W sierpniu 2004, na prośbę Dr Heleny Zymler-Svantesson, redagowałem z kopii ocalonego z Getta w Łodzi rękopisu tomik wierszy Melanii Fogelbaum. Mając swobodę w wyborze wierszy wybrałem większość czytelnych i możliwych do zrozumienia. Tomik ukazał się w Łodzi 27 sierpnia 2004 na sześćdziesięciolecie ostatecznej likwidacji przez Niemców Getta w Łodzi.Pani Helena Zymler-Svantesson, będąc pierwotnym depozytorem rękopisu, zezwoliła mi na publikację wyboru wierszy Melanii Fogelbaum w Zwojach. Przekazała mi także jedno zdjęcie Melanii Fogelbaum wykonane w łódzkim getcie przez Mendela Grossmana oraz zdjęcie dwóch stron rękopisu. Dziękuję Jej za to serdecznie.
Rękopis i zdjęcie Melanii są obecnie zdeponowane w US Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, DC. Pani Helena Zymler-Svantesson pozostaje w kontakcie z Muzeum co do publikacji tych materiałów.
Pan Elyasaf Kowner z Izraela przekazał mi drugie zdjęcie Melanii Fogelbaum, którego podarty oryginał został po wojnie znaleziony przez jego ojca Leona Kownera na terenie byłego getta w Łodzi. Fotografia ta została zrekonstruowana przez Elyasafa. Panom Leonowi i Elyasafowi Kownerom również serdecznie dziękuję.
Z uczuciem porażającej grozy publikuję wiersze Melanii Fogelbaum w Zwojach jako świadectwo czasów strasznych.
Andrzej Kobos
W sześćdziesięciolecie likwidacji Getta w Łodzi
ZESZYT Z GETTA W ŁODZI
MELANIA FOGELBAUM
Melania Fogelbaum
i jej świadectwo z lat Zagłady
Getta w Łodzi
Melania Fogelbaum (5. VI. 1911 – 1. VIII. 1944), poetka, malarka, rzeźbiarka była przyjaciółką i duchową podporą grupy młodzieży w Getcie w Łodzi. Matka jej zmarła w getcie w lutym 1942 r. 1 sierpnia 1944 chora na gruźlicę Melania została wywieziona z łódzkiego getta do Auschwitz-Birkenau gdzie zginęła w komorze gazowej.Po likwidacji Litzmannstadt Ghetto w sierpniu 1944, Nachman Zonabend, jeden z pozostawionych przez Niemców przy życiu dla uprzątnięcia terenu getta, znalazł dwa zeszyty Melanii Fogelbaum zapełnione jej wierszami i notatkami oraz dwie jej fotografie wykonane przez Mendela Grossmana. W roku 1950 Nachman Zonabend przekazał te zeszyty ocalałej przyjaciółce Melanii, Helenie Zymler.
Leon Kowner – młody uczeń i przyjaciel Melanii w łódzkim getcie – po powrocie do Łodzi także szukał śladów Melanii. Na podwórzu domu przy ul. Marynarskiej znalazł podartą inną jej fotografię.
Wiersze Melanii Fogelbaum odzwierciedlają zarówno gehennę Getta jak i miłość życia. Większość nie ma tytułów ani znaków przestankowych. Pisane były w kilku wersjach, w nowatorskim, często metaforycznym stylu. Rękopis, pisany po polsku ołówkiem, nie zawsze jest łatwy do odczytania i zrozumienia, często robi wrażenie notatek myśli.
Kilka wierszy Melanii Fogelbaum (w szwedzkim tłumaczeniu) zostało opublikowanych przez Helenę Zymler-Svantesson w zredagowanej przez nią antologii literatury i dokumentów z okresu hitlerowskiej okupacji Polski, pt. Och skuggorna blir längre ("I cienie będą dłuższe"), Bo Cavefors Bokförlag, 1972.
W 1998 r. Helena Zymler-Svantesson przekazała oryginalne zeszyty i inne dokumenty do United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie, DC.
W roku 2004, Helena Zymler-Svantesson oraz Leon Kowner z Haify, Israel, i jego syn Elyasaf, postanowili oddać hołd Melanii Fogelbaum przedstawiając światu wybór jej ocalałych, przejmujących wierszy. Leon Kowner napisał po latach krótkie wspomnienie o Melanii.
Wydanie tego małego tomiku Melanii Fogelbaum na sześćdziesięciolecie likwidacji Getta w Łodzi stało się możliwe dzięki wysiłkowi grupy ludzi dobrej woli.
Helena Zymler-Svantesson
Lund, Szwecja
Melania Fogelbaum w Getcie w Łodzi, 1940 r.
Fot. Mendel Grossman; zdjęcie znalezione przez Nachmana Zonabenda
(Photo courtesy of the United States Holocaust Memorial Museum)
Z zeszytu Melanii Fogelbaum
w Getcie w Łodzi
Dwie strony z zeszytu – rękopisu Melanii Fogelbaum
(Photo courtesy of the United States Holocaust Memorial Museum)
Wędrówka
Głodne są ludzkie oczy.
Oczy sęków w płocie
wyzierają na świat.
Głodnym sękom w płocie
piach zmęczenia w oczy
sypie czas.
A ja chcę nocą chłodną porzucić
ogród mokry od jabłkowej woni,
czoło przerżnąć kantem dachu
by krwią zbudzić senne powieki.
W czarnych kadłubach dworców
krzyk pary dalekiej
psio zawył i ciepłem nocy szarpnął...
Już idę, kwiat peonii dal bielą wyznacza,
ogród jak ślepy cmentarz zasypia wśród płaczu,
jak powróz ramiona rozkręcę w tysiąc sznurów
i w słony wicher świata zarzucę na reję,
w głębinę dni co przyjdą zanurzę okręt siebie,
na pokładach jutr poniosę twarze co się śmieją.
W wiatraku sieni
przemiela się życie ośmiu ruder.
Smutna sień patrzy dymnikiem w niebo
nad dachem przekwita mgła,
śnieg, odwilż, liście
czasem kraczą aeroplany.
Nocą wiatr plącze w niciach drutów
strzęp okrwawiony.
Gdzieś za brudną ulic mozaiką
płynie smutna zieleń pól.
Po sparszywiałej mozaice ulic
pełzną z pogniłych sieni trupy.
W czarnej drewnianej koronce karawanu
słodko pachną trupy.
Gna ulicami
raz dziennie, sto na dzień
chory upiór,
stępiałe kopyta
chłepczą chłodny bruk skażonych ulic.
biorę garść mroku zza okna
i nie płaczę nad nim
chociaż słony oceanem łez
co ciekły łupiąc oczy
ślepcy
ślepcy chodzimy ulicami
mury nie widzące
sienie na przestrzał niby a ślepe
donikąd, donikąd
miasto garnek rozpękły w drutach
bez barwy
bez dźwięku
tańczy w gorączce
obłąkany szpital
asfalt dyszy w gorączce
płonica jarzębin majaczy czerwono
zielony płód kasztanów
zatruty
durem spalonej ziemi
siny głód wydoił matkom piersi
zaraza, zaraza
biegnie ulicą otępiały upiór
szkap wiozących trupy
chłepcą kopyta otępiałych szkap
bruk
Chłepcą bruk
kopyta biegnących szkap
czarno kapie
deszcz
w sień puka czarna wariatka śmierć
z jedną nogą za krótką
uschła kość puka w próchno
w kostkę asfaltu
w czarnej drewnianej
koronce karawanu
duszą się trupy
Gotlib nocą modlił się do gwiazd
o rychłą śmierć
w dzień pod topory córczynych rąk kładł
głowę za skradziony olej
jarzębina płonicą zapachniała nad łóżkiem.
Znieśli, oczy ostatni raz skradł
o belkę w wiatraku sieni
przemieliło
plewy płaczu.
dur dur
zawiązano drutem
miedź żywego kotła
czasem miedź jęczała,
cisza na migi
przenosiła szał
wiatr miał oczy w słup
groza podnosiła drzewom zielone włosy.
dur
żar zwęźla sznury
żył,
wszy plamią barłogi, słońce, mózgi.
Trzewia trawią próżnię,
ślepe głodu pijawy.
Świat nie dla nas, przez oczy otwarte głód targnie
próżnią trzewi i jelit fioletowe kwiaty
zadrżą sine pod sercem jak dzikie peonie,
ślepe bólu pijawy w ciepło wnętrza się wessą.
Krzyk zdechły u progu sieni
liże opuchły asfalt
i wiatr na przestrzał
ssie zlepione płatki krwi.
Księżyc z dwu oczu
wyrwał źrenice.
W spróchniałym zaułku
skrzydło zmęczonego ptaka
zgarnia w zranione okna świt.
Przełknijmy gruzły płaczu.
Kłącze
Skrzypnął nieświat w desce ku oknu
i znużonym lotem w bezbólu
nieorlo chciała w oknie zaszumieć koszula.
Jakże łatwo było koło muru
jakże łatwo było w sny kamienne frunąć
w odwrócone niebo podwórza.
Tylko oczy okien niebyłe w ślepym murze
chciały przeczekać ból by snem się znużył.
Przeżegnały dniem mękę.
Żar kamienie łupał.
I nagle we framudze, co drżała pod ręką
w wilgotnym próchnie szczeliny,
oczom się wygarnął
śpiew zielony jak życie w łodydze maleńkiej
i płakało i śmiało się.
I leciały na okna,
jak na jedną miedzę
między dwoma niebami,
strupy rdzawej blachy.
Słuchaj jak w księżyc
wzielenia się nocą
psi śpiew
jak się w potężnej sieci trzepoce
jak kąsa
Twór
Żałowałam słów przepadłych w niejawie,
że nie widne dla innych są jak cieni cień.
Dłoń stroiła niebyłe widy w bezkształt i barwę,
w dźwięk i taniec. Burzyła w niemocy udręce.
Przyszedł dzień. Trawa była pod ręką
a z trawy szły wieści nieznane pogubionych słów.
Wiatr przywiał żywicę, śpiew wody i echo słów.
Pocieszyło się słońce,
pobratały się z wszechżywiem
sny przepadłe w niejawie.
Miary nieznane
Garście mroku
pustej nocy zegar
w szału kroplach
zachłyśnijmy się szczęściem!
W strzępach słonecznych
barwa ludzka się budzi.
Idą bogi kalekie, anioły, potwory.
Świt.
Ludzie
biją bólem w próżnię pięści.
Mózg
zawieszony w próżni
w pajęczynie jaźni.
Zbaw żużle oczu z bezsnu klątwy.
Przez noc wędrują twoje ręce.
Nim je całuję – nikną. Męka
co noc ta sama. Ni kres ni początek.
Niech zaśpiewają mi raz kołysankę
gdy w twardym mroku serce taje.
Dni potem szumią jak ptaki przelotne.
Pamięć
sen się zamącił, jawa mroczy,
zbaw z bezsnu klątwy żużle oczu.
sny zabłąkane w szyb chłód
Sen pokruszony w uschły liść
srebrnym włóknem ściekał w nocy staw
w szklane nici uwikłał się cień
i ćma roztłukła o biały klosz szczęście.
Nie krusz już snów pachnącej burzy.
O okno bije lepki mrok
to wiatr skrwawione ręce
ociera w biel firanek.
Jak głucho dudnią stopy
jak grzęźnie w ciszy studni
krzyk
I był sen przebudzony
U krawędzi powiek
Drzwi otwarte na nicość
Sień zsiniała z wiatru
Schody wiodące do nikąd
Patrz –
Ten pilny głód
Co nie chce czekać
Przebudził sen u krawędzi powiek
W tę smagłą, lipcem poparzoną noc
ani wyjść poza siebie, z siebie.
Nie krzycz, wiem oszalałych oczu
milion stad wyje w zimne niebo.
Mokry jaśmin chłodzi w białych gopłach,
płaczą srebrnoszklane, puste
w smutnym grochu – deszczowe krople.
W tę smagłą, lipcem poparzoną noc,
pod zielonym coraz bardziej nowiem
krew nabrzmiewa czerwonym ołowiem.
I głodnieją coraz bardziej w noc
piersi młode, białe wilczęta.
Wędrowałeś szlakiem smutnej farby.
Kędy kwitły wszystkich żyć czerwienie,
stała młodość rozpełzłym płomieniem.
Czas ci życie jak płótno pogarbił,
fałdy wpełzły w twarzy pergamin.
U komina sen chciał śmierć uwarzyć.
Odegnaj ręce biało kraczące nad światem
Już mnie urzekły innych godzin ptaki
I wiatr gorący uschłych dni majakiem
Szeleści w twarzach z starych drzeworytów.
ćmo ślepa
kulejąca mrokiem
znieś bratu
słodycz gorzkiej mięty
płuca spalone napój
zamiast mlekiem
Przybladł gniew w twarzach muru
Zszarzał ból w źrenicach okien
Brak tchu od schrypłej wichury
Ścięgna przestrzeniom przeciął krzyk
Szlakiem schrypłych wichur
krzyk ścieka
jednako
od kresu ziemi po kres
pod miast pod okien powieki
dzień zamknięty na rygiel
noc na kłamstwo
pieśń, pieśń spragniona szukająca
boże nieistny, krzyku niewyrwany
z trzewi-mocy zatrzaśniętych warg
w białym mrozie usnęły wszy
w noc poparzoną mrozem
biała śmierć skacze na grudy ciał
we wszystkich oknach kwitnie już krzyk
w ślepiach oślepłych koni w skowycie bitych psów
po mozaice ulic sparszywiałych
krakała bezgłośnie w czarnych skrzydłach szubienic
śmierć
Melania Fogelbaum
(zdjęcie znalezione na terenie Getta przez Leona Kownera uszkodzone; zrekonstruowane)
(Photo courtesy of Elyasaf Kowner)
|
|
|
|
|
|
|