Poniższa relacja z Getta w Łodzi i z niemieckich hitlerowskich obozów koncentracyjnych jest relacją naocznego świadka z własnych, tragicznych przeżyć Autorki, wówczas dorastającej dziewczynki.

Tekst ten jest bardzo obszernymi fragmentami książki Autorki w języku szwedzkim pt. Deras namn kan ännu viskas ("Imiona ich można wciąż szeptać"), Megilla Förlaget, Bromma 1997 (Szwecja), przetłumaczonej na język polski przez Barbarę Kobos Kamińską w roku 2003. Tłumaczenie to, autoryzowane przez Autorkę (mówiącą płynnie po polsku) nie zostało dotąd opublikowane w formie książkowej.

W sześćdziesięciolecie ostatecznej likwidacji getta w Łodzi publikuję ten tekst w Zwojach i na mojej internetowej stronie "Shoah". Publikacja ta następuje za pisemną zgodą Autorki – Pani Mali Maroko Freund. Dziękuję Jej za to serdecznie.

Andrzej M. Kobos






IMIONA ICH MOŻNA WCIĄŻ SZEPTAĆ

Świadectwo z Getta w Łodzi

(fragmenty)





MALA MAROKO FREUND



Jak doszło do powstania tej książki w formie wywiadu?

Richard Levi:
Przypadkiem dowiedziałem się, iż moja teściowa, Mala Maroko Freund, od pewnego czasu pracowała nad artykułem o getcie w Łodzi.

Ze względu na przerażające odczucia, które kojarzyły się jej z tamtymi czasami, ciężko jej było dokończyć ten esej. Jednocześnie uważała za swój obowiązek wobec zmarłych i wobec swoich dzieci, aby spisać swoje zeznanie świadka.

Po dyskusjach zdecydowaliśmy by opowiedziała swoje przeżycia w formie wywiadu. Występując jako tłumacz dla tych, którzy w wyniku swojego pochodzenia zastanawiają się nad tym, jak doszło do stworzenia i unicestwienia getta, chciałem stworzyć taką sytuację, w której Mala "niecenzurowanie" mogłaby opowiedzieć o swoich wspomnieniach i faktach.


Mala Maroko Freund:
Dlaczego człowiek ma pisać o zbrodniach nazistowskich ponad 50 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej? Ludobójstwo to jest dobrze udokumentowane – nawet przez samych Niemców. Filmowali oni obozy koncentracyjne, egzekucje i tortury – wszystkie te swoje przerażające zbrodnie, przestępstwa przeciw ludzkości.

Oryginalne dokumenty, fotografie z egzekucji – to wszystko zostało zachowane dla przyszłych pokoleń.

Jaki był cel tej gruntowności? Celem było aby wszystkie dowody zachowały się do momentu wykonania ludobójstwa, gdy to, co Niemcy eufemistycznie nazywali "ostateczne rozwiązanie", zostanie już wykonane.

Tak to ja, jako jedna z pozostałych przy życiu z getta w Łodzi i różnych obozów koncentracyjnych i obozów pracy, sądzę, iż jest dla mnie ważne, by napisać o moich przeżyciach, niezależnie od tego jak bolesne są one dla mnie. Może ta relacja będzie mogła nadać konkretnemu ludzkiemu przeznaczeniu - mojemu własnemu - wymiar inny niż tylko wizerunek stosów niezidentyfikowanych zwłok i statystycznych tabeli.

Człowiek często zastanawia się, jak my, którzy zostaliśmy tak ciężko doświadczeni, jesteśmy zdolni zdobyć się na wysiłek konieczny dla konfrontacji z naszą przeszłością.

Żyjemy jednak dalej i oddychamy. Nasze męczarnie i tematy naszych rozmów splatają się razem w jedno płótno, które nazywamy życiem. Każda publikacja, która mówi o ofiarach nazizmu, każde świadectwo, które możemy dać o naszych bliskich, o rodzinie, którą kochaliśmy, jest jak modlitwa:

Jeżeli ktoś opłakuje to co już było, otrzyma dar modlitwy.
Świadczenie o tamtych czasach jest w pewnym sensie opłakiwaniem tych, którzy zostali zamordowani przez nazistów.

Czas jest ograniczony. Świadkowie, my, jesteśmy już starzy, a rasiści ponownie zaczynają rozpowszechniać dewastującą ideologię nazistów. Dlatego chcę złożyć to zeznanie. Celem tego jest ostrzeżenie przed nowym nazizmem, który szerzy kłamstwo, że Zagłada nigdy nie miała miejsca, ostrzeżenie młodzieży przed konsekwencjami ideologii nazistowskiej.

O tym zaświadczają miliony ludzi, młodych i starszych, którzy sami nie mogą już wnieść swojej skargi. Imiona ich można wciąż szeptać i można je usłyszeć – oni nie umarli nadaremnie.


Stockholm, w październiku 1997

* * *

Dokumentalne fotografie z Getta w Łodzi


[...]

Kiedy założono getto w Łodzi? Gdzie było położone? Jacy ludzie tam przyszli?

8 lutego 1940 roku, w 153 dni po zajęciu przez Niemców Łodzi, rozwieszono obwieszczenia, podpisane przez SS-Brigadeführera Schäffera, z rozkazem przymusowego przemieszczenia się Żydów w Łodzi do getta. Getto miało zajmować powierzchnię około 4 km2 i składać się z Bałutów, Starego Miasta i Marysina. Na tej powierzchni stłoczono wspólnie około 160 000 Żydów. Przed wojną Łodzi znajdowało się jeszcze dalszych 75 000 Żydów, ale tym udało się wcześniej uciec przed niemiecką okupacją.

Polscy mieszkańcy otrzymali rozkaz opuszczenia swoich mieszkań i wyprowadzenia się z obszaru Bałut. Otrzymali żydowskie mieszkania w innych dzielnicach miasta, podczas gdy Żydom dano mieszkania opuszczone przez Polaków. Przez getto przeszło około 200 000 Żydów, łącznie z tymi przymusowo przesiedlonymi.

Pomiędzy lutym a 30 kwietnia 1940 r. ostatecznie odcięto getto od zewnętrznego świata drewnianym płotem i kolczastym drutami. Granice getta były pilnowane przez niemieckich wartowników Schupo, którzy mieli rozkaz zastrzelenia każdego Żyda, który starałby się opuścić getto bez pozwolenia. To zagrożenie zastrzeleniem zamieniono później na obóz pracy.

Oficjalną nazwą getta było Litzmannstadt. Urzędy niemieckie, które decydowały o naszym życiu i naszej śmierci od 1940 roku nosiły nazwę Ghettoverwaltung, a poprzednio Ernährungs-und Wirtschaftsstelle Ghetto. Głównym odpowiedzialnym za tę przestępczą organizację podczas istnienia getta w latach 1940-1944 był Hans Biebow.

W Litzmannstadt Ghetto byli uwięzieni nie tylko Żydzi z Łodzi, lecz także Żydzi z Warthenland (zachodniej Polski). Tych ludzi sukcesywnie wywożono do obozów zagłady: niekiedy poprzez selekcję, niekiedy całkiem dowolnie, niekiedy zagarniętych w łapankach.

Jednocześnie trwała tzw. akcja, tj. przesiedlania, miały miejsce masowe egzekucje. W wielu przypadkach ludzi wysyłano ludzi do obozu zagłady w Chełmnie (po niemiecku Kulmhof), około 75 km od Łodzi, gdzie później, od jesieni 1941 roku, znajdowały się pomieszczenia masowej zagłady w piwnicach pod starym pałacem. To było jedno z pierwszych miejsc zagłady na terenie okupowanej Polski.

W ten sposób zdziesiątkowano ludność żydowską, jeszcze zanim zdolną do pracy resztę posłano do getta. Tu przymusowo przemieszczano ludzi z wsi i osad, z gett, które likwidowano od stycznia do sierpnia 1942 roku. To spotkało między innymi żydowskich mieszkańców Chodeczna, Brzezinia, Pabianic i wielu innych miejscowości. W mniejszych miejscowościach zabijano Żydów na miejscu.

Około 5000 Cyganów z Burgenland, przy granicy austriacko-węgierskiej, przymusowo deportowano do miejsca obok Litzmannstadt Ghetto, gdzie zginęli z głodu lub w wyniku egzekucji. Ponadto, na przełomie listopada i grudnia 1941 przymusowo przemieszczono do Litzmannstadt Ghetto około 20 000 tysięcy Żydów z Austrii, Czechosłowacji, Luxemburga i Niemiec. Część z nich to byli artyści, pisarze i adwokaci. Byli też w tej grupie dawni oficerowie, którzy za swoją służbę w armii niemieckiej lub austriackiej podczas pierwszej wojny światowej otrzymali byli medale za odwagę, odpowiadające hitlerowskiemu żelaznemu krzyżowi.

Część z tych przymusowo deportowanych było katolikami i protestantami, którzy w świetle przepisów rasowych zostali zaklasyfikowani jako Żydzi, jeżeli do trzeciego pokolenia wstecz mieli chociaż jednego krewnego, który był Żydem.


Jeśli ktoś powiedziałby ci w 1938 roku, że w Łodzi zostanie założone specjalnie odgrodzone getto, czy uwierzyłabyś wtedy w to?

Nie, absolutnie nie. Podczas pierwszej wojny światowej, 1914-1918, kiedy Niemcy wkroczyli do Łodzi pod wodzą niemieckiego generała Karla Litzmanna, miały miejsce tylko nieliczne przestępstwa ze strony Niemców. Na rok 1939 byliśmy zupełnie nieprzygotowani. Mimo, że wiedziano o Nocy Kryształowej w Niemczech w 1938 roku, kiedy to aresztowano tysiące Żydów, a sklepy i synagogi splądrowano i spalono, to nie można sobie było wyobrazić, by istniał jakiś plan unicestwienia Żydów. Nikt nie mógł wiedzieć co przygotowywali naziści.

[...]


W jakich okolicznościach zostaliście zmuszeni opuścić mieszkanie?

Nasza rodzina zmuszona została opuścić mieszkanie przy ulicy Mielczarskiego 25 w Łodzi w przeciągu kilku tylko godzin. Nasze mieszkanie miało być wykorzystane przez organizację Hitlerjugend.

Musieliśmy opuścić nasze mieszkanie pod groźbami i mogliśmy zabrać z sobą tylko to, co najbardziej potrzebne. Nie mieliśmy możliwości odmowy. Inaczej zostalibyśmy rozstrzelani. Jeden z naszych lokatorów, pewien Volksdeutsch, który odwiedzał nas był wielokrotnie w poprzednim roku, wskazał wszystkie nasze wartościowe przedmioty, o których doskonale wiedział, i przywłaszczył je sobie. Hitlerjugend zabrało resztę.

Było bardzo trudno o transport, ludzie ładowali pościel i resztki swojego dobytek na sanie, na wózki dziecięce, albo do toreb.

Otrzymaliśmy mieszkanie składające się z jednego pokoju i kuchni przy ulicy Brzezińskiego 5. Tam mieszkało nas siedmioro osób. Byli to moi rodzice, moja babcia, moja najstarsza siostra Sala i jej mąż, moja siostra Renia i ja.


Jakie władze przeprowadzały przymusowe przesiedlenie?

Rozporządzenia były wydawane przez Niemców, a obwieszczali je poprzez wywieszanie m.in. na murach i słupach ogłoszeniowych. Grożono całej polskiej ludności i wiele represji skierowanych było przeciwko Polakom. W wypadku nieposłuszeństwa groziła kara śmierci. Brutalne traktowanie ludności przez Niemców na ulicach, placach, w ogrodach i mieszkaniach szerzyło zgrozę. Gdy ktoś zapukał do drzwi czuło się lęk. Nadal słyszę ten stukot butów...


Czy istniały spisy wszystkich Żydów? Jak można było ustalić kto był Żydami?
Jak można było zidentyfikować Żydów?


W Łodzi sporządzono spisy ludności. Było się zmuszonym do rejestracji i Niemcy mogli sprawdzić kto był Żydem. Już 28 października 1939 wprowadzono żydowski znak, Dawidową Gwiazdę; we Włocławku, jako pierwszym miejscu w Polsce.

Na początku może można było jeszcze gdzieś się ukryć przez kilka dni, jednakże rodziny chciały trzymać się razem, więc rejestrowali się.


Jest jednak trudno zrozumieć to, że można było w mieście przesiedlić kilkaset tysięcy ludzi w tak krótkim czasie.
W jaki sposób mogli Niemcy to rejestrować?


Wszystkie przymusowe przesiedlenia odbywały się pod groźbą kary śmierci i to działało na wielu. Zawiadamiano o ostatecznej dacie ewakuacji i nikt nie chciał przypłacić życiem.


Czy masz jakieś pojęcie o tym jak długo trwało przesiedlenie ludności żydowskiej z całego miasta do getta?

Wiem, że ludność żydowska została zmuszona przenieść się w ciągu kilku miesięcy.

[...]


Czy miałaś wrażenie, że zorganizowanie getta zostało zaplanowane przez Niemców jeszcze przed zajęciem Łodzi?

Tak, wszystko zostało zorganizowane i przygotowane wcześniej, jak wykazują dokumenty które się zachowały. Jednym z pierwszych przedsięwzięć Niemców było izolowanie i skupienie różnych grup ludności w poszczególnych miejscowościach. Zamiarem ich było wzbudzić fałszywe nadzieje. Końcowym celem było wymordowanie ludności.

W Warszawie i Łodzi, gdzie istniała liczna społeczność żydowska, utworzono duże getta. Lecz nawet w mniejszych miejscowościach, np. w Piotrkowie Trybunalskim, zakładano getta na krótki okres czasu. Na początku, tworzenie getta było wzorcem systematycznej koncentracji Żydów. Lecz w mniejszych miejscowościach można było od razu wymordować prawie całą ludność żydowską.

Procedura nazistów była obliczona na to, aby Żydów oszukać i wprowadzić w błąd. Celem izolowania ludności było by zagłada nastąpiła w jak największej tajemnicy. Wpajanie ludziom nadziei miało zmniejszyć ich opór. Aby żydowska ludność nie przeczuwała co miało nastąpić. Istniały tajne dokumenty, przeznaczone tylko dla specjalnej grupy z Gestapo i SS. Ci Niemcy, którzy pracowali przy uśmiercaniu mieli rygorystyczny obowiązek zachowania tajemnicy.


Czy przeniesienie do getta oznaczało także, że ludzie natychmiast musieli zakończyć swoją pracę?

Tak. Wszystkie żydowskie sklepy zostały skonfiskowane przez Niemców. Ci, którzy się sprzeciwiali mogli stracić życie. Przypominam sobie np. sklep mojego dziadka przy ulicy Nowowiejskiej. Staliśmy naprzeciw i widzieliśmy jak Niemcy przyjechali dużymi ciężarowymi samochodami i ładowali wszystkie tkane materiały, które później przetransportowano do Rzeszy Niemieckiej. Staliśmy w niedalekiej odległości i cały ten dobytek rabowano na naszych oczach. Trzeba było oddać wszystko.


Czy był przymus posiadania dowodów tożsamości?

Wszyscy mieszkańcy getta byli zarejestrowani i mieli specjalne dowody tożsamości, aby mogli otrzymać przydział artykułów spożywczych. Ci, którzy byli zdolni do pracy, byli również zarejestrowani w miejscach pracy.

Ponadto Niemcy nakazali, aby wszyscy Żydzi nosili żółte opaski z naszytą żółtą gwiazdą, tzw. żydowskie gwiazdy, na wierzchnim okryciu. Wykroczenie przeciwko temu karane było śmiercią.

Gdy zaczęły się deportacje z getta, umieszczano listy zatrudnionych w miejscach pracy i było się zmuszonym stawić się tam.


Czy mogłabyś opisać życie w getcie?

Pierwszy obraz, który utrwalił mi się w pamięci, to potworna ciasnota. Cała żywność była racjonowana. Przydział był minimalny i to był początek bardzo ciężkiego głodu. Nie można było dostać żadnego opału, prócz tego, który przydzielano, a którego było za mało. Jako nieco więcej opału paliło się drzwi i boazerie. Mróz i ziąb wciskały się w ciało.

Ludzie marli jak muchy, z głodu i niedożywienia. Brakowało grabarzy, a zmarli często długo leżeli na ulicy lub w domu. Warunki pogarszały się szybko i wszystko stało się jednym wielkim koszmarem. Nauczyłam się stać godzinami w kolejce po żywność, lecz gdy doszłam do lady brakowało już żywności. Trzeba było organizować sobie żywność w jakiś inny sposób.

W getcie często byłam na tyle dzielna, by dostać się pierwsza do kolejki – chociaż nie była to moja kolej – żeby otrzymać chleb lub coś innego. Pewnego razu, gdy miałam tyfus, czułam się tak słabo, że nie mogłam chodzić. Na czworakach dopełzłam do miejsca, gdzie rozdzielano przydziały na brukiew. Byłam w tak złym stanie, że pozwolono mi wejść poza kolejką z pomocą kogoś, kto ulitował się nade mną. Dostałam worek brukwi, lecz nie miałam siły go unieść. Pełzłam wzdłuż muru i ciągnęłam ten worek za sobą. Ktoś mnie zauważył. prawie mnie nie poznał i stwierdził, że byłam tak zwanym Schmuckstück – wychudzoną postacią o wyłupiastych oczach, która nie mogła ustać na własnych nogach i była już na trzy czwarte u Boga. Lecz doszłam do domu z moim przydziałem i pokazałam jaka byłam dzielna.

W getcie było bardzo ważne by być dzielnym, i łatwiej było jeśli miało się rodzinę. To że miałam blisko siebie Renię i Frankę znaczyło bardzo wiele, ponieważ moi rodzice już wtedy nie żyli, a moja starsza siostra i mój szwagier mieszkali nadal przy ul. Brzezińskiej 5. Całe to życie trzymaliśmy się kurczowo jeden drugiego.

Szalały epidemie galopującej gruźlicy i tyfusu, a ludzie którzy byli opuchnięci z głodu, byli zwykłym zjawiskiem.

Nie mogliśmy nawiązać kontaktu z polską ludnością – było to zabronione pod karą śmierci. Teren getta był strzeżony od zewnątrz przez niemieckich wartowników. Jeśli komuś przydarzyło się podejść za blisko ogrodzenia zostawał zastrzelony. Wielu próbowało skontaktować się z drugą stroną żeby dostać coś do zjedzenia. Wiele dzieci i dorosłych zostało zastrzelonych z tego powodu.


Czy tak już było w pierwszą zimę?

Tak, a później było jeszcze gorzej, ponieważ 30 kwietnia 1940 r. Niemcy zamknęli getto hermetycznie. Zbudowali dookoła getta ogrodzenie z kolczastego drutu oraz płot i drewniane mosty nad pewnymi ulicami, którymi tramwaje przejeżdżały przez teren getta. Sieć tramwajowa nie kończyła się w getcie. Wybudowano trzy drewniane mosty, które były przeznaczone dla ludności getta, by mogła przez nie przechodzić rano do pracy lub po zakończeniu pracy.

Przy niektórych ważnych skrzyżowaniach ulic, które graniczyły z obszarem poza gettem i przy rejonach miasta, które nie były włączone do getta, znajdowali się również i wartownicy. Także i tam zbudowano przejściowe bramy i tam też znajdowali się wartownicy.

Co odróżniało getto w Łodzi od getta w Warszawie, to całkowite odizolowanie. W getcie w Warszawie istniał pewien kontakt z ludnością polską, co umożliwiało ruch oporu i szmuglowanie broni do getta. W ten sposób mogło dojść do powstania 19 kwietnia 1943 r. Tam do końca toczyła się heroiczna walka, w której ludność żydowska z bronią ręku broniła się przed nazistowską potęgą.


Jakie były warunki sanitarne w getcie?

Wokół niektórych ludzi, w końcowym okresie ich życia, brud był nie do opisania dlatego, że wszyscy członkowie ich rodzin byli chorzy albo już nie żyli. Lecz my wszyscy, którzy mogliśmy jeszcze stać na własnych nogach, próbowaliśmy utrzymać czystość, co było ważne dla przeżycia. Wodę trzeba było przynosić w wiadrach. Ubikacje znajdowały się na poza domem.


Czy mogłabyś opowiedzieć jak żyłaś na początku istnienia getta?
Chodziłaś do szkoły, czy pracowałaś?


Na początku zdałam egzamin wstępny aby kontynuować naukę w szkole powszechnej. Przez krótki czas dalej chodziłam do szkoły, ale następnie zamknięto wszystkie szkoły i zaczęłam pracować w zakładzie rymarskim razem z nieletnimi i dorosłymi.


Jak była zorganizowana praca?

Naziści planowali, by mieszkańcy Litzmannstadt Ghetto pracowali jak niewolnicy w warsztatach dla niemieckiego przemysłu wojennego. Był to bowiem opłacający się im interes. W getcie założono szkoły, poczty, szpitale i wprowadzono własny system walutowy, którego pieniądze poza murami getta były całkowicie bez wartości. Kupony na przydział żywności wydawano tylko dla ludności zdolnej do pracy. Getto było jak karykatura swego rodzaju państwa. To przyczyniło się do tego, że stworzono nam fałszywe pozory bezpieczeństwa. Oszukiwano nas, byśmy uwierzyli, że Litzmannstadt Ghetto było strukturalną i 'zorganizowaną', funkcjonującą dzielnicą mieszkalną.

W dużych warsztatach, resortach pracy, pracowaliśmy dla niemieckiego przemysłu wojennego; moja siostra Renia w fabryce gumy, gdzie wyrabiała wojskowe płaszcze, a ja w zakładzie rymarskim przy ul. Łagiewnickiej, w którym pracowałyśmy na dzienną i nocną zmianę przy wyrabianiu wojskowej uprzęży konnej. Wynagrodzenie było w formie wodnistej zupy i przydziału żywności oraz znikomej płacy. Pomiędzy rokiem 1940 a 1944, przymusowo pracowała prawie cała ludność żydowska – włączając dzieci od 10 roku życia.


Czy otrzymywałaś wynagrodzenie za twoją pracę?

Otrzymywało się wynagrodzenie. W getcie drukowano banknoty; ludzie nazywali je Rumki. Banknoty te były zupełnie bez wartości poza granicami getta.


Czy można było chodzić do sklepu na zakupy?

W getcie istniały specjalne miejsca dystrybucji – Kooperatywy, piekarnie, w których można było otrzymać swój przydział. Z reguły było trudno o towar. Niemcy dostarczali towary w małych ilościach, tak że często ich nie wystarczało. Stałam w kolejce po żywność zwykle przez kilka godzin albo kilka dni. Kiedy wreszcie doszłam do lady nie było już towaru, lub była tylko zgniła żywność. Jak już wspomniałam, byłam specjalistką do stania w kolejkach, lecz nie zawsze to pomagało.

Niemcy dostarczali na przykład jarzyny okopowe, suszone dorsze, brukiew i niekiedy zamarznięte ziemniaki, surogat kawy, cukier, sól i inne towary. Te później rozdzielano na kartki przydziałowe wśród ludności getta. Produkty te, kiedy przyszły do getta, często były już zgniłe i niejadalne.

Istniał też czarny rynek w getcie. Kiedy przenosiliśmy się do getta, naszym rodzicom udało się zabrać z sobą biżuterię i trochę pieniędzy. Mogliśmy sprzedawać nasze rzeczy i kupować chleb i inne artykuły spożywcze.


Opowiedz o głodzie w getcie...

Klęska głodu w getcie była potworna. W latach 1940–1944 roku zmarło z niedożywienia ponad 43 000 osób. W mojej rodzinie większość starszej generacji zmarła z głodu. Kilku młodszych kuzynów z mojej generacji żyło jeszcze nadal. Ci z nas, którzy nie padli ofiarą łapanek, które odbywały się w getcie, byli szczęśliwi, gdy niekiedy spotkali pozostałych przy życiu członków rodziny. Spotykaliśmy się czasem, lecz za każdym razem było nas coraz mniej.


Co oznaczało Allgemeine Gehsperre?

1 września 1942 roku ludność getta obudziła się w koszmarze, który niestety był rzeczywistością. Proklamowany został powszechny zakaz wychodzenia. Ulice i skrzyżowania ulic zostały zablokowane, a do getta wjechały ciężarowe samochody z uzbrojoną niemiecką policją. Pogoń za ludźmi rozpoczęła się błyskawicznie. Ulice wokół szpitala zostały zablokowane, a przed szpitalem na ul. Wesołej stały samochody ciężarowe z przyczepami. Niemcy zażądali, by wszyscy pacjenci, według listy, zostali załadowani do tych samochodów dla ewakuacji. Tych chorych wywieziono ulicą Lutomirską poza teren getta.

To samo powtórzyło się przy drugim szpitalu przy ul. Łagiewnickiej. Jedni próbowali ratować się wyskakując przez okno, lub uciekając przez mur szpitala, lecz większości nie udało się zbiec. Zostali wyłapani i rozstrzelani na miejscu. Wybuchło piekło. Członkowie rodzin stali przed szpitalem i płakali, lecz nie pozwolono im ingerować. Za tych pacjentów, którym udało się uciec, wzięto zakładników lub zdrowych członków ich rodzin. Rozpacz nie miała granic. Na ulicy Brzezińskiej 5, gdzie mieszkaliśmy, zablokowano podwórko. Gestapowcy stali na podwórzu, wyli: Alle Juden raus! i bili. Musieliśmy ustawić się do selekcji. Sprawdzali wszystkie mieszkania i jeśli ktoś się ukrył, to sprawa była krótka. Niemcy wskazywali tych, którzy byli słabi, starsi, dzieci i chorych i pod przymusem, krzykiem zapędzono ich do samochodów ciężarowych.

Moja siostra Renia w całej tej panice znalazła kawałek czerwonego papieru i wtarła go w moje policzki, żebym wyglądała zdrowo. Miałyśmy szczęście jeszcze raz: przeżyłyśmy tę selekcję i... mogłyśmy nadal żyć.

Przez osiem dni był zakaz wychodzenia z domu. Wydawało to się jako wieczność. Wywieziono między 15 000 a 20 000 ludzi. Rozkazem Gestapo, w pierwszej kolejności deportowano dzieci poniżej dziesiątego roku życia oraz osoby powyżej 60 roku życia. Lecz aby osiągnąć kwotę, wywieziono i inne osoby. Pamiętam jednego chłopca w wieku trzynastu lat, który próbował schować się w śmietniku, lecz został znaleziony i natychmiast zastrzelony. Podczas tego strasznego zakazu wychodzenia wywieziono mojego kuzyna Chilusa. Został załadowany na przyczepę i zaginął na zawsze. Był blady i słaby po tyfusie.

Wstrząs i żałoba po Allgemeine Gehsperre zawisły potem jak gęsta mgła nad pozostałą ludnością w Litzmannstadt Ghetto. Ludzie próbowali wrócić do pracy. Przyszły nowe zamówienia na mundury i futra dla wojennej władzy niemieckiej. Znowu miałyśmy nadzieję, że będziemy mogły żyć, przynajmniej przez krótki czas, ponieważ byłyśmy potrzebne przy produkcji.


Czy opowiesz o chorobie i śmierci twoich rodziców?

W pierwszym okresie było cudownie, bo mogliśmy być razem z nimi. Lecz oni źle znosili głodowy przydział żywności. Już wiosną 1941 r. skrajnie ciężkie warunki w getcie zaczęły wpływać na ich samopoczucie. Moja mama była osobą poświęcającą się i do końca próbowała pomagać rodzinie. Mimo, iż miała nogi spuchnięte od niedożywienia, zachęcała nas i dodawała nam odwagi abyśmy dalej walczyły o życie. Ponieważ moja siostra Renia pracowała na nocną zmianę w fabryce gumy, otrzymywała dodatkowy przydział na chleb i te dwa swoje przydziały na chleb dawała rodzicom. Oni nigdy nie dowiedzieli się, że Renia głodowała, by oni mogli przeżyć. Lecz niestety było to nadaremne. Mój ojciec zawsze przedtem miał dobre zdrowie, lecz teraz w krótkim czasie zmienił się. Nie mógł wytrzymać głodowania.

Pamiętam, że poprzez znajomych mój ojciec szybko dostał pracę jako nocny stróż. Miał pilnować magazynu mąki. Jego nogi były tak spuchnięte, że prawie nie mógł przejść przez drewniany most do pracy. Na koniec nie miał już siły wstać z łóżka.

Renia i ja karmiłyśmy go łyżką, by mógł pić wodę. On, który zawsze był barczysty i silny, stał się słaby, o dziwnych kolorach na twarzy. Mieliśmy lekarza, ale nie mieliśmy leków.

Mój ojciec, który miał 50 lat, dostał opuchliny głodowej i zmarł na początku 1942 roku.

Moja mama zmarła w kwietniu 1942 roku. Mróz był wtedy jeszcze silny. Miałam sen, że ona umrze. Była chora i słaba z niedożywienia, cała opuchnięta. W noc, w którą zmarła, uporczywie patrzyła na moją siostrę i na mnie, szczególnie na mnie, tak jakby chciała dać nam tę miłość, z którą nigdy już nie miała zdążyć. To jej spojrzenie towarzyszyło mi i dawało mi odwagę przez całe moje życie.

Wiedziałam, że w getcie mieszkał lekarz i, kiedy już było z nią krytycznie, pobiegłam tam i zapukałam do drzwi. Przyszedł on do naszego mieszkania na ulicę Brzezińską, gdzie znajdowała się Renia, Sala i mój szwagier Chil. Lekarz ten zbadał matkę, lecz nie mógł nic zrobić. Pamiętam jak szłam ulicą i prosiłam Boga, by matka otrzymała pomoc, aby została uratowana.

Była zima i jedyne zajęcie na ulicach getta mieli kontrahenci pogrzebowi, którzy przyjeżdżali swoimi konnymi wozami by zabierać umarłych, oraz tzw. pogotowie ratunkowe, które też składało się z wozu i konia, i przyjeżdżało, aby zabierać chorych.

Kiedy moja mama umarła, chciałyśmy ją pochować. Wraz z Renią pobiegłyśmy do zgromadzenia żydowskiego, gdzie sprzedałyśmy chleb zaoszczędzony przez Renię, aby mama mogła zostać umyta i mieć prawdziwy pogrzeb. Miałyśmy także porcję dla człowieka, który odczytał modlitwę za zmarłych. Mimo tak ciężkich warunków mogłyśmy pochować ją godnie.

Poszłyśmy do bożnicy i usiadłyśmy razem z wieloma innymi na ziemi, każdy obok swoich martwych najbliższych, czekając aby ich pochować. Pamiętam, że wewnątrz bożnicy było tak bardzo zimno, że wszyscy skostnieli z zimna. Lecz wszyscy zmarli zostali umyci i otrzymali prawdziwy pogrzeb a ich groby zostały zarejestrowane.

Po śmierci mojej mamy za dom odpowiedzialne były moje starsze siostry, Renia i Sala.


Czy po śmierci twoich rodziców znajdowały się w domu inne dorosłe osoby?

Była moja najstarsza siostra Sala, która wtedy była w ciąży. Poza nimi, nikogo innego, wszystkie ciocie i wujkowie byli gdzieindziej. Było się bardzo izolowanym, i trudno było znaleźć kogoś, aby móc porozmawiać. Z reguły był zakaz opuszczania mieszkań wieczorem i niekiedy, gdy miały miejsce wywózki, zakaz ten dotyczył zarówno dnia i nocy. Kiedyś podczas łapanki ukryłam się w szpitalu. Z tego szpitala wywieźli wszystkich pacjentów. Ale poradziłam sobie: odczekałam aż usłyszałam, że łapanka się skończyła i wróciłam do domu.

Z moimi siostrami trzymałyśmy się razem. Sala urodziła córkę, której nadała imię Beila. Zmarła ona przeżywszy jeden miesiąc, z niedożywienia i wyziębnięcia. W pokoju, gdzie mieszkałyśmy, było tak zimno, że moja siostra Sala stale trzymała dziecko w swoich ramionach. Zmieniałyśmy się, aby je ogrzać. Próbowałyśmy również otrzymać jakąś pomoc, lecz nie było nikogo, kto mógłby nam pomóc. W końcu nastała cisza i dziecko umarło. Pamiętam jak Sala i Renia złożyły razem dwa krzesła i położyły na nich to małe ciałko.


Czy masz coś więcej do opowiedzenia o swojej rodzinie lub o wydarzeniach po śmierci twoich rodziców?

To osobliwe, ale ja pamiętam wszystkie szczegóły z tej nocy, podczas której zmarła moja mama: co myślałam, jak biegłam po oblodzonych ulicach, by przywołać lekarza, by ratować mamę. Lekarz uspokoił mnie, przyszedł ze mną i później zatrzymał się u nas, gdy mama żegnała się z nami, spokojnie, z wielką miłością.

To była wielka strata dla mnie i była to wielka zmiana kiedy moi rodzice umarli.

Jak już wcześniej wspomniałam, dostałam tyfusu, byłam ciężko chora i leżałam całkowicie odizolowana w szpitalu zakaźnym. Nikt z cywilnej ludności nie mógł wejść do szpitala, lecz Renia i tak przyszła i kiwała mi przez okno, a ja miałam uczucie, że żyję, że wyjdę stamtąd. Udało mi się przeżyć i wrócić z powrotem na ulicę Brzezińską. Franka i rodzina Freund pomogli Reni i mnie przeprowadzić się do jednego pokoju w tym samym domu, gdzie oni mieszkali. Tam mieszkali oni wszyscy, oprócz starszych. Rozpoczął się nowy okres w moim życiu.

Kiedy patrzę wstecz, myślę że miałam dobre dzieciństwo i że otrzymałam dobre podstawy, na których stałam. Więź między mną a moimi siostrami była bardzo silna, dużo nauczyłam się od nich. Sala była piękna, wysoka, miała jasną skórę i kasztanowo-brązowe włosy. Pamiętam, że często patrzyłam na nią, kiedy pielęgnowała twarz i włosy, nakładała makijaż i ubierała się. Sprawiało mi to przyjemność.

Przed wojną miałam zwyczaj towarzyszyć Reni i Sali, gdy czytały poezję i nauczyłam się długich zwrotek na pamięć. Jeszcze dziś mogę z pamięci recytować długie, klasyczne zwrotki.

Byłam córką ojca. Uważałam, że mój ojciec miał wiele znakomitych pomysłów. Był religijny, ale nie despotyczny. Moja mama miała zwyczaj spędzać Szabat na studiowaniu Biblii dla kobiet i kiedy zapalono świece, czuło się pełną atmosferę Szabatu.

W ciągu kilku miesięcy zmarły w naszym mieszkaniu cztery osoby: moi rodzice, moja babcia i dziecko mojej siostry. Sala i jej mąż po pewnym czasie zostali wywiezieni do Auschwitz i potem zamordowani w Bergen-Belsen. Nie ma po nich śladu.

Wszędzie czuło się pustkę i ból.


Jak ważna dla pozostałych przy życiu była więź rodzinna?

To było bardzo ważne. Dla niepełnoletnich, którzy mieli swoich rodziców w getcie było łatwiej, poprzez kontakty rodziców, wystarać się o lepszą pracę lub mieszkanie. Dzieci, których rodzice zostali wywiezieni, znalazły się w domach dziecka, który później zostały zamknięte, a one, w następnej kolejności, deportowane do obozu zagłady.

To było bardzo ważne, by mieć rodzinę.


Czy miałyście jakiś innych dorosłych, którzy mogliby zastąpić rodziców i pomóc wam, czy też musiałyście radzić sobie same?

Praktycznie musiałyśmy radzić sobie na własną rękę. Kiedy moi rodzice umarli, powstała próżnia. Starsza generacja wymarła i ich kontakt z nami został utracony.


Jak to się stało, że niektórzy poradzili sobie, a inni nie?

Osobiście wierzę w Boga, to zawsze było dla mnie pocieszenie, lecz wierzę też, że pewien wzorzec socjalny, lojalność i solidarność w rodzinie znaczyły bardzo wiele dla tych, którzy przeżyli.

Nie wszystkie rodziny potrafiły trzymać się razem. Zdarzało się, że jeden w rodzinie zjadł żywność drugiego. Nie należy ganić tych, którzy nie wytrzymywali straszliwego nacisku głodu. Głód był tak ciężki, że wiele osób obłąkanych lub aspołecznych zjadało prawie cały swój przydział na raz. Później pozostawał głód. Było ważne, by jeść po małym kawałeczku, aby się żuło i żuło.


Czy getcie były synagogi?

W getcie odprawiano nabożeństwa. Niemcy spalili synagogi w Łodzi pomiędzy 15 a 17 listopada 1939 roku. Dla wielu wiara w Boga oznaczała siłę i zaufanie, lecz było wiele osób, które w tej potrzebie odwróciły się od religii. Oni byli nienawistni. Dla mnie religia stanowiła dużą pomoc w różnych sytuacjach.


Czy w getcie znajdowały się szpitale?

Tak, znajdowały się co namniej trzy "szpitale". Przy ulicy Wesołej, przy Łagiewickiej i na Marysinie, gdzie był szpital zakaźny. Ciągle brakowało lekarstw. Epidemie, jak galopująca gruźlica, tyfus i inne zakaźne choroby, nieprzerwanie władały gettem.

Niebezpieczeństwo zarazy było duże, i na rozkaz Niemców zaznaczono kredą lub plakatami na drzwiach szpitala, że było to ansteckend (niebezpieczeństwo zarażenia). Strach, że można było się znaleźć w szpitalu był ogromny. Zagrażało to życiu jeżeli było się chorym i przyjętym do szpitala.

W porze nocnej i czasami nawet podczas dnia zamykano terytorium szpitala a pacjentów ładowano na ciężarówki do transportu w ’nieznanym kierunku’, co było jednoznaczne z egzekucją. Część z nich zmarło podczas transportu, a pozostałych skazano na śmierć przez zagazowanie w specjalnych samochodach, lub uśmiercono w Chełmnie niedaleko Koła.

Przytaczam tutaj kilka fragmentów wspomnień z mojego pobytu w szpitalu zakaźnym w Marysinie, Litzmannstadt Ghetto, w roku 1942.

"Mieszkaliśmy nadal przy ulicy Brzezińskiej 5, na parterze. W tym mieszkaniu zmarli z niedożywienia moi rodzice i inni członkowie mojej rodziny

W 1942 r. była ciężka zima. W mieszkaniu było tak zimno, że woda w wiadrze zamarzała. Mróz formował na szybach okien piękne wzory kwiatów i liści.

Było wcześnie rano. Kiedy zaraziłam się tyfusem, czekałam by mnie zabrano wozem konnym do zakaźnego szpitala. Moje ciało trzęsło się z gorączki, zimna i biegunki. Przez długie chwile byłam nieprzytomna.

Słoneczny uśmiech mojej siostry Reni dodał mi odwagi i siły, aby walczyć. Na podwórku stało kilku sąsiadów i kiwało mi na pożegnanie. Czy była to moja ostatnia podróż?

Położono mnie na drewnianej pryczy na wozie i zapadłam w sen. Furmanka jechała dalej i zabierano wielu innych śmiertelnie chorych, aż wóz był pełny. Słychać było krzyki i jęki niektórych, inni byli już cicho. Było ciemno, więc całe to piekło było ukryte.

Zbudziłam się nagle na krześle przed lustrem, gdy ktoś zgalał moje długie, piękne warkocze, które moja mama, pełna miłości, miała zwyczaj splatać każdego ranka, zanim wyszłam do szkoły.

Budziłam się od czasu do czasu, znajdując się w łóżku w sali, w której było wielu ciężko chorych ludzi. Szpital zakaźny był zupełnie odizolowany od reszty świata, a my, którzy jeszcze żyliśmy, obawialiśmy się, że Niemcy przyjdą po nas w nocy, by nas zabrać na śmierć lub w najlepszym przypadku wywieźć.

Franka wyjednała u swojej rodziny, że gdybym została wywieziona, to mieli mi pomóc. Mimo, iż to było niemożliwe, chciałam jednak wierzyć, że pomoc miałaby nadejść.

Moja siostra Renia przychodziła często do Marysina, aby mnie zobaczyć. Stała za oknem, uśmiechała się i kiwała mi. Miała kilka kilometrów do szpitala, który położony był w zakazanym miejscu.

Czasami, kiedy się obudziłam i widziałam moją siostrę, rozumiałam, że to musiało oznaczać, że nadal byłam przy życiu. Dziękuję ci Reniu, że pomogłaś mi, abym chciała żyć.

Miałam gorącą nadzieję, że w nocy nie będzie żadnej łapanki ani deportacji, dlatego że chciałam wyjść żywa z tego piekła na ziemi."


Czy przeżyłaś jakąś łapankę?

Tak, kilka. Krótko po moim pobycie w szpitalu, znalazłam się w pobliżu ulicy Młynarskiej, w środku getta, i stałam w kolejce za chlebem. Kolejki w getcie, gdzie można było otrzymać chleb, zupę, lub to co najpotrzebniejsze, były jedną wielką męką. Zdarzało stać w kolejce dzień za dniem, żeby otrzymać swój przydział. Stałam się specjalistką od organizowania żywności.

Nagle podjechało kilka zakrytych ciężarówek z uzbrojonymi żołnierzami. Rzuciłam się ku otwartym drzwiom. Z ulicy słyszałam krzyk i uderzenia, lecz drzwi pozostały zamknięte. Udało mi się dostać na strych, słyszałam krzyki i walenie Niemców, gdy udało im się wyważyć kilka drzwi i wypędzali ludzi. Ciężarówki wypełniono zrozpaczonymi ludźmi. Schowałam się na strychu przez kilka godzin, aż do chwili kiedy stało się już zupełnie cicho.

To przerażające przeżycie na zawsze utrwaliło mi się w pamięci.


Czy było chociaż kilka "jasnych punktów" w getcie?

Ludzie pobierali się; niektórzy pobierali się ze względu na grożące wywiezienie. Początkowo były rozrywki w formie rewii i koncertów. Później była już tylko taka jedyna "rozrywka", że wychudzone dzieci i wychudzeni dorośli śpiewali i tańczyli na ulicy, by dostać kawałeczek chleba. Byli uliczni śpiewacy, którzy śpiewali kuplety w jidysz o Rumkowskim i o głodowych racjach, np. zatytułowane Manna z nieba.

Na początku istnienia getta działały różne organizacje, syjonistyczne i inne, a my młodzi spotykaliśmy się na Marysinie i marzyliśmy o innej rzeczywistości...

W miejscach pracy było nas wielu niepełnoletnich. Trzymaliśmy się razem i dyskutowaliśmy, czytaliśmy książki i próbowaliśmy się uczyć sami, ponieważ szkoły były nieczynne. Próbowaliśmy nawzajem dodawać sobie otuchy, pomimo tej straszliwej sytuacji.


Czy byliście zupełnie odcięci od zewnętrznego świata?

Zaraz na początku można było zbiec. Część zbiegła w kierunku Związku Sowieckiego, lecz prawie wszystkie rodziny chciały być razem. Kilka pojedynczych osób, których praca była ważna dla Niemców, dostało pozwolenie, by pod nadzorem pracować w Łodzi poza terenem getta. Getto zostało całkowicie izolowane 30 kwietnia 1940 roku i wtedy było już za późno by próbować przedostać się na zewnątrz. Naturalnie, zdarzały się osoby, które miały polskich przyjaciół i ci mogli ukrywać ich przez jakiś czas, lecz ukrywanie Żydów było jednoznaczne z karą śmierci i było trudno ukryć całą rodzinę. Ale byli Polacy, którzy dla ratowania Żydów ryzykowali swoje własne życie.


Czy wiedziano co działo się w getcie i w otaczającym świecie? Czy była prasa, telefon, radio?

Na początku były żydowskie gazety, które drukowano i które wychodziły tylko w getcie, lecz po krótkim czasie zaprzestali je wydawać. Kontakt ze światem zewnętrznym był zabroniony i karany śmiercią.

Aparaty radiowe, które zabrano ze sobą do getta zostały skonfiskowane. Było kilka osób, które nie oddały swoich aparatów i w tajemnicy słuchały np. BBC. Wybranym osobom przekazywali oni informacje o ruchach na froncie niemieckim, zwycięstwach i porażkach. Pewnego dnia ci ludzie zostali wykryci i aresztowani. Powieszono ich publicznie celem zastraszenia.

Prywatnych telefonów nie można było posiadać, komunikacja w getcie działała poprzez ogłoszenia i rozporządzenia. Ponadto krążyły rozmaite pogłoski. Byliśmy całkowicie odizolowani.

Pojedynczym osobom udało się zbiec, ale nawet jeśli oni informowali świat o naszym strasznym losie, to i tak nikt nie zareagował by nas ratować.

Dzisiaj znane są dokumenty o tym, że sprzymierzeńcy wiedzieli o fabryce śmierci w Auschwitz. Mogli byli zbombardować tory kolejowe prowadzące do obozu, lecz tego nie zrobili. To jest bolesny fakt.

Naziści wykonali swoje plany, mimo że na koniec pojęli, że przegrali wojnę. Nasz transport do Auschwitz–Birkenau odszedł późno, dopiero w sierpniu 1944 roku. Wtedy jeszcze w Litzmannstadt Ghetto żyło 70 000 ludzi.


Czy Czerwony Krzyż lub inne podobne organizacje dokonywały inspekcji getta?

Z Czerwonego Krzyża lub innych organizacji nie przyszedł nikt. Zdarzały się inspekcje ze strony niemieckiego wojska. Nagle zjawiały się różne niemieckie komisje i Gestapo. Ich przyjście szerzyło lęk. Po każdej takiej wizycie wzrastał terror.


Czy mogłabyś opowiedzieć o KRIPO?

W samym getcie istniała Kriminalpolizei, KRIPO. Nagle można było otrzymać nakaz wstawienie się do KRIPO. Poprzez bicie i wymuszanie pytano np. czy schowało się jakieś wartościowe rzeczy lub pieniądze. Mój ojciec został wezwany na przesłuchanie, został pobity i musiał się przyznać, że ukrył wartościowe przedmioty i pieniądze.

Załączam tutaj zaprzysiężone zeznanie świadka, które po wojnie zostało złożone do rządu niemieckiego:

"Pani ojciec, Majer Lemel Maroko zmarł (---) z głodu, znęcania się nad nim i niedożywienia. Już wcześniej był wyniszczony po tym, gdy został kilkakrotnie wezwany do niemieckiej policji kryminalnej przy Placu Kościelnym. Tam był przesłuchiwany przez komendanta Suttera i maltretowany. (---) Pani (Malka) pracowała w oddziale zakładu rymarskiego."

Kriminalipolizei i Sonderkommissariat Ghetto oraz Gestapo, pod komendą G. Fuchsa i G. Müllera, były odpowiedzialne za administrację i pilnowanie getta oraz za stosowanie terroru wobec ludności getta.


Czy kiedykolwiek, gdy mieliście coś do czynienia z Niemcami, okazali wam oni trochę ludzkich cech?

Byłi twardzi jak kamień. Strach i hałas ich maszerujących butów, ich wrzask, karabiny, którymi grozili i których używali.


Czy można było mieć jakikolwiek kontakt z niemieckim żołnierzem?

Nie, człowiek nie odważyłby się, ze strachu, że mógłby od razu zostać zastrzelony. Podczas późniejszych transportów z różnych obozów pamiętam tylko jednego żołnierza, który okazał wyrozumiałość, gdy tłoczyliśmy się wszyscy w przepełnionych wagonach towarowych, w których otwarte były tylko rozsuwane drzwi. Nie reagował, gdy ludzie wychodzili za własną potrzebą na zewnątrz, lub niekiedy czynili to na podłodze, i nikt nie został zastrzelony podczas tego transportu.


Czy zechciałabyś opowiedzieć o tzw. Radzie Żydowskiej?

Na rozkaz Niemców założono tzw. Radę Żydowską, za którą był odpowiedzialny Älteste Chaim Mordechaj Rumkowski. Dostał rozkaz aby wybrać 31 osób do Rady Żydowskiej, tzw. Beiratu. Już 1 listopada 1939 roku całą tę radę wywieziono przez Bydgoszcz do obozu i utworzono nową radę, która w całości była zamianowana przez Gestapo.

Jedynie ci, którzy pracowali dla przemysłu wojennego mogli otrzymać dodatkowe karty na przydział żywności. Została zorganizowana administracja żydowska. Utworzono żydowską policję porządkową, która była uzbrojona w drewniane pałki. W sprawach religijnych decydował rabinat.

Niektóre instancje w getcie mogły stwarzać pozory samorządu. "Samorząd" został zorganizowany, by dostarczać taniej siły roboczej dla niemieckiego przemysłu wojennego. Niemcy potrzebowali siły roboczej z getta, ponieważ niemieccy mężczyźni zostali powołani do wojska.

Całe getto było jak obóz pracy. Starzy i młodzi, wszyscy byli zmuszeni pracować aby móc otrzymać kartę przydziałową i kupony na żywność. To było konieczne by przeżyć; wszyscy musieli być użyteczni dla Niemców.


Opowiedz coś o Chaimie Rumkowskim?

Urodził się w Ilino na Białorusi w roku 1877. Swoją karierę rozpoczął jako przemysłowiec, lecz bez powodzenia. Później zaczął interesować się zagadnieniami socjalnymi, szczególnie dotyczącymi opieki nad dziećmi. Dopomógł w założeniu znanego domu dla sierot w Helenówku, niedaleko Łodzi. Od 1931 roku był pełnomocnikiem w Związku Żydowskim i przewodził frakcji syjonistycznej w Łodzi. Podczas okupacji, w Łodzi zmieniono pełnomocnika i na rozkaz Niemców założono Radę Żydowską, z Rumkowskim jako Älteste. Nominacja ta była przymusowa i nie mógł odmówić. Jego odpowiednik w getcie w Warszawie, Adam Czerniakow, zażył truciznę kiedy został zmuszony do zestawiania list deportacyjnych.


Czy Rumkowski był szanowanym człowiekiem?

Rumkowski był bardzo kontrowersyjną osobą. Niektórzy w getcie uważali, że był bezkrytycznym stronnikiem Niemców i nienawidzili go. Inni widzieli w nim wyzwoliciela Żydów w getcie, który dzięki swojej zdolności pertraktowania z katami stworzył przemysł i możliwość pracy, co Niemcy uważali za ważne i co czasowo opóźniało deportacje. W getcie krążyły o nim paszkwile.

Niezależnie od tego jakie miało się zdanie o nim, to na pewno chciał on uratować tylu Żydów, ile było możliwe. Jest faktem, że getto w Łodzi istniało dłużej niż którekolwiek z innych.

Pod koniec sierpnia 1944 roku Hans Biebow, który był władcą wszystkich żywych i umarłych w getcie, rozkazał wywieźć brata Rumkowskiego, Józefa, jednym z ostatnich transportów z getta. Rumkowski nie chciał rozstać się ze swoim bratem i wybrał towarzyszenie mu do Auschwitz, gdzie został zagazowany. Czy znał los, jaki czekał tych, których wysyłano z getta – tego nie wiedział nikt.


Czy intelektualiści mieli jakieś specjalne przywileje z uwagi na swoją wiedzę?

To zależało od tego, czy byli również praktyczni i potrafili przystosować się w getcie. Była w getcie tylko jedna grupa, która była uprzywilejowana. Byli to członkowie Rady Żydowskiej, którzy dostawali specjalny przydział żywności dla siebie i swoich rodzin.


Czy uważano ich za odstępców i zdrajców, czy też uważano, że oni spełniali konieczne zadanie?

Zdania były podzielone, lecz potrzeba była tak ogromna, ludzie robili co tylko się dało aby tylko przeżyć. Sytuacja była skrajna, i wielu ludzi uważało ich za zdrajców, którzy wykorzystali okazję aby polepszyć swoją sytuację życiową. Naturalnie, oni też byli naciskani; oni i ich rodziny, które wierzyły że się uratują, zostali także oszukani.


Jak patrzono na żydowską policję porządkową?

Żydowską policję porządkową nienawidzono w getcie. Wykonywała rozkazy Niemców z wielką brutalnością. Byli uzbrojeni w drewniane pałki. Na koniec i oni i ich rodziny musiały stawić się do wywózki.


Kiedy rozpoczęły się deportacje z getta?

Ludność z getta wywożono do obozów zagłady przez cały czas. Ludność getta dziesiątkowano nieprzerwanie poprzez głód i terror i przez wywózki, mimo że przybywało Żydów przymusowo przesiedlanych z różnych miejsc w Niemczech, Austrii i Luxemburgu.


Czy znano cel deportacji?

Byli ludzie, którzy wiedzieli, lecz nie było żadnego odwrotu. Człowiek był uwięziony w ogrodzeniu. Tylko niewielu zdołało uniknąć wywózki dlatego, że się ukrywali.

Była też mała liczba osób, które były dokładnie poinformowane, lecz które nie chciały odłączyć się od rodziny. Byłam tylko młodą dziewczyną i nawet w mojej najdzikszej fantazji nie mogłam sobie przedstawić, że byliśmy skazani na śmierć.


Czy zastanawiano się jak to wszystko miało się skończyć?

Cały czas pojawiały i krążyły różne pogłoski. Nie wiedziałam, że getto było pierwszym stopniem do zagłady Żydów.

Pamiętam jak szerzyły się pogłoski. Ludzie wybiegali na ulice i cieszyli się, gdyż wierzyli, że Rosjanie byli już blisko Łodzi i że będziemy uratowani. Lecz niestety pogłoska okazała się fałszywa.


Czy zechciałabyś opowiedzieć o Kronice Getta w Łodzi?

Chaim Rumkowski, przewodniczący Rady Żydowskiej, powołał specjalny oddział, którego zadaniem miało być zapisywanie różnych wydarzeń, które rozgrywały się w getcie oraz prowadzenie kroniki o pogodzie, przydziałach żywności, zgonach i innych wydarzeniach.

W ten sposób powstała Kronika Getta. Tytuł oryginalny brzmi Kronika Getta Łódzkiego. Kronika Getta była i jest jednym z najważniejszych oryginalnych dokumentów, które zostały zachowane w Polsce dla przyszłych pokoleń. Kronikę uratowano dzięki staraniom m. in. Nachmana Zonabenda. Została zestawiona przez Danutę Dąbrowską i Lucjana Dobroszyckiego, a Adam Leśniewski ją zilustrował. Język Kroniki jest tajemniczy i towarzyszy mu pewien szyfr. Dlatego, na przykład, nie zawsze podawało się zwyczajną przyczynę śmierci w getcie, mianowicie głód.

Władze niemieckie mogły w każdej skontrolować, czy aby nie opisano rzeczywistych warunków z ich prawidłowymi nazwami. Dlatego wypowiadano się ostrożnie. Wielu popełniło samobójstwo, lecz rzadko podawano to jako przyczynę śmierci. Kronikę pisano po polsku i po niemiecku. Poniżej podaję parę wypisów z kilku biuletynów:

Poniedziałek, 20 lipca 1942 r.
Pogoda: Dżysto. Niebo całkowicie pokryte chmurami. Rano padał deszcz. Maksymalna temperatura nie sięgała 20 stopni.

Zgony i porody: Dzisiaj w getcie zmarło 49 osób. Porodów nie zarejestrowano.

Aresztowania: Za kradzież trzy osoby, za opór i za inne wykroczenia pięć.


1 – 14 września 1942 r.
Żadnych zgłoszeń o zakaźnych chorobach i infekcjach.

14 września administracja chorych zgłosiła bowiem do władz niemieckich, że z uwagi na ewakuację z getta 14 września, szpital i pogotowie były zamknięte w okresie od 1 do 14 września.

Żaden chory człowiek, nawet jeśli był śmiertelnie chory, nie odważyłby się zgłosić jako chory do urzędu, gdyż wszyscy, łącznie z chorymi, byli przymusowo ładowani na ciężarówki celem wywiezienia. Dlatego nie było żadnych zgłoszeń o chorobach zakaźnych i infekcjach a urzędy mogły zameldować, że nie nadeszły żadne nowe zgłoszenia o chorobach zakaźnych ani infekcjach.


Jak długo istniało getto? Czy istniało aż do zakończenia wojny? Czy byli ludzie, którzy mieszkali i przeżyli w getcie aż do końca wojny?

Kilkaset osób przeżyło. Getto istniało od listopada 1939 do sierpnia 1944 r. W sierpniu 1944 Armia Czerwona stała tylko 120 km od wschodniego brzegu Wisły i wyczekiwała końca polskiego powstania przeciwko Niemcom w Warszawie. Powstanie w warszawskim getcie w 1943 roku było już dawno stłumione, a Warszawa leżała w gruzach. W tym samym czasie 70 000 Żydów nadal żyło w Litzmannstadt Ghetto. Właśnie w sierpniu rozpoczęto końcową likwidację getta. Wszystkich deportowano poprzez Radogoszcz, która była stacją w odległości spaceru od getta. Stamtąd szły transporty do Auschwitz-Birkenau.


Co pozostało z getta w momencie oswobodzenia 19 stycznia 1945 roku?

Kiedy Armia Czerwona wyzwoliła Łódź, w Litzmannstadt Ghetto było 877 ludzi pozostałych przy życiu. Szef getta, Biebow, nie zdążył jeszcze skazać ich na śmierć. Z tych pozostałych, 600 należało do tzw. Aufräumungskommando, którego zadaniem było posprzątanie po nas, którzy zostaliśmy wywiezieni. Dla kierowników tego sprzątania zostały już wykopane na żydowskim cmentarzu duże rowy. Na rozkaz Hansa Biebowa, mieli zostać rozstrzelani, gdy już wszystko zostanie już uprzątnięte. Dodatkowo, wyszła z ukrycia pewna liczba osób, które ukrywały się od czasu ostatniej wywózki. Razem było ich 877 – pozostałych przy życiu.

(Po wojnie złapano Hansa Biebowa i za jego przestępstwa skazano na śmierć przez powieszenie w Łodzi w 1947 roku.) Tam, gdzie pomiędzy 1940 i 1944 rokiem istniało żyjące miasto z około 200 000 Żydów, teraz zostało tylko jedno wielkie miasto duchów.

Zadaję sobie często pytanie: "Jak to wszystko mogło się wydarzyć?"


Czy mogłabyś opowiedzieć jak to się stało, że opuściłyście getto?

Wraz z Renią mieszkałyśmy wtedy w tym samym domu co rodzina Freund. Najpierw zostałyśmy wysłane do Marysina, w pobliże cmentarza, i mieszkałyśmy tam w jednym pokoju. Myślę, że było nas ponad dwadzieścia osób, m. in. mama Romana, Witek, Franka, my dwie i wielu, wielu innych. Wysłano nas do Radogoszczy, gdzie była stacja kolejowa, z której odchodziły wszystkie transporty kolejowe do Auschwitz i innych obozów koncentracyjnych. Ktoś ze starszych w rodzinie Freund znał jakiegoś wyższego urzędnika, z którym porozmawiał i załatwił tak, że mogłyśmy wrócić z powrotem. W tym czasie deportowano inne grupy, całe zakłady pracy, wszystkich; w końcu i na nas przyszła kolej. Byłyśmy zmuszone znowu stawić się w Radogoszczy. Mogłyśmy zabrać z sobą bagaż ręczny, najważniejsze co posiadałyśmy, kilka fotografii, trochę chleba (gdyż miałyśmy nieco chleba, który Renia zaoszczędziła). Ustawiłyśmy się w rzędzie z innymi i poszłyśmy pieszo do Radogoszczy, która znajdowała się wewnątrz ogrodzenia poza gettem. Było niemożliwością żeby uciec, byliśmy pilnowani przez cały czas. Wokół stacji trwała gorączkowa działalność.

Weszłyśmy do jednego z podstawionych wagonów bydlęcych, cała rodzina Freund, Renia, Franka i ja, rodzina Grawe, która znała się z rodziną Freund. W jednym rogu stało wiadro dla potrzeb własnych, a w drugim rogu siedział człowiek z wiadrem z namiastką kawy i wodą. Nigdy go wcześniej nie spotkałam. Jak tylko weszłyśmy do wagonu, zaryglowano drzwi od zewnątrz. W wagonie były zakratowane okna, tak by mogło wpaść trochę powietrza.

Kiedy wszyscy usiedliśmy na podłodze i pociąg ruszył, mężczyzna zaczął rozdzielać kawę, mówiąc do nas: teraz już możecie wiedzieć, że przyjedziecie do takiego miejsca, gdzie wszystko będzie inne, nastaną inne czasy. To było tak, jakby on chciał nam dać do zrozumienia, co miało się wydarzyć.

Podróż trwała kilka godzin, a mnie wydawało się jakby trwała całą wieczność. Kiedy docisnęłam się do okienka i spojrzałam na zewnątrz, zobaczyłam przed sobą kwitnące, letnie pole.

Pociąg zatrzymał się i byliśmy na miejscu w Auschwitz–Birkenau. Tutaj kończyły się tory kolejowe.

Podczas podróży wszyscy rodzice trzymali swoje dzieci i swój dobytek blisko siebie, a kiedy wyszliśmy z wagonów powstała znowu gorączka.

Tam zjawili się tędzy ludzie ubrani w pasiaki. Dla nas, którzy byliśmy głodni i wychudzeni, wyglądali oni jak wielkoludy.

Niemcy stali uzbrojeni i krzyczeli abyśmy się pośpieszyli. Chcieliśmy zabrać z sobą nasze torby, lecz oni krzyczeli do nas, żebyśmy zostawili wszystko na rampie, tam gdzie wyszliśmy z pociągu. Zostaliśmy podzieleni, mężczyźni osobno, kobiety i dzieci osobno. Jeden żołnierz dzielił później nas, kobiety: jedna część poszła w prawo, druga część w lewo.

Starsi, słabe kobiety i dzieci poszły w jedną stronę, a inni w drugą stronę. W tym narastającym zamieszaniu zgubiłyśmy tych drugich. Zostałyśmy wpędzone do jakiegoś baraku, gdzie musiałyśmy rozebrać się do naga i zostawić całe nasze ubranie. Powiedzieli nam, że później otrzymamy je z powrotem. Musiałyśmy się pospieszyć, by odebrać mydło i ręcznik i pójść pod natrysk, gdyż miałyśmy później pracować. To było tak ustawione, by nas oszukać, abyśmy uwierzyły, że miałyśmy pracować. To była zasadzka, gdyż starszych, słabych i wszystkie dzieci natychmiast zamknięto w komorze gazowej.

Wszystkie inne tłoczyły się razem w innym pomieszczeniu; tam było tak ciasno, tak było napakowane wewnątrz. Musiałyśmy przechodzić z rękoma wyciągniętymi do góry i po całkowitym ostrzyżeniu włosów i owłosienia zostałyśmy umyte pod natryskiem. Po umyciu, znaleźliśmy się w innym pomieszczeniu, gdzie stał Mengele. Dokonywał inspekcji, stałyśmy z rękoma wyciągniętymi w górę, a on robił selekcję przez wskazaniem ręką raz w prawo i raz w lewo. Poszłam pierwsza i Renia powiedziała mi abym się uśmiechała. Bóg musiał nam pomóc, gdyż byłyśmy razem wszystkie, Renia, Franka i ja, a on pokazał w tym samym kierunku – ale po jakiej stronie znalazłyśmy się – wtedy nie rozumiałyśmy tego. Po jakimś czasie, który był jak wieczność, zostałyśmy wyrzucone. Stałyśmy nagie na dworze i czekałyśmy aż mogłyśmy wejść do jeszcze innego pomieszczenia, gdzie leżała cała góra butów. Tam włożyłyśmy stare buty i ubrałyśmy się w stare łachmany i później poszłyśmy na plac apelowy, miejsce sprawdzania obecności, które wyglądało jak sterylne pole, gdzie nic nie rosło.

Prawie nie mogłyśmy się poznać – Renia, Franka i ja – tak zmieniłyśmy się po zgoleniu włosów.

Rozkazano nam abyśmy usiadły na podłodze i podzieliły się jednym garnkiem zupy, czy co to tam było, na pięć osób. Następnie była zbiórka i maszerowałyśmy w szybkim tempie, które stale zwiększało się. Wtedy zaczął boleć mnie brzuch, miałam biegunkę i wymiotowałam. Nie było mowy o zatrzymaniu się, tak, że zwymiotowałam na siebie podczas tego biegu marszowego. Miałam wprawdzie obok siebie Renię i Frankę, lecz z martwym wyrazem twarzy czułam się tak, jakbym była w drodze na „drugą stronę.”

Zagłuszyłam w sobie niektóre szczegóły, ale pamiętam, że później zebrali nas na innym placu apelowym. Nie pamiętam ile godzin tam przesiedzieliśmy w spiekocie. Nie pamiętam, co się działo. Pamiętam tylko, że później siedziałyśmy w innym miejscu na ziemi, kilka tysięcy kobiet, i znowu tysiące daleko, jak tylko oko mogło sięgnąć. Tam powiedziano nam, że potrzebna jest siła robocza do fabryki amunicji. Niemcy potrzebowali broni i darowali nam życie, abyśmy mogły tam pracować jak niewolnice. Nazwisko Franki, Działowska, zostało wyczytane pierwsze i wszystkie trzy wstałyśmy. Moje i Reni nazwisko było Maroko, lecz my nie miałyśmy żadnych dowodów tożsamości, więc nikt tego nie wiedział.

To było straszne uczucie tak być zupełnie bez tożsamości. Nie wiem, kto to wymyślił, lecz ten człowiek na pewno pójdzie do piekła. Tak czy inaczej, wstałyśmy wszystkie trzy i pogonili nas pałkami do torów kolejowych, gdyż trzeba było śpieszyć się do pracy.

To wszystko musiało trwać cały dzień, gdyż przypominam sobie, że kiedy stałyśmy na placu apelowym, zobaczyłam nowy transport z getta, i wydaje mi się, że dostrzegłam Rumkowskiego, z tymi białymi włosami, schodzącego z rampy. Wszyscy ci, których wcześniej wysłał w tę drogę, czekali na niego – mówiono później.

Zostałyśmy zapędzone do wagonu bydlęcego do przetransportowania do Langenbielau, niedaleko Breslau, gdzie była fabryka amunicji. To był obóz pracy, a nie obóz zagłady. Znajdowałyśmy się w stanie szoku, po tym wszystkim czego doświadczyłyśmy, wszystkim co wydarzyło się w takim pośpiechu. W Langenbielau musiałyśmy pracować, lecz ostatecznie dostałyśmy jedzenie.

Później przyszłyśmy do obozu koło Breslau, który nazywał się Hundsfeld, gdzie pracowało się dzień i noc, by nie zatrzymywać produkcji. W fabryce tej pracowali również Francuzi. Im było trochę lepiej, więc czasami dostawałyśmy od nich trochę chleba. Renia, jak się okazało, radziła sobie dobrze z maszynami, przy których pracowałyśmy, chodziła dokoła po całej hali i przychodziła często do mnie, do mojego stanowiska pracy, gdzie sztancowałam blachę. Poklepywała mnie i mówiła, żebym troszczyła się o moje ręce i żebym nie zasnęła.

Później zostałyśmy wywiezione, jeszcze raz razem. Szłyśmy długimi marszami śmierci, pięć na na pięć w rzędzie, prawie bez ubrania, tylko w drewniakach na nogach. Nasze koce były sztywne od mrozu. Najwięcej szłyśmy nocą, niekiedy poprzez małe, idylliczne niemieckie miasteczka, gdzie ktoś niekiedy wyrzucał nam trochę chleba. Miałyśmy strażników, którzy pilnowali nas przez cały czas. Na poboczach dróg leżały ludzkie zwłoki. Najpierw przyszliśmy do jakiegoś obozu pracy, lecz później znaleźliśmy się w Gross-Rosen.


Dlaczego musieliście tak przemieszczać się wokoło?

Przyszłyśmy do obozu pracy aby być wykorzystane do niewolniczej pracy. Przenosili nas dokoła ponieważ zbliżali się alianci. Niemcy nie byli zainteresowani tym, by alianci uratowali nas żywych, dlatego przeganiali nas z miejsca na miejsce. Nie wszystko było przemyślane do końca, lecz zamiarem Niemców było, by ostatecznie nas zgładzić. Cały czas miałyśmy nadzieję, że to, co stało się z nami w getcie, kiedy straciłyśmy były nasze rodziny, to było to już najcięższą stratą jaka nas spotkała. W tych obozach, do których się dostałyśmy, sytuacja była coraz trudniejsza. Gross-Rosen było wielkim obozem koncentracyjnym, jak duże miasto, gdzie, gdy przyszłyśmy, kilka tysięcy martwych i umierających leżało w baraku na podłodze. Każdorazowo, kiedy miałyśmy być ewakuowane do nowego obozu, Niemcy zabierali chorych i słabych, którzy już nie mieli dość sił, aby iść, związywali ich razem i zostawiali na dworze, na mrozie, albo wysadzali w powietrze.

To oznaczało, że trzeba było próbować przeżyć. Przypominam sobie, że od czasu do czasu wieźli nas pociągiem. Pewnego razu znajdowaliśmy się niedaleko Hamburga, gdy usłyszeliśmy alarm lotniczy. Nasi strażnicy pozamykali drzwi do wagonu, lecz nie wszystkie, i pobiegli do lasu ukryć się. Bomby były również zrzucane na tory, więc część ludzi wyskoczyła z pociągu. Niektórzy wpadli w histerię i zaczęli krzyczeć. Jakaś kobieta miała na sobie spódnicę, którą absolutnie chciała mieć ze sobą, niezależnie od tego co miałoby się stać. Zobaczyłam przez okno, że z samolotu zrzucono ulotki. Było ciemno, podeszłam do drzwi wagonu, które można było otworzyć, wybiegłam na peron i chwyciłam jedną ulotkę. Strażnicy leżeli ukryci w lesie, dlatego odważyłam się wyjść na zewnątrz. Na ulotce było napisane po niemiecku, że alianci byli w drodze i że nie należy się opierać.

Z natury nigdy się nie bałam i przypominam sobie, jak podczas pewnego transportu nie mogłam jechać z Renią i Franką, lecz w wagonie, w którym nikogo nie znałam. Podeszłam do żołnierza i poprosiłam go płacząco, aby je odnalazł. Wiedział, że nie mogłam wyskoczyć z wagonu, toteż pozwolił mi odszukać moje siostry i dalej mogłam jechać razem z nimi.

Z Gross-Rosen przyszłyśmy do obozu w Mauthausen, w Austrii. Pamiętam jak maszerowałyśmy nocami poprzez bardzo piękne tereny. Samo miasto leżało u stóp góry, w cudownym otoczeniu. Był to taki kontrast między nami a tym pięknym miejscem, z pięknymi domami i ogrodami. Strażnicy pędzili nas serpentynowymi drogami do obozu, który był położony wysoko w górze.


Czy na koniec chciałabyś powiedzieć jeszcze coś więcej?

Jakkolwiek od zakończenia wojny, bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, naszego oswobodzenia, minęło ponad 50 lat, to jednak moje wspomnienia są tak samo bolesne, jak były bezpośrednio po wojnie. Myślę o wszystkich naszych ofiarach i o naszej solidarności, która nas ratowała wiele razy. Jednocześnie jestem nieskończenie wdzięczna, że otrzymałam tak fantastyczny dar jakim jest życie i widzę to jako dar od Boga.

Czy ma się siłę słuchać o tych wszystkich straszliwych wydarzeniach? Według mnie, należy je ukazać i opowiedzieć o tym. Zagłada i obozy koncentracyjne są częścią naszej współczesnej historii. Naziści zbudowali je by mordować i zgładzić inne narody.

Ci, którzy przeżyli, i nie tylko ci, lecz cała ludzkość musi być świadoma tego i pamiętać to zorganizowane wytępienie Żydów, Polaków, Cyganów i innych grup narodowościowych, które Gestapo, SS, Schupo i inne nazistowskie formacje świadomie przeprowadzały. Te wydarzenia muszą być przypominane i opowiadane od nowa w każdym następnym pokoleniu, tak by zapobiec ich powtórzeniu się.


©   Mala Maroko Freund   1997


Przekład z szwedzkiego:
Barbara Kobos Kamińska
2003

Dokumentalne fotografie z Getta w Łodzi






Mala i Renia Maroko Freund, 1949.
Mala Maroko Freund, urodziła się 1 września 1926. Jako dziewczynka, z rodziną w listopadzie 1939 została deportowana do łódzkiego getta. W getcie zmarli z głodu jej rodzice i większość rodziny. 28 sierpnia 1944 z siostrą i szwagierką została wywieziona do obozu śmierci Auschwitz-Birkenau, skąd wkrótce wywieziono je do kilku po kolei obozów pracy w Niemczech, a na końcu do Bergen-Belsen. 15 kwietnia została wyzwolona przez armię brytyjską. 14 czerwca 1945 przyjechała transportem Szwedzkiego Czerwonego Krzyża do Malmö w Szwecji. W Szwecji założyła rodzinę. Mieszka w pobliżu Sztokholmu.








Copyright © 1997-2004 Zwoje