podaj,
jako panna młoda!
Niech pod stopą lśni podłoga;
tańcz i pij za dwóch!
POSŁANIE NR 71
Do Ulleczki w oknie ogródka Rybaczewo
południową porą pewnego letniego dniaPastorałka dedykowana Panu Asesorowi Lundstremowi
Ullo, Ulleczko, czy wolno zaprosić
na najczerwieńszych poziomek dzban?
A może karpik, co z mułu się wznosi?
A może wody źródlanej, madame?
Drzwi niepogoda ze zgrozą otwiera,
pachną kwiatuszki, pachnie świerk.
Trochę padało, lecz już się przeciera,
widzisz, nie?
Ullo, Ulleczko, czy wolno zaprosić
na najczerwieńszych poziomek dzban?
A może karpik, co z mułu się wznosi?
A może wody źródlanej, madame?
Czy to nie cudowne, Rybaczewo, co
"Cudownie tak spozierać!"
No a tam, w zieleni, pniaków dumnych rząd
daleko stąd?
No a ta zatoka,
co się lśni? "Ojej!"
No a w dali, tam po bokach,
pola te?
Czy to nie cudowne? Łąki ścielą się?
"Cudownie jest, cudownie jest!"
Cyk na dzień dobry w tym oknie, kochana!
Słuchaj, od miasta brzmi dzwonów głos.
Spójrz: niknie zieleń w kurzawy tumanach
pośród kolasek i wozów na wprost.
Wychyl się z okna, tam gdzie twój kochanek
senny w swym siodle. Nie rób min:
primo — weź czerpak, secundo — weź dzbanek —
nalej mi.
Cyk na dzień dobry w tym oknie, kochana!
Słuchaj, od miasta brzmi dzwonów głos.
Spójrz: niknie zieleń w kurzawy tumanach
pośród kolasek i wozów na wprost.
Czy to nie cudowne, Rybaczewo, co?
"Cudownie tak spozierać!"
No a tam, w zieleni, pniaków dumnych rząd
daleko stąd?
No a ta zatoka,
co się lśni? "Ojej!"
No a w dali, tam po bokach,
pola te?
Czy to nie cudowne? Łąki ścielą się?
"Cudownie jest, cudownie jest!"
Ciągną do stajni, Ulleczko, ogiera.
Kopie i wierzga, parska i rży.
Lecz jego oko za wrota spoziera;
dumnie ucieka do okna, gdzie ty!
Naturę całą zapalasz w płomienie
przepychem ciepłym oczu twych.
Cyk! Przez tę furtkę w gorące spełnienie,
zdrowie, cyk!
Ciągną do stajni, Ulleczko, ogiera.
Kopie i wierzga, parska i rży.
Lecz jego oko za wrota spoziera;
dumnie ucieka do okna, gdzie ty!
Czy to nie cudowne, Rybaczewo, co?
"Cudownie tak spozierać!"
No a tam, w zieleni, pniaków dumnych rząd
daleko stąd?
No a ta zatoka,
co się lśni? "Ojej!"
No a w dali, tam po bokach,
pola te?
Czy to nie cudowne? Łąki ścielą się? ,
"Cudownie jest, cudownie jest!"
POSŁANIE NR 72
Złożone u wezgłowia Kajsy Styny,
pewnego późnego popołudnia
(Maria Hordyj, akwaforta, ok. 1990)
Nimfo, co lśnisz! Płomienne oko!
Zjawo, co drgasz w pierzynach wysoko!
Siło bez zmazy!
Pójdź, pójdź na rozkazy,
przy gasnących świecach dwu,
Morfeusza, boga snu.
Okna i drzwi pozamykane.
Czepek już skrył twe ciemię kochane,
perukę Nurstrem zaś powiesić raczył już,
|: śpij przy mej pieśni, oczka zmruż :|.
Właśnie twój jer, Kajso ma złota,
drzemiąc swą pieśń skończył świergotać;
słońce marnieje,
a niebo gęstnieje,
pustelnicza cisza trwa;
wielbić Freję idę ja.
Spadł gęsty deszcz głośnym płomieniem,
żłobiąc wśród chmur ogniste sklepienie.
Na krańcach jeszcze ład,
zieloność, złota ślad;
|: i wreszcie Jowisz burzą spadł : |.
Śpij, Nimfo, śpij! Lirę śnij we śnie,
aż słonko znów ukaże się wcześnie,
aż przebudzona
wyciągniesz ramiona
po mój dzban, po uścisk i
nie zapłoniesz od mej krwi.
Kajso, to śmierć! Boże — oddycha!
Śmierć każe żyć, a miłość przycicha.
Choć puls twój nie chce bić,
zmrużone oczko lśni;
|: cichnie ton. Idź spać, idź, idź :|.
POSŁANIE NR 73
Co się tyczy Jergena,
który zapisał duszę diabłu.
Brać za krzesełka, na diabła fotele!
Hej, hurmem do drzwi, przyjaciele!
Skrzypce na strzępy rwij,
krzesłem o ziemię bij,
szatan odwiedził nasz bal.
Szynkwas w choinkach.
W trumf, durniu, wal!
Popatrz, baryłka,
a pusty nasz dzban.
Jergen buzuje,
się miota, zlatuje
do piwnicznych sal.
Ach, ich bin biedaczek duży,
kontrakt mój do końca fpat.
Może uda się przedłużyć
noch zwei lat.
Ja dziewczyny wszystkie strwonię
(na oberża idzie lżej),
nie pomyśle o swej żonie
w karczmie tej.
Piękna uwertura.
Dać inkaustu, pióra:
topsze, jestem twój, ty diable, na twój każdy gest.
Pośpiesz się, Lotto, i ściany pościeraj,
niech błyszczy się stara galera.
Okna na haki włóż,
świece w lichtarze, już!
Opuść no sztory i skręć,
śpiesz się, niezdaro,
nie stój tak, pędź!
Rusz się, nie marudź,
gość wypić ma chęć!
Odkurz na stołach,
Mowica zawołaj,
niech smykiem w struny tnie.
Pisze rudą krwią ja moją
na papisze właśnie tym,
że ja mnie porzucam, co jest
trocha złym!
Że ja trześfym być nie pragnę,
rzatko w Kirche lubie być,
obowiązki wiem dokładnie,
co do pić,
nie dbam o choroba.
Sztokholm, ten listopad,
manu mea propria auf oberża Rosenthal.
POSŁANIE NR 79
Albo na pożegnanie matron,
w szczególności matki Mai Myry
ze Słonecznego Zaułka
przy Rynku Głównym, anno 1785
(Peter Dahl, litografia, ok. 1984)
Charon na rogu gra nam,
wyją już nawałnice;
cumy, szmaty, polana
na nic zdadzą się.
Miesiąc swą tarcz zasłania,
gwiazdy żałośnie świecą:
zaraz nastąpi przemiana
chwilki życia mej.
Zaraz klepsydra się skończy.
Charon zabierze, co zdąży.
Woda przy wiośle
marszczy się groźnie,
a gdzie poświata
czółno ulata.
Kołysze czarnym, trupim łożem rzeki bieg
|: w oparach, w mgle :|
i w wyciu zmór.
O szynkareczki, jazda!
Sił mi dodajcie w drodze,
gdy dziś przy prochu ojców
nocą będę stał.
Stoi szynkarzy banda:
rozindyczeni, srodzy —
dajcie choć flaszkę! W zastaw
bym kapelusz dał.
Matko, na desce tej, proszę,
skreśl za tę rybkę dwa grosze
i jeden grosik
za dawne cosik,
i za węgorza
z naszego morza,
oraz za te kartofle, które wcinam już:
|: kapie z nich tłuszcz :|,
wyborny smak.
Sporządzam mój testament
zasiadłszy tu przy piwie.
I proszę matkę Maję:
Czytaj na głos go!
Precz, ziemskich pułków zamęt!
Ach, gorzko, przeraźliwie;
przeczystych gwiazd firmament
niech się sklepi w krąg!
Gdy tylko kufel poczuję,
cyk! jak ten chmiel smakuje!
Piana zaś wszystka
kipi i pryska
z gęby kroplami,
surdut mi plami.
Cudowny, matko Maju, piwa tęgi łyk.
|: Cyk, matko, cyk :|,
nad rzeką Styks!
Głowa na ramię spada,
ciało do przodu leci,
kark walczy, trudna rada,
lecz, bogowie, lecz:
oko płaczące pada
na moje łachy-śmieci:
a był to szyk nie lada
sztywno spięte mieć.
A spójrz mi jeno na spodnie!
No jak? Czy nie są cudowne?
Westa przetarta,
reszta podarta,
getry przykrótkie,
pięty rzadziutkie,
koszula zasię był to — matko Maju, patrz! —
|: lat temu dwa :|
Bachmanki łach.
Stoję pośrodku łodzi.
Boże, jak wiosło zgrzyta!
Tam i z powrotem chodzi
stado cieni wciąż.
Eol ucisza szlochy ,
Charon w piszczałkę śwista.
Pomocy! Ciemna mocy,
trwogi usłysz głos!
Błysk, grzmot i zorza, ach biada!
Strach na nieboskłon wypada!
Wielki Wóz zamiera
w błyskach i drżeniach,
gwiazdy czernieją,
brzegi grubieją,
i poza wielkim cieniem nie ma niebios już.
|: Poczyna się ból :|.
Idź spać, madame.
POSŁANIE NR 80
Co się tyczy przejażdżki Ulli Winblad
do Pierwszej Kolonii
koło Cła Kocia DupkaPastorałka dedykowana Sekretarzowi Królewskiemu Cielgrenowi
Jak w święto Pasterka, strojna tak,
przy źródle w czerwcowy dzień,
odbiera z różanej pościeli traw
swą krasę i skromny wdzięk.
I nie w konicze, trzemchy i bzy
wplątuje pereł lśniące się skry
nizając lekko wianek swój,
niepewna — wśród kwiatów i ziół.
Tak Nimfę mą skrył, na Flory cześć
ten woal skromniutki dość,
gdy w Pierwszej Kolonii znalazła się,
najmilszy Mollberga gość.
Kolonia ta, dwa kroki od Cła,
tam w garnku raka złowić się da
i tam Brunswiku czysta toń
w bałwanach się wtacza na ląd.
Szczuplutka, w bluzeczce spiętej, aż żal,
wkroczyła Ulleczka tu.
Leciutko zefirem tknięty jej szal
w załamach opadał stu.
Aż w wybrzuszeniach zniknął jej kształt,
spódniczka Nimfy wzdymając fałd,
przestała wstrętnie w oczy bić
i białe obcasy jej kryć.
Spójrz, tam gdzie Zieleńców kręty szlak
opada Kolonia wnet.
Na lewo, wśród wrzosów widać piach
i drogi łagodny skręt.
Tam kręcąc kołem ciężko się chłop
gramoli do mizernych swych szop
i zdąży nim się skończy dzień
z owcami, cielęty i psem.
Tam właśnie, w Kolonii, w gęstwę traw,
w jedlinę, co zdobi sień,
wysiadła z kolaski Ulla raz
w południe, w niedzielny dzień.
A wtedy Jowisz burzę chciał mieć,
i dzwony w Dandryd — nuże się drzeć,
i kogut z izb piwnicznych piał,
jaskółka wleciała do sal.
Roztruchan już zaczął chodzić w krąg
i Mollberg ze stołka spadł,
a Nimfie nadobnej wymsknął się z rąk
kieliszek z sośniną w piach.
Pasterka w trumf rąbnęła o blat
i — kiecka w górę! — wypięła zad!
Muterka mówi: "Z braku szkła,
na kredyt pijaństwo się da!"
Za oknem na wprost bułany koń
pod niebo wzbił grzywę swą.
Więc kosze i dyszel, koła i oś
w rozsypce wzlatują w krąg.
W ognistej żądzy pędzi, co sił,
nozdrzami parka parska, prycha i rży.
Lecz Ulla, śladem żon, i tak
Już chrapie z Mollbergiem na wznak.
POSŁANIE NR 82
Czyli nieoczekiwane pożegnanie,
do którego doszło przy śniadaniu
Ulli Winblad, pewnego letniego ranka,
w zieleni.Pastorałka dedykowana Sekretarzowi Królewskiemu Leopoldtowi
(Peter Dahl, litografia, ok. 1984)
Spocznij u tego źródła,
śniadanko nasze czas wysupłać:
wino, a w nim łutówka,
świeżutki bekas, co za woń!
Dzwonią butelki, Ulla,
w koszykach pełnych, jak u króla,
próżna się w trawie turla;
i wczuj się w duszny oddech błoń.
Wyciągnij dłoń:
weź do obiadu puchar;
naleję doń.
Spocznij u tego źródła,
posłuchaj, rogu płynie głos.
< Corno --- > Posłuchaj, rogu głos.
Pysznie murawę kraszą
źrebaczek oraz ogier z klaczą,
byk gdzieś tam ryczeć zaczął
i nawet jagnię brykać śmie.
Kogut na dach wskakuje,
myśli, że kurę dziobem kłuje,
jaskółka przelatuje,
na żerdzi sroka śmieje się.
Ciut unieś dzban,
niech trochę się przygasi
pod kawą żar.
Pysznie murawę kraszą
rzeczy, co pieszczą oko nam.
< Corno --- > Co pieszczą oko nam.
Boże, jakże ta kępa
świeżymi liśćmi drzewek spięta
tworzy coś na kształt piętra
z wielością ścieżek, co za czar.
Liści cudowny szelest,
to czarne wiry, to popiele,
cień drzew się niżej ściele,
a wyżej niebo sunie, drga.
Złap, Ullo, złap,
złap teraz w swoją rękę
kielich, jak ja.
Boże, jakże tę kępę
najprzeróżniejszy zdobi kwiat.
< Corno --- > Najprzeróżniejszy kwiat.
Nimfa! No spójrz mi na nią,
jak sunie, szelma, w rozpasaniu.
Oliwkę oraz jajo
na talerzyku w kwiatki ma.
Teraz łyżeczkę bierze,
śmietankę leje nad talerzem;
batyst na piersi świeżej
faluje, tort gdy kroi nam.
Kurczaczek tam,
skrzydełka mu nasz anioł
wyrywa sam.
Nimfa! No spójrz mi na nią,
jak się mozoli jakiś czas.
< Corno --- > Mozoli jakiś czas.
Dmijcie, o muzykanty,
już Eol z grani śwista kanty,
nućcie, miłosne fanty,
wśród utyskiwań starych bab.
Siostry! Raz dwa kieliszek
i pro secundo pod sztokfisze;
karczmarz, ten bazyliszek,
obfity dzisiaj utarg ma.
Cyk, ty i ja,
pod twoje amaranty,
Ulleczko ma.
Dmijcie, o muzykanty,
wciągnijcie haust do dna, do dna.
< Corno --- > Wciągnijcie haust do dna.
Na koniec w tej zieleni
będziemy wszyscy rozłączeni;
Ulleczko, żegnajże mi
pod wszystkich instrumentów dźwięk.
Fredman już się nie łudzi
i spłacić dług Naturze musi,
Kloto odcina guzik
z surduta na Charona zew.
Amorze, pójdź!
Strój Bakcha dzieciom Frei
w nagrodę zrób.
Na koniec w tej zieleni
ostatni Ulla wzięła ślub.
< Corno --- > Ostatni wzięła ślub.
PIEŚŃ NR 10
Wśród wariatów sobie żyć
i popijać rankiem!
Ziemia jest parkietem mym,
słonko, mym kagankiem.
Ze wszystkiego rad bym kpił,
byle rozum lotny był,
lotny był,
lotny był,
lotny był,
lotny był,
a gdy się zramoli,
pójdę spać w niedoli.
Noszę stary dziadka płaszcz,
mam na łokciu dziurę,
stoję wśród wesołych paszcz,
arak konsumuję.
Piję z tego kufla, cyk!
Świtkiem, w obiad, na noc łyk,
na noc łyk,
na noc łyk,
na noc łyk,
na noc łyk,
robię się czerwony,
jak me kompaniony.
Gdyby ojciec z grobu wstał,
słysząc moje czkanie,
rzekłby: — Tyś jest chłop na schwał!
Brudzia pij, mój panie!
Cóż, mój bracie — respons mój —
do świtania pójdźmy w bój,
pójdźmy w bój,
pójdźmy w bój,
pójdźmy w bój,
pójdźmy w bój,
gdy cię zemdli potem —
do grobu! Z powrotem!
Gdyby Bóg bogactwo dał,
do sakiewki grosik,
to na Święta strój bym miał,
który książę nosi.
Kupiłbym, któż wiarę da?
Westę, płaszcz i... buty dwa,
buty dwa,
buty dwa,
buty dwa,
buty dwa,
i do włosów — cudo,
zegar zaś na udo.
Memu gardłu szkodzi post,
dość ma tej posuchy;
złoty trzos to marny los,
precz ten korek, zuchy!
Bez hałasu, cicho, sza,
strzemiennego pij do dna,
pij do dna,
pij do dna,
pij do dna,
pij do dna,
który nas zabije
w tym czerwonym płynie.
PIEŚŃ NR 16
Żyję, więc mi się zachciewa
w zdrowiu jak najlepiej żyć.
Jak imć Adam i imć Ewa
w raju sobie być.
Od gołąbków chcę pieczonych tyć.
Słodko spać, po różach stąpać, tylko nektar pić,
pieścić tę, o której serce śni,
piosnki śpiewać, ciąć polskiego, tarzać się i wyć,
obok flaszki zasnąć smacznie,
obok panny zbudzić się,
gdy mój mózg się mącić zacznie,
spowolnieje bieg.
Wtedy znikną dni pocieszne
w parku, który zwie się ból.
Wenus — serc niech Panią będzie.
Bakchus — gardeł Król.
Jeśli mi pijaństwo wytknie kto,
o, do stu baryłek! Niech pragnienie dręczy go!
Jeśli Chloris mi wzbronioną, to
bierz mnie sto baryłek! Z żalu się zalejmy w sztok.
Pójdź, kompanio, zakląskajmy!
W górę poncz i w górę grog.
Nim się śmierci mgłą nie zajmie
umysł nasz i wzrok.
PIEŚŃ NR 19
O, śmierć lichwiarzem groźnym jest,
co życie co godzina dusi;
tak dumny orzeł, jak i giez
tę samą przemoc odczuć musi
|: i wzdycha do Natury praw :|,
Lecz Bakchus w śmiech, więc w śmiech i ja.
Lecz, gdy na przykład, zdarzy się,
że śmierć mi pozew nagryzmoli
i plajta rezerw życia tknie,
i kres nadejdzie miłej doli,
|: to niech się dzieje, co tam chce :|,
lecz zanim umrę, zdrowie twe!
W kontrakcie zaś: na tamten świat
ma tylko lichwiarz dźwigać ciało,
bo lichwiarz był mi druh i brat,
lichwiarzy mnóstwo otaczało.
|: Pójdźcie, lichwiarze, człapu, człap :|
i niech was ciągnie Grim, bo drab!
PIEŚŃ NR 21
Pieśń biesiadna
Na koniec wyniesiemy się
od bakchusowych burd i wrzaw,
gdy śmierć, sąsiedzie, wezwie cię —
klepsydra pełna twa.
Dziadeczku, laskę odrzuć precz.
I ty, młodzieńcze, słuchaj też:
Tę Nimfę, która wdzięczy się,
pod rękę szybko bierz!
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
I ty, coś tłoczni wiemy stróż
— na bakier czapka, sina twarz —
twe trupieszenie widać już,
już czarne ślady masz.
I ty, w gadaniu wielki mistrz,
w gwiaździstym płaszczu, wstęgach stu:
już cieśla skończył trumnę ci,
przygotowuje gwóźdź.
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
Lecz ty, wśród rygli, żelastw, krat,
co ze skwaszoną miną złą
szkatuły strzeżesz rad nie rad
zamknięty razem z nią.
Ty, co z zazdrości w drobny pył
butelki, lustra tłuczesz w krąg —
Życz dobrej nocy, chlupnij łyk,
daj rywalowi dłoń!
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
Ty, co tytułów wrzaskiem stu
pozłacasz swój żebraczy stan,
a nie masz grosza, czy też dwu
na pogrzeb, takiś pan!
I ty, coś drań i tchórz, i leń —
niech sczeźnie dzień, co wydał cię...
Lecz kiepska filipika ta,
dopóki pełne szkła.
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
I ty, coś trąby Marsa dźwięk
w koszuli krwawej naprzód niósł,
i ty, co w łożu tarzasz się
w ramionach Chloris — tchórz;
i ty ze złotą księgą, co
w kościelnym echu posłuch masz,
i kiwasz mądrze głową swą
i smak nicości znasz.
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
Lecz ty, co z dumną miną swą
przyjaciół wciąż znieważasz cześć,
oczerniasz ich, a potem grą
nazywasz taki gest.
I ty, co nie śmiesz bronić ich,
choć właśnie duldasz z ichnich flach:
wylizuj lepiej z własnych mich!
Co na to powiesz, waść?
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
Lecz ty, coś przyszedł tu i siadł,
skądkolwiek byś nie przybył był
i słowa nie rzekł, chociaż pan
gospodarz woła: pij!
Takiemu — nie daj jeść ni pić,
takiego gościa pozbaw dań,
za jego kielich mocno chwyć:
niech suchy pysk ma, drań!
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
Sąsiedzie, powiedz, poszło w smak?
Więc w końcu świat zachwalaj, czcij.
Gdy jeden nam pisany szlak —
połączmy się! No, pij.
Lecz najpierw wino nalej w szkło
i gospodyni pokłon złóż,
a potem już do grobu: wio,
przy zniczu nocnych zórz.
Za głębokim widzi ci się grób?
To po kielich sięgnij, no i chlup!
Potem chlup — czemu nie? —
jeszcze raz, jeszcze dwa:
wyzioniesz ducha rad!
(Maria Hordyj, akwaforta, ok. 1990)
PIEŚŃ NR 28
Trzy Puchary
Mowic miał studentem być,
do Uppsali słał akta
i na pamięć zaczął ryć
Grammatica contracta.
Tłusty smok
w hic, haec, hoc
nigdy się nie mylił,
czarną togę wziął na borg,
kiroński chmiel — wychylił.
Jak mizantrop siedział tam,
choć gęba purpurowa,
nad swym kuflem całkiem sam
i amo koniugował.
Gdy tak pił,
chmiel się zmył,
mózg poświęcił chuci,
więc dobytek w saku skrył
I stolec wiedzy rzucił.
Chwycił — wściekły niczym gbur —
Grotiusa z Puffendorfem,
po czym trzasnął nimi w mur:
pachmało wkoło mordem.
Hurra piał,
furda grzmiał.
Oddał jako fanta
Lexicon, Colloquia
i jeszcze Varianta.
Do Sztokholmu żaków trzech,
trzech żaków udało się;
w Trzech Pucharach gnieżdżą się,
w kliteczce numer osiem.
Żądny chwał
Mowic miał
togę jak sam Prezes.
Pyszny był i pysznie chlał
i zgłosił nowe Theses.
Pierwsza Thesis brzmiała tak:
moralnym czy dekretem
można, mocą Bakcha praw,
zupełnie zmienić dietę.
Pro i pro,
contra, no,
nie i tak — rozbrzmiało.
Mowic ryknął: "W górę szkło!"
I "w górę szkło!" zagrzmiało.
Druga Thesis była ta:
co tyczy się różnicy
między piwa varietas
a piciem ze szklanicy.
Racja, no,
dubito,
ktoś tam powątpiewał.
Mowic ryknął: "Habeo!"
A kelner podolewał.
Nadszedł trzeciej Thesis czas,
lecz Prezes spadł ze stołka,
a recenzent także zgasł
fiknąwszy wpierw koziołka.
Fredman wpruł —
filowół! —
z pieśnią i dziewuchy.
W spak uczyły mądrych szkół
te Osły-Kłapouchy.
PIEŚŃ NR 33
Rada Miejska w mieście T*** znajduje,
że Magistrat nie szanuje praw:
każdy rajca w mieście tym gardłuje
i na prejudycje jojczy z ław.
Byłbyś tedy pewny, że w zasadzie
musi powstać w Radzie
plan, jak działać wbrew.
Lecz się nie łudź, że to rzecz ucina:
Rada dziś przeklina
każdy w mieście chlew.
A oto rzecz: gdy właśnie miał zasiadać
w dość zawiłej, trudnej kwestii sąd,
pcha się świnia, patrzy na stół rada,
przy Prezesie siada sans façon.
Prezes wtedy wstał i komplementował:
ani więcej słowa,
prócz: cholero precz!
Nie, odrzekła świnia, tak działałam,
że i ja zostałam
rajcą w mieście T***
PIEŚŃ NR 35
|: Dziadek Noe,
dziadek Noe
był porządny człek :|.
Gdy mu zbrzydła arka,
to zaczął sadzić ziarnka:
dużo wina, dużo wina —
tym zajmował się.
|: Często Noe,
często Noe
zmykał z arki swej :|.
Ciągnął do butelki,
wydatek to niewielki,
żeby wypić, żeby wypić
w naszym parku z niej.
|: Dobrze wiedział,
dobrze wiedział,
jaki człek ma brak :|:
że go suszy szczerze,
jak każde jedno zwierzę.
To dlatego, to dlatego
sadził wino tak.
|: Babcia Noe,
babcia Noe
była żoną cną :|.
Dała wypić chłopu!
Ach, gdybym taką zdobył,
żeniłbym się, żeniłbym się
bez namysłu z nią.
|: Nie ględziła,
nie ględziła:
"Ojcze, nie, nie, nie :|!
Odstaw ten kielonek,
bo będziesz znów wstawiony,
a po drugim, a po drugim
popamiętasz mnie!"
|: Dziadek Noe,
dziadek Noe
dbał o własny włos :|,
bródkę miał do szpica
i czerwoniutkie lica.
Do dna golił, do dna golił,
hurra — wołał w głos.
|: Były czasy,
były czasy
na planecie tu :|:
same dobre strony
i żaden gość spragniony
nie zaglądał, nie zaglądał
przez nakryty stół.
|: Mów nie znano,
mów nie znano
nudnych, że aż strach :|,
nie gadano wszędzie:
"Niechaj mi wolno będzie";
zawsze do dna, zawsze do dna
każdy pijał tak!
PIEŚŃ NR 61
Do dzbana
Kogóż widzę?! Druh, braciszek,
krótko mówiąc widzę dzban!
On się zawsze dobrze spisze,
w naszym gronie witaj pan.
|: Sto lat :|!
|: Bądźże gościem nam :|.
Co tam słychać, miły panie,
coś zanadto jesteś rad,
precz krętactwo i schlebianie,
bądźże ze mną za pan brat!
|: Sto lat :|!
|: Bądźże za pan brat :|.
Co twym gniazdem, bracie drogi,
czy Mozela, czy też Ren,
czy Bordeaux, czy świat szeroki...
Furda! Byleś nie był męt!
|: Sto lat :|!
|: Nie, nie jesteś męt :|!
Długo jeszcze, stary kumie,
moje gardło czekać ma?
Opuść nieco niżej dzióbek,
lecz nie przychodź więcej waść.
|: Sto lat :|!
|: Lecz nie przychodź waść :|.
No to pijmy, morskie tuzy,
dla kurażu, żadnych min;
niechaj z gardeł będą śluzy,
kiedy wpłyną fale win.
|: Sto lat :|!
|: Wpłyną fale win :|.
Pan Bóg dał mi brzuch i gębę,
lecz nie mogę więcej pić;
sił już nie mam, bez sił będę,
tracę kielich z oczu mych.
|: Sto lat :|!
|: Tracę z oczu mych :|.
Zawołajcie księdza, nuże!
Bo testament pisać czas.
Chociaż... wypić resztę muszę,
abym bez pragnienia gasł.
|: Sto lat :|!
|: Bez pragnienia gasł :|.
Z wydania książkowego:
Carl Michael Bellman, Fredmanowe "Posłania" i "Pieśni",
tłum. Leonard Neuger,
Państwowe Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1991.
Carl Michael Bellman.
(Maria Hordyj, akwaforta, ok. 1990)
|
|
|
|
|
|
|