
SPRAWOZDANIE DLA AKADEMII
Ein Bericht für eine Akademie
FRANZ KAFKA
- Dostojni Akademicy!
Czynicie mi zaszczyt, panowie, wzywajac abym dostarczyl Akademii sprawozdania z przeszlosci malpiej.
Nie umiem niestety zadoscuczynic temu wezwaniu tak, jak zostalo ono sformulowane. Blisko piec lat dzieli mnie od mego zycia malpy, czas byc moze krotki w kalendarzu, ale nieskonczenie dlugi, gdy sie go spedza na bieganiu tu i tam, jak ja to robilem czasami, wsrod znakomitych ludzi, dobrych rad, oklaskow, muzyki orkiestr; lecz w gruncie rzeczy sam, gdyz cale towarzystwo, aby miec pelny obraz, trzymalo sie z daleka od bariery.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Nie podolalbym temu, gdybym uparcie trzymal sie mego pochodzenia i wspomnien mlodosci. Pierwszym nakazem, jaki sobie postawilem, bylo wlasnie zaniechanie wszelkiego uporu; ja, wolna malpa, poddalem sie temu jarzmu.Wskutek tego moje wspomnienia zacieraly sie coraz bardziej. Na poczatku moglem jeszcze powrocic, gdyby ludzie tego zechcieli, przez wielka brame, ktora niebo tworzy nad ziemia, lecz rownoczesnie z moimi przyspieszanymi batem postepami, brama ta stawala sie coraz nizsza i wezsza, w swiecie ludzi czulem sie coraz lepiej i coraz bardziej bylem z nim zespolony; burza, dmaca z mojej przeszlosci, uspokajala sie; dzis jest to juz tylko przeciag, ktory chlodzi mi piety, i otwor w oddali, ktorym powietrze wieje i przez ktory ja sam niegdys przybylem.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Stal sie tak maly, ze gdyby w ogole starczylo mi sil i woli, by tam z powrotem pobiec, zdarlbym sobie skore z ciala, chcac sie przezen dostac. Mowiac szczerze – choc chetnie dobywam obrazow dla wyrazenia tych rzeczy – mowiac szczerze: wasza malpia egzystencja, panowie, jezeli macie cos takiego w swej przeszlosci, nie moze byc bardziej odlegla od was – niz moja jest ode mnie. Lecz lechce ona w piety kazdego, kto tu chodzi po ziemi: zarowno malego szympansa, jak wielkiego Achilla.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
W najbardziej zaciesnionym sensie moge jednak, byc moze, odpowiedziec na wasze zapytanie, i czynie to nawet z wielka radoscia. Pierwsza rzecza, ktorej sie nauczylem, bylo podanie reki; podanie reki oznacza szczerosc; niechze wiec dzis, gdy znajduje sie na szczycie kariery, temu pierwszemu podaniu reki towarzyszy takze szczere slowo. Nie przyniesie ono Akademii niczego istotnie nowego i pozostanie bardzo dalekie od tego, czego sie ode mnie zada i czego mimo najlepszej woli nie umiem powiedziec; jednakze wskaze ono droge, ktora dawna malpa przedostala sie do swiata ludzi, i sposob, w jaki sie w nim utwierdzila.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Ale z pewnoscia nie smialbym powiedziec nawet tego, co nastapi, gdybym nie byl zupelnie pewny siebie i gdyby moja pozycja na wszystkich scenach kabaretowych cywilizowanego swiata nie umocnila sie do tego stopnia, ze nic nie potrafi nia zachwiac.Pochodze ze Zlotego Wybrzeza. Co do sposobu, w jaki mnie tam schwytano, musze polegac na obcych informacjach. Ekspedycja lowiecka firmy Hagenbeck – z jej kierownikiem oproznilem zreszta od tego czasu niejedna butelke dobrego czerwonego wina – lezala na stanowisku w nadbrzeznych zaroslach, gdy pewnego wieczora szedlem do wodopoju w srodku stada. Dano ognia; ja jeden tylko zostalem trafiony, otrzymalem dwie kule.
Jedna w policzek, rana byla lekka, zostawila mi jednak duza czerwona blizne bez siersci, ktora zjednala mi przydomek Czerwony Piotrus – przydomek odpychajacy, zupelnie niewlasciwy i wynaleziony przez prawdziwa malpe – tak, jakbym tylko przez te czerwona plame na policzku odroznial sie od malpiego zwierzaka Piotrusia, ktory zdechl ostatnio i tu i owdzie byl znany. To nawiasem.
Druga kula trafila mnie ponizej biodra. To byla ciezka rana i ona temu winna, ze jeszcze dzisiaj troche kuleje. Czytalem ostatnio w artykule jednego z dziesieciu tysiecy psow gonczych, ktore wypuszczono na mnie w dziennikach, ze moja natura malpy nie zostala jeszcze zupelnie stlumiona i ze dowodem tego jest fakt, ze gdy przyjmuje wizyty, ze szczegolnym upodobaniem sciagam spodnie, aby pokazac ow slad od kuli. Temu drabowi powinno sie odstrzelic jeden po drugim palce reki, ktora to napisal. Co do mnie, moge zdejmowac spodnie przed kazdym, przed kim mi sie podoba; kazdy znajdzie tam tylko wypielegnowana siersc i blizne – wybierzmy tu do okreslonego celu okreslone slowo, ktore jednak nie powinno byc zle zrozumiane – blizne po zbrodniczym strzale.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Wszystko lezy jak na dloni, nie ma niczego do ukrywania; gdy chodzi o prawde, kazdy wielki mysliciel odrzuca najwykwintniejsze maniery. Gdyby natomiast ow skryba zdjal spodnie w czasie wizyty, wszystko by oczywiscie wygladalo inaczej, i to, ze tego nie robi, chce uznac za oznake rozsadku. Ale wobec tego niechze mi da spokoj ze swoim taktem.Po owych strzalach obudzilem sie – i tutaj rozpoczynaja sie stopniowo moje wlasne wspomnienia – w klatce na miedzypokladzie parowca Hagenbecka. Nie byla to klatka o czterech scianach z krat; byly tam raczej tylko trzy sciany, przymocowane do jakiejs skrzyni; skrzynia tworzyla wiec czwarta sciane.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Calosc byla zbyt niska, aby stac, a zbyt waska, aby usiasc. Tkwilem wiec przykucniety ze zgietymi i wiecznie drzacymi kolanami i w dodatku zwrocony twarza do skrzyni – gdyz poczatkowo prawdopodobnie nie chcialem nikogo widziec i pragnalem pozostawac w ciemnosci – a z tylu prety klatki wpijaly mi sie w cialo. Uwaza sie, ze tego rodzaju postepowanie z dzikimi zwierzetami jest w poczatkowym okresie korzystne, i dzisiaj, po moim doswiadczeniu, nie moge zaprzeczyc, ze z ludzkiego punktu widzenia jest tak rzeczywiscie.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Lecz wtedy nie myslalem o tym. Po raz pierwszy w zyciu znajdowalem sie w polozeniu bez wyjscia; przynajmniej nie bylo go wprost przede mna; wprost przede mna byla skrzynia, deska z deska solidnie zbite. Miedzy deskami przebiegala co prawda szczelina, ktora zaraz po jej odkryciu powitalem glupim radosnym wyciem, lecz nie wystarczala ona nawet na przesuniecie ogona, przy uzyciu calej malpiej sily nie dala sie rozszerzyc.Jak mi pozniej mowiono, robilem podobno niezwykle malo halasu, z czego wnoszono, ze albo wkrotce zdechne albo, jesli uda mi sie przezyc okres krytyczny, stane sie bardzo zdatny do tresury. Przezylem ten okres.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Gluchy szloch, bolesne szukanie pchel, zmudne lizanie orzecha kokosowego, opukiwanie sciany klatki, pokazywanie jezyka, gdy ktos sie zblizal – takie byly pierwsze zajecia w moim nowym zyciu. Ale w tym wszystkim jedno tylko uczucie: nie ma wyjscia. Nie umiem oczywiscie dzisiaj odtworzyc ludzkimi slowami tego, co czulem wtedy jako malpa, i dlatego to znieksztalcam, ale jakkolwiek nie potrafie juz odnalezc dawnej malpiej prawdy, lezy ona przynajmniej w kierunku, w jakim zmierza moj opis, co do tego nie ma zadnej watpliwosci.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Mialem dotychczas tyle wyjsc, a teraz ani jednego. Bylem zlapany. Gdyby mnie przykuto, moja swoboda juz by sie przez to nie zmniejszyla. I dlaczego? Obgryz sobie az do krwi pazury, a nie znajdziesz powodu. Wcisnij sie plecami w krate, az cie przetnie prawie na dwoje, nie znajdziesz powodu. Nie mialem wyjscia, ale musialem je sobie stworzyc, gdyz nie moglem bez niego zyc.Pozostajac ciagle przy tej scianie skrzyni – na pewno bym zdechl. Ale u Hagenbecka trzyma sie przy scianie malpy – a wiec dobrze, przestane byc malpa. Jasne, piekne rozumowanie, ktore musialo wylegnac sie jakos w mym brzuchu, gdyz malpy mysla brzuchem.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Boje sie, ze niedokladnie zrozumie sie, co ja pojmuje przez wyjscie. Uzywam tego slowa w jego najzwyklejszym i najpelniejszym sensie. Naumyslnie nie mowie: wolnosc. Nie mysle o tym wielkim poczuciu wszechstronnej wolnosci. Jako malpa znalem je moze i poznalem ludzi, ktorzy za nim tesknili. Ale co do mnie, to ani nie domagalem sie wtedy, ani dzis jeszcze nie domagam sie wolnosci. Mowiac nawiasem: ta wolnoscia ludzie zbyt czesto sie oszukuja. A jak wolnosc zalicza sie do najbardziej wznioslych uczuc, tak i odpowiadajace jej zludzenie nalezy do najwznioslejszych. Czesto, przed moim wystepem, widzialem w varietes dwoje artystow popisujacych sie na trapezach, wysoko pod pulapem. Kolysali sie, hustali, skakali, rzucali sie sobie nawzajem w ramiona, jeden unosil drugiego, chwytajac go zebami za wlosy. "To takze jest wolnosc ludzka – myslalem – ten wlasnowolny ruch." O, szyderstwo swietej natury! Zaden gmach nie utrzymalby sie pod naporem malpiego smiechu na ten widok.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Nie, wolnosci nie chcialem. Tylko wyjscia: na prawo, na lewo, dokadkolwiek; nie mialem zadnych innych wymagan, niechby nawet to wyjscie bylo zludzeniem; wymaganie bylo male, nie wieksze byloby zludzenie. Naprzod, naprzod! Przede wszystkim nie tkwic na miejscu, z podniesionymi ramionami, przycisniety do scian skrzyni.Dzisiaj widze jasno: bez najwiekszego wewnetrznego spokoju nie uszedlbym nigdy calo. I rzeczywiscie, wszystko, co ze mna sie stalo, zawdzieczam byc moze spokojowi, ktory po pierwszych dniach ogarnal mnie tam, na statku. A spokoj ten zawdzieczam z kolei jego zalodze.
To sa dobrzy ludzie, pomimo wszystko. Jeszcze dzis przypominam sobie chetnie odglos ich ciezkich krokow, ktory wtedy odbijal sie echem w moim polsnie. Mieli zwyczaj zabierac sie do wszystkiego nieslychanie powoli. Gdy ktorys chcial sobie przetrzec oczy, podnosil reke niby jakis wielki ciezar. Ich zarty byly grube, ale serdeczne. Ich smiech mieszal sie zawsze z kaszlem, ktory brzmial niebezpiecznie, ale nie byl grozny. Wciaz mieli w ustach cos do wyplucia, a bylo im obojetne, gdzie to wypluwali. Zalili sie zawsze, ze skacza na nich moje pchly, lecz nigdy nie mieli mi tego powaznie za zle, wiedzieli przeciez, ze pchlom wiedzie sie dobrze w mojej siersci i ze pchly musza skakac; i godzili sie z tym.
Gdy byli wolni od sluzby, kilku z nich siadalo nieraz w polkole dokola mnie, prawie ze nie rozmawiali, wymieniaili tylko miedzy soba jakies gardlane odglosy; palili fajki, rozciagnieci na skrzyniach; uderzali sie po kolanach za najmniejszym moim ruchem, a od czasu do czasu jeden z nich chwytal kij i laskotal mnie tam, gdzie mi to sprawialo przyjemnosc. Gdyby mnie dzis zaproszono do odbycia podrozy tym statkiem, na pewno odrzucilbym zaproszenie; lecz niemniej pewne jest, ze mam nie tylko zle wspomnienia z pobytu na miedzypokladzie.
Spokoj, ktory zdobylem miedzy tymi ludzmi, powstrzymywal mnie przede wszystkim od wszelkiej proby ucieczki. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi sie, jak gdybym przynajmniej przeczuwal, ze musze znalezc jakies wyjscie – jezeli chce zyc, lecz ze wyjscia tego nie mozna bylo osiagnac przez ucieczke. Nie wiem juz teraz, czy ucieczka byla mozliwa, ale sadze, ze tak; dla malpy ucieczka powinna byc zawsze mozliwa. Z moimi dzisiejszymi zebami musze juz byc ostrozny przy zgniataniu zwyklego orzecha; lecz wtedy z biegiem czasu musialoby mi sie chyba udac przegryzc zamek u drzwi. Nie zrobilem tego. Coz bym przez to zyskal? Zaledwie wysunalbym glowe, schwytano by mnie z powrotem i zamknieto w jeszcze gorszej klatce; albo nie spostrzeglszy sie ucieklbym do innych zwierzat, na przyklad do wezow boa z naprzeciwka, i zginalbym w ich usciskach, albo udaloby mi sie przekrasc az na poklad i wyskoczyc przez burte, a wtedy kolysalbym sie przez chwile na powierzchni oceanu, a potem bym utonal. Akty rozpaczy. Nie rozumowalem tak po ludzku, lecz pod wplywem mego otoczenia zachowywalem sie tak, jak gdybym rozumowal.
Nie rozumowalem, ale obserwowalem z calkowitym spokojem. Widzialem, jak ci ludzie chodza tam i z powrotem, zawsze z takimi samymi twarzami, takimi samymi ruchami, i czesto zdawalo mi sie, jak gdyby to byl tylko jeden czlowiek. Czlowiek ten czy tez ci ludzie poruszali sie wiec swobodnie. I zaczal mi switac wielki cel. Nikt mi nie przyrzekl, ze gdy stane sie taki jak oni, klatka sie otworzy. Nie daje sie przyrzeczen, ktorych spelnienie jest pozornie niemozliwe.
Lecz gdy spelnilo sie zyczenia, zjawiaja sie potem owe przyrzeczenia, i to w tym wlasnie punkcie, gdzie przedtem szukalismy ich na prozno. Tak wiec ludzie ci nie mieli w samych sobie niczego takiego, co by mnie pociagalo. Gdybym byl zwolennikiem wspomnianej przedtem wolnosci, bylbym na pewno wolal ocean od wyjscia, ktore ukazywalo mi sie w posepnym spojrzeniu tych ludzi. W kazdym razie obserwowalem ich jeszcze dlugo przedtem, zanim myslalem o tych rzeczach, i wlasnie dopiero owe nagromadzone obserwacje popchnely mnie w okreslonym kierunku.
Tak latwo bylo nasladowac ludzi! Pluc umialem juz od pierwszych dni. Plulismy sobie tedy wzajemnie w twarz; cala roznica polegala na tym, ze ja sie potem obcieralem, a oni nie. Fajke palilem tez wkrotce jak stary; a jezeli przyciskalem jeszcze kciukiem glowke fajki, caly poklad krzyczal z radosci; tylko roznicy miedzy pusta a nabita fajka dlugo nie rozumialem.
Najwiecej klopotu sprawiala mi flaszka wodki. Zapach jej dreczyl mnie; zadawalem sobie ogromny gwalt, lecz uplynely tygodnie, zanim moglem sie opanowac. Rzecz ciekawa, ludzie brali te wewnetrzne walki powazniej niz wsystko inne we mnie poza tym. Nie odrozniam ludzi, nawet we wspomnieniu, lecz byl miedzy nimi jeden, ktory powracal zawsze, sam lub z towarzyszami, za dnia i w nocy, w najrozmaitszych godzinach, stawal z flaszka naprzeciwko mnie i dawal mi lekcje. Nie rozumial mnie, chcial rozwiazac zagadke mojego istnienia. Odkorkowywal powoli flaszke i spogladal potem na mnie, aby sprawdzic, czy zrozumialem; przyznaje, ze patrzylem na niego zawsze z dzika, skwapliwa uwaga; zaden ludzki nauczyciel nie znajdzie nigdy podobnego ucznia-czlowieka na calym globie; gdy flaszka byla odkorkowana, podnosil ja do ust; ja sledzilem go wzrokiem az po samo gardlo; kiwa mi glowa zadowolony ze mnie, i przyklada butelke do warg; ja zachwycony, ze rozumiem wreszcie szczegol po szczegole, piszczac drapie sie wszerz i wzdluz, gdzie popadnie; on sie cieszy, przystawia sie do flaszki i pociaga lyk; ja w rozpaczliwej niecierpliwosci nasladowania go, zanieczyszam swa klatke, co znowu sprawia mu wielka satysfakcje; i teraz, odsuwajac flaszke daleko od siebie, a potem z rozmachem znow ja unoszac w gore, wypija ja duszkiem i przechyla sie do tylu w sposob przesadnie pouczajacy. Ja, wyczerpany nadmiarem pragnienia, nie moge juz nadazyc za nim i tkwie zawieszony slabo w mej klatce, podczas gdy on konczy lekcje teoretyczna, glaszczac sie po brzuchu i szczerzac zeby.
Teraz dopiero zaczyna sie cwiczenie praktyczne. Czy nie jestem juz zbyt wyczerpany teoria? Tak, bez watpienia, zanadto wyczerpany. Nalezy to do mojego losu. A jednak tak dobrze, jak umiem, chwytam flaszke, ktora mi podaje; odkorkowuje ja z drzeniem, powodzenie dodaje mi stopniowo nowych sil; podnosze flaszke, nie roznie sie juz prawie wcale od mego modelu; przykladam ja i – i odrzucam ze wstretem, ze wstretem, jakkolwiek jest teraz pusta i tylko zapach ja wypelnia, odrzucam ja ze wstretem na ziemie. Ku zalowi mego nauczyciela, ku wiekszemu jeszcze mojemu wlasnemu zalowi; i ani jego, ani siebie nie moge przejednac tym, ze po odrzuceniu butelki z zadowoleniem glaszcze sobie brzuch i stroje grymasy.
Az zbyt czesto lekcja toczyla sie w taki sposob. I musze powiedziec ku czci mego mistrza: nie mial do mnie urazy; co prawda przykladal czasem swa zapalona fajke do mej siersci w miejscu trudnym dla mnie do siegniecia, az futro zaczynalo sie tlic, lecz natychmiast gasil je sam swoja olbrzymia dobra reka; nie mial do mnie urazy, uznawal, ze walczymy obaj po tej samej stronie, przeciwko malpiej naturze, i ze ja mialem w tym ciezszy udzial.
Ale potem, coz za zwyciestwo, i dla niego, i dla mnie, kiedy pewnego wieczora, przed wielkim kolem widzow – bylo to moze, jakies swieto, gral gramofon, oficer przechadzal sie miedzy ludzmi – kiedy tego wieczora, wlasnie gdy nikt me zwracal na mnie uwagi, chwycilem flaszke wodki zostawiona przez nieuwage przed moja klatka, otworzylem ja wedlug wszelkich prawidel, przy wzrastajacej uwadze towarzystwa, podnioslem do ust i bez wahania, bez skrzywienia, jak zawodowy pijak, toczac dookola oczyma i bulgoczac gardlem, oproznilem ja rzeczywiscie do dna, potem odrzucilem flaszke, juz nie z rozpacza, lecz jak artysta; zapomnialem co prawda poglaskac sie po brzuchu, lecz w zamian za to, poniewaz nie moglem inaczej, poniewaz cos mnie zmuszalo, poniewaz zmysly moje byly pijane, krotko mowiac wykrzyknalem ludzkim glosem: – halo! – i tym okrzykiem dostalem sie jednym skokiem w spolecznosc ludzi, a echo, ktorym mi odpowiedziano: sluchajcie tylko, on mowi! – odczulem jak pocalunek na mym ciele, mokrym od potu.
Powtarzam: nie uwiodla mnie mysl nasladowania ludzi; nasladowalem, bo szukalem jakiegos wyjscia, a nie z zadnego innego powodu. Zwyciestwem tym nie zdzialalem zreszta wiele. Zaraz stracilem znowu glos i odnalazlem go dopiero po miesiacach; moj wstret do flaszki z wodka powrocil nawet z jeszcze wieksza sila. Ale kierunek zostal mi podany raz na zawsze.
Gdy w Hamburgu przekazano mnie pierwszemu treserowi, wkrotce zdalem sobie sprawe z dwu mozliwosci, ktore sie przede mna otwieraja: ogrod zoologiczny albo kabaret. Nie zawahalem sie. Powiedzialem sobie: sprobuj ze wszystkich sil dostac sie do kabaretu, to jest wyjscie, ogrod zoologiczny to tylko nowa klatka z pretami: jezeli tam sie dostaniesz, jestes zgubiony.
I uczylem sie, moi panowie! Ach, jak sie uczymy, gdy trzeba, jak sie uczymy, gdy pragnie sie jakiegos wyjscia! Uczymy sie bez wzgledu na wszystko. Nadzorujemy sie sami batem, rozdzieramy sobie cialo przy najmniejszym oporze. Moja malpia natura uchodzila ze mnie, koziolkujac, uciekala na leb na szyje, tak ze moj pierwszy nauczyciel sam prawie od tego zmalpial i musial wkrotce porzucic lekcje, zeby sie leczyc w domu oblakanych. Na szczescie, wkrotce stamtad wyszedl.
Ale wykorzystalem wielu nauczycieli, a nawet wielu rownoczesnie. Gdy moje zdolnosci juz sie utwierdzily, gdy publicznosc zaczela sledzic moje postepy i przyszlosc moja zaczela sie wyjasniac, przyjmowalem sam nauczycieli, umieszczalem ich w amfiladzie w pieciu odrebnych pokojach i bralem lekcje z wszystkimi rownoczesnie, skaczac bez przerwy z jednego pokoju do drugiego.
Ach, te postepy! To przenikanie promieni wiedzy ze wszystkich stron do budzacego sie mozgu! Nie zaprzeczam: to mnie uszczesliwialo. Lecz przyznaje takze: nie przecenialem tego, juz wtedy nie, a o wiele mniej obecnie. Wysilkiem, ktory dotychczas juz sie na ziemi nie powtorzyl, zdobylem przecietna kulture Europejczyka. Nie byloby to moze niczym samo w sobie, a jednak bylo czyms o tyle, ze pomoglo mi opuscic klatke i zapewnilo to szczegolne wyjscie, to wyjscie na stope ludzka. Istnieje takie znakomite wyrazenie: "dac drapaka". Otoz to wlasnie zrobilem, dalem drapaka. Nie mialem zadnej innej drogi, wciaz zakladajac, ze nie chcialem wybierac wolnosci.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
Gdy patrze teraz na moj rozwoj i na dotychczasowy jego cel, to ani sie nie skarze, ani sie nie ciesze. Z rekami w kieszeniach spodni, z butelka wina na stole na pol leze, na pol siedze na bujajacym sie krzesle i patrze przez okno. Gdy zdarza sie wizyta, przyjmuje ja, jak nalezy. Moj impresario siedzi w przedpokoju: gdy dzwonie, przychodzi i slucha, co mu mam do powiedzenia. Wieczorem prawie zawsze jest przedstawienie, i naprawde powodzenie mam coraz wieksze. Gdy pozno w nocy powracam z bankietow, z naukowych towarzystw albo z milych towarzyskich spotkan, oczekuje mnie mala, na pol wytresowana szympansiczka, i oddaje sie razem z nia przyjemnosciom naszej krwi. Za dnia nie chce jej widziec, ma bowiem w spojrzeniu obled zahukanego, tresowanego zwierzecia; tylko ja sam go dostrzegam i nie moge go zniesc.
Rys. Andrzej Ploski, 2004.
W kazdym razie na ogol osiagnalem to, co chcialem osiagnac. I niech nikt mi nie mowi, ze nie bylo to warte trudu. Zreszta, nie pragne zadnego ludzkiego sadu, chce tylko rozszerzac wiedze, zadowalam sie sprawozdaniem; nawet z Wami, dostojni Panowie z Akademii, ograniczylem sie tylko do zdania sprawy.
Z niemieckiego przelozyl Juliusz Kydrynski
Andrzej Ploski (ur. 1949) jest znanym polskim artysta-malarzem, grafikiem i ilustratorem ksiazek. Wyksztalcony w krakowskiej Akademii Sztuk Pieknych, od roku 1975 mieszka w Lund, w Szwecji.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||