
AJAKOS
Dramat w jednym akcie
LECH BRYWCZYNSKI
Motto:
Swiat istnieje tylko po to, zeby banki mydlane mialy co w sobie odbijac.
Stanislaw Brzozowski
Osoby:
- Kwiatkowski
- Hermes
- Ajakos
- Burmistrz
- Szewc
- Klientka
- Klient
- Dyrektor
- Literat
SCENA PIERWSZA
Palac bogow na Olimpie. Posadzka palacowego holu jest biala, sciany takze, biala barwe ma rowniez stojaca posrodku kolumna w stylu jonskim. Tylko zamkniete na glucho drzwi wejsciowe sa czarne.Jest cicho, slychac jedynie dobiegajaca z oddali, lagodna muzyke. Po dluzszej chwili w holu pojawia sie Hermes. Ma na sobie stroj starozytnych Grekow i jest wyposazony w swoje atrybuty boskosci: male skrzydelka na przegubach dloni, u stop i na czapce, kaduceusz w dloniach.
Hermes wolnym krokiem podchodzi do drzwi, nadstawia ucha. W tej samej chwili rozlega sie glosne pukanie w drzwi.
Hermes : – (sam do siebie, ze zdziwieniem) Na mego ojca, gromowladnego Zeusa! Przeczucie mnie nie mylilo – ktos sie do nas dobija!Kwiatkowski : – (zza drzwi) Otworzcie! Otworzcie! (puka coraz mocniej) Jak dlugo mam czekac? Przeciez jestem umowiony!
Hermes : – Spokojnie, spokojnie. (ziewa przeciagle) Tu jest Olimp, tu sie nikomu nie spieszy... (mocuje sie z drzwiami, usilujac je otworzyc, ale bezskutecznie) Od jak dawna nie otwieralismy tych drzwi! Nic dziwnego, ze w koncu zardzewialy...
Pukanie nie ustaje. Hermes mocuje sie z drzwiami jeszcze przez chwile, ale potem rezygnuje.
Hermes : – (sapiac) Szkoda mojego wysilku. Trzeba to zalatwic w inny sposob. (prawa dlonia podnosi kaduceusz nad glowe) Niech ten kaduceusz wreszcie mi sie do czegos przyda... (trzykrotnie lekko uderza kaduceuszem w drzwi, a te natychmiast sie otwieraja, skrzypiac przerazliwie)
Do wnetrza wchodzi Kwiatkowski. Ma na sobie elegancki garnitur, w dloni trzyma walizeczke. Drzwi zamykaja sie za jego plecami, skrzypiac ponownie.
Kwiatkowski : – (ogladajac sie na drzwi) Te drzwi sa w fatalnym stanie. Moglibyscie wstawic nowa futryne... (daje kilka krokow do przodu, rozglada sie wokol) Ciekawe wnetrze, klasycystyczne... Przydaloby sie tylko wiecej ozdob... (do Hermesa, wyniosle) Milo mi. Chcialbym sie widziec z szefem. Prosze mnie zaprowadzic. Jestem Kwiatkowski, z Polski... Oto moja firmowa wizytowka... (wyciaga z kieszeni wizytowke i podaje ja Hermesowi)
Hermes umieszcza kaduceusz pod pacha, a potem bez pospiechu drze wizytowke na strzepy, nie czytajac.
Hermes : – To nie bedzie ci tutaj potrzebne, przyjacielu... Walizka tez sie nie przyda... (zabiera walizeczke z rak zaskoczonego Kwiatkowskiego, a potem niedbalym ruchem rzuca ja obok siebie, na podloge)
Kwiatkowski : – (z oburzeniem) Cos takiego! Oburzajace! To takie obyczaje panuja w tej firmie? Ja w tej walizce mam rzeczy osobiste i dokumenty! Nie wiem, czy warto podpisywac z wami kontrakt, jezeli wspolpraca tak sie zaczyna... Prosze mnie natychmiast zaprowadzic do szefa! (przyglada sie krytycznie Hermesowi) I co to w ogole za maskarada? Co to za stroj? Czy wy tutaj nie wiecie, ze mamy juz rok dwa tysiace...
Hermes : – (przerywajac mu) Czy to wazne, ktory? Bogowie czasu nie licza. Bo i po co? Numeracja to sprawa umowna: wszystko zalezy od tego, ktory rok przyjmie sie jako pierwszy. Wy, ludzie, zaklinacie czas, dzielac go na dni, miesiace i stulecia. A w rzeczywistosci czas uplywa ciurkiem, jak rzeka...
Kwiatkowski : – Jak to "wy, ludzie"? A pan to kim, przepraszam, jest?
Hermes : – (odchrzakujac) Dawno nikt mi nie zadawal tego pytania... Jak by to w waszym, ludzkim jezyku powiedziec... Czas i przestrzen nie maja dla mnie tajemnic: jestem tam, gdzie chce, kiedy chce i kim chce. Mowiac krotko – jestem bogiem. (widzac zdumiona mine Kwiatkowskiego) Tak, tak, naprawde! Moze nie wygladam, ale...
Kwiatkowski : – Bogiem? Szkoda, ze nie Napoleonem! (z obawa odsuwa sie od Hermesa) Ludzie, ratujcie mnie, to jakis czubek! (odchodzi na bok, staje, oddycha ciezko, usiluje sie skupic) To wszystko na pewno da sie racjonalnie wyjasnic... Tylko musze sobie przypomniec, co sie stalo. Zaraz, zaraz, po kolei... Dokad to ja lecialem? Niech sobie przypomne... Do Aten! Tak, do...Grecji! Do Grecji!
Hermes : – (z ironia) No i udalo ci sie – jestes w samym sercu Grecji. Witamy na Olimpie!
Kwiatkowski : – Bez glupich zartow, ja lecialem do wspolczesnej Grecji, do duzej firmy, ktora ma biuro w Atenach. Mialem tam podpisac kontrakt! A tutaj... moze to zaklad dla oblakanych? Albo jakis skansen? (z rozpacza rozglada sie wokol) Dosc tego. Ja chce stad wyjsc! Natychmiast! (podbiega do drzwi i bezskutecznie usiluje je otworzyc)
Hermes : – (ze smiechem) Probuj, probuj... To nie jest takie proste. Wiem cos o tym... (po chwili) Daj juz sobie spokoj, smiertelniku! Tych drzwi i tak nie otworzysz.
Kwiatkowski odstepuje od drzwi, dyszac ciezko. Hermes podchodzi do niego i klepie go przyjaznie po ramieniu.
Hermes : – Ja naprawde jestem bogiem, przyjacielu, mowia na mnie Hermes. Bogiem! Wprawdzie jednym z wielu bogow, a nie jedynym i wszechmocnym, jak wy, ludzie, to sobie wyobrazacie, ale zawsze. Nie wierzysz mi, smiertelniku? Nie? Jak ci to udowodnic... (rozglada sie wokol) Patrz! (trzykrotnie macha kaduceuszem nad glowa. za kazdym razem widac blysk, a potem rozlega sie grzmot) Te blyskawice to akurat dzielo Zeusa, tatus zawsze robi to dla mnie, jak go poprosze... (Hermes wyciaga dlon z kaduceuszem w prawo, a wowczas w tej czesci sali pojawia sie duze, rzezbione krzeslo) Niezle, co? To dla ciebie, siadaj... (Kwiatkowski niepewnym krokiem podchodzi do krzesla, siada) Zaraz pojawi sie drugie, a potem trzecie... (Hermes ponownie wskazuje kaduceuszem w prawo, a wowczas pojawiaja sie jeszcze dwa krzesla, takie same jak pierwsze. podchodzi do najblizszego krzesla, siada na nim, a potem kladzie sobie kaduceusz na kolana)
Kwiatkowski : – (oszolomiony) Po co ci takie sztuczki? Sam nie wiem, co powiedziec... Efekty specjalne, jak w filmie. Moze i naprawde jestes tym tam ...bogiem, sam nie wiem. Ale zachowujesz sie jakos dziwnie... Nie o takim bogu slyszalem...
Hermes : – Mnie osobiscie sztuczki nie sa do niczego potrzebne. Ale bez nich, czy bys uwierzyl, ze jestem bogiem? Czy ktokolwiek ze smiertelnikow by uwierzyl? (kiwa glowa) Wiem, wiem, jest w tym cos z paranoi – bogowie ustalaja prawa natury, ale co jakis czas musza je zlamac, zeby pokazac, ze sa mocni, ze sa bogami... Ludzie wtedy mowia, ze stal sie ten, jak mu tam ...cud! (po chwili) Ja przyjmuje rozne postacie. To, co teraz widzisz (pokazuje na siebie) to taka, powiedzmy, wersja robocza. Ludzie tak mnie sobie wyobrazaja i ...niech maja. Takim sie im ukazuje. (pstryka palcami i w jego dloni niespodziewanie pojawia sie napelniony kielich. z usmiechem wyciaga reke do Kwiatkowskiego i podaje mu kielich) Masz, napij sie. Na pewno zaschlo ci w gardle. To ambrozja, napoj bogow. Ten napoj uspokaja i pozwala spojrzec na swiat z dystansem. (Kwiatkowski nieufnie siega po kielich, a potem pije malymi lykami) Tu, na Olimpie, znajdziesz cala dwunastke bogow, a kazdy z nas jest inny. Kazdy ma swoj repertuar trickow, swoje obyczaje, swoje upodobania... No i swoj zakres obowiazkow. Ja na przyklad jestem patronem kupcow i zlodziei. (z usmiechem) Co wcale nie oznacza, ze zawsze umiem odroznic jednych od drugich... Jestem tez opiekunem podroznikow, a twoja dzisiejsza podroz to przeciez najdalsza z wypraw, w jakie moze sie udac czlowiek. Tak, przyjacielu, to ja odprowadzam ludzkie dusze w zaswiaty.
Kwiatkowski : – (silac sie na spokoj) Zaraz, zaraz. Jaki Olimp, jakich dwunastu? Prosze mi natychmiast powiedziec, co to za dziwna gra! (podejrzliwie) A moze to program telewizyjny? Skad ja sie tu wzialem? Musze sobie przypomniec! (pociera dlonmi czolo, mowi powoli) Lecialem samolotem do Grecji... W interesach, na podpisanie kontraktu... Zasnalem w trakcie lotu i ...dalej nic nie pamietam. Znalazlem sie tutaj, przed brama do palacu...
Hermes : – (wzrusza ramionami) To proste. Twoj samolot rozbil sie w gorach, niedaleko stad, na zboczach Olimpu. Zginales w katastrofie, a twoja dusza trafila tutaj. I wtedy ja wyszedlem ci na spotkanie. (kreci glowa z niedowierzaniem) Troche to dziwne, bo od lat zadna dusza tu nie przybyla, a teraz – nagle – ty. Moze dlatego, ze zginales tak blisko naszego palacu? Nie wiem. Ale czuje, ze przeznaczenie ma wobec ciebie wielkie plany...
Kwiatkowski : – Przeznaczenie? Skoro istnieja bogowie, to czym jest przeznaczenie? Nic nie rozumiem. (przez dluzsza chwile siedzi w milczeniu, drzaca dlonia podnoszac kielich do ust) Wierzylem w innego boga, a tu okazuje sie, ze niby istniejecie wy, tutaj, na Olimpie... (pije do dna) Jednoczesnie mowisz, ze od lat zadna dusza tu nie przybyla. Jak to mozliwe, przeciez ludzie w tym czasie umierali!
Hermes : – A zebys wiedzial, to mozliwe. Sa tylko dwie drogi: niektore dusze, te najdoskonalsze, trafiaja tutaj, na sad. Jesli wyrok okaze sie pomyslny, to maja szanse wejsc do Elizjum. To inaczej Pola Elizejskie, a po waszemu – Raj. Czasem nazywamy je Wyspami Szczesliwymi... Jesli wyrok jest niekorzystny, to dusza wraca na ziemie...
Kwiatkowski : – Pola Elizejskie? Jest taka ulica w Paryzu...
Hermes : – Ulica? A tak, rzeczywiscie! Bywam tam czasem. (kiwa glowa) Prawdziwe Pola Elizejskie wygladaja zupelnie, zupelnie inaczej. Na razie nie moge ci powiedziec, jak...
Kwiatkowski : – (cichym glosem, z obawa) A co sie dzieje z duszami, ktore nie... nie zasluguja na to Elizjum? Trafiaja pewnie do ...Piekla?
Hermes : – Do Tartaru? Mozesz byc spokojny, nie ma czegos takiego. Za co mielibysmy was karac, przeciez jestescie dokladnie takimi, jakimi was stworzylismy! Na swoj obraz i podobienstwo. Nie ma Piekla – sami je sobie wymysliliscie, zeby miec motywacje do uczciwego zycia. (tonem wyjasnienia) Dusze, ktore nie osiagnely jeszcze doskonalosci, nie trafiaja tutaj, tylko od razu wcielaja sie w nowe ciala. Rodza sie, jako dzieci. Przybyles tutaj, bo pewnie masz za soba wiele wcielen i nosisz w sobie ziarna boskosci. Pozostaje tylko pytanie, czy juz mozesz wejsc do Elizjum, czy musisz wcielic sie jeszcze raz. A moze nawet kilka razy... To rozstrzygnie nasz sedzia. Juz za chwile. Zaprawde, powiadam ci... Tu trafiaja tylko te dusze, ktore maja zostac osadzone... Wchodza przez te drzwi, tak samo jak ty... (wskazuje na drzwi) Rzadko sie to zdarza, bo wiekszosc ludzkich dusz jest jeszcze na bardzo kiepskim poziomie. Ty jestes tu pierwsza dusza gdzies od stu lat...
Kwiatkowski : – (odstawia pusty kielich na podloge) Niezly drink, ale pijalem lepsze. (rozklada bezradnie rece) Nie, to nie na moja glowe. Teraz, po tym wszystkim, co tu uslyszalem, wolalbym wypic jakies piwo. Albo pol litra pod sledzika... Bo tak w ogole to jestem troche glodny... Macie tu jakis bufet?
Hermes : – (smiejac sie) Ci ludzie! Zawsze tacy sami – nie rozumieja powagi sytuacji. Jakie piwo, jakie pol litra? Zabawne. Tu, na Olimpie, nikt takich rzeczy nie potrzebuje. Musi nam wystarczyc ambrozja.
Kwiatkowski : – Uzalezniliscie sie od ambrozji? Nalogi sa niebezpieczne. (przelyka sline) Ale ja naprawde bym cos zjadl... Czy wy nie odczuwacie takich zwyklych... ludzkich potrzeb?
Hermes : – Ludzkich? Z reguly nie. Czego nie pragniemy, tego brak nie sprawia nam przykrosci... Na tym wlasnie polega boskosc. Mamy tylko takie slabostki, jakie chcemy miec. Ja na przyklad lubie czasem pospac. (ziewa przeciagle) A ty swoim przybyciem wyrwales mnie z drzemki... Mam nadzieje, ze bylo warto... (ziewa raz jeszcze) Za chwile zostaniesz osadzony. (pociera dlonia oczy)
Kwiatkowski : – Osadzony? Wlasnie, wlasnie, mowiles o jakims procesie! Ze niby ja nie zyje... Przeciez to bzdura... (klepie sie po policzkach, szczypie w dlonie) Czuje! Czuje! Wiec na pewno jestem zywy! Nie jestem duchem!
Hermes : – Niezly zart! Co mi tu bedziesz gadal, smiertelniku: bez trudu odrozniam zywego czlowieka od jego duszy...
Kwiatkowski : – (z rozpacza) Ale dlaczego Olimp? Przeciez greccy bogowie to tylko bajka, mit... Nie macie prawa mnie sadzic! Nigdy nie bylem waszym wyznawca! Wy nie istniejecie! Istnieje tylko jeden Bog! Jeden Bog w trzech osobach. Ja w to wierze!
Hermes : – Wiem, ze wy tam na ziemi w to wierzycie. (zartobliwie) Czyli ze mnie niby nie ma, co? Wasza strata. To, czy ktokolwiek w nas wierzy, nie ma wplywu na to, czy istniejemy. Odkad w Grecji, w Rzymie i w calej Europie zapanowalo chrzescijanstwo, mniej interesowalismy sie ludzmi, to fakt. Tylko ja, jako specjalista od przemieszczania sie (pokazuje na swoje skrzydelka), od informowania i od plotkowania, na biezaco obserwuje, jak sobie ludzkosc radzi. Nie powiem, zeby szlo wam ostatnio najlepiej... (po chwili) A potem opowiadam wszystko ojcu Zeusowi i innym bogom. Nieraz o tym dyskutujemy. Czasem jeszcze Ares wlaczy sie w jakas wojne, Apollo musnie skrzydlem geniuszu ktoregos poete, Afrodyta zamiesza ludziom w uczuciach... W sumie nic wielkiego.
Kwiatkowski : – (z obawa) Co ze mna bedzie? Prosze mi powiedziec...
Hermes : – Nie martw sie. Tu nie spotka cie krzywda. Mozesz byc pewny, ze Ajakos osadzi cie sprawiedliwie.
Kwiatkowski : – Sprawiedliwosc? Po co mi sprawiedliwosc? A gdzie milosierdzie?
Hermes : – Jesli wolisz milosierdzie od sprawiedliwosci, to znaczy, ze masz cos na sumieniu. Mam racje?
Kwiatkowski : – (oburzony) Nieprawda! Nie mam nic na sumieniu! Niech sie drapie, kto ma krosty, ja nie mam sie czego obawiac! (spogladajac badawczo na Hermesa) Zreszta, skad niby mialbys znac moje zycie? Skad?
Hermes : – Wierz mi czy nie, ale je znam. Jestem bogiem. To ci powinno wystarczyc za odpowiedz. Nigdy nie pytaj bogow skad, kiedy, dlaczego... Wy, ludzie, bladzicie po omacku. Bardziej bac sie inkwizycji czy herezji, suszy czy powodzi, uczlowieczyc boga czy ubostwic czlowieka: oto wasze, ludzkie dylematy. (smieje sie) Bylyby one cos warte, gdyby nie to, ze taka na przyklad herezja nie istnieje. Nas, bogow, nikt i nic nie jest w stanie obrazic. Mozesz myslec i robic, co tylko chcesz – daje ci wolnosc! Twoje modly, twoje dobre uczynki nie sa nam, bogom, do niczego potrzebne! Moga sie przydac tylko tobie. A jesli i tobie nie sa potrzebne, to ...nie mecz sie bez potrzeby.
Kwiatkowski : – Nic nie pojmuje, glowa mnie boli... Jak zyc, w co wierzyc, na co liczyc... Kiedy przybedzie tu Zeus, zeby mnie osadzic?
Hermes : – Zeus nie zajmuje sie takimi drobnostkami. Ciebie, jak wszystkich zmarlych, osadzi Ajakos. To byl niegdys czlowiek, taki jak ty... Zyl dawno temu. Gdy umarl, zjawil sie tutaj, a Zeus uznal go za najsprawiedliwszego z ludzi. Od tej pory to Ajakos sadzi wszystkie dusze zmarlych. Bedzie tez sadzil ciebie.
Kwiatkowski : – Tez mi cos! Na Olimpie az roi sie od bogow, a sad nad duszami zmarlych ma odprawiac zwykly czlowiek? Dlaczego? Zyl w innej epoce, co on moze wiedziec o czasach, w ktorych ja zylem? Pewnie pasl kozy na zboczach okolicznych gor, mial skromne, ale proste zycie, nie stawal przed trudnymi wyborami... Na jego miejscu ja tez pewnie zostalbym najsprawiedliwszym z ludzi... Niezla fucha, sam bym tak chcial...
Hermes : – (z poblazliwym usmiechem) Ciesz sie, ze nie bedziesz sadzony przez bogow. Oni nie maja zrozumienia dla ludzkich rozterek i slabosci, bo przeciez sami ich nigdy nie zaznali. Sa wieczni i doskonali. Ja lepiej rozumiem ludzi, niz inni bogowie, ale tez... (spoglada w prawo, gdzie pojawia sie zakapturzona postac) A oto i twoj sedzia: Ajakos!
Ajakos wolnym krokiem podchodzi do Hermesa, klania mu sie, przez dluzsza chwile przyglada sie badawczo Kwiatkowskiemu, a potem siada na trzecim krzesle.
Hermes : – (do Kwiatkowskiego) On zna twoje zycie lepiej od ciebie.
Kwiatkowski : – (polglosem, sam do siebie) Akurat!
Hermes : – (rozsiadajac sie wygodniej) Teraz obejrzymy wybrany fragment twojego zycia...
Kwiatkowski : – Fajnie tu macie, na tym Olimpie, nie ma co. Ogladacie swiat jak jakis reality show... (po chwili) Po co pokazywac moje zycie, jesli wy obaj i bez tego je znacie?
Hermes : – Do tej pory zyles. Teraz spojrz na swoje zycie z boku, jako widz. Moze zrozumiesz wiecej?
Kwiatkowski : – Nie jest mi to potrzebne. Tak sobie radzilem, jak moglem, postepowalem uczciwie, jesli tylko nie przynosilo mi to szkody... Czy dobrze przezylem zycie? Nie mialem czasu o tym myslec, bylem zajety wazniejszymi sprawami... (po chwili zastanowienia) Moze i moglbym lepiej zarzadzac moim zyciem... Ale chyba nie bylo az tak zle... Nie grzeszylem zbyt czesto, modlilem sie, chodzilem do kosciola, do spowiedzi... (milknie, z przerazeniem zatykajac sobie usta dlonia)
Hermes : – (z rozbawieniem) W tym akurat miejscu nie jest to tytulem do chwaly... Ale tez nie jest powodem do obaw. Zeus nie zada od ludzi, zeby go kochali, pozwala ludziom modlic sie, do kogo tylko chca... (z ironia) Jak powiedziales? Zarzadzac zyciem? A nie lepiej byloby po prostu zyc? Zycie to nie jest biznes-plan.
Kwiatkowski : – Zeus nic od ludzi nie zada? Dziwne. Po co w takim razie jest bogiem?
Hermes : – Nie czas teraz na takie pytania. Lepiej popatrz... (gdy konczy mowic, w holu robi sie coraz ciemniej, az zapada mrok)
Kwiatkowski : – (z niepokojem) Co sie dzieje? Czemu zrobilo sie ciemno? Elektrycznosc wam wysiadla?
Hermes : – Chce ci pokazac twoje zycie... Juz mowilem.
Kwiatkowski : – Chyba nie najlepsza pora... Wolalbym obejrzec jakis film, najlepiej cos z fantastyki... A jezeli juz ma to byc moje zycie, to chyba nie cale? Ten seans musialby potrwac prawie piecdziesiat lat...
Hermes : – Nie cale. Przypomne ci najpierw jedno, drobne zdarzenie... Pamietasz, jak sie zaczela twoja droga do bogactwa? Rozmawiales z burmistrzem, w jego gabinecie... Zobacz!
* * *
SCENA DRUGA
Lewa strona sceny zostaje oswietlona. Na fotelach, po przeciwnych stronach malego stolika, siedza: Burmistrz i Kwiatkowski.Kwiatkowski : – (pokazuje na lezace na stole dokumenty) Niezle, co? Jak sie panu podoba moj plan? Na tej hali mozna zarobic.
Burmistrz : – No, no... (podnosi do ust filizanke z kawa, pije, a potem odstawia ja) Musze przyznac, ze zaskoczyl mnie pan dzisiaj, panie Zbigniewie... Pomysl jest dobry i, by tak rzec, ...smialy.
Kwiatkowski : – Ale da sie zrealizowac.
Burmistrz : – Bez watpienia. Da sie. Hala magazynowa od dawna stoi pusta, a Rada Miejska juz dwa lata temu podjela uchwale, pozwalajaca na jej sprzedaz. Tyle, ze jak dotad nie bylo kupca. Hala jest duza, byle sklepikarz jej nie kupi.
Kwiatkowski : – No wlasnie. I tu sie otwiera pole dla mnie. Ja kupca znalazlem, i to niezlego – to duza, miedzynarodowa firma handlowa. Rozmawialem z prezesem tej firmy, jest ta hala zainteresowany, chcialby w niej uruchomic jakis sklad czy hurtownie... Oczywiscie prezes nie wie, ze wlascicielem tej hali jest miasto, on mysli, ze hala jest moja.
Burmistrz : – I bardzo dobrze. Nie wyprowadzajmy go z bledu! Zrobimy tak, jak pan proponuje. Sprzedam te hale panu, formalnosci zalatwimy od reki: niech pan jutro przyjdzie po dokumenty. Majac te papiery, stanie sie pan formalnym wlascicielem hali.
Kwiatkowski : – Jasne! (po chwili, z szerokim usmiechem) Z zastrzezeniem, ze nie bede musial od reki placic za te hale. Przeciez nie mam na to pieniedzy...
Burmistrz : – Obaj wiemy, o co chodzi. Urzedowi Miejskiemu nie bedzie sie przesadnie spieszylo. Mowiac miedzy nami: zaplaci pan miastu dopiero wtedy, gdy sprzeda pan hale tamtej firmie... Zaplaci pan miastu z ich pieniedzy... (z naciskiem) Od miasta kupi pan tanio, wiec roznica miedzy obu cenami pewnie bedzie spora...
Kwiatkowski : – Mam taka nadzieje. Licze, ze zysk wyniesie okolo... (urywa, bo Burmistrz gestem dloni nakazuje mu milczenie)
Burmistrz : – Na konkretne kwoty przyjdzie jeszcze czas. Pozyjemy, zobaczymy. Mnie teraz interesuje tylko jedno: jaka czesc tej roznicy bedzie dla mnie...
Kwiatkowski : – Mysle, ze jakies dwa... (z wahaniem) trzydziesci procent!
Burmistrz : – To rozumiem – trzydziesci procent. Lubie konkretnych ludzi i szybkie decyzje. Trzymam pana za slowo. Ja zajme sie dokumentami, a pan niech sie wezmie za tego prezesa. Skoro on jest naprawde zainteresowany, to nie powinno potrwac dlugo. Do dziela! (wstaje)
Kwiatkowski : – Juz ja go przycisne! Sfinalizuje wszystko w kilka dni! (wstaje, podchodzi do Burmistrza i podaje mu reke) Prowadzenie z panem interesow to przyjemnosc. Nie musze chyba dodawac, ze nikt sie nie dowie o naszej umowie i jej warunkach...
Burmistrz : – (z usmiechem) Dyskrecja to rzecz najwazniejsza. Wie pan dobrze, jak upierdliwi bywaja nasi radni...
Gabinet Burmistrza stopniowo pograza sie w mroku.
Kwiatkowski : – Znowu te ciemnosci. Czemu nie ma swiatla?
Hermes : – Swiatla? Tez cos! Jak na zmarlego, masz bardzo wygorowane oczekiwania. Trzeba sie bylo cieszyc swiatlem za zycia... (smieje sie) Dobra, dobra, nie przejmuj sie. Zartowalem. (prawa strona sceny zostaje oswietlona. Hermes, Ajakos i Kwiatkowski siedza na swoich krzeslach, jak przedtem) Powiedz mi lepiej, jak ci sie podobalo to, co obejrzelismy. (spoglada pytajaco na Kwiatkowskiego) Co powiesz, przyjacielu?
Kwiatkowski : – A co mam powiedziec? Dotrzymalem slowa – nikt sie nie dowiedzial. I wszystko odbylo sie tak, jak obaj z burmistrzem zaplanowalismy. Podzielilismy sie potem pieniedzmi. Ja za swoja czesc kupilem potem od miasta mala kamieniczke...
Hermes : – Dobrze, ze sam wspomniales o tej kamieniczce. Pewien szewc mial w tym budynku swoj warsztat i mieszkanie. Wyrzuciles tego staruszka...
Kwiatkowski : – Zaraz: wyrzucilem. Miasto dalo mu lokal zastepczy w jakims baraku. Musialem sie pozbyc wszystkich najemcow i lokatorow, skoro chcialem sprzedac te kamieniczke bankowi.
Hermes : – Rozumiem cie. Zawsze lubilem ludzi, majacych glowe do interesow. A czy kiedykolwiek spotkales sie z tym szewcem osobiscie?
Kwiatkowski : – Nie, nigdy. Moje biuro wyslalo mu tylko wypowiedzenie umow, tak jak wszystkim... Po co mialbym z nim rozmawiac? Nie chodzilo mi przeciez o negocjowanie wysokosci czynszu.
Hermes : – W takim razie poznaj go teraz...
W holu robi sie coraz ciemniej, az zapada mrok.
Kwiatkowski : – No nie, znowu...
Hermes : – (rozbawiony) Spokojnie, spokojnie...
* * *
SCENA TRZECIA
Lewa strona sceny zostaje oswietlona. Ukazuje sie maly, zagracony warsztat szewski. Szewc, w mocno przybrudzonym stroju roboczym, pochyla sie nad polka z butami. Po chwili znajduje poszukiwana pare damskich butow.Szewc : – Wreszcie je znalazlem. Pamiec juz u mnie nie ta, wzrok tez... Prosze bardzo. (podaje buty Klientce)
Klientka : – Dziekuje! (uwaznie oglada buty) Ladnie to teraz wyglada. Wreszcie sie nie bede bala, ze obcas mi odpadnie... Ile sie nalezy?
Szewc : – Dziekuje!
Klientka : – Nie rozumiem. Ile mam zaplacic?
Szewc : – (z naciskiem) Dziekuje! Niech pani nosi na zdrowie. Nie mialem przy tych butach wiele roboty, nie ma o czym mowic. W koncu jest pani moja stala klientka...
Klientka : – Nie wiem, co powiedziec... (z usmiechem) To ja przyniose panu kawalek ciasta! Wczoraj upieklam... Wpadne tu gdzies za dwie godziny...
Szewc : – Skoro pani taka mila...
Klientka wychodzi z butami w dloniach. Zaraz potem do warsztatu wchodzi postawny mezczyzna po piecdziesiatce.
Klient : – Dzien dobry. (wyciaga ze swojej torby pare czarnych pantofli i wrecza ja Szewcowi) Czy moglby pan cos z tym zrobic? Strasznie sie wykoslawily...
Szewc : – (ogladajac pantofle) Zaden problem. Wymienie fleki i tyle... Moze pan przyjsc jutro z rana. (odklada pantofle na polke, a potem siada na stolku, obok swoich narzedzi) A tak w ogole co slychac? (siega po jeden z butow, lezacych na podlodze i umieszcza go w statywie; zabiera sie do przyklejania oderwanej podeszwy)
Klient : – Szkoda gadac, panie! Obyczaje sa w upadku! Ludzie zmieniaja poglady czesciej, niz rekawiczki. Zawsze tak bylo, ale teraz... (macha reka) Wezmy taka armie. Ja sluzylem w wojsku dawno temu, za komuny. Moj dowodca kompanii – na zajeciach politycznych! – czesto pokazywal nam mape, a na niej rzeki: Laba, Ren... Mowil: musicie cwiczyc pokonywanie przeszkod wodnych, bo to sie wam moze przydac na polu walki... W razie wojny – powiadal – swiatowej, ruszycie na Zachod, na Hamburg, Akwizgran... (po chwili) Kiedy Polska wchodzila do NATO nie slyszalem, zeby wsrod oficerow wzbudzilo to jakies rozterki. Widocznie jest im obojetne, do kogo beda strzelac. Przez czterdziesci lat cwiczyli na poligonach razem z Ruskimi, jak to beda bic Niemcow i Amerykanow, a potem trzask, prask: nagle sojusznicy i wrogowie zamienili sie miejscami. To dla mnie podejrzane, zbyt latwe i naiwne, zeby moglo byc prawdziwe... Teraz pewnie moj dowodca pokazuje zolnierzom te sama mape Europy i mowi: w razie wojny ruszycie na Wschod, bedziecie sie przeprawiac przez rzeki: Dniepr, Wolga... Musicie wiec cwiczyc pokonywanie przeszkod wodnych, bo to sie wam przyda na polu walki... (smieje sie) Tak, tak, wszystko sie zmienia. Nawet jesli slowa zostaja te same. Slowa sa zwodnicze, nie mozna im ufac...
Szewc : – (nie przerywajac pracy) A pan jak zwykle, o polityce... Nie szkoda na to czasu?
Klient : – Pewnie, ze nie szkoda. Trzeba, panie, nadazac za swiatem! (powoli rusza w kierunku wyjscia) Tylko tutaj, u pana, czas sie zatrzymal. Klepie pan te obcasy na kopycie, jakby nic sie nie dzialo.
Szewc : – (umieszcza w statywie kolejny but) Wielkie rzeczy! Co by sie nie dzialo, buty i tak beda ludziom potrzebne.
Klient : – Tak, to prawda. Ale gdyby wszyscy tam mysleli, swiat w niczym by sie nie zmienial.
Szewc : – (siega po mlotek) Moze wtedy byloby lepiej? Przed chwila sam pan narzekal na zmiany. (ostukuje mlotkiem obcas)
Klient : – (kreci glowa z niedowierzaniem) Pan jest przezytkiem z minionej epoki. Sympatycznym przezytkiem, ale... To do jutra.
Szewc : – (nie przerywajac pracy) Do jutra.
Warsztat stopniowo pograza sie w mroku. Gdy jest juz calkiem ciemno, przez dluzsza chwile slychac jeszcze stukanie szewskiego mlotka.
Kwiatkowski : – (nie jest widoczny, slychac tylko jego glos) Nie powiem, sympatyczny staruszek... Ale ja i tak nie czuje sie winny. Jego warsztacik nie mial zadnych perspektyw. Jesli nie ja, to ktos inny i tak sprzedalby te kamienice. Predzej czy pozniej. (po chwili) Kiedy zrobi sie widno?
Hermes : – Za chwileczke. Nie czujesz sie winny? Moze i slusznie...
Kwiatkowski : – (z niepokojem) Dlaczego ten Ajakos nic nie mowi?
Hermes : – On nie jest od prowadzenia rozmow. On tylko wydaje wyroki. Przyjdzie czas i na to, nie martw sie. (po chwili) Co dzialo sie pozniej, sam wiesz. Sprzedawales, kupowales, wchodziles w rozmaite interesy, wyrabiales sobie znajomosci... (prawa strona sceny znow zostaje oswietlona. Hermes, Ajakos i Kwiatkowski siedza na swoich krzeslach, jak przedtem) Jako ekspert musze ci nawet powiedziec, ze byles w tym niezly... Nie minelo pietnascie lat, a stales sie wplywowym biznesmenem. (po chwili, spogladajac z ukosa na Kwiatkowskiego) Kupiles sobie nawet wydawnictwo...
Kwiatkowski : – Na krotko. Tak, pamietam, przejalem wiekszosciowy pakiet udzialow w duzym wydawnictwie. Firma padala, kupilem ja za bezcen... Mialem wysoko postawionego kolege w ministerstwie, on mi zalatwial panstwowe zlecenia... Niestety, ten kolega rok pozniej stracil posade i zlota zyle przejela konkurencja...
Hermes : – Czy interesowales sie kiedykolwiek literatura? A moze teatrem?
Kwiatkowski : – Nie, nigdy! Zawsze wolalem nauki scisle.
Hermes : – Po co pytam, skoro znam odpowiedz? Taaaak... Do twojego wydawnictwa przychodzili pewnie literaci, pragnacy wydac swoje ksiazki...
Kwiatkowski : – Zapewne. Ale dokladnie to nie wiem... Kazalem splawiac wszystkich pismakow bez wdawania sie w rozmowe. I tak sie dzialo. Nigdy nie pytalem pracownikow wydawnictwa o szczegoly...
Hermes : – Pytam o te sprawy, bo... (scena stopniowo pograza sie w ciemnosciach) Duzo gadalismy o interesach, halach, kamienicach... Teraz chcialbym ci pokazac cos zupelnie innego. Dla odmiany. Popatrz, moze cie to zainteresuje...
* * *
SCENA CZWARTA
Lewa strona sceny raz jeszcze zostaje oswietlona. Na fotelach, po przeciwnych stronach malego stolika, siedza: Dyrektor i Literat.Literat : – (nerwowo gestykulujac) Dziwie sie, ze nie chce pan wystawic moich dramatow. Dlaczego? Panski teatr ma renome. Czytal pan moje utwory, wiec wie pan, czy sa cos warte. Moja tworczosc to walka duszy, to istna rzez wewnetrzna... Probuje sprawic, zeby slowo pokazalo swoje granice... Moja tworczosc to zetkniecie dusz, wniebowstapienie w sztuke, gonitwa za widmem idealu... Przelamuje samotnosc w granicach wlasnego ja, biciem serca zagluszam salwy rzeczywistosci, opisuje ludzka egzystencje jako forme upadku. Zdarza sie, ze mysli wkradaja mi sie do glowy, jak wrogowie...
Dyrektor : – (z usmiechem) Szkoda, ze nie wlaczylem dyktafonu. To, co pan mowi, te zdania... Zebrac je do kupy i juz bylby z tego spektakl. Moze nawet ciekawszy, niz panskie sztuki... (powazniejac) Ale przejdzmy do konkretow, skoro panu tak na nich zalezy. Powtarzam po raz ostatni – nie wystawimy panskich tekstow. Panskie dramaty nawet mi sie podobaja, sa dobre... Ale wie pan, teatr – dzisiejszy teatr! – zywi sie czym innym. Taka jest prawda. Poziom tekstow dramaturgicznych nie ma tu nic do rzeczy...
Literat : – (z ironia) Zywi sie czym innym? No to smacznego.
Dyrektor : – Wystawiamy rzeczy moze mniej wartosciowe literacko, za to... Wie pan, nasz teatr musi zarobic na siebie, na samych dotacjach daleko nie zajedziemy. A dodatkowych wydatkow mamy sporo: remont dachu, wymiana foteli... Sam pan rozumie.
Literat : – Mniej wartosciowe? Czy smieci, wstawione do galerii, stana sie dzielem sztuki? To, co wystawiacie, to z reguly rozreklamowana lipa, humbug... Rownie dobrze moglibyscie nic nie wystawiac. (z ironia) Tak byloby najtaniej.
Dyrektor : – Jesli chcialby pan byc wystawiany, to moze... Moze powinien pan pisac troche inaczej, wierniej odbijac w tekstach rzeczywistosc... To byloby latwiejsze w odbiorze, bardziej przystepne dla masowego widza. Wiecej naturalizmu...
Literat : – Naturalizm to opisywanie swiata bez wiary w jego piekno. A ja w nie wierze. Piekno i obled to dwie strony monety, jaka jest dzisiejszy swiat...
Dyrektor : – Tak sobie mysle, jak moglbym panu pomoc... Byc moze kiedys zwroce sie do pana z prosba o napisanie czegos dla mojego teatru, nie wykluczam takiej mozliwosci. Chyba pan nie ma nic przeciwko pisaniu na zlecenie?
Literat : – Zasadniczo nie mam.
Dyrektor : – Mogloby chodzic na przyklad o jakas legende, zwiazana z naszym miastem i regionem. Wie pan, tematyka regionalna jest ostatnio na topie...
Literat : – (podekscytowany) Przeciez jedna z moich sztuk jest taka legenda! To cos w rodzaju mitu zalozycielskiego miasta. Czytal pan ja? Podobala sie panu?
Dyrektor : – Otoz niezbyt mi sie spodobala. Za trudna, za powazna, Tu chodzi o basn, o cos dla dzieci, dla szkol... Zeby to sie miescilo w programach edukacyjnych...
Literat : – Takich rzeczy pisac nie umiem. I nie chce.
Dyrektor : – Wobec tego nie mamy o czym rozmawiac. Taka jest prawda. Przykro mi. (wstaje i spoglada na zegarek)
Literat : – (wstaje) Prawda to fikcja, dzieki ktorej wladza usprawiedliwia swoje istnienie... Kazda wladza.
Dyrektor : – Mowi pan jak anarchista...
Literat : – Czy mozna oczekiwac od artysty, zeby byl praworzadny?
Dyrektor : – Chyba nie. (podaje Literatowi reke) Niech pan o mnie dobrze mysli.
Literat : – Bede sie staral. Ale nie przypuszczam, zeby mi sie to udalo...
Scena stopniowo pograza sie w mroku.
Kwiatkowski : – (jest niewidoczny, slychac tylko jego glos) Dlaczego my to ogladalismy? Nie znam tych ludzi, nigdy ich nie widzialem, nie mam z nimi nic wspolnego! Teatr mnie wcale nie interesuje.
Hermes : – (z tajemniczym usmiechem) Poczekaj chwile, a dowiesz sie wszystkiego. To bedzie niespodzianka...
Kwiatkowski : – Nie chce zagadek ani niespodzianek. Chce tylko sprawiedliwego wyroku i milosierdzia. I chce, zeby juz bylo widno. Zawsze sie balem ciemnosci.
Hermes : – Moze w nastepnym wcieleniu powinienes zostac nietoperzem? (smieje sie) Nie, nie, znowu zartowalem...
* * *
SCENA PIATA
Prawa strona sceny znow zostaje oswietlona. Hermes, Ajakos i Kwiatkowski jak przedtem siedza na swoich krzeslach, w palacowym holu.Hermes : – Koniec czesci artystycznej, teraz czas na wyrok. Glos ma Ajakos, nasz wielki sedzia.
Kwiatkowski : – Zaraz, zaraz! (zrywa sie na nogi) Prawo do ostatniego slowa przysluguje kazdemu, nawet jesli, tak jak ja, jest oskarzony chyba tylko o to, ze sie urodzil. Oskarzony o to, na co i tak nie mial wplywu. Czy moge cos powiedziec? (spoglada na Hermesa i Ajakosa, obaj potakuja) Czym jest ludzkie zycie? Nieustajaca walka o swoje kosztem innych. Albo zostaniesz zdeptany, albo sam kogos zdepczesz – innego wyjscia nie ma. W takie zycie wy, bogowie, czy cos co nad wami stoi, wrzucacie nas, ludzi, takie reguly gry nam fundujecie. I potem sie dziwicie, ze wedle waszych regul postepujemy? A w dodatku dajecie nam sumienie, ktore karze nas jeszcze za zycia. Dajcie sumienie psom, pomiedzy ktore rzucicie kosc, a zobaczycie, czy beda szczesliwe... Dlatego uwazam, ze jestem niewinny. (oddycha ciezko, po chwili jednak uspokaja sie, siada) To wszystko, co mam do powiedzenia. Czekam na wyrok.
Hermes : – Taaak... (do Kwiatkowskiego, zyczliwie) Nawet cie rozumiem. My, bogowie, jestesmy doskonali, a doskonalosc niczego nie potrzebuje – po prostu jest. Za to ludzie... Na twoim miejscu pewnie robilbym to samo. (do Ajakosa) Nie znajduje zadnej winy w tym czlowieku. (do Kwiatkowskiego, z ozywieniem) Czy wiesz, ze ja swoj pierwszy interes zrobilem zaraz po urodzeniu? Ukradlem stado krow, nalezace do Apolla. Jedna krowe zabilem, z jej kiszek i z zolwiej skorupy zrobilem lire. Kiedy Apollo zjawil sie u mnie z pretensjami, zagralem mu na tym instrumencie. Muzyka tak go zachwycila, ze bez wahania zrezygnowal ze wszystkich krow, byle tylko dostac ode mnie lire. Niezle, co? (do Ajakosa, z przepraszajacym gestem) Juz nie przeszkadzam. Juz milcze, jak sumienie kapelana w dniu bitwy...
Ajakos wstaje i powoli zdejmuje kaptur. Hermes i Kwiatkowski wstaja takze.
Ajakos : – (spogladajac surowo na Kwiatkowskiego) Wyrok wydalem juz w swoim sercu, teraz go tylko oglosze...
Kwiatkowski : – (wpatrujac sie w twarz Ajakosa) Co? (do Hermesa, chwytajac go za ramie) Przeciez to szewc!!!! Skad on sie tu... To ten szewc!
Ajakos : – Chyba mnie z kims mylisz, czlowieku...
Kwiatkowski : – (sam do siebie, polglosem) Nie, nie myle sie... Ale czy to teraz ma znaczenie... (do Ajakosa, glosno) Czy wreszcie dostane bilet wstepu na te Wyspy Szczesliwe, o ktorych tyle slyszalem?
Ajakos : – Do Elizjum? Nie, na to byloby jeszcze za wczesnie. (uroczystym tonem) Wyrok brzmi: wracasz do swiata ludzi. Musisz jeszcze troche podoswiadczac bytu, cos jeszcze zrozumiec... Musisz wrocic raz jeszcze na swiat. Ten literat, ktorego niedawno widziales... To byla twoja przyszlosc. To bedziesz ty.
Hermes : – (do Kwiatkowskiego) Teraz juz wiesz, jaka niespodzianke mialem na mysli?
Kwiatkowski : – Nie bede mial lekkiego zycia. Ten literat jest na pewno biedny, jak mysz kos... (zatyka sobie dlonia usta)
Ajakos : – A slyszales kiedy o proroku, ktory zyl w dobrobycie?
Kwiatkowski : – Podoswiadczac bytu... Tez pomysl... (kreci glowa z niedowierzaniem) Wysylacie mnie na ziemie, zebym zmadrzal? Przeciez to bzdura! Po co mam sie znowu rodzic, wracac do swiata ludzi? Nie chce! Tu, na Olimpie, w siedzibie bogow, moglbym sie wszystkiego dowiedziec, nie ma lepszego miejsca! Tu sie miesci cala madrosc wszechswiata! (do Hermesa, blagalnie) Ty mi powiesz, do kogo i jak mam sie modlic, ktorzy bogowie istnieja, a ktorzy nie. Jak trzeba postepowac, co myslec, co jest sluszne... Pomoz mi! Tego sie nie dowiem, zyjac na ziemi jako czlowiek! Chce zostac tutaj i poznac prawde, wszystko odkryc, zrozumiec!
Hermes : – Wy, ludzie, zawsze pytacie o to samo. Chcecie prawdy, a nie wolnosci... Zeby zrozumiec zycie, musisz w nim uczestniczyc. Dla czlowieka nie ma innej drogi do madrosci. (po chwili) Prawda? To tylko stan duszy w pewnych warunkach powstajacy i znikajacy, nic wiecej... Niech ta odpowiedz na razie ci wystarczy. Kiedy tu sie pojawisz nastepnym razem, moze...
Ajakos : – (do Kwiatkowskiego) Juz czas na ciebie. Musisz isc...
Hermes : – Rzeczywiscie, nie mozemy dluzej zwlekac. Idziemy!
Kwiatkowski : – Ja protestuje! Co to byl w ogole za proces? To naruszenie moich praw obywatelskich! Dlaczego ja nie mialem adwokata? Gdzie my wlasciwie mamy isc i po co?
Hermes : – Prawa obywatelskie zostawiles po tamtej stronie. Po tej stronie, do ktorej wrocisz. Za chwile urodzi sie dziecko. Ty sie urodzisz.
Kwiatkowski : – Znow mam byc niemowlakiem? Uczyc sie mowic, chodzic? Okropne. Nie chce! Nie chce wracac do startu, skoro juz jestem na mecie! Nie chce!
Hermes : – Nie slyszales o wedrowce dusz? Idziemy! (podchodzi do Kwiatkowskiego)
Kwiatkowski : – Alez panowie, zle postepujecie! Dlaczego? Za co mnie spotyka taka kara?
Ajakos : – To nie jest kara. Zycie nie moze byc kara, jest zawsze nagroda. (po chwili) Nie martw sie: za chwile zapomnisz wszystko, co tu widziales i slyszales. Zostana ci co najwyzej niejasne przeczucia... (wklada kaptur na glowe) Wyrok zostal wydany. Moja rola skonczona. (wolnym krokiem idzie w prawo, znika)
Kwiatkowski : – (do Hermesa, blagalnie) To nie w porzadku. Czy nie moglibyscie wysylac wszystkich dusz od razu do Elizjum? Po co dusze maja sie wcielac, zyc w ludzkich cialach, cierpiec? Komu to jest potrzebne? Przeciez nie wam, bogom, bo o to nie dbacie! Elizjum powinno byc jedynym swiatem, jedynym miejscem zycia dusz, tak uwazam! (chwyta sie oburacz za glowe) Nic nie rozumiem, I do not understand. To bez sensu! To mi sie nie podoba! Nie chce! (idzie wolnym krokiem, delikatnie prowadzony za ramie przez Hermesa. obaj zatrzymuja sie przy zamknietych drzwiach wyjsciowych) O co w tym wszystkim chodzi? To jakies szalenstwo! Wami powinna sie zajac policja... (z niepokojem) To nie byl zaden Ajakos! Mowilem juz, ze to byl szewc! Ten szewc!
Hermes : – (trzykrotnie uderzajac kaduceuszem w drzwi) Jestes pewien, ze to wlasnie ten szewc? (z usmiechem) Typowy objaw: kazda dusza widzi w Ajakosie ktoregos z tych ludzi, ktorych za zycia skrzywdzila... (po chwili, z usmiechem) Ajakos tez lubi sie czasem wcielac w ludzkie ciala... Nie musi, ale chce. Olimp go nudzi, Elizjum tez... Powiada, ze chce byc na biezaco. Chce trzymac reke na pulsie ludzkosci i znac zycie ludzi wspolczesnych, zanim ich osadzi... W starozytnosci rzeczywiscie pasal kozy w gorach.
Drzwi otwieraja sie, skrzypiac przerazliwie. W palacowym holu stopniowo zapada ciemnosc. Za otwartymi drzwiami widac natomiast jasna smuge swiatla.
Hermes : – (sam do siebie) Bede musial powiedziec Hefajstosowi, zeby wreszcie cos zrobil z tymi drzwiami. Skrzypia! A ja nie lubie halasu... (do Kwiatkowskiego, zyczliwie) Zaprowadze cie na miejsce, przyjacielu. Nawet cie polubilem, sam nie wiem czemu... Chodzmy, przeznaczenie czeka. (ruszaja wolnym krokiem ku wyjsciu, przestepuja przez prog) Nie martw sie, zagubiona duszo, to nie potrwa dlugo – umrzesz w mlodym wieku, jako wielki talent, doskonale zapowiadajacy sie geniusz. A wtedy moze dostaniesz sie wreszcie do Elizjum, skoro tak tego pragniesz. (poufalym tonem) W obecnosci Ajakosa nie chcialem o tym mowic, ale teraz moge ci zdradzic kilka tajemnic Olimpu. (wciaz ida obok siebie, widoczni przez otwarte drzwi, w smudze swiatla) Niby nie powinienem, ale co tam... Zeus mi to wybaczy... Kto wie, moze to ty kiedys zastapisz Ajakosa? On jest juz troche zramolaly, niech lepiej idzie na wieczna emeryture... Szepne o tym slowko Zeusowi...
Drzwi zamykaja sie, skrzypiac przerazliwie. Zapada calkowita ciemnosc. Chwile pozniej z oddali rozlega sie placz niemowlecia.
KURTYNA
Lech Brywczynski (ur. 1959) jest dziennikarzem, historykiem, milosnikiem i znawca starozytnej cywilizacji grecko-rzymskiej. Jest dziennikarzem elblaskiego dwutygodnika Regiony, wiceprezesem Stowarzyszenia Elblaski Klub Autorow SEKA i czlonkiem zarzadu Baltyckiego Centrum Informacji Prasowej. Mieszka z rodzina w Elblagu.
Poza tekstami o tematyce regionalnej, publikuje takze felietony, szkice historyczne, recenzje i wiersze. Napisal kilkanascie dramatow jednoaktowych (glownie o tematyce starozytnej), z ktorych wiele zostalo juz opublikowanych.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||