OD KRAKOWA DO SZTOKHOLMU





Z Profesorem Dr. LEONARDEM NEUGEREM

rozmawia Andrzej M. Kobos


(tekst autoryzowany)






Leonard Neuger, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)



Andrzej M. Kobos:   Leonie, zbiegiem szeregu wydarzeń zarówno w moim jak i Twoim życiu spotykamy się znowu po 30 latach. Nie w Krakowie, gdzie niegdyś przegadaliśmy wiele długich wieczorów u Ryśka i Grażyny Markiewiczów, lecz w Sztokholmie.

Powiedz, proszę, Leonie, jak i kiedy znalazłeś się na Uniwersytecie Sztokholmskim, na Slawistyce?


Leonard Neuger:   To bardzo trudno opowiedzieć przyzwoicie, ponieważ ja nie tyle wyjechałem, ile mnie wyjechano z Polski. W roku 1980 współzakładałem "Solidarność" na Uniwersytecie Śląskim, potem w stanie wojennym byłem internowany, przesiedziałem pół roku, ożeniłem się w obozie, internowano też moją żonę, co było zdumiewające ponieważ nie zajmowała się ona żadną działalnością polityczną ani społeczną. Nie rozumiałem dlaczego ją internowano. Potem zorientowałem się, że po to, aby dostać duży okup, bo pochodziła z zamożnej rodziny. Po okupie, kiedy wyszliśmy z internowania, zostałem usunięty z pracy w trybie natychmiastowym. Ja oczywiście odwołałem się do sądu pracy, ale wszystko to wyglądało, że będzie trwać w nieskończoność. I wtedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe. A jak dostaliśmy się do Szwecji? Po prostu w roku 1983 Szwecja była pierwszym krajem, który udzielił mi azylu politycznego.

W ogóle nie wyobrażałem sobie, że podejmę pracę w moim nieatrakcyjnym zawodzie polonisty. Ale potem okazało się, że dzięki pomocy ludzi i pewnie temu, że miałem jakieś przekonywujące kwalifikacje, dostałem pracę na Uniwersytecie Sztokholmskim, taką pracę powiedzmy pomocniczą, to się wtedy nazywało "arkivarbetare". To było dosyć zabawne, bo była to pozycja dla ludzi, którzy są upośledzeni przez los, tj. takich, którzy mając stosunkowo duże kwalifikacje nie mogą funkcjonować na rynku pracy. Wtedy przez takich upośledzonych przez los uważało się np. alkoholików, narkomanów na odwykówce, itp., ludzi, którzy rzeczywiście gdzieś wypadli z obiegu i trzeba im było pomóc.

Miałem gentleman agreement z kolegami ze Slawistyki, szefami, że ja nie będę takiej pracy wykonywać, tylko pracę zgodną z moim zawodem, choć formalnie, i niestety również ekonomicznie, będę w takiej grupie zatrudniony. Trzeba powiedzieć że uniwersytet sztokholmski wywiązał się w stu procentach z tego zobowiązania. I tak pracowałem sobie w spokoju, nikt się do mnie wtrącał, miałem znakomite warunki do pracy. Do pewnego momentu jednak. To wszystko opierało się na fikcji, i to takiej bardzo zabawnej. Ja dostałem tę pracę dlatego, jako że będąc po doktoracie w Polsce (1978), nie mogę się dostać na rynek pracy, ponieważ nie znam szwedzkiego, choć jestem "nadkwalifikowany", co tutaj jest klęską.

A ja w międzyczasie, zabrałem się za tłumaczenia literatury szwedzkiej na język polski, ucząc się w ten sposób szwedzkiego. Zdążyłem w roku 1992 dostać nagrodę Akademii Szwedzkiej za moje tłumaczenia Bellmana, a cały czas mieliśmy umowę, że ja nie znam szwedzkiego, bo dzięki temu dostałem tę pracę. Po pewnym czasie jednak uznałem, że dość tej fikcji i w 1993 roku zrobiłem na Uniwersytecie Sztokholmskim docenturę. I tak znalazłem się w sytuacji bardzo niebezpiecznej, bo natychmiast zainterweniował urząd pośrednictwa pracy, który płacił część mojej pensji "dla alkoholików". No to, jak to? Alkoholik-niemowa, a tu docentura? (a docentura w Szwecji jest, a przynajmniej wtedy była niepłatna). Groziło mi wypowiedzenie z pracy, ponieważ budżet Slawistyki nie był w stanie utrzymać mnie na etacie. I wtedy jak z nieba spadła decyzja rządu szwedzkiego o otwarciu na Uniwersytecie Sztokholmskim pierwszej w historii Szwecji profesury z języka polskiego i literatury polskiej. Procedura była taka, że rozpisano konkurs na to stanowisko. Jednakże rektor Uniwersytetu Sztokholmskiego podjął decyzję, że ponieważ jestem poważnym kandydatem, to zatrudnia mnie do czasu rozstrzygnięcia tego konkursu. A ponieważ w roku 1999 wygrałem ten konkurs, to później rektor już nie miał żadnych problemów i ja też nie. A w roku 2003 zostałem dyrektorem Instytutu Slawistyki Uniwersytetu Sztokholmskiego.

Dlaczego powiedziałem, że to jest trudne do opowiedzenia? Bo, gdy mówię o internowaniu, o wyrzuceniu mnie z Uniwersytetu Śląskiego, to jest to opowieść jakby z perspektywy ofiary, która budzi rodzaj współczucia, ot – skrzywdzony kombatant. Równocześnie trzeba powiedzieć, że moi koledzy z Polonistyki Uniwersytetu Śląskiego bardzo mi pomagali, walczyli o to, żebym został na uczelni i składali pieniądze (a pensje były wtedy bardzo niskie), gdy wyrzucono mnie z pracy i zostałem bez pieniędzy. Dzięki temu, przez jakiś czas dostawałem ekwiwalent normalnej pensji adiunkta. Trzeba tutaj koniecznie rozróżnić działania władz, w tym władz uniwersyteckich, a nawet niektórych profesorów, od działania mojego środowiska, które zachowało się w stosunku do mnie lepiej niż dobrze. Zresztą potem, w 1992 roku, gdy nastała już wolna Polska, koledzy z Uniwersytetu Śląskiego zaprosili mnie na stanowiso "Visiting Professor" i to było zaproszenie, któremu nie tylko nie mogłem odmówić, ale przyjąłem je z ogromną satysfakcją i radością. Byłem u nich przez pół roku.


AMK:   Czym zajmuje się Slawistyka, a dokładniej Polonistyka na Uniwersytecie w Sztokholmie, poza nauczaniem elementów literatury polskiej i zapewne uczeniem języka polskiego?

LN:   Uczymy języka polskiego bez wymogu znajomości tego języka przy wpisie na kursy, co oznacza, że w praktyce prowadzimy nauczanie języka polskiego od początku. Problem bywa taki, że część studentów, którzy do nas przychodzą, jest albo polskiego pochodzenia, albo z polskich rodzin, w których językiem domowym jest polski. W związku z tym tworzymy osobne grupy, dla tych, którzy już umieją mówić po polsku. To, z czego jednak nie zawsze zdajemy sobie sprawę, to że te nasze dzieci, których jednym z języków, może nawet zasadniczym, jest język polski, to są po prostu analfabeci, bo nawet jeśli mówią po polsku, to nigdy nie pisali, a może nawet nie czytali po polsku. W związku z tym mamy np. osobny kurs ortografii polskiej dla tych, którzy świetnie mówią po polsku, ale nie umieją pisać. To jest pierwsza grupa. Oczywiście są i studenci szwedzcy, którzy nie znają polskiego i dla tych prowadzimy zajęcia od początku. Do kursów polskiego A, B, i C (przez litery rozumiemy semestry), wchodzi również podstawowy kurs historii literatury i kultury polskiej.


AMK:   I kultury również? W tym pewnie trochę sztuki, malarstwa, filmu, teatru?

LN:   Tak, to zależy od prowadzącego. Na następne kursy D i E przychodzą ludzie, którzy chcieliby pisać pracę magisterską m.in. z literatury polskiej. Takich jest już bardzo niewielu. Pamiętaj, że roczniki, które teraz wchodzą w dorosłe życie, to są roczniki nieliterackie, tzn. zasadnicze ich ukształtowanie nie jest już poprzez literaturę, czy jeśli i jest, to w dużo mniejszym stopniu, niż u poprzednich roczników. I to wszystko jedno, czy przez literaturą polską, szwedzką, angielską, francuską, czy amerykańską. Ukształtowani zostali bardziej przez telewizję, film, gry komputerowe. Znacznie zmienił się profil zasadniczego wykształcenia.


AMK:   Tak, nie używa się już encyklopedii, tylko szuka informacji w Internecie i czasem bzdury z tego wychodzą...

LN:   Różnie to bywa. Trzeba powiedzieć, że quantum wiedzy i, powiedzmy, umiejętności operacyjnych, które były wymagane za czasów, kiedy ja studiowałem, było inne. Dzisiaj, dzięki Internetowi, to quantum wiedzy jest dostępne każdemu studentowi, czy uczniowi. Czyli profesor, który umiał na pamięć dzieła tego czy tamtego autora, czy pamiętał wszystko o nim, dzisiaj jest niepotrzebny, ponieważ można to znaleźć jednym palcem w ciągu pięciu minut. Ja sam pamiętam, że gdy niedawno potrzebowałem coś sprawdzić do Gombrowicza, znalazłem to bardzo szybko.


AMK:   No tak, ale w związku z tym musi zmienić się profil chociażby badań filologicznych, literaturoznawczych, komparatystycznych.

LN:   Myślimy o tym. To nie jest takie proste. Jesteśmy instytucją małą i choć nie wolno pożegnać się z marzeniami, to nie wolno się tylko im oddać pod panowanie. Musimy dostosować nasze ambicje do tego, co posiadamy. Tzn. np. gdy mamy wybitnego specjalistę powiedzmy od Sienkiewicza, to nie ma sensu rezygnować z tego. Stąd próbujemy pewnych kompromisów. Czeka nas pewna reforma. To jest sytuacja wszystkich filologii, nie tylko polskiej.


AMK:   Nie tylko filologii, ale zapewne większości nauk na uniwersytetach, zarówno humanistycznych jak i ścisłych.

LN:   Tak, ale ja tu mówię o typie zajęć, które tutaj prowadzimy. Rozmawiałem już z literaturoznawcami, zacznę rozmowy z anglistyką, może wymyślimy jakieś wspólne kursy, tu trzeba zmienić coś zasadniczego.




Leonard Neuger, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


AMK:   Leonie, powiedz proszę, co stanowi przedmiot Twoich badań naukowych – filologicznych albo porównawczych.

LN:   No wiesz, ja zajmuję się głównie literaturą modernistyczną, modernizmu polskiego, modernizmu pojmowanego w sensie anglosaskim, amerykańskim, tzn. tym co działo się w literaturze od samego końca XIX wieku do lat 1950. (a nie do lat, powiedzmy, 1920., jak w czasem się to rozumie). Modernizmem jako pewną formacją intelektualną, filozoficzną, społeczną, wywróceniem pewnego obrazu świata, pewnym projektem świata, który zdaniem niektórych pojawił się już z końcem Średniowiecza, czy z początkiem Odrodzenia, który potem doszedł bardzo radykalnie, ideologicznie do głosu w okresie Rewolucji Francuskiej, który uzyskał pewien filozoficzny wymiar jako konflikt w Romantyzmie, a szczególnie później przy końcu XIX wieku i już przez cały XX wiek, ewentualnie do postmodernizmu.


AMK:   Czy modernizmem w literaturze polskiej, czy w obrazie bardziej ogólnym: literatura polska w realności literatury europejskiej i światowej tego okresu?

LN:   Można powiedzieć tak: ja nie przeceniałbym tych taksonomii, periodyzacji, czy to taki okres czy inny, taka literatura czy inna. Raczej broniłbym pewnego ogólniejszego podejścia. Otóż podejście, o którym mówię, to jest podejście, które z jednej strony pozwala łączyć literaturę z innymi sposobami wypowiedzi, ekspresji, w tym również filozofii, sztuk pięknych filmu, muzyki itd. Po drugie, pozwala na wpisanie, w moim przypadku literatury polskiej, w to, co działo się w Europie czy w Stanach Zjednoczonych w tym stuleciu, czyli pozwala wskazać na podobieństwa w różnych postawach.


AMK:   Jakieś konkretne nazwiska autorów?

LN:   Polskich? Będą banalne... Mnie najbardziej interesuje to, co zaszło w literaturze polskiej po 1918 roku. Czyli z jednej strony Tuwim – akurat ja pisałem o nim, dlatego go wymieniam...


AMK:   To był przecież taki złoty okres...

LN:   Tak, ale po drugie, a raczej przede wszystkim to co zaszło w literaturze polskiej w latach 1930., kiedy to dochodzą do głosu tacy pisarze jak Miłosz, Gombrowicz, Schulz, czy kiedy środowiskowo rozpoznany jest Witkacy. I to jest nurt, który mnie szczególnie interesuje.


AMK:   Czyli coś, co nazywa się awangarda...

LN:   Czasem tak się to nazywa. Termin „modernizm” pozwala odsunąć wiele "-izmów". Mówiło się np. "Młoda Polska", a to w istocie był pewien nurt modernizmu, bo to było przecież przeformułowanie sposobu wypowiedzi artystycznej a i filozoficznej też.

Również pisałem o twórczości Różewicza, o twórczości Szymborskiej. To już było nieco późniejsze.


AMK:   Gombrowicz... Teraz, rozumiem, organizujesz w Sztokholmie, dużą konferencję o Witoldzie Gombrowiczu?

LN:   Tak. Organizuję nordycką konferencję poświęconą Gombrowiczowi, z końcem listopada 2004. Pomysł nie tak bardzo oryginalny; jest teraz stulecie urodzin Gombrowicza. Ale organizuję ją po pierwsze dlatego, że Gombrowicz interesuje mnie od zawsze i fascynuje między innymi ponieważ czytam go i nie wszystko rozumiem. Właściwie to, co daje Gombrowicz do myślenia, to nie jest to, co rozumiemy, tylko nagłe potknięcie się, nagle napotykam coś, czego nie pojmuję, czego nie rozumiem, a nie mogę przejść nad tym do porządku.


AMK:   Zakładając, że on to sam rozumiał... że to nie było wysilanie się na oryginalność.

LN:   Jeżeli o to pytasz, to można z grubsza powiedzieć, że uczestnictwo w sztuce, czy to będzie literatura, czy muzyka, zwłaszcza w modernizmie, to jest uczestnictwo podwójne. Po pierwsze to jest uczestnictwo w tym, co dzisiaj nazywamy rynkiem, a na rynku patrzy się, co jest chodliwe, co się podoba, w czym jestem podobny. Jednocześnie, u najwybitniejszych twórców, nie tylko tego kierunku, jest to wyodrębnienie się, wyrażenie, czy znalezienie sposobu na wyrażenie swojej odrębności. Gombrowicz niewątpliwie do właśnie takich pisarzy należał.

Ale ja mówię o innym niezrozumieniu. Ja mówię o nierozumieniu sobą, tzn. jakby napotykam u niego na doświadczenia "obcego", niezrozumiałe dla mnie. Tzn. napotykam drugiego człowieka, który jest tak inny, że zmusza mnie do innego myślenia, czy odczuwania.

Ale odpowiadam tutaj, dlaczego akurat Gombrowicz. Drugi powód jest taki, że Gombrowicz za życia jeszcze, tzn. z końcem lat 1960. miał w Szwecji znakomity odbiór. Z jednej strony były to przedstawienia teatralne Andersa Sjöberga, które do dnia dzisiejszego w gombrowiczologii uchodzą za najważniejsze, najlepsze spektakle Gombrowicza na świecie; zwłaszcza Iwona księżniczka burgunda i Ślub. Wtedy na przedstawienia Sjöberga do Królewskiego Teatru Dramatycznego ciągnęła elita. Tam trzeba było być, Gombrowicza trzeba było zobaczyć. Z drugiej strony to się również wiązało z wydaniem po szwedzku jego Ferdyduke i Pornografii i co za tym idzie bardzo ważnych komentarzy do dzieł pisarza. Był to pewien boom gombrowiczowski, który po śmierci pisarza w roku 1969 minął.

I nagle, na naszych oczach następuje renesans Gombrowicza. W związku z tym jest możliwość, prawdopodobnie już jedna z ostatnich, czy przedostatnich, żeby spotkać starszych intelektualistów, pisarzy, artystów, których on formował, albo którzy jego jakoś formowali, mieli z nim jakąś interakcję – z młodymi, którzy może czytają go teraz inaczej. Akurat w krajach nordyckich – Danii, Szwecji, Norwegii – ciągle bardzo intensywnie czytają Gombrowicza.


AMK:   To też jest pewna miara wielkości. Gombrowicz umarł już sporo lat temu, 35. I ciągle wraca się do niego. Niewielu jest takich pisarzy naszych czasów, do których się wraca. Jak wielki był np. Hemingway, a ilu teraz do niego na poważnie wraca?

LN:   Rzadko, ale zdarza się. W każdym razie inaczej niż do Gombrowicza. Nie chcę uprzedzać tego, co będzie na sesji, ale tak się jakoś składa z Gombrowiczem, że świetnie wpisuje się on w coraz to inne mody intelektualne.


AMK:   Czyli Gombrowicz na każdą pogodę?

LN:   Na każdą pogodę. I kiedy byli strukturaliści, to on jakby pasował do myślenia strukturalistycznego. Później, czy wcześniej przyszli egzystencjaliści, to absolutnie był on egzystencjalistą, jeszcze przed Sartre'm, co zresztą jest prawdą. Teraz są postmoderniści i powiadają – popatrzcie, to klasyczny przykład postmodernizmu. To nie znaczy, że oni bredzą; to znaczy, że oni w twórczości Gombrowicza wynajdują takie elementy – a poprzednicy tego nie zauważali, albo nie doceniali – które bardzo dobrze wpisują się w te ich sposoby myślenia. Ja bym ich nie lekceważył, ponieważ, jak mówimy o strukturalizmie, czy egzystencjalizmie, czy o różnych formacjach postmodernistycznych, to – można to lubić, albo nie lubić – ale to są bardzo poważne sposoby myślenia, odczuwania świata.




Leonard Neuger, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


AMK:   Inna sprawa – Twoje tłumaczenia. Wiem, że tłumaczyłeś na polski wiersze wybitnego współczesnego poety szwedzkiego Tomasa Tranströmera.

LN:   Dużo tłumaczyłem i publikowałem to. Gdy przyszedłem na Slawistykę, to nie miałem co robić. Miałem przy tym swój pokój. Chciałem poznać język, a poznać język dla mnie możliwe było tylko przez literaturę. Ćwiczenie rozmów na poczcie czy w sklepie serdecznie mnie nudzi i natychmiast to zapominam. Zapytałem kolegów, co takiego warto przeczytać. Pierwsze co dostałem od kolegi, prof. Larsa Kleberga, to był cieniutki wybór wierszy Erika Stagneliusa, wczesnego romantyka szwedzkiego, mistyka, sposobem myślenia trochę przypominającego Słowackiego. Zabrałem się za tłumaczenie tego. I stopniowo zrobił się z tego tomik, wybór wierszy Stagneliusa. Potem, nieco przymuszony przez znajomych i przyjaciół, zabrałem się za Carla Michaela Bellmana i to rzeczywiście było moje najważniejsze przedsięwzięcie translatorskie, bo to da się śpiewać po polsku, tak, jak śpiewa się po szwedzku. Bellman był XVIII-wiecznym skaldem, śpiewającym poetą "karczemnym". Przełożyłem wybór Bellmana, dość gruby tom. To było śpiewane w Polsce na scenie, kilka spektakli, bardzo zabawnych. Nawet pewien zespół górniczy na Śląsku, bodajże kopalni Szombierki, śpiewał Bellmana, bardzo po swojemu, wpisali to we własną kulturę biesiadną czy pijacką. To się ogromnie podobało. Potem tłumaczyłem liryka Tomasa Tranströmera. Przetłumaczyłem również dwie powieści: Rity Tornborg Imieniny Salomona i Ogród Magnusa Florina oraz wybór czterech dramatów Katariny Frostenson, byłem współtłumaczem dużego wyboru poezji Harry'ego Martinsona. Pewnie jeszcze coś, czego teraz nie pamiętam.

AMK:   Jak ogólnie wygląda "ruch" translatorski między tymi dwoma językami? Czy tłumaczy się wiele ze szwedzkiego na polski i z polskiego na szwedzki, w obie strony?

LN:   Wiesz, gdy zostałem tu profesorem, trochę straciłem rachubę, jeśli chodzi o polski rynek wydawniczy, już nie bardzo wiem co się wydaje. Wiem, że odzew w Polsce na literaturę szwedzką jest bardzo pozytywny. W Polsce pojawiło się grono zapalonych, młodych tłumaczy, którzy od czasu do czasu przysyłają mi swoje wydrukowane już książki, albo prośby o opinie, recenzje, z czym niestety często zalegam.

Natomiast, jeśli chodzi o rynek szwedzki, polską literaturę, to nad tym panuję, to wiem. Muszę powiedzieć, że większość najciekawszych rzeczy, które w ostatnich latach ukazały się w Polsce, ukazuje się w tłumaczeniach szwedzkich. Z najnowszych publikacji, np. za miesiąc wyjdzie szwedzki przekład Złotego Pelikana Stefana Chwina. Są rzeczy nie tłumaczone – żałuję, że nie – zwłaszcza proza obiegu bardzo elitarnego, która w Polsce też nie ma wielu czytelników, ale to znakomita proza – takich pisarzy jak Magdalena Tulli, Zbigniew Kruszyński, czy Marek Bieńczyk.


AMK:   Jak w Twojej ocenie wygląda sprawa nie tyle kontaktów, ile wzajemnych wpływów kulturowych polsko-szwedzkich, historycznie i obecnie?

LN:   Jeśli można brutalnie powiedzieć, to wpływów kulturowych Szwecji na Polskę i Polski na Szwecję nie było. Czy może tylko jak na lekarstwo. Jeżeli można sobie wyobrazić modele systemów społecznych, religijnych, intelektualnych postaw, itd. najbardziej sprzeczne między sobą, to takie, w czasach historycznych, są systemy polskie i systemy szwedzkie.

Powiedziałem, że kontakty kulturalne między Polską a Szwecją były prawie zerowe, bo modele społeczne były całkiem różne. Ale modele mają to do siebie, że sprawdzają się z grubsza, na zdrowy rozum. Ludzie nie zawsze mają zdrowy rozum i nagle się okazuje, że Polska była jednym z krajów, które w XVI wieku przyjęły szwedzkich uchodźców religijnych, czy politycznych, że teraz ludzie ze skandynawistyki poznańskiej czy krakowskiej zbierają o tym materiały, że ci Szwedzi coś tam robili, mieli wpływy, że są gdzieś tam groby owych ludzi. Temu, że był okrutny potop szwedzki nikt nie przeczy, ale do dziś są miejscowości w Polsce, które nazywają się Szwedy, czy coś takiego. Prawdopodobnie nie wszyscy żołnierze robili paskudne rzeczy, ktoś został, może zakochał się...

Natomiast po 1989 roku Szwecja okazała się krajem bardzo atrakcyjnym dla Polski, tzn. wtedy, gdy polskie elity polityczne zastanawiały się nad przyjęciem jakiegoś modelu demokracji, modelu gospodarczego, społecznego. Niekoniecznie tylko pozytywnie, czasem przez odrzucenie. W każdym razie te przykłady szwedzkie zaczęły odgrywać pewną rolę. Dalej przyszły bardzo oczywiste sprawy, z których najszybciej zdali sobie sprawę przedsiębiorcy z obu stron Bałtyku, mianowicie, że są to kraje i rynki sąsiedzkie, tzn. bardzo łatwo, przynajmniej technicznie łatwo z sobą współpracować. I stąd zainteresowanie Polską ze strony szwedzkich tak małych, jak i wielkich przedsiębiorców. Volvo weszło na rynek polski, Alfa Laval też, obecne zresztą na rynku polskim już przed wojną. W tej chwili Polska jest znowu w centrum polityki szwedzkiej, ze względu na możliwe albo niemożliwe alianse w ramach Unii Europejskiej. To łatwo zobaczyć. Szwecja jest krajem małym i swój udział w Unii Europejskiej widzi we współpracy z innymi mniejszymi (z perspektywy Francji czy Niemiec) krajami. Bardzo trudno o przeciwwagę wielkim krajom europejskim, więc trzeba się z kimś konfederować. Bardzo liczono w Szwecji na Polskę, jak na razie częściowo błędnie.


AMK:   Teraz, Leonie, całkiem inne pytanie. Po przyjeździe do Szwecji, zainteresowałem się sprawą, powiedzmy ogólnie dóbr kulturalnych zrabowanych metodycznie i systematycznie przez Szwedów na terytorium Rzeczpospolitej prawie 350 lat temu, podczas "potopu szwedzkiego". Dzisiaj są one w muzeach Szwecji (np. w Livrustkammeren w Sztokholmie), w kilku szwedzkich zamkach, bibliotekach, nawet kościołach. W 2002 roku była w Warszawie wystawa części tych zrabowanych dóbr "Orzeł i Trzy Korony". Pojechałem ją obejrzeć... Czy ktoś próbuje opracować listę strat kultury polskiej w "potopie", tj. na rzecz Szwecji, nic to, że strat tak dawnych? To byłby znakomity projekt badawczy, podchodząc do tego na zimno, sine ira et studio.

LN:   Nie wiem, czy jest taki program badawczy, nic takiego nie słyszałem. Problem jest oczywiście ogólny, znany w Europie i nie tylko. Jest w ostatnich latach tendencja, żeby muzea zwracały zagrabione rzeczy. Nie wiadomo, jak daleko w tył w czasie należy sięgać, jak potraktować obiekty niegdyś wyłudzone, czy zakupione za bezcen.

To jest dla mnie bardzo interesujący problem. Rzeczywiście należy podejść do niego bez gniewu. Jak się zaraz zorientujesz, ja jestem tutaj gołębiem, nie jastrzębiem. Podczas każdej wojny konstytutywnym uprawnieniem żołdaków był rabunek, również gwałt, ale za gwałty zamierzchłe w tej chwili nie płaci się odszkodowań, choć z dzisiejszego punktu widzenia jest to po prostu wstrząsające. I wiemy, że to zostało w mentalności żołdackiej. Każda armia gdy wkracza, czuje jakieś takie "uprawnienie".

Drugą stroną medalu jest pytanie do jakiego stopnia wolno nam unieważniać historię. I to jest poważniejszy problem. W połowie XVII wieku wojska szwedzkie znalazły się na terenie Polski. Nie chcę tu wchodzić w dyskusję, bo historycy nie zgadzają się co do tego, jakim prawem czy tytułem wkroczyły one na tereny Rzeczypospolitej, czy była to inwazja, czy wojna dynastyczna, czy zaproszenie, czy wojna religijna (moim zdaniem ta ostatnia)? Szwecja była zdecydowanie uboższym krajem od bardzo zamożnej wtedy Polski i ich armia według nich miała prawo rabować. A trzeba powiedzieć, że potop szwedzki wszedł w mentalność polską jako bardzo okrutny.


AMK:   Zginęło wtedy około jednej trzeciej ludności Polski. Szwedzi złamali państwo polskie, Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Ta Rzeczpospolita już nigdy się nie podniosła.

LN:   To po pierwsze. Po drugie, jeszcze raz podkreślam, potop szwedzki był niezwykle okrutny jeśli chodzi o gwałty, grabieże. Nawet na owe czasy uważano, że "coś nie gra". Szwedzi stali się symbolem grozy. I tak zostało w polskiej pamięci społecznej.

Ja nie wiem, Andrzeju, czy należałoby domagać się zwrotu zagrabionych rzeczy. Ja bym się raczej domagał, żeby zaznaczać na zrabowanych rzeczach, że były zrabowane, czy prawdopodobnie zrabowane. Tzn. żeby przyjąć historię taką, jaką ona była, nie poprawiać jej. Ja rozumiem, że pragniemy, by teraz Szwecja i Polska były takie, jakby się nic nigdy nie stało. Ale wtedy wymazujemy historię. Otóż ja powiadam: a właśnie, że się stało, nie możemy zachowywać się, jakby się nic nie stało, bo się stało. Czyli, by zachować historię taką, jaką była.


AMK:   Świetny pomysł, Leonie. Czyli, w pałacu króla Szwecji w Drottningholm, na przedmieściu Sztokholmu ktoś powinien zaznaczyć, że wiszący tam najsłynniejszy, jedyny egzemplarz pierwszego wydania dwumetrowego sztychu Krakowa Meriana został zrabowany w Polsce?

LN:   Tak. Dlaczego by nie? Nie ma, o ile wiem, poważniejszych oporów wśród historyków szwedzkich wobec takiego przyznania się. W Polsce, myślę, są większe opory wobec przyznawania się do własnego rabunku, ponieważ mentalność polska była jakby zbudowana na micie niewinności.


AMK:   Jest też (lub do niedawna był) szwedzki argument taki, że np. gdyby te dobra zostały w Warszawie, to np. spłonęłyby w 1944 roku...

LN:   No tak, ale to jest argument, którego od rabusia nie przyjmujemy. "Jak to bardzo uratowaliśmy was przez to, żeśmy was zgwałcili", prawda. No nie...




Leonard Neuger, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


AMK:   Wróćmy do tego, od czego rozpocząłem tę kwestię. Niech już nawet sobie będzie ten wspaniały sztych Krakowa u króla szwedzkiego, albo w Bibliotece Uniwersyteckiej w Uppsali kilka tysięcy dawnych ksiąg zrabowanych z bibliotek w Polsce, ale dobrze byłoby wiedzieć, co wówczas zostało zrabowane w Polsce, a teraz jest tutaj. Należałoby zrobić jakąś listę strat kultury polskiej. O ile wiem, Szwedzi dwukrotnie, co najmniej już wtedy, zrobili spisy kulturowych i historycznych łupów z Polski, pierwszy jeszcze po drodze, w Malborku. Wiem, że te spisy są w archiwach szwedzkich, w narodowym archiwum, ale bardzo trudno dostępne, o ile w ogóle.

LN:   Niestety wszyscy należymy do takiego gatunku, który morduje, rabuje, niszczy. Ale nie tylko. Również przechowuje.

Ja jestem zwolennikiem, żeby muzea, czy inne instytucje, zbierające i przechowujące dzieła sztuki, skarby kultury, pokazywały również rany. Rany. Bo to są rany.

Jeśli chodzi o księgozbiory, to dzisiaj bardzo prostym zabiegiem byłoby ich zeskanowanie i przeniesienie on-line, by każdy badacz, który zechce, miał do nich dostęp. Obecnie zresztą, sytuacja polityczna w Europie i członkowstwo Polski i Szwecji w Unii Europejskiej ułatwia to bardzo i myślę, że każdy uczony polski, który chce, mógłby przyjechać do Szwecji badać te dobra kultury polskiej, a zarazem europejskiej. Ale nie słyszałem, żeby istniał taki program badawczy.


AMK:   O ile wiem, nic takiego się nie dzieje. A dobrze byłoby, dla tych ran, dla obustronnej wiedzy i świadomości historycznej, wykorzystać te polityczne i techniczne możliwości.


Leonie, serdecznie dziękuję Ci za tę rozmowę po latach, a nawet po światach, bo kiedy widywaliśmy się przed trzydziestu laty, nie mogliśmy przecież przewidzieć, że po tylu latach znowu będziemy rozmawiać w... Sztokholmie, w gruncie rzeczy w innym świecie i to dla moich internetowych "Zwojów".

LN:   Nie mogliśmy. Dziękuję Ci Andrzeju.





Leonard Neuger, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


Sztokholm, 22 października 2004.





Prof. Dr Leonard Neuger, ur. 1947 w Krakowie, historyk literatury, tłumacz. 1965-1971 studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim; 1978 doktorat na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach; 1993 habilitacja na Uniwersytecie Sztokholmskim. Pracownik naukowy Instytutu Literatury i Kultury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego (1974-82); 1983 – pracownik naukowy (docent 1993) Instytutu Slawistyki Uniwersytetu Sztokholmskiego. 1995 – profesor języka i literatury polskiej; 2003 – dyrektor Instytutu Slawistyki Uniwersytetu Sztokholmskiego.

W okresie wydarzeń marcowych 1968 za próbę założenia organizacji studenckiej aresztowany i więziony przez sześć miesięcy. Jeden z założycieli "Solidarności" na Uniwersytecie Śląskim. W grudniu 1981 internowany i więziony do czerwca 1982. W Szwecji od roku 1983. Autor ponad 200 prac naukowych, krytycznych, eseistycznych na tematy związane z polską literatura współczesną, teorii przekładu, esejów i felietonów. Współpracownik i korespondent czasopism emigracyjnych oraz Szwedzkiego Radia i BBC.

Autor tłumaczeń literatury szwedzkiej na język polski: Dziki rynek i Żywym umarłym T. Tranströmera (Kraków 1989); Fredmanowe Posłania i Pieśni C.M. Bellmana (1991); Elegie E.J. Stagnelius (1991); Moja przedmowa do ciszy T. Tranströmera (1992); Imieniny Salomona R. Turnborg (1993); Muzeum motyli T. Tranströmera (1994); Poezje wybrane H. Martinsona (1995); Gondola żałobna T. Tranströmera (1996); Sala P, cztery monodramy K. Frostensona (1999), Ogród M. Florina (1999). Autor tomów esejów Dosyć żartów (1993) oraz Z perspektywy tłumacza (1996).

Publikuje m.in. w: Dekadzie Literackiej, Tekstach Drugich, Zeszytach Literackich, Signum i Lyrikvännen. Brał czynny udział w przygotowaniu prezentacji polskiej literatury na Targach Książki w Göteborgu we wrześniu 2003 r., na których Polska otrzymała status Gościa Specjalnego.

Laureat Svenska Akademiens Översättarpris (1989); Svensk-Polsk Samfundets Pris (1991); Författarfondens Premium (1992); nagrody literackiej "Zapadu" (1995). Odznaczony Krzyżem Oficerskim Zasługi RP (1993) i Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi RP (2004). Członek Związku Pisarzy Szwedzkich, Stowarzyszenia Autorów Polskich, członek Towarzystwa Bellmanowskiego w Szwecji i Stowarzyszenia Slawistów Szwedzkich.





Teksty i tłumaczenia Leonarda Neugera zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje