WRAZLIWOSC LEKARZA





Z Profesorem Dr. ANDRZEJEM SZCZEKLIKIEM

rozmawia Andrzej M. Kobos


(tekst autoryzowany)






Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)



Andrzej M. Kobos:   Panie Profesorze, jest Pan, intelektualnie szczegolnym typem czlowieka. Laczy Pan w sobie znakomita wiedze i doswiadczenie medyczne z wiedza humanistyczna, rzeklbym w sensie renesansowych humanistow, ze wymienie tylko bieglosc w antycznej mitologii, muzyce, literaturze, a nawet znajomosc wspolczesnej fizyki.

Skad u Pana taki konglomerat zainteresowan i wiedzy?

Andrzej Szczeklik:   Dziekuje za te slowa, choc nie podzielam ich entuzjazmu.

Uksztaltowali mnie rodzice. Nie tylko genetycznie (choc jako lekarz zapomniec o tym przeciez nie moge), ale takze wpajajac mi pewne zasady, normy. I pozniej, ilekroc znajdowalem sie na rozdrozach, widzialem ze zdziwieniem, jak te zasady pchaly mnie w okreslonym kierunku. Rodzice zadbali tez o moja edukacje. Matka moja oczekiwala nawet, zebym zawsze byl najlepszy, w roznych dziedzinach. To bylo, musze powiedziec, chwilami niemale obciazenie.

AMK:   A ja czegos podobnego od moich rodzicow nie zaluje...

AS:   Ja dzisiaj rowniez nie zaluje. Mialem jednak taki okres w zyciu, ze obiecywalem sobie, iz gdy bede miec dzieci, to nie zrobie grobowej miny, jesli zamiast "celujaco" przyniosa tylko "bardzo dobrze"...

Rodzicom bezsprzecznie jednak ogromnie wiele zawdzieczam; dawali mi moznosc zobaczenia znacznie poza to, co niosl program szkolny, choc bylem w bardzo dobrej szkole, swietnym gimnazjum i mialem profesorow, jakich prozno bylo pozniej szukac. Wiem tez, iz fundamenty medycyny, ktore tkwia we mnie do dzis przyswoilem sobie od ojca.

AMK:   A muzyka?

AS:   W szkole muzycznej, ktora konczylem, fortepian przeslanial wszystko. Ale szkola, to byly tez rygory harmonii, tajemnice instrumentacji, zadania z kontrapunktu – przy ktorych najtrudniejsze zadania licealne z matematyki jawily mi sie, jak dziecinnie igraszki. Wtedy poznalem, co to trema. Takiej nie doswiadczylem juz pozniej nigdy. Z okazji 50-lecia istnienia Sredniej Szkoly Muzycznej napisalem: "zachecano nas do chodzenia na koncerty do Filharmonii Krakowskiej. W pierwszej klasie szkoly dostalem wejsciowke na recital Arturo Bendetti Michelangelo. Od tego wieczoru juz zawsze przechodzac kolo ksiegarni muzycznej – myslalem: A moze znajde jego nowe nagranie?. A bladzac oczami po programach koncertow w roznych miastach swiata – mialem skryta nadzieje, ze zobacze jego nazwisko, pojde i znow go uslysze. Tak, Szkola zaszczepila we mnie tesknote, zanim jeszcze zrozumialem, ze oczekiwanie na powrot, np. na powrot motywu, bedace wszak niczym innym, jak tesknota, nalezy do istoty muzyki.




Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)



AMK:   Przeskoczmy wiele lat. Dwa lata temu napisal Pan niezwykla ksiazke – Katharsis, z wymownym podtytulem O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki. Ksiazka ta miala entuzjastyczne recenzje; sam o niej pisalem w Zwojach. Wiem, ze rowniez wyglaszal Pan prelekcje na ten temat przed fachowymi sluchaczami.

Jakie byly reakcje na Katharsis w swiecie medycznym?

AS:   Opowiem o jednej reakcji, moze mniej dla Pana interesujacej, ale takiej, ktora zrobila na mnie wrazenie i dala mi do myslenia.

Otoz redakcja Wydawnictwa Znak, nadzwyczajni ludzie, zaplanowala szereg spotkan autorskich. Wymigalem sie z tego, bylo to niemozliwe przy mojej pracy – tym niemniej kilka takich spotkan sie odbylo, m.in. w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego a takze w Poznaniu. I w Poznaniu, w auli uniwersyteckiej, wieczorem, po moim mini-wykladzie i dyskusji, podeszlo do mnie kilku poznanskich profesorow medycyny, ktorych wczesniej znalem bardzo pobieznie. Powiedzieli mi: – "Wie Pan, chcielibysmy Panu bardzo podziekowac, ze Pan nas wszystkich tak nobilitowal." W pierwszej chwili to mnie zdumialo, a potem pomyslalem sobie, ze zawod lekarza, moze to powiem przesadnie, byl w Polsce przez komune upodlony i czesto sprowadzony do roli rosyjskiego "wracza". Fakt, iz srodowisko kulturalnych ludzi, to byla profesura jak by nie bylo, tak to odebralo, rzeczywiscie dal mi wiele do myslenia. Naturalnie nie nalezy tego generalizowac, ze wszyscy medycy byli tak sprowadzeni do "parteru", ale jesli pyta Pan o reakcje, to byla jedna z tych, ktore utkwily mi w glowie.


AMK:   Interesuja mnie szczegolnie relacje lekarz-pacjent. Napisal Pan w Katharsis, ze lekarz powinien "nawiazac z chorym nic porozumienia, odkryc wiezy wiazace dwoch ludzi". Formuluje Pan to bardzo mocno: "stane obok ciebie..." Ja sam, jako pacjent, doswiadczylem jak wazna jest "chemistry" z lekarzem, jak trudny jest jej brak. Wiem jak pomogla mi nic czlowiecza miedzy nami...

Czy moglby Pan powiedziec cos wiecej o relacji lekarz-pacjent w Panskim modelu, bardziej z punktu widzenia codziennej praktyki lekarskiej?

AS:   Wydaje mi sie to rzecza zasadnicza, pierwszej wagi. I im starszy jestem, tym mocniej to we mnie narasta. Z uplywem czasu mija czlowiekowi zachwyt dla tych wszystkich swiecidelek. Zdaje sobie sprawe, jak sa niezbedne w naszej pracy, jak potrafia pomoc, itd. Tutaj, w naszej klinice, jestesmy na szczescie niezle wyposazeni, mamy i tomograf komputerowy i rezonans magnetyczny, ultrasonograf, pletyzmograf, to juz jest najwyzszy standard jesli chodzi o proby czynnosciowe pluc, itp. Kosztowalo to strasznie duzo mojego czasu, zachodu, poszukiwania pieniedzy. Wszystko, oczywiscie, bardzo doceniam.

Niemniej, wydaje mi sie, ze najwazniejsza sytuacja jaka zachodzi w medycynie, jest spotkanie dwoch ludzi, kontakt lekarz-pacjent, nawiazanie nici porozumienia.




Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


Mysle, ze to jest rzecz, ktora wymaga dlugiego samoksztalcenia ze strony lekarza. Takze i pracy, choc w pewnym sensie jest to i dar. Wbrew potocznym przekonaniom, iz trzeba miec talent do matematyki, fizyki, nauk scislych, ktory wczesnie sie ujawnia, czy, juz nie musze mowic, do muzyki, sztuk plastycznych, itd., to medycyny kazdy moze sie nauczyc, wykuc ja – sadze iz, by medycyne praktykowac, tak jak sie powinno, to tez wymaga niecodziennych zdolnosci. Jest to rowniez pewien dar.

Na czym to moze polegac – pyta Pan – w codziennej praktyce? Po pierwsze na tym, zeby w sobie to rozwijac. Najczesciej, jesli idzie, to od mistrza. Tutaj, ten staroswiecki troche model, taki, ze to przesiaka przez skore, ze sie chodzi za profesorem, ktory tak a nie inaczej sie zachowuje, ktory wie jak przycupnac przy lozku chorego, ktory sie usmiechnie, ktory w odpowiednim momencie wezmie na chwile za reke, ktory zazartuje, a czasem musi huknac, zeby chory zebral sie w sobie – to wszystko razem stwarza pewna atmosfere, w ktorej sie obraca mlody adept, a wokol niego pielegniarki. To jest waga tego, co w Krakowie nazywamy wizyta, a w Warszawie mowi sie – obchod. To jest tylko prosty, codzienny przyklad.

Cechy osobowosci lekarza sa, nieslychanie wazne. One wychodza na jaw w momentach trudniejszych, niz codzienne wizyty na oddziale, lub szybkie zalatwianie chorego w ambulatorium – w momentach krytycznych, kiedy trzeba zblizyc sie do prawdy, a ta prawda moze byc dla chorego straszna. Sposob, w jaki mu sie ja powie, jest zasadniczy, ma potem – wedlug mnie – wplyw na to, jak ta choroba biegnie. Jestem mocno przekonany, ze niedopuszczalne jest uderzenie piescia miedzy oczy, gdy np. mowi sie: "Ma pan raka, wiec o co panu chodzi? A moze pan jeszcze palil papierosy? No, widzi pan. Szkoda, ze pan do mnie wczesniej nie przyszedl. Ach, byl pan u doktora Kowalskiego..." To juz sa karygodne rzeczy, ale nieraz, tak sie dzieje. Wtedy ten chory wychodzi od lekarza, po pierwsze z poczuciem wlasnej winy, a po drugie z poczuciem zupelnej beznadziei. Nawet, gdyby probowac pominac aspekty czysto ludzkie, a one sa pierwszorzednej wagi i nie do pominiecia, to przeciez pozostaje jeszcze biologia, ktora nas coraz wyrazniej uczy, ze miedzy centralnym systemem nerwowym, a calym ukladem odpornosciowym, immunologicznym, sa coraz blizsze zwiazki. My je dopiero poznajemy. Komorki ukladu immunologicznego, sa czesto oplecione misterna siateczka zakonczen nerwowych. Jest to uklad sprzezony zwrotnie. I jezeli obcinamy go z jednej strony, to jakze ten czlowiek ma potem znalezc w sobie odpornosc? W ostatnich latach powstaja ku temu mocne podstawy naukowe, idace z biologii.


AMK:   Ma Pan zarowno zwyczajnych pacjentow, jak i znakomitosci. Czy wyniosl Pan kiedys cos sam, intelektuanie, ludzko, z kontaktow z pacjentem? Pomijajac, rzecz prosta, medyczne aspekty choroby. Czy w druga strone to dziala tez?

AS:   Czasem mysle, ze nie tak dalece, jakbym chcial, choc moze to zabrzmiec paradoksalnie. Mimo bowiem iz mam takie szczescie, ze lecze wielu ludzi bardzo wybitnych, dla ktorych mam podziw i uznanie, a z niektorymi przez te lata, gdy ich lecze, zawiazuja sie bliskie wiezi, czasem rzeczywiscie przyjaznie – to wyrzucam sobie, ze brak mi czasu, zeby to kultywowac. Nie dlatego, zebym staral sie koniecznie zachowac te plaszczyzne lekarz-pacjent. Oczywiscie, spotykam w klinice pacjentow, z ktorymi z przyjemnoscia moge ciekawie porozmawiac, wyniesc cos intelektualnie, dowiedziec sie czegos dla mnie nowego.

Dochodzi niekiedy do niezwyklych sytuacji. Kiedys np. przyjechal do mnie bardzo wybitny polski pianista w skrajnym alkoholizmie. Chociaz sie w tym nie specjalizuje, on liczyl na mnie, jak na ostatnia deske ratunku. Polozylem go w separatce. Byl w stanie zaawansowanej intoksykacji alkoholem; wiedzialem, ze nie moge mu tego odstawic przez najblizsze dni. Chwilami byl dosc agresywny, jak to bywa z takimi ludzmi, uwazal, ze przyjechal po prostu do mnie, tylko do mnie i do nikogo wiecej. Przychodzilem wiec pod wieczor z buteleczka wina i... konczylo sie na tym, ze przez pierwszy tydzien wypijalismy po pol butelczyny razem. I po tym rozmowa stawala sie bardzo ciekawa. To sie zreszta pozniej – w sensie odwyku – bardzo dobrze potoczylo.


AMK:   Pozwoli Pan, Panie Andrzeju, ze pociagne relacje lekarz-pacjent do ekstremum. Lekarz musi miec pewien dystans do spraw chorego, choc czesto obraca sie w jego ostatecznej sferze. Pisze Pan w Katharsis o bezsilnosci lekarza, o jego obecnosci przy chorym jako "ostatecznej powinnosci lekarskiej". Zapewne byl Pan nie jeden raz w sytuacji bezradnego lekarza. Czy odczuwa Pan wtedy cos szczegolnego? Jakies wewnetrzne pytania, moze nawet transcendentalne w istocie?

AS:   Pytania egzystencjalne, ostateczne, zdarzaja mi sie czasami. Ale czesciej – taka mam pewnie konstrukcje psychiczna – sa dwa nieco inne elementy. Po pierwsze, wewnetrzne przekonanie, iz gdybym byl lepiej sie staral, albo po prostu wiecej umial, albo mial bardziej bystry umysl, to moze udaloby mi sie cos wiecej zrobic? I to doswiadczam wcale nie tak rzadko. Drugi element, to bardziej dramatyczne sytuacje – moj Boze, tu jest 150 chorych, co najmniej co drugi dzien ktos umiera – uswiadamiaja mi raz po raz, ze trzeba zachowac wrazliwosc, bo inaczej czlowiek tepieje. Jezeli zachowa sie pewna wrazliwosc, to takie spotkania w sytuacjach ekstremalnych, ktore przeciez nie zawsze musza sie konczyc zle, dla mnie osobiscie sa bardzo silnym bodzcem, ktory mobilizuje mnie w kierunku dzialania, wzbudza sily na drugi dzien, juz za pare godzin. Tam gdzies sa moje akumulatory, ladujace sie podczas takich spotkan. Te akumulatory sa zupelnie innego typu, niz te, ktore Pan zapewne zna, gdy czlowiek wieczorem zastanawia sie nad rozwiazaniem jakiejs zagadki.




Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)



AMK:   A teraz mam pytanie o cos, o czym Pan juz ogolnie wspomnial.

We wspolczesnej medycynie, wyniki z, nazwijmy to, "maszyn lekarskich", wydruki, obrazki, a nawet programy komputerowe analizujace np. elektrokardiogram, zda sie, dominuja diagnostyke. Ja doskonale rozumiem wage tego wszystkiego, ale czy to nie przyslania czegos lekarzowi? Czy wspolczesny lekarz nie staje sie bezradny bez tych papierow i obrazow z maszyny? Czy on cos wie poza tym, co powie mu maszyna?

AS:   Wspomnial Pan elektrokardiogram, a ja lubie EKG. To jest podstawowa umiejetnosc. Oczywiscie my tez mamy te maszynki, ktore drukuja nie tylko zapis EKG, ale pisza u gory krotka analize, wynik badania. Lubie pozniej sprawdzic, czy moja analiza pokrywa sie z ta wydrukowana. Absolutnie nie zgodzilbym sie, gdyby ktos dal mi tylko taki opis EKG. Moze dlatego, ze sie tego dlugo uczylem, jest mi to bliskie i czuje, ze moze potrafie sam cos wniesc do takiej analizy. Oczywiscie, jesli chodziloby np. o rezonans magnetyczny mozgu, co jest bardzo waznym badaniem, ale z ktorym spotykam sie dopiero od kilku lat (mamy w klinice taka aparature), to nie czulbym sie tak pewnie, ale tez chcialbym zarejestrowany obraz zobaczyc. Wtedy oczywiscie o wiele bardziej polegalbym na tym, co napisal specjalista, ktory oglada po dwadziescia mozgow dziennie. Tym nie mniej, jesli ja lecze tego chorego, a mam napisane, ze, powiedzmy, jest guz, to chcialbym zobaczyc wlasnymi oczami jak on wyglada, bo ostatecznie bede go leczyc, pewnie z kims drugim, bo sam nie operuje guzow. Bez tego ograniczalbym sie do jakiejs fragmentarycznosci, ktora mnie razi.


AMK:   No wlasnie, ale obecnie wyksztalcony i praktykujacy lekarz... jesli mu taka maszyna nie napisze...

AS:   Taka jest tendencja na calym swiecie. Rozumiem te motywy, choc jestem im przeciwny. Wiekszosc tych, ktorzy koncza obecnie medycyne, chce isc jak najszybciej w kierunku specjalizacji, co najmniej z dwoch powodow: bo szybciej staje sie na nogi, a po drugie sto razy lepiej sie zarabia. Czy to jest Ameryka, czy Polska, to dokladnie to samo. To "po co obciazac sobie glowe – mowia ci ludzie – np. cala interna albo ogolna chirurgia albo jakimis naukami podstawowymi, nie mowiac juz o ogolnych zagadnieniach bardziej humanistycznych? Ja chce szybko nauczyc sie robic pierwszorzednie np. gastroskopie, brac wycinki z zoladka, otworzyc maly gabinet...". Nie ma w tym nic zlego, trudno czlowieka za to winic. Tylko, ze to jest jakis, powiedzialbym, no... ubodloby to wielu moich kolegow, pomagier lekarza, to juz nie sa lekarze w moim pojeciu...


AMK:   Zajmijmy sie pewna metafizyka. W Katharsis wielokrotnie pisze Pan o "utraconej wiezi z niebem", "rytmie Wszechswiata", "zagubionej harmonii". To bardzo piekne sformulowania. Wiem, ze czlowiek jest czescia Wszechswiata, moze nawet specjalna skladowa tegoz, ale jest przeciez ogromna roznica skali. Co, bardziej konkretnie, ma oznaczac wiez z niebem, owa zagubiona harmonia?




Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


AS:   Ja mysle... o tej harmonii... W swiecie, w ktorym teraz zyjemy, a to pewnie dzieje sie tak od dwustu lat, co najmniej od czasow Oswiecenia w Europie, owa harmonia rwie sie, a zapewne i zostala zerwana. A co mialaby oznaczac? Sadze, ze mozna na nia spojrzec w rozny sposob. Mozna patrzec religijnie, i wtedy ta analogia staje sie dosc oczywista, prawda? Jest taki wspanialy wiersz Rilkego – moj niemiecki jest slaby – ale dla Rilkego zaczalem sie nawet kiedys dawno temu uczyc niemieckiego, choc nie za wiele z tego wyniklo – fantastyczny wiersz Rilkego, w ktorym pisze on, ze Bog mowi do czlowieka raz, nim go stworzy, a potem puszcza go w ten swiat i mowi "zrob wszystko, zeby nie zerwac naszej wiezi", ale czlowiek i tak te lacznosc najczesciej zrywa. Moglby to byc pewien przyklad tej wiezi na plaszczyznie, nazwijmy ja, religijnej.

W ostatnia niedziele czytalem ksiazke, ktorej tytul mnie przyciagnal, Teologia muzyki Blazeja Matusiaka OP, o sw. Hildegardzie z Bingen – ksieni, wczesno-sredniowiecznej opatce benedyktynek w Niemczech. Nazywano ja "Sybilla Renu", napisala dzielo o leczeniu chorob, pieknie komponowala muzyke. Bedac gleboko religijna, majac wizje, ktore spisywala, wyobrazala sobie nieco inaczej harmonie swiata. Ona widziala sfery anielskie: dziewiec sfer zastepow aniolow, krazacych wokol Pana Boga, ktorych srodek jest wszedzie, a obwod nigdzie. I jest tam porownanie, ktore mnie zachwycilo, ze Bog patrzy na te sfery anielskie, a one sie sobie wzajemnie przygladaja. Nie moga sie sobie nadziwic, napatrzyc w zachwycie, dlatego, ze we wszystkim jest odbicie Boga. To bylby inny przyklad, harmonii opartej w istocie na religii. Niebianska piesn chwaly, harmonia coelestis, przestaje zatem byc "pieknem samym w sobie", wypelniajacym puste przestrzenie Wszechswiat. Zostaje jej nadany kierunek – ku Bogu.

Mysle o tej wiezi w ramach religii rzymsko-katolickiej, ale moge to sobie doskonale wyobrazic w roznych innych odcieniach religijnych.

AMK:   Oczywiscie...

AS:   Ale mowienie o harmonii niekoniecznie musi byc w kategoriach religijnych. Bo jezeli posluzyc sie przykladem Pitagorejczykow, a pozniej Platona, o harmonii sfer niebieskich i o interwalach, planetach – o muzyce, ktora rozbrzmiewa wszechswiat (a nie slyszymy jej, jak nie slyszymy szumu naszej krwi...), to ten typ cudownej przeciez metafory, zaklada pewna naturalna harmonie swiata. Mozna sobie wyobrazic, ze ta harmonia, w ujeciu Pitagorejskim, Platonskim, nie zawisa od Niego – od Boga.

Inne podejscie zakladaloby, ze harmonie te zrywamy, niszczac nasze otoczenie. Nie chcialbym tu wchodzic w ekologie, to wydaje mi sie troche prostackie. James Lovelock pisze o hipotezie "gaia" (od greckiej bogini planety Ziemia), gdzie wyobraza sobie, ze cala Ziemia jest jednym zywym, samo-regulujacym sie tworem, a my jestesmy tylko czastka tego tworu, biosfery, czastka nie specjalna.

Mysle, ze ten watek harmonii musi byc w nas czyms bardzo glebokim, jezeli przez 25-30 wiekow, wciaz powraca. To nie moglo powstac jako tylko jedna, piekna metafora u genialnych Grekow, cale sredniowiecze w to wierzylo. Ow szalony, ale nadzwyczajny lekarz Paracelsus, tez mowil o mikrokosmosie, ktory jest w nas, i o makrokosmosie – na zewnatrz, i jezeli nie bedzie miedzy nimi harmonii, to choroba, koniec z nami... Mysle, ze jest silna glebia w tej metaforze, nad ktora warto sie zastanawiac.




Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)



AMK:   Czlowiek jest niezwykle skomplikowana, subtelna fabryka biochemiczna. Leki maja przywrocic sprawne dzialanie tej fabryki, ktore zachwiala choroba, dostarczyc organizmowi niewyprodukowane substancje, lub zatrzymac produkcje innych, niekiedy zapobiec calkowitemu zatrzymaniu sie tej fabryki – smierci. Podobnie mozna powiedziec o interwencjach chirurgicznych.

Ananke – Przeznaczenie, jej siec, tak obecna w Panskiej Katharsis, jest jakby managerem tej fabryki, ktorego srodki dzialania zwiekszaja sie z postepem medycyny. Zycie ludzkie wydluza sie. Czyli, mowiac matematyczno-fizycznie, Ananke jest funkcja czasu. Czy wiec lekarz lub biochemik modyfikuja siec Ananke? Zapewnie przemyslal Pan to. Czy czuje sie Pan jako modyfikator dzialania Ananke?

AS:   (smiech). To bardzo trudne pytanie, Panie Andrzeju, na ktore mozna odpowiedziec tylko wyobraznia...

AMK:   Rzecz prosta...




Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


AS:   Chcialbym to sobie wyobrazic tak, ze siec Ananke, ktora nas oplata, pozwala nam na pewna sfere wolnosci, co byloby wszak zgodne ze spojrzeniem katolickim. Byc moze korzystne dzialanie lekarza, prowadzace do przedluzenia zycia, to wykorzystanie obszarow wolnosci, istniejacych w obrebie tej sieci, tych przestrzeni, do ktorych inaczej nie dotarlibysmy, a ktore przy pewnej wiedzy i umiejetnosci lekarza staja sie dostepne, mozliwe do osiagniecia. A za nimi i tak stoi smierc, i dopadnie nas, nie ma co do tego najmniejszej watpliwosci.

AMK:   Czyli, topologicznie mowiac, i tak sie ta siec kiedys skonczy, kwestia tylko czy tu, czy troche dalej...

AS:   Wlasnie...

AMK:   Istnieja wiec rozne drogi do roznych zakonczen tej sieci, a do ktorego zakonczenia, po jakiej drodze, kiedy i gdzie, to jest do ktorego jej zakonczenia w czasoprzestrzeni dojdziemy, to jest obszar tej wolnosci. I to w te droge ingeruje lekarz czy czlowiek, ktory wymysla nowe lekarstwa...

AS:   Tak, wlasnie tak. Albo chory, ktory wspolpracuje z leczacym go lekarzem. Jest optymalne jesli razem probuja znalezc te obszary, nazwijmy je obszarami zdrowia, a zatem wolnosci zycia.


AMK:   Wlasnie takie mysli chcialem z Pana wydobyc, Panie Andrzeju.

Ja sam jestem fizykiem. Wielokrotnie zastanawialem sie, i to nie jest jakas figura retoryczna, co daje mi fizyka w mojej obecnej pracy intelektualnej. Sadze, ze tym najwazniejszym jest precyzja myslenia, scislosc sformulowan.

Tworzac pewna klamre z pierwszym moim pytaniem, zapytam Pana na odwrot: co Panu daje pasja, nazwijmy ja ogolnie "humanistyczna", w Panskiej pracy lekarza i naukowca na polu medycyny?

AS:   Peszy mnie nieco slowo "humanizm", nie zebym mial cokolwiek przeciwko niemu. Ale po tej mojej ksiazce, ludzie czasem mowia do mnie, "o, pan to taki humanista".

Wydaje mi sie, ze moje, powiedzmy, dosc szerokie zainteresowania, poglebiaja moja wrazliwosc. Wrazliwosc jest zas czyms bardzo waznym dla lekarza.

Z jednej strony my, lekarze, musimy nakladac na siebie pancerz. Inaczej nie udzwignelibysmy tej nedzy, cierpienia, smierci dookola nas. Inaczej lekarz zaczalby plakac razem z chorym i po dwoch godzinach pracy bylby do niczego, chirurg zalamalby sie przy stole operacyjnym, rece zaczelyby mu drzec. Wiec ten pancerz, czy oslona, musza nas chronic. Trzeba to co dzien zakladac na siebie. I lekarze i pielegniarki tak samo.

A z drugiej strony jest w tym niebezpieczenstwo, bo moze à la longue narzucic swego rodzaju brak empatii, nieczulosc, niewrazliwosc. I to jest rzecz okropna, bo wrazliwosc jest tym, wedlug mnie, pierwszym sygnalem, ktory kieruje lekarza do jakiegos ruchu, do reakcji. To jest cos najbardziej naturalnego, lekarz nie jest w tym wzgledzie niczym nadzwyczajnym. Ja sobie wyobrazam, jestem pewny, ze gdybysmy szli razem, a ktos by upadl, to schylimy sie rownoczesnie, zeby go dzwignac, podac reke, ja najwyzej moge wiedziec cos wiecej jak temu czlowiekowi pomoc. To jest zwykly, ludzki odruch, prawda?

Ale to niekoniecznie zawsze musi tak byc, nie zawsze tak sie zdarza. Jest bardzo wielu ludzi, ktorzy przejda obok, bo np. spiesza sie do swoich waznych zajec, od tego jest przeciez pogotowie.

Ale jedna z gorszych rzeczy jest, jezeli tak zachowuje sie lekarz. Niestety, nie jest to rzadkie nawet w szpitalu: – "od tego jest pielegniarka, to nie jest moje, a to – jest chirurga; co, leje sie?, niech pielegniarka wola operatora, niech karetka wiezie krew", ale sam nie podejdzie, bo on jest – nie wiem – specjalista od ucha.

To jest kwestia zwyklych ludzkich odruchow, ale one zbudowane sa na wrazliwosci. Cos musi w czlowieku drgnac. To powinien byc w pewnych warunkach automatyzm, ale zycie nie polega na reakcjach czysto automatycznych, bo wtedy bylibysmy tylko maszynami.

Nie wyczerpuje oczywiscie, bardzo szerokiego pytania, ktore mi Pan zadal, ale wrazliwosc jest takim aspektem czlowieczym, ktory wydaje mi sie bardzo wazny u lekarza, a o ktorym wlasciwie rzadko sie mowi, bo przeciez wrazliwosci oczekuje sie od artysty. Byc moze tutaj, to co roi mi sie w glowie, te zwiazki medycyny ze sztuka, znowu wychodza.


AMK:   Wobec tego, pytanie, ktore mialo byc "off the records." – Co nowego Pan pisze?

AS:   (smiech...)




Andrzej Szczeklik, 2004.
(Fot.   Andrzej Kobos)


AMK:   No, tego nie mozna przerwac. Tak, jak nie moze Pan przestac byc lekarzem, nie moze przestac Pan byc tworca w gruncie rzeczy literatury...

AS:   Wszyscy tak mysla. Nieraz jest nawet tak, ze poniewaz, ze wzgledu na charakter mojej pracy niezbyt wiele udzielam sie towarzysko, ilekroc mowie "wiesz co, nie moge, mam robote...", slysze reakcje: "a to pewnie piszesz nastepna ksiazke." Wtedy sie we mnie gotuje, bo nie pisze, a chcialbym pisac. Ale musze powiedziec, ze ku mojemu zdumieniu, wciaz wracaja do mnie watki, ktore poruszylem w Katharsis, teraz jakby w innej barwie, innych odcieniach, innych akcentach, po czesci w innej tresci. Musi to byc zatem we mnie czyms bardzo silnym. Jerzy Illg ze Znaku, z ktorym dzieki tej ksiazce zaprzyjaznilem sie i bardzo sobie te przyjazn cenie, namawia mnie do pisania.

AMK:   No wlasnie, niech Pan pisze, Panie Andrzeju, chocby o tych watkach, wyniklych przeciez z Katharsis, o ktorych teraz rozmawiamy. Bardzo Panu dziekuje za te rozmowe.


Krakow, 22 lipca 2004.





Teksty Andrzeja Szczeklika i o jego ksiazce Katharsis zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje