LEKARZ   WIEJSKI

Ein Landartz






FRANZ   KAFKA



Byłem w wielkim kłopocie. Miałem odbyć podróż nie cierpiącą zwłoki. Oto ciężko chory czekał na mnie w wiosce oddalonej o dziesięć mil, gwałtowna burza śnieżna wypełniała przestrzeń między mną a nim; miałem powóz, lekki, o wielkich kołach, taki właśnie, jak trzeba na nasze drogi; zawinięty w futro, z torbą z przyrządami lekarskimi w ręce czekałem już na dziedzińcu, gotowy do wyjazdu; lecz brakowało mi konia, konia.

Mój własny koń padł ostatniej nocy wskutek nadmiernej pracy w ciągu tej lodowatej zimy. Moja służąca biegała teraz po wsi, aby pożyczyć innego, lecz bez widoków powodzenia. Wiedziałem o tym i czekałem tutaj bez celu, coraz bardziej przysypywany śniegiem i coraz bardziej nieruchomiejąc. Dziewczyna zjawiła się w bramie, sama, kołysząc latarnią. Naturalnie, któż teraz pożyczy konia na taką drogę?

Jeszcze raz przeszedłem przez podwórze; nie widziałem żadnego wyjścia. Roztargniony i znękany kopnąłem nogą kruche drzwi chlewu, którego już od lat nie używano.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Drzwi otworzyły się i kilka razy załomotały. Ciepło i zapach jak od koni wionęły ze środka. Ciemna stajenna latarnia kołysała się na powrozie. Jakiś człowiek przykucnięty za niskim przepierzeniem ukazał swą otwartą twarz o niebieskich oczach.

– Czy mam zaprzęgać? – zapytał wypełzając na czworakach.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Nie wiedziałem, co powiedzieć, i tylko schyliłem się, aby zobaczyć, co tam jeszcze jest w tej stajni. Służąca stała przy mnie.

– Nigdy się nie wie, co można znaleźć we własnym domu – powiedziała i roześmieliśmy się oboje.

– Hola, bracia, hola, siostro! – krzyknął parobek, i dwa konie, potężne zwierzęta o silnych zadach, ugiąwszy nogi, pochylając pięknie ukształtowane łby, tak jak to czynią wielbłądy, tylko przy pomocy zwrotów tułowia wysunęły się jeden po drugim przez otwór drzwi, który wypełniły zupełnie. Ale zaraz wyprostowały się na wysokich nogach, a ciała ich mocno parowały.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


– Pomóż mu – powiedziałem, i dziewczyna pośpieszyła ochoczo, aby podać uprząż chłopcu. Lecz zaledwie znalazła się przy nim, chłopak obejmuje ją i przyciska swoją twarz do jej twarzy. Ona krzyczy i ucieka do mnie; na policzku dziewczyny są czerwono wyciśnięte dwa rzędy zębów.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


– Ty bydlaku – krzyczę z wściekłością – chcesz dostać batem? – lecz zaraz sobie przypominam, że jest on dla mnie obcy, że nie wiem, skąd się wziął, i że dobrowolnie pomaga mi, gdy wszyscy inni zawodzą. Jak gdyby znał moje myśli, nie bierze mi za złe pogróżki, lecz wciąż zajęty końmi, raz tylko odwraca się ku mnie.

– Proszę wsiadać – mówi, i rzeczywiście: wszystko jest gotowe. Spostrzegam, że tak pięknym zaprzęgiem nigdy jeszcze nie jechałem, i wsiadam z ochotą.

– Ale ja będę powoził, ty nie znasz drogi – mówię.

– Oczywiście – odpowiada – ja wcale nie jadę, ja zostaję z Różą.

– Nie! – krzyczy Róża, i słusznie przeczuwając, że nie umknie swego losu, biegnie do domu. Słyszę, jak brzęczy łańcuch u drzwi, który zakłada, słyszę, jak zaskakuje zamek; widzę, jak uciekając dalej, gasi także światło w sieni i we wszystkich pokojach, aby nie dać się odnaleźć.

– Jedziesz ze mną – mówię do parobka – albo zrezygnuję z jazdy, chociaż jest bardzo pilna. Ani mi się śni dawać ci dziewczynę jako zapłatę.

– Żwawo! – odpowiada na to; uderza w dłonie i powóz zostaje porwany jak drzewo strumieniem, słyszę jeszcze, jak drzwi mego domu pękają i idą w drzazgi pod naporem parobka, a potem moje uszy i oczy wypełniają się szumem, przenikającym równomiernie wszystkie zmysły.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Ale to także trwa tylko chwilę, gdyż już jestem na miejscu, jak gdyby zagroda mego chorego otwierała się tuż za bramą mojego podwórza; konie stoją spokojnie; śnieg przestał padać, wokoło światło księżyca; rodzice chorego śpiesznie wychodzą z domu, siostra chorego za nimi; prawie że wynoszą mnie z powozu; nie rozumiem nic z ich poplątanej gadaniny;




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


w pokoju chorego ledwie można oddychać, zaniedbany piec dymi, zaraz otworzę okno, lecz najpierw chcę zobaczyć pacjenta. Chudy, bez gorączki, ani zimny, ani rozpalony, z pustką w oczach, bez koszuli, chłopak podnosi się spod pierzyny, obejmuje mnie za szyję, szepce mi do ucha:

– Doktorze, pozwól mi umrzeć.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Oglądam się dookoła, nikt tego nie słyszał, rodzice stoją pochyleni w milczeniu i oczekują mojego wyroku; siostra przyniosła krzesło na moją lekarską torbę. Otwieram ją i szukam między instrumentami; chłopiec wciąż wyciąga do mnie ręce z łóżka, aby mi przypomnieć o swej prośbie; chwytam jakąś pincetę, oglądam ją uważnie w blasku świecy i odkładam z powrotem.

"Tak – myślę bluźnierczo – w takich wypadkach bogowie pomagają, posyłają konia, którego brak, dodają nawet drugiego dla pośpiechu, i parobka na dodatek."

Teraz dopiero przychodzi mi znowu na myśl Róża. Co zrobię, jak ją uratuję, jakże wyciągnę ją spod tego parobka, oddalony od niej o dziesięć mil, z końmi, których nie sposób opanować? Z tymi końmi, które teraz jakoś rozluźniły uprząż, które, nie wiem, w jaki sposób, otwarły pchnięciem z zewnątrz okna, każdy z nich wsunął głowę przez jedno okno i nie dbając na krzyk rodziny przyglądają się choremu. "Zaraz jadę z powrotem" – myślę, jakby to konie wzywały mnie do drogi; ale pozwalam na to, że siostra, myśląc, iż duszno mi od gorąca, zdejmuje ze mnie futro. Przynoszą mi szklankę rumu, stary klepie mnie po ramieniu, ofiarowany mi skarb usprawiedliwia tę poufałość. Potrząsam głową; w ciasnym kręgu myśli starego zrobiłoby mi się słabo; z tego tylko powodu odmawiam picia.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Matka stoi przy łóżku i przyzywa mnie; jestem jej posłuszny i podczas gdy jeden z koni rży wznosząc łeb pod sufit, kładę głowę na piersi młodego człowieka, którego moja zmoczona broda przyprawia o dreszcze. Potwierdza się to, co wiem: chłopak jest zdrowy, trochę anemiczny, troskliwa matka daje mu za wiele kawy – ale jest zdrów i najlepiej byłoby od razu wypchnąć go z łóżka. Nie należę do tych, co chcą naprawiać świat, i spełniam swój obowiązek aż do końca, aż do tego miejsca, w którym staje się on prawie nadmierny. Źle opłacany, jestem jednak hojny i gotów pomagać biednym. Muszę jeszcze troszczyć się o Różę; chłopak może ma i słuszność, ja także chcę umrzeć. Co ja tu robię wśród tej nie kończącej się zimy! Mój koń zdechł, a we wsi nie ma nikogo, kto by mi pożyczył swojego. Muszę mój zaprząg wyciągać z chlewu; gdyby przypadkiem nie było tam koni, musiałbym zaprząc świnie. Taki już mój los. I kiwam głową do rodziny. Oni nic o tym nie wiedzą, a gdyby wiedzieli, nie uwierzyliby. Łatwo jest pisać recepty, lecz trudno jest poza tym porozumieć się z ludźmi. A więc, moja wizyta tutaj byłaby skończona, raz jeszcze trudzono mnie nadaremnie: jestem do tego przyzwyczajony, cały powiat zamęcza mnie niepokojąc w domu po nocy. Ale tym razem musiałem poświęcić jeszcze Różę, tę piękną dziewczynę, która, ledwie przeze mnie zauważona, żyła od lat w mym domu – ta ofiara jest zbyt duża, i muszę sam wobec siebie użyć subtelnych perswazji, aby nie zbesztać tej rodziny, która przy najlepszej woli nie potrafi mi zwrócić Róży.

Lecz gdy zamykam swoją torbę i daję znak, by mi przyniesiono futro, a rodzina stoi zgromadzona, ojciec upaja się zapachem rumu, którego szklankę trzyma w ręce, matka prawdopodobnie jest mną rozczarowana – no, na cóż czekają ci ludzie? – płacze i zagryza wargi, a siostra powiewa silnie skrwawionym ręcznikiem – gotów prawie jestem przyznać, że chłopak, być może, jest jednak chory. Podchodzę do niego, a on śmieje się do mnie, jakbym mu przynosił najbardziej wzmacniający bulion. O! teraz rżą obydwa konie; ten hałas, zarządzony pewnie wyższym rozkazem, ma mi ułatwić badanie – teraz widzę: tak, młody człowiek jest chory. W jego prawym boku, w okolicy biodra, otwarła się rana wielkości talerzyka. Różowa, o licznych odcieniach, ciemna w głębi, coraz jaśniejsza ku brzegom, lekko granulowana, z krwią zbierającą się nierównomiernie, otwarta jak szyb kopalni. Tak wygląda z daleka. Z bliska wygląda jeszcze gorzej. Któż może patrzeć na to nie wydając cichego gwizdnięcia? Robaki, tak wielkie i długie jak mój mały palec, same różowe, a ponadto spryskane krwią, tkwiąc we wnętrzu rany, białymi główkami i licznymi nóżkami wiją się ku światłu. Biedny chłopcze, nic ci nie można pomóc. Odkryłem twoją wielką ranę; zginiesz od tego kwiatu w twoim boku.

Rodzina jest szczęśliwa, widzi mnie przy pracy: siostra mówi o tym do matki, matka do ojca, ojciec do kilku gości, którzy na palcach, z ramionami rozpostartymi dla utrzymania równowagi, wchodzą przez księżycowy blask otwartych drzwi.

– Czy ocalisz mnie? – szepce chłopak szlochając, zupełnie oślepiony przez życie, które roi się w jego ranie.

Tacy są ludzie w mojej okolicy. Zawsze wymagają od lekarza rzeczy niemożliwych. Stracili starą wiarę; proboszcz siedzi w domu i drze w kawałki ornaty, jeden po drugim; lekarz ma wszystkiemu zaradzić swoją lekką ręką chirurga. A zresztą, jak chcecie: ja się nie wprosiłem; jeżeli używacie mnie do świętych celów, pozwalam z sobą i to robić: cóż mi pozostaje staremu lekarzowi, któremu uprowadzono służącą! I oto przychodzą, rodzina i wiejska starszyzna, i rozbierają mnie; chór szkolny, z nauczycielem na czele, stoi przed domem i na najprostszą nutę śpiewa te słowa:

Rozbierzcie go, to będzie leczył,
Nie będzie zaś, to go zabijcie.
To tylko lekarz, to tylko lekarz.

Jestem tedy rozebrany, i zanurzając palce w brodzie, z pochyloną głową patrzę spokojnie na ludzi. Jestem zupełnie opanowany; mam przewagę nad wszystkimi i zachowuję ją, choć nic mi to nie pomaga, gdyż biorą mnie teraz za głowę i za nogi i zanoszą do łóżka. Kładą mnie przy ścianie, od strony rany. Potem wszyscy wychodzą z izby: drzwi zostają zamknięte; śpiew milknie; chmury przesuwają się przed księżycem; pościel ciepło mnie otula; jak cienie chwieją się głowy koni w ściennych otworach.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


– Wiesz – słyszę w mym uchu – mam do ciebie bardzo mało zaufania. Ty także zostałeś tylko gdzieś strząśnięty, nie przychodzisz na własnych nogach. Zamiast pomóc, ścieśniasz mi moje śmiertelne łoże. Najchętniej wydrapałbym ci oczy.

– Słusznie – odpowiadam – to wstyd. Ale jestem lekarzem. Co mam uczynić? Wierz mi, i mnie także nie jest lekko.

– Mam się zadowolić tą wymówką? Ach, pewnie muszę. Zawsze muszę się zadowalać. Przyszedłem na świat z piękną raną. To była moja cała wyprawa.

– Młody przyjacielu – odpowiadam – twoim błędem jest to, że nie masz szerszego spojrzenia. Ja, który zwiedziłem już daleko i szeroko wszystkie izby chorych, mówię ci: twoja rana nie jest taka zła. Zadana dwoma ciosami siekiery w ciasnym kącie. Wiele ludzi nadstawia swój bok i ledwie słyszą, że siekiera uderza w lesie, a cóż dopiero, że się ku nim zbliża.

– Naprawdę tak jest, czy też oszukujesz mnie w gorączce?

– Naprawdę tak jest, masz na to słowo honoru urzędowego lekarza. I on je przyjął i zamilkł.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Ale teraz nadszedł czas, aby pomyśleć o moim ratunku. Konie stały jeszcze wiernie na swych miejscach. Pozbierałem z pośpiechem moje ubranie, futro i torbę; nie chciałem tracić czasu na ubieranie się: jeżeli konie pomkną tak szybko, jak tu przybyły, to po prostu przeskoczę z tego łóżka do mojego. Jeden z koni posłusznie cofnął się od okna; rzuciłem tłumok do powozu, futro poleciało za daleko, tylko jednym rękawem zaczepiło się o jakiś hak. To wystarczy. Skoczyłem na konia. Rozluźnione rzemienie wlokły się po ziemi, jeden koń ledwie sprzęgnięty był z drugim, z tyłu błąkał się powóz, a na końcu futro w śniegu.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


– Żwawo – powiedziałem, lecz nie pojechaliśmy żwawo: powoli jak starzy ludzie ciągnęliśmy poprzez śnieżną pustynię i długo dźwięczał za nami nowy, lecz obłędny śpiew dzieci:
Cieszcie się, pacjenci,
Lekarz położył się wam do łóżka.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


W ten sposób nigdy nie wrócę do domu; moja kwitnąca praktyka przepadła, mój następca okrada mnie, lecz bez pożytku dla siebie, gdyż nie potrafi mnie zastąpić; w mym domu szaleje obrzydliwy parobek od koni; Róża jest jego ofiarą; nie chcę o tym myśleć. Nagi, wystawiony na mrozy tego nieszczęsnego stulecia, z ziemskim pojazdem i nieziemskimi końmi, włóczę się, ja, stary człowiek.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Moje futro wisi z tyłu powozu, ale nie mogę go dosięgnąć, a nikt z ruchliwej zgrai pacjentów nawet palcem nie ruszy. Oszukany! Oszukany! Raz usłuchałem w nocy fałszywego dzwonka – nigdy nie da się tego naprawić.




Rys.   Andrzej Płoski, 2004.


Z niemieckiego przełożył   Juliusz Kydryński




Andrzej Płoski (ur. 1949) jest znanym polskim artystą-malarzem, grafikiem i ilustratorem książek. Wykształcony w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, od roku 1975 mieszka w Lund, w Szwecji.




Teksty Franza Kafki i o Kafce zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje