KIM BYL DLA MNIE CZESLAW MILOSZ
–   SPOKOJNY DOTYK WIERSZA





ELZBIETA MORAWIEC






Czeslaw Milosz, Krakow 2001
fot. Judyta Papp



14 sierpnia 2004 roku w swoim krakowskim mieszkaniu, majac 93 lata umarl Czeslaw Milosz. Dokonalo sie – zycie dlugie, dramatyczne, zamknelo sie dzielo bogate, jakiego literatura polska nie znala od stulecia. Kiedy umiera czlowiek – odchodzi swiat, ten poznany i ten, ktorego nie poznamy juz nigdy. Ze smiercia Czeslawa Milosza odeszly swiaty nieobjete. Umarl na skrzyzowaniu dat niezwyklych: w 24. rocznice wybuchu gdanskiego strajku, w 60-lecie Powstania Warszawskiego, w przededniu 90. rocznicy wymarszu I Kadrowej, w niecale cwiercwiecze od przyznania Mu literackiego Nobla. Ten uklad rocznic niezwyczajny – uzmyslawia nam, zyjacym, Kto odszedl. Dla geniuszy – nie ma wieku, ilekolwiek maja lat, zawsze umieraja przedwczesnie.

Milosz.... szumi i dzwieczy Jego wierszem XX-wieczna polska mowa. Nie tylko w Jego wlasnych wierszach, ale tez i w tym, co jezykowi polskiemu przyswoil od czasow Kochanowskiego pierwszy tak doskonale, tak majestatycznie i powszednio zarazem: w Ewangelii wg Sw. Marka, w Ksiedze Psalmow, w Ksiedze Hioba, w Apokalipsie Sw. Jana. Chrzescijanin nieortodoksyjny, chrzescijanin watpiacy – jezykowi i duchowi polskiemu dal w tych ksiegach hieratycznosc i zwyklosc, wielkiego ducha i rowna mu litere. Jego slowa z Psalmu: "Pan da sile swojemu ludowi / Pan da swojemu ludowi blogoslawienstwo pokoju" zostaly odlane na pomniku poleglych stoczniowcow w Gdansku, tym symbolu Polski wolnej, ktorej i On byl wspoltworca. Wygnaniec, tulacz z wlasnego wyboru, uciekinier z komunistycznej utopii, ktorej wczesniej przez pare lat sluzyl, spotwarzany z prawa i z lewa – powrocil na "ojczyzny lono", aby stanac u narodzin nowej, po roku 1989 Polski.

Ktoz jak On byl tego bardziej godzien?

* * *


Milosz nie byl z tych, co jak Baczynski, Gajcy, Stroinski i caly legion wspanialej, warszawskiej mlodziezy zlozyli w walkach Powstania Warszawskiego ofiare z wlasnego zycia i talentow. Samotny, osobny, zbuntowany przeciwko wysilkowi zbrojnemu, ktory uwazal za bezsensowny, przeciwko Andrzeja Trzebinskiego idei "imperium, co powstanie, to tylko z naszej krwi." Oni mieli wielkie patriotyczne racje, dzieki ofierze ich zycia Polska nie przemienila sie calkowicie pod sowiecka okupacja w 17. republike.

Losem Milosza bylo Slowo i Swiadectwo. On mial byc swiadkiem szalenstw, okrucienstw a takze piekna wieku XX. Za swoja osobnosc placil ceny wysokie i – wstyd powiedziec – jeszcze posmiertnie je placi.

W zenujacym "przedstawieniu", jakie dali pospolu, jeszcze przed pogrzebem Poety – ludzie mali, mieniacy sie patriotami, katolikami, ludzie z jakichs samozwanczych "komitetow" do "obrony" Skalki przed pochowkiem najwiekszego z najwiekszych, jest zawarta in nuce okaleczala rzeczywistosc polska. Trzeciorzedny pismak sprzymierza sie z ex-komunista i ubekiem, nad wszystkim unosi sie blogoslawienstwo radia i dziennika, mieniacych sie "patriotycznymi" i "katolickimi", a naglasnia to i komentuje wplywowa, lewicowa gazeta. Wstyd oblewa czlowieka rumiencem, kiedy slucha sie przeklenstw nad cialem Poety, wyglaszanych w imie obrony chrzescijanstwa i patriotycznych wartosci. Plomien nienawisci pelza po bagnie, bledny ognik – prowadzacy donikad. Wierze i ufam, ze swiatlo tej wielkiej poezji jest naden silniejsze. Ze Pan da madrosc i blogoslawienstwo pokoju swojemu ludowi.

* * *


Nie zawsze i nie we wszystkim zgadzalam sie ze zmarlym Poeta, czemu dawalam wyraz w publikacjach, w dyskusjach na publicznym forum – za   J e g o   z y c i a.   Mowic dzis o tym – nie czas i z racji chwili i z tej racji, ze wielkosc Milosza-Poety przerosla wszelkie pretensje, jakie mozna by zywic wobec Milosza-publicysty. Ogarnal nas wszystkich – malych i wielkich plaszczem swojego slowa, zawarl w doswiadczeniu najglebiej osobistym historie wieku XX, historie kraju jezyka lat dziecinnych, Polski i Litwy rodzinnej, malego czlowieczka ubral w szaty bohatera historii i znalazl dla niego miejsce w metafizycznym planie dziejow. Wadzil sie z Polska i z Bogiem? A ktoz z naprawde wielkich w naszej kulturze sie nie wadzil? Mickiewicz moze, Slowacki, Norwid? Spor wiedli z Miloszem takze najwybitniejsi pisarze polscy: Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudzinski, Jan Jozef Szczepanski. Istota tego sporu nie wygasla i z pewnoscia uczciwi i sumienni badacze powroca do niego, gdy przyjdzie ogarnac caloksztalt puscizny Milosza. Tymczasem niechze juz zamilkna glosy nienawistne. Wsluchajmy sie w strofy Miloszowego Walca (z tomu Ocalenie, 1945), z zamknieta w nich wizja losu czlowieka XX-wiecznego, z refrenem-ukojeniem:
Do chat droga mleczna noc letnia podchodzi
I psami w olszynach zanosi sie wies.

* * *


Czeslawa Milosza poznalam korespondencyjnie, przez posrednictwo juz niezyjacej Profesor Ireny Slawinskiej, "wilniuczki" z KUL-u, Jego kolezanki lat mlodych. Przeczytalam, dzieki Niej, Ziemie Ulro i, uzyskawszy od Pani Profesor amerykanski adres napisalam do Poety w r. 1977. Juz nie pamietam dobrze, co mnie wtedy bardziej w tym tomie olsnilo: swedenborgianizmy Milosza czy jego niezwykla apologia Pana Tadeusza. Jako poematu   m e t a f i z y c z n e g o.   Wrazliwosc duchowa Milosza, znad tej samej Willi i Niemna, domowych rzek Mickiewicza, ukazala mi nagle, ze narodowy epos to nie tylko wyraz nostalgii tulacza, ale wniebowziecie "kraju lat dziecinnych". I do dzis mysle, ze z tym kluczem idac, nigdy sie w Miloszowej "Litwie, ojczyznie", ojczyznie-polszczyznie naszej – nie pobladzi.

Nastepstwem mojego entuzjastycznego listu do Berkeley byla odpowiedz Poety. Jakze skromna i ucieszona reakcja, badz co badz, calkowicie anonimowej czytelniczki. Ten list zaginal mi, niestety. Tak sie tu i tam nim chwalilam az go sobie ktos przywlaszczyl. Niechze mu sluzy. A kiedy jako kierownik literacki Teatru Polskiego we Wroclawiu, poprosilam Milosza o zgode na tlumaczenie jego eseju o Krasinskim (w zwiazku z przygotowywana przez Jerzego Grzegorzewskiego premiera Nie-Boskiej komedii), zgode te uzyskalam i moj przeklad znalazl sie w programie teatralnym.

A potem byla euforia Nagrody Nobla, szalone dni i wieczory w Sztokholmie w grudniu 1980. Z Polski, juz solidarnosciowej, ale jeszcze niezupelnie wolnej, niewiele tam osob bylo. Stefan Kisielewski, wspomniana profesor Slawinska, Aleksander Fiut, Andrzej Biernacki i ja. (Z paszportem "sluzbowym", ale za pieniadze wlasne). Z emigracji pamietam: ks. Zenona Modzelewskiego, Danute Szumska, Tadeusza Nowakowskiego, Andrzeja Stypulkowskiego i liczne postacie, nieznane mi, przedstawicieli rzadu londynskiego.To byl zupelnie nieslychany – a jeszczesmy wtedy nie byli calkowicie tego swiadomi – powiew wolnosci nad Europa, nad swiatem. Dla Polski drugi – od wyboru Jana Pawla II. Powiew dwu wiatrow, z dwu stron swiata do zimowego Sztokholmu: z Gdanska "Solidarnosci" i z poetyckiej samotni nad Zatoka San Francisco. Najlepsza Polska objela wtedy swoim usciskiem caly swiat. "Polska przemienionych kolodziejow" Norwida.

W mowie Noblowskiej Czeslaw Milosz byl doskonale swiadom niezwyklosci tego zakretu dziejow. Dwa watki: XX-wieczne przeklenstwo wygnania i taz XX-wieczna zbrodnia totalitaryzmow obecne byly w jego wystapieniu . A takze swiadectwo dane tragizmowi historii Polski w zelaznych kleszczach czerwonego i brunatnego. Mowil wtedy m.in., a sluchal Go caly cywilizowany swiat, i my, tam obecni, ze scisnietym gardlem (cytat bedzie dlugi):

"Dla poety z »innej Europy«, wydarzenia obejmowane nazwa the Holocaust, sa rzeczywistoscia tak bliska w czasie, ze moze on probowac uwolnic sie od ich stalej obecnosci w jego wyobrazni chyba tylko tlumaczac Psalmy Dawida. Czuje jednak lek, kiedy znaczenie tego wyrazu ulega stopniowo przeksztalceniom, tak ze wyraz ten zaczyna nalezec tylko do historii Zydow, tak jakby ofiara zbrodni nie padly takze miliony Polakow, Rosjan, Ukraincow i wiezniow innych narodowosci.. Czuje lek dlatego, ze jest w tym jakby zapowiedz jutra, kiedy z historii zostanie to tylko, co ukaze sie na ekranie telewizora, natomiast prawda, jako zbyt skomplikowana, zostanie pogrzebana w archiwach, zostanie unicestwiona. (...) Unoszeni przez ruch technologicznej przemiany, wiemy, ze zaczelo sie jednoczenie naszej planety i przywiazujemy wage do miedzynarodowej wspolnoty. Daty utworzenia Ligi Narodow i nastepnie Organizacji Narodow Zjednoczonych zasluguja na to, zeby je pamietac. Niestety,   t r a c a   w a g e   w   p o r o w n a n i u   z inna data, ktora powinna byc obchodzona co roku jako dzien zaloby, podczas gdy mlode pokolenia o niej nie uslysza. Jest to   d z i e n   2 3   s i e r p n i a   1939 roku. Dwaj dyktatorzy zawarli wtedy umowe zaopatrzona w tajna klauzule o rozdziale miedzy siebie sasiednich krajow, majacych wlasne rzady, stolice i parlamenty. Oznaczalo to nie tylko rozpetanie straszliwej wojny. Wprowadzona znow zostala kolonialna zasada, w mysl ktorej narody nie sa niczym innym niz trzoda kupowana, sprzedawana, calkowicie zalezna o woli kazdorazowego wlasciciela." (podkr. moje – EM).
W tej samej mowie zapisal jeszcze w pamieci swiata katynskie meczenstwo Polakow, wymieniajac z nazwiska dwu poetow, ofiar Katynia: Wladyslawa Sebyly i Lecha Piwowara.

Tak wtedy mowil Czeslaw Milosz. Dzis, jak sadze, te natchnione slowa, moglyby sie znalezc – ku przestrodze – w preambule Europejskiej Konstytucji, a powinny – w historycznej pamieci krajow Europy wschodniej, postsowieckiej, z Polska na czele.

A kiedy, 16 grudnia 1980 wracalismy promem ze Sztokholmu, w Gdansku trwala uroczystosc odslaniania Pomnika poleglych stoczniowcow, na ktorym zapisano Jego slowa.

Ale byly w Sztokholmie i momenty mniej uroczyste – np. ulubiony "spektakl min" Milosza, w Noblowskiej Bibliotece, wykonany w niezapomnianym duecie ze Stefanem Kisielewskim.

Nie moge sobie darowac, ze posluszna nakazom profesor Slawinskiej nie pozostalam do konca na bankiecie z udzialem Noblistow i szwedzkiego krola, w sztokholmskim Ratuszu (argument byl nie do odparcia: "do Siostrzyczek nie wypada wracac tak pozno"). I tak to szansa tanca z Poeta bezpowrotnie uleciala... Moze i dlatego Walc pozostanie jednym z moich najulubienszych wierszy?.

Byl tez poranek w Bibliotece Karolinskiej w Uppsali (zaowocowal pozniej bibliofilskim drukiem wydanym przez Bromberga, z facsimile rekopisow Milosza, obejmujacym 4 wiersze, pt. Fyra Dikter). Znalazly sie tam: Dar ("Gavan"), Tak malo ("Så lite"), W mojej ojczyznie ("I mitt fosterland"), Widok ("Utsikten").

Na koniec, po ktorejs calodziennej bieganinie w pogoni i w wyczekiwaniu na Poete nadszedl moment, kiedy Czeslaw Milosz powiedzial: "teraz Elzbieta Morawiec". Bodajze w Royal Hotel w Sztokholmie nagralam z nim wywiad (ukazal sie w Polityce 3/1981, pt. "Nie chce byc zbyt gleboki"). Potem, w pokoju hotelowym, wsrod pakowania walizek, z Aleksandrem Fiutem i synem Poety, Tonym, coraz bardziej nerwowo przypominajacym Ojcu o dniu jutrzejszym, spedzilismy pare godzin rozkosznej pogawedki, przy whisky, hojnie nam serwowanej. Nie dziwota, ze poza niezapomnianym smiechem Milosza (smial sie naprawde – do samych trzewi), niewiele z tego wieczoru-nocy pamietam. Ale jedna anegdote, owszem. Komentujac, nie pamietam juz wedle czyich slow (i jakby ironizujac na temat Nobla wlasnego) Milosz powiedzial o Rabindranacie Tagore: "Coz to za Noblista, z przescieradlem na glowie"? Z Olkiem Fiutem wracalismy wtedy do "domow" w Sztokholmie, pieszo przez nocne miasto (komunikacji juz nie bylo), w euforii, bynajmniej nie alkoholowej.

I jeszcze watek osobisty, niech tu bedzie obecny – nie jako swiadectwo snobizmu, ale prostej ludzkiej wdziecznosci. Ledwo mnie znajac (ot, pare listow anonimowej czytelniczki, potem wspomniany wywiad w Sztokholmie), Milosz przez caly stan wojenny wspomagal mnie paczkami zywnosciowymi.To nie jest przejaw mojej pychy, to swiadectwo jak wspanialomyslnym, szczodrym z serca byl czlowiekiem. A wyrazalo sie to przede wszystkim w tym, ile ze swoich darow tlumacza oddal polskiej poezji wspolczesnej, przygotowujac antologie amerykanska Postwar Polish Poetry, przyswajajac swiatu anglojezycznemu Rozewicza, Herberta, Swirszczynska, Grochowiaka, Szymborska, Zagajewskiego i wielu, wielu innych. Dla wszystkich, ktorych spotkal – byl darem. Wielu nie zaistnialoby poza Polska – bez Niego.

* * *


Zamyka w dziejach literatury polskiej stulecie prawie. Stulecie, ktore powinnismy oplakiwac, bo oswietlal je, dla naszych dziadkow, rodzicow jeszcze, blask Rzeczypospolitej wielonarodowej, z litewskim matecznikiem jako czastka mlodego panstwa polskiego. Z mitycznym Wilnem, miastem, gdzie wspolzyli ze soba zgodnie – Polacy i Litwini, Bialorusini, Zydzi, Karaimi, z Wilnem – ta miniatura dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodow. To ostatni krol z Jagiellonow tamtej Serenissimy wypowiedzial pamietne slowa: "Nie bede krolem waszych sumien". Nieodrodny syn Wielkiego Ksiestwa Litewskiego Milosz moglby za nim te slowa powtorzyc.

Uswiadomic to sobie trudno, uswiadomic to sobie straszno: juz   n i g d y   nie bedzie poety, ktory ogarnialby pamiecia wielobarwny splot polskiej kultury, bo ten dawno obumarl, teraz ostatecznie – odchodzi, razem z Nim. Nie bedzie juz   n i k o g o,   kto polskim slowem objalby cale tragiczne i wielkie, ponure i wspaniale doswiadczenie czlowieka wieku dwudziestego.

Pamiecia narodow jest, wcale nie mniej niz doswiadczenia zawarte w ludzkich dziejach jednostek i rodzin, pamiec wizjonerow – poetow i prorokow. Kim bylibysmy dzis, gdyby nie Mickiewicza, Slowackiego, Norwida mocowanie sie z Polska i z Bogiem, bez katastroficznych wizji Witkacego? Kim bedziemy, jesli wyrzekniemy sie Miloszowych slow z wiersza Przedmowa (z tomu Ocalenie, 1945):

Czym jest poezja, ktora nie ocala
Narodow ani ludzi?
Wspolnictwem urzedowych klamstw,
Piosenka pijakow, ktorym za chwile ktos poderznie gardla,
Czytanka z panienskiego pokoju.

Bez jego poematu Swiat (poema naiwne), napisanego w najglebszym mroku okupacji z tryptykiem wierszy najprostszych, jak skrzydla trojdzielnego oltarza w nim zawartym – Wiara, Nadzieja, Milosc? Ze Milosc tu tylko przypomne:
Milosc to znaczy popatrzec na siebie,
Tak jak sie patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jestes tylko jedna z rzeczy wielu.
A kto tak patrzy, choc sam o tym nie wie,
Ze zmartwien roznych serce swoje leczy,
Ptak mu i drzewo mowia: przyjacielu.

Wtedy i siebie, i rzeczy chce uzyc,
Zeby stanely w wypelnienia lunie,
To nic, ze czasem nie wie, czemu sluzyc:
Nie ten najlepiej sluzy, kto rozumie.


Kim bedziemy wymazujac z pamieci zbiorowej Campo di Fiori i przejmujaca Kolysanke, o bitwie nad Stochodem i apostrofe z Traktatu moralnego :
Lawina bieg od tego zmienia
Po jakich toczy sie kamieniach.
Nie mow, ze ma to byc ktos inny
Mozesz – wiec wplyn na bieg lawiny.
Tak, te ostatnia pisal, jak chca nienawistnicy, "slugus rezimu", w roku 1947.

Sam zmienial bieg tej lawiny. Czy ja zmienil? Moze – w oczach swiata, a i to niepewne, tak jak niepewna, nieistniejaca w tych oczach jest wciaz jeszcze dzis – polska ofiara II wojny. Ale najgorsze, ze biegu lawiny nie zmienil w umyslach niektorych rodakow. Lawiny pseudopatriotyzmu i stereotypow, ludzi, ktorzy po wiek wiekow beda uwazac, ze tytulem do chwaly narodu jest tylko przelana krew, nie zas slowa madrosci poetow. Norwidowe: "kazdy czyn za wczesnie, kazda ksiazka za pozno" – nadal nic nie znacza dla pewnych srodowisk.

Starozytni uwazali, majac za soba i tragedie, i komedie, i satyrowy dramat, ze narod (plemie) niezdolny do szyderstwa z samego siebie – jest slaby, do zycia niezdolny. Ta idea nigdy do sarmackich dziedzicow kultury Europy, mieniacych sie jedynymi obroncami polskosci – nie dotarla. Jakby mestwo wyobrazni i dzielnosc buntu nigdy nie byly tutaj, nad Wisla, w cenie. Czy patriotyzm i katolicyzm, zaprawione nienawiscia, zasluguja jeszcze na swoje miano?

Kulturowa pamiec Milosza jest przeogromna, niezwykla jego uwaznosc, z jaka w poezji pochyla sie nad kazdym ludzkim istnieniem: skromnych, nieznanych nikomu Ann i Alzbiet Janin, ich praca i troskami, ksztaltem ich zycia i sukien – po najdrobniejsza haftke w gorsecie. Maluje pejzaze rodzinnej Litwy (W mojej ojczyznie, 1937), Warszawy okupacyjnej. Z biegiem lat i wedrowek po swiecie ta wielka rzeka pamieci wzbiera pejzazami francuskimi i amerykanskimi. Milosz obdarowuje nas w swojej poezji swiatem. Uwazny podroznik i sluchacz wielu krain poetyckich wzbogacil poezje polska o mistyke gnostycka (tom Hymn o perle), o ducha haiku i dalekowschodniej obiektywistycznej prostoty jezyka, o "reporterskie" natchnienia Waltera Whitmana i metafizyczna glebie powszedniosci T. S. Eliota.

Byl to cud nad cudy: jak Picasso w malarstwie, Milosz w poezji zbieral doswiadczenia rozne, nigdy jednak nie pozostajac, jak francuski malarz, ich niewolnikiem, przetapial je w tyglu swojej osobowosci tak, ze lsnily najczystszym zlotem, noszac tylko Jego pietno na sobie. A wszystko, ofiarowane polskiej kulturze, wypowiedziane w "mojej wiernej mowie". Czystosc poetyckiego wzruszenia, przelozona na spokojna elegancje formy wyrazu Milosza nie maja sobie rownych w historii poezji polskiej. Moze u Kochanowskiego, moze u Mickiewicza, ktorego byl wielkim czcicielem, widzac w losie wlasnym powtorke historii pierwszego wieszcza Polakow. Ale i z Mickiewiczem mial swoje "sprawy", jak i z calym mesjanskim romantyzmem; w narodowym Wieszczu cenil przede wszystkim jego klasycystyczne dziedzictwo – stad kult Pana Tadeusza nad Dziady wyniesionego. Byl wszakze swiadom "przeklenstwa" romantyzmu, piszac o tym w swoich esejach, piszac w jednym z listow do mnie (luty 1982):

"A co do uczuc, to przystoi Ksiega Hioba, ale w polaczeniu z dytyrambicznoscia, bo taka jest prawda zycia u niepoprawnego w swoich sprzecznosciach poety. (...) Co mnie we wszystkim zdumiewa to wieksza niz kiedykolwiek sie spodziewalem powtarzalnosc historii. Choc zle sie wyrazam, buntowalem sie przeciwko niej, nie chcac jej uznac. Czyzby polscy romantycy pracowali niejako i na wstecz – wyciagajac esencje z dotychczasowych przeznaczen i na przyszlosc. Jak z tym poradzic, jakie to dziwne kolo dla rzekomo wyzwolonych."

Byl przeciwko romantyzmowi, jak i przeciw calemu histerycznie subiektywnemu nurtowi poezji wspolczesnej, nieustannie poszukujac "wedzidla" formy dla uczuc wielorakich i sprzecznych, co do tego nie ma watpliwosci, jakie w Nim z soba walczyly.

Nie bardzo lubil Norwida, zbyt Mu sie wydawal "Lechita", zbyt jednoznacznym, nie naznaczonym doswiadczeniem grzechu, chrzescijaninem. Ale bez watpienia z Norwidem laczylo go jedno – kult pracy. Norwid i praktyka poetycka i pamietna sentencja z Promethidiona mial prace, w tak niskiej cenie u nas, Polakow, za wartosc nad wartosciami. Czeslaw Milosz deklaracji unikal, ale zycie praca bylo Mu codziennoscia. Swiadom, ze dar talentu jest tajemnica Boga, ze "dajmonionowi" trzeba dlug splacic wlasnym wysilkiem. "Omne dies sine linea": wczesne wstawanie codzienne do roboty nad slowem – tym bylo przede wszystkim zycie poety, do dni "przedostatnich". Aby „rzeczy stanely w przeznaczenia lunie” wywazone w swoim bycie, mimo klesk i rozpaczy, wielkiego cierpienia, ktorego w zyciu Milosza nie brakowalo. O tych bolach osobistych, po mesku w poezji i w zyciu milczal. A mozna by z nich naprawde spisac mala Ksiege Hioba.

* * *


Dytyrambicznosc.. Zwykl o sobie pisac i mawiac jako o "ekstatycznym pesymiscie". Tak bylo od poczatku – od pierwszego katastroficznego tomu Trzy zimy (1936), prawie zawsze najpogodniejsze jego wiersze przeszywala ciemna nuta: Unde malum, skad zlo? Nie mial zludzen ani co wlasnej, ani ludzkiej natury w ogole. Chlostal sie nieustannie – w wierszach i esejach – za pyche i inne przywary. Rzec mozna – nieustannie odbywal spowiedz z niedoskonalosci swojego czlowieczenstwa przed swiatem. W najlepszym sensie tego slowa – lakomy na zycie i jako czlowiek, i jako poeta, wedrujacy wsrod Edenow i Piekiel, pieknu zwycieskiemu nad bolem dal pierwsze miejsce w swojej poezji. Nie ma i nigdy juz nie bedzie w jezyku i poezji polskiej doskonalszej pochwaly szczescia niz Miloszowy
Dar

Dzien taki szczesliwy.
Mgla opadla wczesnie, pracowalem w ogrodzie.
Kolibry przystawaly nad kwiatem kaprifolium.
Nie bylo na ziemi rzeczy, ktora chcialbym miec.
Nie znalem nikogo, komu warto byloby zazdroscic.
Co przydarzylo sie zlego, zapomnialem.
Nie wstydzilem sie myslec, ze bylem kim jestem.
Nie czulem w ciele zadnego bolu.
Prostujac sie, widzialem niebieskie morze i zagle.

Berkeley, 1971


Nie bedzie tez piekniejszego oplakiwania zmarlej niz to, ktore zawarl sedziwy juz, 91-letni poeta, po smierci drugiej zony, Carol, w wierszu Orfeusz i Eurydyka (2002).

To zycie, uwazne na rytm swiata, plynelo we wsluchaniu sie w glos madrosci wewnetrznej, zgodnej ze slojami narastajacych lat. W r. 2000, 89-letni Poeta zadziwil nas zbiorem wierszy To. W tytulowym utworze staral sie nazwac, nie nazywajac, madrze swiadom nieogarnionosci bytu, mimo wszystko – bytu tajemnice, to nienazywalne i ponadludzkie, co wszakze tylko przed ludzkim istnieniem smiertelnym jawi sie jako mur. Pomiescil w tym zbiorze takze Ode na 80 urodziny Jana Pawla II (drukowana wczesniej w Rzeczpospolitej) z absolutnie wlasna, nieklakierska puenta:

(...)
Jestes z nami i odtad zawsze bedziesz z nami.
Kiedy odezwa sie moce chaosu,
A posiadacze prawdy zamkna sie w kosciolach,
I jedynie watpiacy pozostana wierni,
Twoj portret w naszym domu co dzien nam przypomni,
Co moze jeden czlowiek, i jak dziala swietosc.

* * *


Nie jestem "Miloszologiem", "profesorka od poezji" ani "badaczka owadzich nogow", jak ironicznie, za Galczynskim, zwykl mawiac Czeslaw Milosz. Nie sile sie na analize calego dorobku Poety, bo to niemozliwe. Co pisze – jest wyznaniem osobistym, wyznaniem kogos, komu poezja Milosza jest potrzebna jak chleb i powietrze. Nie byla mi "ocaleniem", jak ludziom z pokolenia ode mnie starszego, uczestnikom Powstania Warszawskiego – jak Marek Skwarnicki. Na to bylam za mala wiekiem Jest mi wszakze ocaleniem od lat wielu – w swojej czystosci niebywalej, w spokojnym oddechu wiersza, we frazie, w ktorej czuje sie czuly dotyk, smak i zapach swiata jak w wierszu z tomu Nieobjeta ziemia (1984):
Po wygnaniu

Juz nie gon. Cicho. Jak miekko deszcz pada
Na dachy tego miasta. Jak wszystko jest
Doskonale. Teraz, dla was obojga budzacych sie
W krolewskim lozu, pod oknem mansardy.
Dla mezczyzny i kobiety. Albo dla jednej rosliny
Podzielonej na zenskosc i meskosc, ktore tesknily do siebie.
Tak, to moj podarunek. Nad popiolami.
Na gorzkiej, gorzkiej ziemi. Nad podziemnym
Echem wezwan i przysiag. Abyscie o poranku
Byli uwazni: pochylenie glowy,
Reka z grzebieniem, dwie twarze w lustrze
Sa tylko raz, na zawsze. I niekoniecznie w pamieci.
Abyscie byli uwazni na to, co jest chociaz mija
I w kazdej chwili wdzieczni, swietujacy wszelkie istnienie.
Ten maly park, zielonawe popiersia z marmuru
W swietle perlowym, w letni drobny deszcz
Niech jak byl kiedy pchneliscie furtke zostanie.
I ulica wysokich zliszajonych bram,
Ktora ta wasza milosc nagle przemienila.


Kazde poetyckie slowo Czeslawa Milosza, pelne swiatla, zapachu, barw i smaku zycia, bijace czystym blaskiem – ma moc przeciwstawienia sie mrokom zla, nienawisci i nedzy tego swiata.

Gdybym je wybierala – takie byloby moje epitafium Poecie. Ale on sam, moze wybralby Jasnosci promieniste, w barokowy, zgrzebny jamb ksiedza Baki ubrane, z cytowanego juz zbioru To (2000)?:

Jasnosci promieniste,
Niebianskie rosy czyste,
Pomagajcie kazdemu
Ziemi doznajacemu.

Za niedosiezna zaslona
Sens ziemskich spraw umieszczono.
Gonimy dopoki zywi,
Szczesliwi i nieszczesliwi.

To wiemy, ze bieg sie skonczy
I rozlaczone sie zlaczy
W jedno, tak jak byc mialo:
Dusza i biedne cialo.

Elzbieta Morawiec





Elzbieta Morawiec
Elzbieta Morawiec, absolwentka polonistyki UJ, doktorat na KUL-u. Krytyk teatralny, publicystka, czlonkini redakcji krakowskiego dwumiesiecznika Arcana. W stanie wojennym wspolpracowniczka prasy podziemnej. Kierownik literacki teatrow: Polskiego we Wroclawiu (1978-1980), Starego w Krakowie (1983-1990), "Studio" w Warszawie (1985-1988).

Opublikowala m.in.: Mitologie i przeceny, Warszawa 1982, Powidoki teatru, Krakow 1991, Seans pamieci, Krakow 1996, Male lustra albo dlugi cien PRL-u, Krakow 1999. Przelozyla z angielskiego: Jan Karski, Wielkie mocarstwa wobec Polski 1919-1945. Od Wersalu do Jalty (trzy wydania: 1989, 1992, 1996).




Zdjecia Czeslawa Milosza autorstwa Judyty Papp ogladac mozna w Internecie na jej stronie:
www.judytapapp.com








Copyright © 1997-2004 Zwoje