"Życzę zdrowia i dobrego humoru
–   a jeśli nie można, to tym bardziej"





HALINA BIRENBAUM



Minęło już sporo lat, odkąd wzięłam się do tłumaczenia wierszy napisanych w gettach i obozach zagłady. Pragnęłam (i pragnę po dzień dzisiejszy), aby ludzie, którzy mieli szczęście nie poznać tych koszmarów na własnej skórze, a zwłaszcza ci, co się urodzili później, a którym ja wciąż opowiadam o tamtych czasach w szkołach, wojsku, kibucach – mogli czytać te wiersze i odczuć to, co my czuliśmy wówczas, gdy zawarta w nich treść była dla nas jedyną rzeczywistością.

Chciałam, by dowiedzieli się, że na moment przed śmiercią w tej nie dającej się opisać grozie – ludzie jeszcze tworzyli i przekazywali swe zapiski jedni drugim, walczyli o ich ocalenie, jak o własne życie, często z narażeniem go. Zaczęłam od najbardziej popularnych wtedy, zapamiętanych z warszawskiego getta wierszy Władysława Szlengla, które po latach odnalazłam w większości w tomiku Co czytałem umarłym, a częściowo przez zadziwiające, przypadkowe spotkania oraz od przedwojennych publikacji, które otrzymałam z zagranicy.

A potem natknęłam się, między innymi, na utwory z owego czasu bliskie mi szczególnie: tomik wierszy Dzieci Getta o dzieciach w getcie warszawskim, także i w okresie wysiedlenia, zawarte w antologii Michała Borwicza Pieśń ujdzie cało.




Stefania Ney, Dzieci Getta.


W pięciozdaniowym wstępie do zbiorku wierszy Dzieci Getta Stefania Ney napisała:
"W tym zbiorku nie ma nic zmyślonego. Wszystko prawda, wszystko rzeczywistość. Dzieci, o których piszę, znałam. Dzieci te zostały zamordowane właśnie tak. W podobny sposób wymordowano setki tysięcy dzieci żydowskich."

Nikt jednak nie mógł mi wyjaśnić w Izraelu, kim była autorka, Stefania Ney. Mój zbiór tych tłumaczeń hebrajskich (i własnych wierszy) został przyjęty do druku przez wydawnictwo Syfryjat Maariv. Musiałam potwierdzić i zobowiązać się, że mam prawo do opublikowania tych utworów.

W moich notkach biograficznych o autorach podałam, że Stefania Ney zginęła w niewiadomych okolicznościach, ponieważ, w przeciwieństwie do innych autorów, nigdzie nie znalazłam o niej żadnej informacji. Zanim mój tomik Wiersze sprzed i z czasu potopu poszedł do druku, odwiedziłam Polskę – po czterdziestu latach.

W Warszawie poznałam dziennikarkę, Żydówkę mieszkającą w Polsce, Katarzynę Meloch. Katarzyna, jak się okazało, napisała recenzję o mojej książce Nadzieja umiera ostatnia, ale właśnie wybuchła wtedy "Wojna Sześciodniowa" i zerwanie stosunków między Polską a Izraelem – więc nie pozwolono jej opublikować artykułu o izraelskiej autorce. Przypadkowo dowiedziała się od dyrektora Muzeum na Majdanku, który zaprosił mnie na wystawę o obozie i tam spotkałyśmy się. Łączyły nas przeżycia z lat okupacji niemieckiej, upodobania literackie. Zwierzyłam się swej nowej znajomej ze swych planów wydawniczych i opowiedziałam o szczególnym zafascynowaniu wierszami Stefanii Ney. "O, to jest Grodzieńska, znana pisarka", wyjaśniła Katarzyna. Ale już nie zostało mi czasu na spotkanie z nią.

W domu znalazłam książkę satyrycznych opowiadań Grodzieńskiej. Na okładce fotografia i krótki wstęp:

"urodziłam się pewnego 2 września... Wykształcenie pobierałam pilnie i z zamiłowaniem w szkole baletowej, brzydząc się pracą umysłową, co znalazło konsekwentne odbicie w obecnym moim zawodzie... Tak więc zawód wyuczony: tancerka, zawód wykonywany: literatka"...



Stefania Grodzieńska o sobie.
Tylna okładka tomiku humoresek pt. Żabka.


Twarz była mi znana skądś. Nie musiałam zbytnio wytężać pamięci. Słowo balet zapaliło natychmiast jakąś iskierkę w mózgu: teatr "Femina" na Lesznie w Getcie Warszawskim.

Rok 1941, miałam wtedy niespełna 12 lat. Mój starszy brat Marek, student medycyny do 1939 roku, przyniósł ze szpitala, w którym przez cały czas pracował w getcie, dwa bilety na operetkę Księżniczka Czardasza z Heleną Ostrowską, Orensztejnem i Stefanią Grodzieńską w rolach głównych... Ojciec był oburzony – jak można iść do teatru, gdy ludzie masowo umierają z głodu, gdy trupy zalegają trotuary ulic?!

Nie rozumiałam, czym zmienię tę sytuację, jeżeli nie pójdę na ten spektakl? Wojna i getto pozbawiło mnie szkoły, wycieczek, wszystkiego, co dane jest dzieciom w normalnym świecie. Jeszcze nigdy nie byłam w teatrze i z całego serca cieszyłam się biletami od brata. Mama poszła ze mną.



Stefania Grodzieńska, wiersz "Dawid",
z tomiku Dzieci Getta.


Na ulicach szalały łapanki do przymusowych robót, terror, tłok, groza. Godzina policyjna, której naruszenie karano rozstrzelaniem. W sali teatru zaczarowany świat. Balowe suknie aktorek, smokingi aktorów, muzyka, śpiew, tańce. Ostrowska – blondynka, poważna – Grodzieńska smukła brunetka, ta sam fryzura z długich obciągniętych do tyłu włosów, jak na fotografii na okładce późniejszej książki, w kremowej, długiej sukni z wielkim dekoltem na plecach, filuterna, nieco łobuzerska.

Pragnęłam, aby to przedstawienie trwało wiecznie. Byłam urzeczona, jakbym śniła na jawie. Zakazany dla nas świat, bajka z dalekiej przeszłości. O mało nie zapomniałyśmy o godzinie policyjnej. Z Leszna na Muranowską, gdzie mieszkaliśmy po spaleniu w Jom Kipur 1939 roku naszego domu na Nowiniarskiej, było dość daleko. Zapadał już zmierzch, gdy wychodziłyśmy z teatru. Na ulicach pojedynczy przechodnie i bezdomni żebracy, zrezygnowani, obojętni już na niemieckie zakazy; wołania: "a sztykałe brojt!" ("kawałek chleba!"). I ludzkie szkielety – żywe i martwe – trupy przykryte gazetami, które przytrzymywały w około ułożone kamienie.

Przebiegałyśmy ulice, nie śmiejąc obejrzeć się za siebie, drżąc na samą myśl, że z jakiegoś kąta ulicy wyłoni się zielony uniform esesmana. Przerażał odgłos własnych kroków, w powietrzu, jakby wisiało to ciągłe, piekielne: "Halt, Jude!" i napominał, że nie dla nas były te piękne melodie i balet z Księżniczki Czardasza. Wydawało mi się, że nigdy nie zdołamy dopaść drzwi mieszkania i skryć się wreszcie od tych strachów na ulicy.

W domu, przy karbidowej, śmierdzącej lampce – wynalazku gettowym – w uniesieniu opowiadałam moje wrażenia z operetki, zachwycałam się artystami, ich strojami, śpiewem, tańcem. Ojciec milczał, pokonany moim dziecinnym entuzjazmem. Obaj bracia słuchali, pytali, uśmiechali się smutno.

Katarzyna zwróciła się w moim imieniu do Grodzieńskiej o pozwolenie na opublikowanie po hebrajsku jej wierszy w Izraelu. W odpowiedzi otrzymałam od niej piśmienne upoważnienie na małej kartce i krótkie wyjaśnienie: "Pisałam te wiersze w 1943 roku, kiedy zdawało się, że ani jedna osoba pamiętająca nie przeżyje. Gromadziliśmy takie dokumenty wierszowane, aby kilka osób, mających szanse ('aryjczyków') nauczyło się ich na pamięć, gdyby żaden świadek nie przeżył. Moje przetrwały zakopane w ogródku w Gołąbkach u pp. Kijkowskich". I tuż pod tym prośba o pozostawienie pseudonimu Ney, "gdyż to nazwisko mojej matki, która zginęła".



Stefania Grodzieńska, wiersz "Zosia",
z tomiku Dzieci Getta.


Przy kolejnej wizycie w Polsce odwiedziłam Stefanię Grodzieńską w jej domku w Warszawie. Jakież to było wzruszenie! Pani Stefania podała mi bliższe szczegóły o owym spektaklu wtedy na Lesznie w „Feminie”, o Orensztejnie, Ostrowskiej, którzy zginęli, o swoim mężu, znanym poecie, Jerzym Jurandocie. Opowiadała, jak marzli wtedy na scenie w tych wydekoltowanych strojach, a długie rękawiczki podarował jej ktoś z widzów... Jak grając, dławili strach. Pytała o życie w Izraelu, o rozmaitych ludzi, których poznała w czasie swych występów gościnnych u nas w kraju, prosiła, by przekazać pozdrowienia.

Czyż mogłam marzyć wówczas, mała, znikoma dziewczynka, że ja z tych setek tysięcy Żydów więzionych w getcie, przeżyję, wrócę do Warszawy i odwiedzę aktorkę z Księżniczki Czardasza w jej domu, że razem z nią po pięćdziesięciu latach będę snuć te dalekie wspomnienia?!


* * *


W styczniu 1991, w dniach szalonego napięcia w związku z sytuacją w Zatoce Perskiej i groźbami Sadama Husseina pod adresem Izraela, przysłała mi Stefania Grodzieńska swą książkę Urodził go niebieski ptak, a na karcie noworocznej napisała: "życzę zdrowia i dobrego humoru, a jeżeli nie można, to tym bardziej!".

Co dalej – wiadomo, ale to życzenie, mimo upływu lat, do dziś nic nie straciło na aktualności.





Teksty Haliny Birenbaum zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje