
MIEDZY PIEKNEM A OKRUCIENSTWEM SWIATA
STEFAN CHWIN
Czeslaw Milosz, Krakow 2001.
Fot. Judyta Papp.
Nie byl ulubionym poeta Polakow. Jego mysl byla i jest w Polsce slabo znana, moze wlasnie dlatego, ze byla mysla surowa, trudna i – nie ma rady – wyniosla. Mial polityczne poglady inne niz wiekszosc z nas. Nie cierpial "mysli narodowej". Nie lubil endeckiej odmiany katolicyzmu. Czul swoja obcosc wobec "narodowego ducha" i pisal o tym otwarcie.Byl przekonany, ze w drugiej polowie XX wieku Polska mogla istniec tylko jako protektorat sowieckiej Rosji, a decyzje o wszczeciu Powstania Warszawskiego uwazal za prawdziwie zbrodnicza, czym narazil sie wielu ludziom, takze Zbigniewowi Herbertowi, ktory nie zapomnial mu tego do konca zycia. Kilka scen ze Zdobycia wladzy, powiesci, w ktorej dotknal tajemnic warszawskiej tragedii, bylo prawdziwie bulwersujacych. W roku 1981, po swoim pierwszym przyjezdzie z wygnania, gwaltownie wzbranial sie przed rola "poety »Solidarnosci«", ktora w warszawskim klubie "Hybrydy" chcieli mu narzucic patriotycznie nastrojeni studenci, chociaz o komunizmie myslal jak najgorzej. Gdy go poproszono o inskrypcje na gdanski pomnik Poleglych Stoczniowcow, wolal przeslac swoje tlumaczenie biblijnego wersetu o Bogu zsylajacym pokoj swojemu ludowi niz podniosla fraze z patriotycznej piesni.
Walczyl o nowy ksztalt polskiej kultury – jak Brzozowski, ktoremu poswiecil osobna ksiazke, i Gombrowicz, ktorego cenil i uwazal za swego sojusznika. Wyznawal, ze caly jest z Mickiewicza i gwaltownie spieral sie z Mickiewiczem. Napisal jedna z najsurowszych krytyk arcydziela Dziady. Nie cierpial romantycznego mesjanizmu. Antysemickie zajscia w Wilnie w 1931 roku pozostawily w jego duszy trwaly uraz. Bal sie "Polski jednonarodowej" i zakochanego w romantyzmie "Polaka katolika", ktory absolutyzuje znaczenie plemiennych wiezi i obawia sie obcych. W starosci popieral prawo do aborcji, ktore wyprowadzal – i slusznie – z gnostyckiego swiatopogladu obcego wiekszosci Polakow, ktorzy woleli pielgrzymowanie na Jasna Gore od mozolnego i upartego studiowania mrocznych tajemnic Starego Testamentu oraz trudnych zagadek mysli albigensow.
Robiono z niego pisarza politycznego, co przyjmowal niechetnie. Do dzis wielu ludzi w Polsce ma go za patrona i wychowawce antytotalitarnej opozycji, choc on sam nigdy nie pretendowal do takiej roli. Gombrowicz w Dzienniku wypominal mu zabrniecie w role speca od komunizmu, co nie bylo zarzutem slusznym. On sam wzdragal sie przed rola "swiadka koronnego epoki totalitaryzmow", jaka mu potem wielokrotnie przypisywano. Jesli pisal o piekle XX wieku, to tylko jako o jednym z rodzajow ludzkiego piekla, ktore – jak uwazal – dobrze znane bylo juz autorom Biblii.
Po latach krytycznie wypowiadal sie o Jerzym Giedroyciu i paryskiej Kulturze, ktora dala mu oparcie na emigracji, co zreszta docenial. Sugerowal, ze Giedroyc potrzebowal literatury – a wiec i jego pisarstwa – glownie do celow politycznych. Jego Zniewolony umysl opozycja w Polsce splycila, sprowadzajac do roli przewodnika po duchowych kazamatach stalinizmu, tymczasem to osobliwe dzielo mowilo o prawdziwie fatalnej sile idei Hegla i Marksa, z ktora nowoczesna mysl – byl o tym przekonany – nie mogla sobie poradzic. To, co w opinii wielu osob bylo politycznym pamfletem na skomunizowanych pisarzy, w istocie bylo filozoficzna dywagacja nad paradoksami ludzkiego istnienia w historii, lecz my diagnoze, ktora sformulowal w latach piecdziesiatych, zbywalismy ironicznym okresleniem "ukaszenie heglowskie", jakby chodzilo o wstydliwa chorobe, cos w rodzaju zarazenia sie wirusem HIV, dolegliwoscia, z ktora my, czysci nie mielismy nic wspolnego.
Mnie samego jego spory z polskoscia i uparte walki z totalitaryzmem interesowaly duzo mniej niz jego spory z Bogiem, niepokojace rozwazania metafizyczne, paradoksalne rozmyslania o naturze swiata i naturze historii, w ktorych przenikliwosc oryginalnej filozoficznej intuicji laczyla sie z glebokim oczytaniem. Zaden z polskich pisarzy XX wieku nie osiagnal takiej rozpietosci idei i zainteresowan. Jego dzielo jest gigantyczne i dlugo jeszcze nie ogarniemy go w calosci.
Byl w rownym stopniu myslicielem, co poeta, chociaz wypowiadal sie przede wszystkim w jezyku poezji. Mysl jego jest trudna do uchwycenia, sprzeczna i zawiklana, ale wciaz olsniewa swoim zakresem i stylem.
Byl przekonany, ze jest swiadkiem konca cywilizacji, w ktorej dojrzewal i wzrastal. Sam – duch pelen sprzecznosci – marzyl o czlowieku wewnetrznie jednolitym, w ktorego duszy prawdy nauki harmonijnie spotkalyby sie z prawdami wiary, co, jak zreszta podejrzewal, bylo, niestety, nadzieja utopijna. Uwazal konflikt miedzy nauka a religia – ujawniony juz w czasach Kopernika – za fundamentalny. Wiele razy pisal o postepujacym rozpadzie wyobrazni religijnej i kryzysie chrzescijanstwa, chwiejacego sie pod ciosami nauk przyrodniczych. Rozpadowi temu chcial przeciwstawic swoja tworczosc. Szedl w tym za Mickiewiczem, Blakiem, Oskarem Miloszem i Dostojewskim, ktorego – obok Szestowa – uwazal za jednego ze swoich wielkich mistrzow. Wbrew zadawnionym polskim urazom czul sie silnie zwiazany z literatura rosyjska, troche jak Brzozowski, przeciwstawiajac filozoficzna ciekawosc rosyjskich "bogoiskatieli" duchowi "polskiego dworku", niechetnemu teologii i filozofii.
Obawial sie endeckiej religijnosci, ale w glebi ducha – jak Mickiewicz – tesknil za wiara naiwna, ktora moglaby przyniesc ukojenie strapionemu sercu. Zaczynal od mrocznej metafizyki wierszy z Trzech zim, a skonczyl na Traktacie teologicznym, w ktorym opisal siebie kleczacego u stop Najswietszej Panienki z Lourdes. Jego religijna mlodosc naznaczyl gnostycki cien, z ktorym walczyl – nieskutecznie – przez cale zycie. Ze ten cien w nim pozostal, swiadczyly wiersze najwspanialszego tomu jego poznej poezji, ktoremu nadal zagadkowy tytul To.
Nie jestem pewien, czy historiozoficzne prognozy, jakie formulowal w swojej eseistyce, byly trafne, czy wiec nadal zyjemy w konczacej sie cywilizacji, o ktorej pisal, czy raczej wchodzimy w cywilizacje nowa, w ktorej jego niepokoje przestana juz byc naszymi niepokojami. Najmocniejsze w jego pisaniu bylo jednak to, co poza- i ponadhistoryczne – glebokie rozpoznanie sytuacji egzystencjalnej czlowieka, refleksja nad czasem i naszym miejscem w kosmosie.
Rozdzierala go sprzecznosc miedzy doznaniem piekna a doznaniem okrucienstwa swiata, szczegolnie doznaniem niezawinionego cierpienia. Mial swiat za pieklo przysloniete kwitnacymi kwiatami. Nie tylko pieklo biologii i historii, ktore zglebil do dna. Piekielnych udrek nie szczedzilo mu tez zycie osobiste. W poznej starosci mial poczucie, ze zyje zbyt dlugo. Los do ostatnich dni uderzal w niego bolesnie, z dziwna ironia i zaciekloscia odbierajac mu tych, ktorych kochal, a ktorzy byli od niego mlodsi. To tez uczynil tematem swoich wierszy.
Byc moze wlasnie to rozdzierajace doznanie sprzecznosci miedzy pieknem i okrucienstwem roznilo nas najglebiej. On nalezal jeszcze do epoki nieoswojonej rozpaczy, tej samej epoki, do ktorej nalezeli Rozewicz, Szymborska i Herbert, wielcy poeci, ktorzy czuli dreszcz przerazenia na widok krematoriow i probowali "znalezc nauczyciela" w rozbitym swiecie po moralnej katastrofie. Kiedy byl w Paryzu, oburzal sie na rozbawionych Francuzow, ktorzy w teatrze zasmiewali sie do lez z okrucienstw dramatu Becketta Czekajac na Godota, bo rozpaczy nie chcial i nie umial w sobie oswoic. Dla nas oswojona rozpacz jest czyms tak zwyklym jak chipsy i guma do zucia. Dla niego holokaust byl wstrzasem, z ktorego z wielkim trudem wylonilo sie Ocalenie. Dla nas holokaust, wymordowanie miliona ludzi w Ruandzie i Kambodzy, czystki etniczne na Balkanach czy masakra tysiecy zolnierzy irackich na pustyniach pod Bagdadem to "zwykle rzeczy", z ktorych po prostu sklada sie swiat, chociaz co jakis czas bijemy w dzwony – i we wlasne oraz cudze piersi – na trwoge, spelniajac demonstracyjnie szlachetne rytualy "cywilizowanego sumienia", dzieki ktorym mozemy wierzyc, ze ciaglosc zachodniej kultury zostaje zachowana.
Dla niego okropnosci II wojny byly aksjologicznym wyzwaniem. Dla nas byly i sa nagim faktem, bo "taki po prostu jest swiat". Dla niego przeciwienstwo piekna i okrucienstwo swiata bylo zrodlem nieustajacej frustracji. My z ta frustracja nauczylismy sie zyc. Od okropnosci swiata uciekamy w swiat wirtualny i narkotyczny, wiedzac dobrze, ze swiata zmienic sie nie da. On nalezal do epoki utopii i nadziei. My nalezymy do swiata bez utopii, w ktorym nadzieja przybiera co najwyzej forme dazenia do osiagniecia odmiennych stanow swiadomosci. My juz wiemy, ze zmienic mozna tylko swoje wnetrze, tak by swiata w jego okropnej nagosci po prostu nie widziec. My na wiadomosc o rzeziach etnicznych w Afryce juz nie piszemy takich wierszy jak Campo di Fiori. Nas to juz nie bierze tak jak jego. On nalezal do odchodzacej epoki zywego doswiadczenia, dotykal swiata golym okiem, my nalezymy do epoki obrazu medialnego, ktory wszystko zamienia w zajmujacy spektakl do ogladania z rodzina przy kolacji.
Nosil w sobie niezagojona rane i piekny slad tej rany pozostawil w swoich wierszach. Nie byl zdolny do groteski, absurdalnego szyderstwa i zwariowanej gry slowami, ktora dla nas jest czyms tak naturalnym jak powietrze, ktorym oddychamy. Byl w nim pelen powagi ton wieku dziewietnastego, chociaz pisal o doswiadczeniach nowoczesnosci, ktore daleko wykraczaly poza to, co wiek dziewietnasty wiedzial o czlowieku.
Znal dobrze ciemnosc swiata i bronil sie przed nia, czasem wyglaszajac staroswieckie potepienia pesymizmu "sztuki nowoczesnej", ktore przyjmowalismy z wyrozumiala ironia jak spoznione echo dawnego czasu.
Mial glebokie wyczucie sprzecznosci zycia, dlatego nie nadawal sie na wychowawce. Napisal wspolczujacy wiersz "Ktory skrzywdziles czlowieka prostego", ale napisal tez o Annie Swirszczynskiej, ze dobry czlowiek nigdy nie nauczy sie podstepow sztuki, wiec nigdy nie stanie sie wielkim artysta. Kiedy rozmawialem z nim o poemacie Swiat. Poema naiwne, mowil: "Jaka tam wiara, nadzieja i milosc! To przeciez wszystko ironia. Przeciez ja to pisalem, kiedy getto sie palilo. A teraz na pamiec ucza sie tego dzieci w szkole".
Nie ma w jego tworczosci, a moze nawet w calej literaturze polskiej ostatniego polwiecza, wspanialszego wyrazu nadziei niz opis apokatastazy z tomu Nieobjeta ziemia. Nie przypadkiem idea odnowienia swiata, bliska prawoslawiu i ojcom Kosciola rzymskiego, tak go fascynowala. Ze po koncu dziejow zmartwychwstanie wszystko, najdrobniejszy listek i zdzblo trawy odzyja w doskonalej formie:
"Zmartwychwstanie. Wszystkie rzeczy dotykalne, materialne, jak sie to mowi, zmieniaja sie w swiatlo i tam ich ksztalt zostaje przechowany. Po koncu naszego czasu, w metaczasie, wracaja jako swiatlo stezone, choc niestezone do stanu poprzedniej materii. Niepojeta moca sa to wtedy same esencje. I esencja kazdej ludzkiej istoty bez tego, co na niej naroslo, bez wieku, choroby, szminki, przebran, udawan".I tak tez wlasnie pojmowal najwyzsze powolanie poezji. To dzieki niej mozliwa staje sie ziemska apokatastasis, odnowienie w symbolach sztuki tego, co, zdawac by sie moglo, na zawsze tracimy pod uderzeniami czasu jako jednostki i jako gatunek. Poetyckiej "apokatastazie" Litwy, kraju swojego urodzenia i dziecinstwa, poswiecil wiele wierszy i poematow, przebywajac na emigracji w dalekiej Kalifornii, z ktorej – samotny – zawsze spogladal w strone "rodzinnej Europy".Chcial byc poeta "dla ludzi", ale naprawde kochano Szymborska i ksiedza Twardowskiego, nie jego. Pamietam, jak bolesnie odczul, kiedy Nagrode Nike publicznosci przyznano nie jemu za Pieska przydroznego. Walczyl z "poezja niezrozumiala", marzac o "poezji prostych slow", ale sam uznawany byl za poete trudnego i nieprzystepnego. Nawet w chwilach, gdy byl motylem poezji, nie przestawal byc monumentalny, co w Polsce nie zawsze zachwyca. Zartow i lekkiej ironii, ktora urzeka nas u Szymborskiej, w jego tworczosci niewiele.
Gdy umarl 14 sierpnia o godzinie 11.10, bylem w lasach nad kaszubskim jeziorem. Potem zadzwonila Polska Agencja Prasowa, BBC, telewizja i Polskie Radio z prosba o komentarz. Jak wszyscy w takich chwilach mowilem o "wielkiej stracie", "ciosie" oraz "zaslugach zmarlego dla kultury narodowej". Smierc wrzuca nas w szlachetny, uswiecony tradycja stereotyp. Falszywa uprzejmosc obejmuje wladze nad slowami, chociaz umarli wcale jej nie pragna. Jesli tego wszystkiego, co o nim mowiono w pozegnalnych mowach, wysluchal z tamtej strony, musial cierpiec podwojnie. Uszy plonely mi ze wstydu, ale wiedzialem, ze rytualy pozegnalne sa nieublagane i wszystko musi sie odbyc zgodnie z odwiecznymi regulami.
Bo o czym w tamtej chwili powinienem powiedziec?
O naszych winach wobec Milosza. To byloby najuczciwsze na taka okazje. W ogole mowic nad grobami nalezy przede wszystkim o naszych winach wobec zmarlych. Ja sam przynajmniej mam wobec Niego wyrzuty sumienia.
Przez cale lata byl "martwym" pisarzem i wiedzial o tym. Byl dosc intensywnie czytany i komentowany, ale nie spierano sie z nim, co dla pisarza oznacza smierc za zycia. "Komentuja mnie obficie, wypytuja w wywiadach, ale nie rozmawiaja ze mna" – powiedzial do mnie ktoregos dnia. Chcial odzewu i czekal na odzew. Ale odzewu nie bylo. Byly "pozytywne recenzje i omowienia", "wnikliwe prace naukowe" oraz "prestizowe nagrody". Przyjmowal to ze zrozumieniem. Wiedzial, ze jest duchem z Dwudziestolecia. Co jakis czas wystepowal z polemicznym artykulem, liczac na "dyskusje fundamentalna", na przyklad wzywal do zbudowania nowego historyzmu opartego na idei Brzozowskiego. Ale jedyna nasza odpowiedzia bylo pelne rewerencji milczenie. Nie cieszyl sie z tego.
Pragnal sporu, wymiany mysli, klotni. Chcial, zeby ktos napisal otwarcie, ze nie zgadza sie z jego mysla, bo mysl zyje naprawde tylko w sporze. Ale sporow z mysla Milosza w ostatnim dziesiecioleciu nie bylo. Zasadniczych sporow, na ktore czekal. Bo przeciez nie byly takim sporem wystapienia Herberta, ktory w Tygodniku Solidarnosc mowil z niechecia o Ziemi Ulro, przeciwstawiajac eseistyce Milosza eseistyke Ryszarda Przybylskiego. Nawet Rozewicz, ktory mogl stac sie wielkim duchowym partnerem Milosza w sporach o wszystko, odpowiadal mu tylko skapymi zgryzliwosciami o "nudziarzu od Swedenborga". "Traktuja mnie troche jak niedzwiedzia zakopianskiego – mowil do mnie, gdysmy rozmawiali w Gdansku. – A czyta mnie naprawde w Polsce – ilu? Gora – dziesiec tysiecy".
Ja sam traktowalem go zawsze bardzo powaznie i nawet pare razy dalem temu publiczny wyraz. To znaczy otwarcie nie zgadzalem sie z nim w paru sprawach fundamentalnych. Przyjmowal to z olimpijskim spokojem i – czulem to – z wyrazna sympatia. Kiedy opublikowalem Traktat o dloniach i rzeczach, ktory redakcja Tygodnika Powszechnego opatrzyla zdaniem "W odpowiedzi na »Traktat teologiczny« Czeslawa Milosza", ucieszony, zadzwonil do mnie tego samego dnia.
Laknal goracego sporu, walki idei, niezgody, a robiono z niego klasycznego poete rownowagi, takiego w sam raz do wypisow szkolnych. Nie doczekal sie wielkiej polemiki z Ziemia Ulro, chociaz ksiazka ta wcale nie zwietrzala.
Co wiec nam dzisiaj pozostaje?
Jesli chcemy utrzymac przy zyciu jego dzielo, powinnismy sie zdobyc na spor z jego mysla. Najwnikliwsze komentarze nie wystarcza. Ozywic Milosza mozna tylko rozmawiajac z Miloszem, tak jakby nadal byl wsrod nas.
Ktoz z nas to potrafi?
Stefan Chwin
Plus Minus, nr 34, Warszawa 21 sierpnia 2004.
Autor jest wybitnym polskim pisarzem i profesorem Uniwersytetu Gdanskiego.
Serdecznie dziekuje Panu Profesorowi Stefanowi Chwinowi za zgode na publikacje tego artykulu w Zwojach – Andrzej Kobos.
Zdjecia Czeslawa Milosza autorstwa Judyty Papp ogladac mozna w Internecie na jej stronie:
www.judytapapp.com
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||