
Wybor fragmentow eseju Czeslawa Milosza, pt. "Jozef Czechowicz".
Tytul wyboru tych fragmentow pochodzi od redaktora Zwojow. (AMK)
O TWORCZOSCI JOZEFA CZECHOWICZA
CZESLAW MILOSZ
[...]Poezja Czechowicza byla zwalczana przez pewne kola jako "grafomanska", a rownoczesnie znalazla wielu nasladowcow, ktorzy ukazywali go w krzywym lustrze i przez to wyrzadzali mu niedzwiedzia przysluge. Po drugiej wojnie swiatowej na dlugi czas pogrzebano ja w Polsce, bo mial opinie "poety sanacyjnego". Jej analize trzeba byloby podjac z tekstami w reku, niestety rozporzadzam tylko jednym tomikiem, paroma notatkami i tym, co zostalo mi w pamieci. Zamiast wiec analizy krotki opis.
Najpierw tlo. Mniej wiecej od roku 1913 buszowaly w Polsce rozne awangardy. Futuryzm propagowal calkiem interesujacy Jozef Jankowski, autor poematu Splon lotnika (1915!). Pochodzil z Wilna i tam na starosc umieszczono go w domu oblakanych. Wydawnictwa futurystow nazywaly sie Tram w popszek ulicy, Nuz w bzuchu, Ja z prawej strony i ja z lewej strony mojego mopso-zelaznego piecyka, a nazwiska bohaterskie owego okresu to Bruno Jasienski, Aleksander Wat, Anatol Stern. Byl caly ruch "Zdroju". Byl tez grupujacy poetow o nowatorskich sklonnosciach "Almanach Nowej Sztuki" Gackiego. Te proby nie natrafily na podatny grunt. "Oficjalna linia" poezji zostala wytyczona przez grupe Skamandra i powaga nazwisk Tuwima, Slonimskiego, Lechonia, Wierzynskiego, Iwaszkiewicza, Pawlikowskiej utrwalila sie powoli, jakkolwiek prawicowe gazety prowadzily przez dlugi czas kampanie przeciwko "zydowskim lobuzom", a cale prowincje zwarcie endeckie, np. poznanskie, do podobnych bzdur moralnie podejrzanych odnosily sie wrogo. Z drugiej strony prowadzila na Skamandra ataki awangarda, co nie przestawala tu i owdzie paczkowac. Ze skamandrytom wiele daloby sie zarzucic, ze duch, jaki chcial plynac przez ich utwory, odznaczal sie nonszalancja, obracaniem w kawal albo w finte slowna, w ladna pointe, spraw godnych przemyslenia, ze byli to poeci "zywiolowi" (co nie zawsze jest zaleta) – mozna to dzis stwierdzic. Wszystko jednak zalezy od znalezienia, kiedy sie stawia zarzuty, gruntu pod nogami. Tadeusz Peiper, wydawca "Zwrotnicy" – gdzie poza tym drukowal Julian Przybos – zdawal sobie sprawe, ze z ta beztroska w Polsce – wyrazajaca sie w poezji – cos jest nie w porzadku, ale prawil o maszynizmie dwudziestego wieku w kraju zacofanym i gdzie prawil – w Krakowie. Poetyka Skamandra, ta "spiewankowosc", jak to nazywali awangardowi szydercy, wspolistniala w czasie z niezwykle smialymi probami wyjscia poza melodie, ku konstrukcji obrazu, robionymi na Zachodzie, ale w Polsce do rewolucji poetyckiej, datujacej sie od Baudelaire'a i Rimbauda, zabraklo przed pierwsza wojna danych, nie weszla ona w jezyk – nie bylo np. w pelni przetrawionych przekladow z tych poetow, co swiadczy, ze stosunek do nich pozostawal snobistyczny i powierzchowny. W tych warunkach Skamander i tak posiadal znamiona rewolucyjne, zwlaszcza przez wprowadzenie wielu wyrazow zaczerpnietych z zycia nowoczesnego, czego nie umiala Mloda Polska. Ukazywal sie wiec jako pierwsza poezja Polski mieszczanskiej, poniewaz wklad konca dziewietnastego wieku pozostawal w tej dziedzinie watpliwy.
Jest cos zadziwiajacego w uporze, z jakim powraca ta przeciwstawnosc: Skamander – awangarda, ile razy sie dyskutuje o poezji dwudziestolecia. Spor byl oparty przewaznie na komedii pomylek, warto wiec byloby zlozyc go do lamusa, tym bardziej ze kogo zaliczyc do owej awangardy, nie wiadomo. Jednak papierowe potyczki kryly w sobie pewne glebsze konflikty i dlatego sa interesujace. Ostatecznie potomnosc ma niejakie prawo zrozumiec, do czego odnosily sie kpiny poety Swiatopelka Karpinskiego, ktory opisywal rozmowy w kawiarni dwoch awangardystow: Przyczyniaka i Przeczycy.
I na to Przyczyniak wymienia PeiperaCzy w tym dwuwierszu, ktory wyszedl (czy nie myle sie?) spod piora Tuwima:
A wtedy Przeczyca z zachwytu umiera.Szkoda papieru i atramentu
Tudziez peiperu i putramentu.
Konflikty karmily sie roznica typow ludzkich. Wyobrazmy sobie niesmialego, troche jakajacego sie mlodzienca, ktory zdradza silne sklonnosci do walkowania przeroznych pryncypiow – systematycznie, zaciekle i nudnie. Mlodzieniec jest prowincjalem. Natyka sie na pisma czy osoby poetow, ktorzy wybuchaja smiechem na widok jego zasadniczosci i tepia go przy pomocy dowcipow, stanowiacych dowod ich obycia w wielkim swiecie. Oto gotowa podstawa do uraz.Ostroznie jednak. Niesmialy a zaciekly intelektualista jest w dwudziestym wieku wielka potega. Jak jego w tej Polsce dwudziestolecia zaklasyfikowac? Bardzo trudno. Wiek? Przynaleznosc do zubozalej nad miare inteligencji pracujacej? Formulki sie lamia. Wystarczy stwierdzic, ze istnial. I byl jednak zadatkiem jakiejs Polski innej. A nieprzychylna mu atmosfera literackiej Warszawy, "malego Paryza", tracila prowincja bardziej nawet niz Lubliny, Krakowy i Wilna, gdzie sie gniezdzil.
Nie mowie tu o polityce. Zachodzily rozne dziwaczne sprzezenia. Awangardowosc i lewicowosc szly przez dlugi czas razem, potem zaczely sie rozchodzic, zeby wreszcie za okupacji niemieckiej zaciekli mlodzi (zabraklo juz tonu Warszawki) wielbili Przybosia, zarazem zywiac sympatie glownie do Narodowych Sil Zbrojnych. Ale te fluktuacje w tej chwili mniej nas obchodza, narastala potrzeba pryncypialnosci, ow mlodzieniec, na ktorakolwiek strone go rzucilo, niezbyt zyczliwie odnosil sie do autorow, ktorzy wkroczyli w literature pod znakiem "zycia" i niecheci do "rozwiazan".
Co do poetow Skamandra jako ludzi: niejeden z mego pokolenia mial okazje przekonac sie, ze nie byli oni zdolni do dysputy, ze ograniczali sie do anegdot, zarcikow, wspomnien itd. (bo ostatecznie dyskusja jest smieszna i dowodzi zlego wychowania). Kazdego, kto ich meczyl rozumowaniem, obdarzali epitetem durnia, grafomana czy nudziarza i rzecz byla zalatwiona. Nawet o najsklonniejszym do wysluchiwania zasadniczych zalow, Iwaszkiewiczu, napisalo pismo awangardy: "Iwaszkiewicz ma londyn w glowie" (ze niby taka mgla).
Obraz tla moze sie obejsc bez rozdzielania laurow. Oczywiscie, ze legenda, jakoby historia miedzywojennej poezji ograniczala sie do Skamandra z przyleglosciami, nalezy do przeszlosci. Poslugujac sie przykladem z malarstwa, mozna by okreslic sytuacje tak: w kraju, gdzie malowano "jak zywe" obrazki z natury (niestety niezywe) albo symboliczne sceny, znalazly sie talenty, ktore usilowaly wprowadzic prawdziwe malarstwo, jednak w momencie, kiedy juz wszedzie mnozyly sie "programy" (futurystyczne, kubistyczne, sztuki spolecznej itd.) wymierzone wlasnie przeciwko praktykowanemu przez nich malarstwu. Co nie przesadza jeszcze nic o realizacji i ilosci bezwartosciowych prob po jednej i po drugiej stronie.
Powiedzialem "programy" – to nie jest zupelnie dokladne. Scislej byloby mowic o wysilkach uzasadnienia jakiejs sztuki, ktora tworzyla sie poza uzasadnieniami, o wysilkach zrozumienia, ku czemu sie zmierza – podczas gdy program poetow Skamandra polegal na wstrecie do programow i nawet obrazalo ich, jezeli ktos ich laczyl w jedna grupe czy szkole.
Krytyk Ludwik Fryde, ktory rozpoczal swoja dzialalnosc w ostatnich latach przed wojna, byl przykladem jakajacego sie, bladego mlodzienca, wyjatkowo zreszta bladego, bo miesiacami zywil sie tylko sledziem i herbata. Swojego dziela o klasycyzmie Mickiewicza nie zdazyl napisac z powodu czlowieka o na zawsze nieznanym nazwisku, ktory go zadenuncjowal jako Zyda w 1941 czy 1942 roku w jakims dworku pod Lida. Otoz Fryde, ktory przyjaznil sie z Czechowiczem i razem z nim zalozyl na rok przed wybuchem wojny kwartalnik Pioro (wyszly dwa numery, naklad drugiego zreszta sie spalil), probowal okreslic w tym pismie cechy pewnej (bo jak sie rzeklo, bylo ich wiele) awangardy, za punkt wyjscia biorac ksiazki Czechowicza, Swirszczynskiej, Pietaka, Milosza, Zagorskiego, Rymkiewicza. Jezeli nie calkowicie mozna sie z nim zgodzic, to zwrocmy uwage na upor, wole nazwania.
Oddaje wiec glos Frydemu:
"Jakie sa najogolniejsze wspolne rysy tych ksiazek?N e g a t y w n i e laczy je wyrazna odrebnosc w stosunku do liryki Mlodej Polski i 'Skamandra'. Nie tworzy w nich bowiem dominanty estetycznej kasprowiczowska zarliwosc uczuc, poteznych i patetycznych w 'Hymnach', lagodnych i przyciszonych w 'Ksiedze Ubogich'; wzruszenie liryczne wystepuje tutaj jedynie jako punkt wyjscia – ostatecznym celem jeste m o c j a e s t e t y c z n a, czyste przezycie poetyckie. Nie ma tez na ogol u wymienionych poetow retorycznej deklamacji,t u p o t u s l o w –r z e c z y jak u Lechonia, Tuwima, Wierzynskiego. W nowym stylu akcent pada na tresc znaczeniowa wyrazow, slowo jest tun i e t y l e r z e c z a, i l e z n a k i e m, wskazujac jednakze na inna rzeczywistosc niz zespol pojec i wyobrazen, zawartych w systemie jezyka praktycznego. W konsekwencji inna funkcje niz u skamandrytow pelni u mlodych poetow struktura rytmiczna; rytm nie sluzy tu do zacierania znaczenia, podkreslania nastrojowosci czy witalistycznej soczystosci, lecz przeciwnie: zaostrza i precyzuje poetycko znaczenie i wyobrazenia,j e s t j e s z c z e j e d n a m e t a f o r a" (podkreslenia Frydego).
Moze najtrafniejsze tutaj jest stwierdzenie, ze slowo moze wskazywac "inna rzeczywistosc niz zespol pojec i wyobrazen, zawartych w systemie jezyka praktycznego". To otwiera perspektywe na rozwoj poezji w Polsce po drugiej wojnie swiatowej. Caly wysilek tak zwanych czynnikow zmierzal do wykrycia odstepstw od "jezyka praktycznego", do tepienia "innej rzeczywistosci". Nie chce bynajmniej twierdzic, ze wsrod samych poetow nie istniala potrzeba uproszczenia mowy tak, aby stala sie zdolna udzwignac pewna intelektualna tresc, do czego duza przeszkoda bylo rozchwianie, mgielkowatosc, czeste zwlaszcza u nasladowcow Czechowicza. Sam nalezalem do tych, ktorzy o taka nowa mowe walczyli. Jednakze poeci chcieli czegos innego niz biurokraci: struktury logicznej, ktora by nie przeksztalcala sie w retoryke, czyli jakby dalszego ciagu awangardy, wyciagniecia z niej wnioskow i usuniecia bledow. I dzisiaj co jeszcze z poezji sie ocala, zawdziecza wigor oporowi wobec oficjalnego klasycyzmu, ktorego przykladow dostarcza zarowno wiersz jak architektura.Przejdzmy jednak do Czechowicza. Grupujac cechy jego wiersza w punkty, nie oddaje sie pedanterii, tak jest po prostu latwiej uniknac tej eseistyki, w ktorej nie wiadomo gdzie glowa, a gdzie ogon.
1. Tradycja. Czechowicz, tak jak Garcia Lorca w Hiszpanii, odgadl sekret: ze awangardowosc importowana nie prowadzi do niczego. Chcial rozluznic budowe zdania, zwolnic slowa do innych niz potocznie uzywane zwiazkow, ale nie przeciw duchowi jezyka. Cenil przede wszystkim piesn ludowa i liryke mieszczanska, a wiec Zimorowicza, Szymonowicza i te liczne anonimowe wiersze taneczne XVII wieku, jakie dochowaly sie do naszych czasow. Z nowszych – Lenartowicza (bardzo podobne tym niepowierzchownym podobienstwem sa ich wiersze o wsi) i przeklady Porebowicza poezji ludowej innych narodow (nie wiem natomiast, czy znal znakomity tom przekladow trubadurow prowansalskich, ktory mial tylko jedno wydanie w XIX wieku). Warto tutaj tez jeszcze raz przypomniec, ze pierwsza jego opublikowana praca byla rozprawa o balladzie Lilie, a wiec tez o poezji ludowej w pewnym sensie. Jezeli do tego dodac, ze z obcych najblizszy byl mu William Blake, otrzymamy juz zupelnie szczegolne nowatorstwo, w niczym nie przypominajace kultu maszyny i urbanizmu u niektorych jego rowiesnikow.
2. Elementy ruskie. Lubelszczyzna jest, jak wiadomo, kresami polskiego etnicznego obszaru. Pociag Czechowicza do polskich poetow Rusi Czerwonej mial zapewne rowniez jezykowe przyczyny. Byl to pociag do jakiejs pra-slowianszczyzny w mowie. Mysle tutaj nie o nowoczesnych jezykach wschodnioslowianskich, ale o tych kronikach i dokumentach Wielkiego Xiestwa Litewskiego, ktore czytajacemu daja dziwne uczucie swojskosci: ani polski, ani ukrainski, ani bialoruski, ani rosyjski, cos blizej samego rdzenia ich wszystkich. Poeta, ktory odznaczal sie szczegolna wrazliwoscia na te rzeczy, byl Tuwim, choc glownie poprzez swoj kult dla rosyjskiego, dla jego dzwieku i rytmicznej sily. Wydaje mi sie, ze pra-slowianskosc, jezeli probowac ja ujac intuicyjnie, jest raczej szepczaca i szeleszczaca, wcale nie "staccato", i ta wlasnie necila Czechowicza. Dobieral wyrazy, ktore brzmialyby czysto, to znaczy ktore mialyby swoja dawnosc, siedzialy w gwarach ludowych. Nie kierowal sie w tym zreszta checia, zeby byc bardziej zrozumialym, lubil po prostu. Nawiasem zauwaze, ze np. poezja amerykanska polowy XX wieku jest, z wyjatkiem paru poetow murzynskich, przewaznie niedostepna dla przecietnego Amerykanina, nie tylko przez swoja awangardowosc, rowniez przez swoj zargon "inteligentny", ktory wyszydzalem u swoich amerykanskich znajomych; pelno w nim zapozyczen z nowoczesnej francuszczyzny czy pozostalosci z greki (acme, epitomize, itd.). W Polsce w omawianym okresie "inteligentnosc" szalala w krytyce i zwlaszcza w Wiadomosciach Literackich; bedac uczniem wilenskiego gimnazjum, ze swietym podziwem i szacunkiem odkrywalem, jacy oni wszyscy sa madrzy, jezeli nic nie rozumiem.
3. "Bezbronnosc". Polska, czyli jej wies i male miasteczko, to nie bylo nic wesolego i nie zmieni sie to chyba w ciagu najblizszych paru dziesiatkow lat. Koslawe wozki, kobiety z bosymi stopami rozplaskanymi na twardziznie sciezek, melancholijne kury na kupach nawozu, jakas otepialosc bytowania, nie zycia, szczegolnie dotkliwa, jezeli porownywalo sie ja z sadami i ogrodkami krajow baltyckich czy Czechoslowacji. Wrazenie nedzy (nie troszcze sie tu o statystyki, ale tak na oko) potegowalo sie w miare zblizania sie do Warszawy i nawet przybysz z niebogatej Wilenszczyzny popadal na mazowieckiej rowninie w przygnebienie. A w Warszawie w Belwederze siedzial Pilsudski i martwil sie. Tragedia tego czlowieka nie zostala dotychczas przez nikogo opowiedziana, bo trzeba by ustalic, co pojmowal ze spraw, ktorych nie pojmowali jego poplecznicy. Mial kiedys powiedziec: "Probowalem zatrzymac na chwile kolo historii" – nie robie zadnych domyslow, co to moglo znaczyc i powtarzam to na odpowiedzialnosc niezyjacego historyka literatury Antoniego Potockiego, jednego z "zawodowych paryzan". Za te cala senna nedze Pilsudski byl odpowiedzialny, uwiklany we wladze, z ktorej nie wynikalo nic. Odpowiedzialny rowniez za poezje Czechowicza, ktory chociaz daleki od zamiarow "wyrazania ludu", wyrazal jakos ogolna atmosfere, jak kazdy prawdziwy poeta. Bezbronne piekno – oto jego wiersze. Piekno? Tak, bo umial je zobaczyc, te sielskosc kraju "gdzie kruszyne chleba podnosza z ziemi przez uszanowanie". Nie poryw, nie wola czynu, nie rewolucyjne daznosci niektorych ugrupowan chlopskich – w jednym ze swoich mlodzienczych utworow teskni do czasu, "w ktorym ludu karabinem bede z wiosna", ale to nalezy raczej do wyjatkow. Swiadomy, ze owo polskie bytowanie trwac nie bedzie, ze jest kruche i skazane przez wzrost walczacych z soba poteg, przeczuwajacy swoja smierc w wojnie, ktorej wizja ciagle sie w tym, co pisze, powtarza, jest zepchniety jak wszyscy, co nie chca ani Niemiec, ani Rosji, w bezruch. Powszechna Wystawa Krajowa w Poznaniu w 1928 roku (bylem na niej z wycieczka naszego gimnazjum) polozyla ostatni akcent na optymizmie w pierwszym dziesiatku lat po pierwszej wojnie swiatowej i odtad – rowniez w poezji – zaczelo sie trwozne oczekiwanie jakiegos wypelnienia.Pomiedzy samowiedza, ktora nie mogla odwrocic losu, a czysta sztuka, ktora wyrzekajac sie zwiazku z ludzmi, zubozala siebie, jaki wybor? Czechowicz tak ujmowal ten dylemat, ktory dzisiaj w calym szeregu krajow zachowal pelna aktualnosc:
"W naszych czasach szala wagi obciazona sumieniem pochyla sie na dol, zas ku swiatlu dziennemu unosi sie raczej szala artystycznej czystosci zrodlanej. Moze dlatego, ze sumienie nasze zaglusza nawalnica spraw panstwa wspolczesnego, ktore im bardziej sie krystalizuje i umacnia, tym dalej odsuwa sie od "civitas dei" swietego Augustyna. I zbieg okolicznosci, zestawiajacy w czasie owa walke o czystosc sztuki z okresem powszechnego upadku sumienia w najprostszym chrzescijanskim sensie tego slowa, stwarza sytuacje tragiczna: albo jedna walka, albo druga. Dla artysty nie ma drogi posredniej, bo posrednia to tyle samo co poslednia. Wiec dajac prymat sprawom sumienia, sprzeniewierzamy sie sztuce, a wlasnie jest czas, kiedy mozna wywalczyc jej autonomiczne prawa; dajac siebie samego sztuce czystej, obniza sie ja o cale sumienie".
4. "Miniaturowosc". Nie chce bynajmniej pasowac Czechowicza na wieszcza. Byl to poeta minor, zdajacy sobie sprawe ze swoich ograniczen: "Gromu bialego nie miec, a chmure miec", napisal o sobie. Gustowal w epoce polskiego Baroku i kiedy recytowal Lenartowicza: "Zlotniczenku, zrob mi kubek, tylko prosze, zrob mi ladnie", kubek, jaki sam rzezbil, byl to kubek barokowy. Nie silil sie na wielkie poematy, bo wiedzial, ze forma, jaka rozporzadzal – i jaka rozporzadzaly miejsce i czas – nie jest po temu. Co prawda ubolewal nad waskoscia kregu, w jakim musial sie poruszac, i probowal go przelamac – ciagnelo go do teatru. W ostatnich latach przed wybuchem wojny pracowal nad dramatami poetyckimi i ich zbior, do ktorego dal tytul jeden z nich: "Czasu jutrzennego", mial sie ukazac w 1938 roku, ale odwlekalo sie i nie ukazal sie nigdy. Sztuka Czasu jutrzennego zostala wystawiona przez jeden z warszawskich teatrow na wiosne 1939 roku. Dyrektor tego teatru bal sie niemilego politycznie zapachu, bo temat wojenny (grupa zolnierzy na froncie), a nie potraktowany w bohatersko-patriotyczny sposob, wiec, zeby nie oskarzono go o defetyzm, wynalazl sposob: zamiast w helmy, ubral zolnierzy w maciejowki – ze to niby legionisci z 1914 roku, a wiec i o przeszlosci, i prorzadowo. Czechowicz bardzo sie tym zgryzl [1]. Recenzenci zbryzgali ten, wlasciwie, poemat dramatyczny, ktorego glowna trescia bylo przeczucie smierci u mlodego chlopca. W redakcjach panowal wtedy klimat krzepy. Utwory teatralne czy pseudoteatralne, wzglednie ich fragmenty, Czechowicz drukowal w Pionie. Ich badanie zostawiam innym.
5. Religijnosc. Praktykujacych katolikow wsrod pisarzy znalazloby sie w owczesnej Polsce niewielu. Rzeklo sie, ze Czechowicz cenil Williama Blake'a z jego odwrotna niz w teologii walka Niebios i Piekiel (takze jego rysunki). Mial temperament mistyczny, sztuke ujmowal jako zblizanie sie do Dziwu. Czytywal dziela Micinskiego ("Bazylissa Teofanu, Patiomkin"), z sympatia odnosil sie do Swedenborga i Jakuba Boehme, zglebial Norwida od jego kontemplacyjnej strony. Dziwo czy Dziw, ktorego poszukiwal, przebywalo na krawedzi jawy i snu, rzeczywistosci i fantazji ludowej. Oczywiscie nie daje przez te sugestie zadnego obrazu, nie siegam w komplikacje nowoczesnego czlowieka o sklonnosciach religijnych. Moze najsluszniej byloby okreslic Czechowicza jako bliskiego arianom przez wyobraznie chrzescijanska, wstret do przelewu krwi, niechec do panstwa i wszelkiej wladzy – takim byl przecie Marcin Czechowicz, zarliwy wrog "urzedu miecz sprawujacego". Gdyz igranie z "cudownoscia" nie powinno nam przeslaniac innego, bardziej ukrytego nurtu u Czechowicza-poety, ktory w naukowych teoriach widzial pewna wzglednosc i staral sie dotrzec do stalej jakiejs zasady poza nia. Rzeczywistosc mitologizowal, nie mogac jej zaatakowac bezposrednio, szukal dla niej w przeszlosci figur i symboli. Pierwszy w Polsce odkryl T.S. Eliota (poza prof. Waclawem Borowym), czytal jego pismo Criterion i przelozyl kilka jego wierszy, wlasnie tych, gdzie obrazy z Ewangelii splataja sie z aktualnoscia (np. Wedrowka trzechkrolowa). Rozpowszechniony jest poglad, ze poeci to organizmy szczegolnie wrazliwe na przyszlosc, ze wyczuwaja to, na co slepi sa jeszcze inni. Ta opinia wydaje sie sluszna. Jednak jest chyba rowniez w poetach mocniejsza niz w innych pamiec setek tysiecy lat zycia przed powstaniem tego, co nazywa sie cywilizacja. Spoleczenstwom pierwotnym wlasciwe jest zupelne zatarcie granicy miedzy rzeczywistoscia subiektywna i obiektywna, a raczej wszystko jest tam subiektywne i w ramach danego ukladu wiara magiczna wywoluje materialne skutki (jezeli szczep wierzy, ze ktokolwiek dotknie tabu – umrze, czlonek szczepu, ktory dotyka tabu, umiera rzeczywiscie). Mozna przypuscic, ze poeci sa to osobniki i przyszlosciowe, i regresywne, nigdy w pelni nie pogodzone ze swiatem obiektywnym praw i rzeczy – co nie wrozyloby im ani szczescia, ani nawet istnienia w obecnych czy tez juz dojrzewajacych warunkach. Czechowicz jest zapewne jednym z ostatnich poetow polskich, w kazdym razie na dlugo.[...] * * *
Osobliwosc formy [wierszy Jozefa Czechowicza] polega miedzy innymi na tym, ze nie uznawal duzych liter i przecinkow – nie kaprys z jego strony, ale wynik checi, aby uniknac dzielenia zespolow slownych wedlug prawidel jezyka praktycznego. Uwazam te jego chec za uzasadniona, bo zdania maja u niego otoczke wyrazow puszczonych luzno, ustawionych wedlug innej niz logiczna koniecznosci.
* * *
Jozef Czechowicz
(1903 – 1939)
Dla Czechowicza poezja byla konieczna i przez nia przezwyciezal nacisk swiata, swiadomie rezygnujac z wielu danych pisarstwa, byle utrzymac to, co lezalo w jego mocy. Przez to wygrywal, przegrywajac, co jest zapewne klasyczna formula sztuki piora. Powracalem uparcie do tla, zeby nie pominac jego niepokoju czy wyrzutu sumienia, ze byl tylko artysta kameralnym i niczego nie mogl odwrocic (a przecie bywaja pisarze wladczy). Jedynie pokazujac opor, jaki napotyka czyjs los, oddaje sie sprawiedliwosc. Nie wieszcz, nie jeden z tych, co wskazuja droge narodom na pokolenia, lezy na lubelskim cmentarzu. Uczciwy poeta. Niech okrywa jego grob "ciemne zloto slawy".Brie-Comte Robert, 1954.
Kultura, 1954, nr 7/8. Przedruk w: Kontynenty (Paryz 1958).
- Przypisy:
- Niektorzy twierdza, ze sam podsunal ten pomysl. Czy na to, czy na co innego w inscenizacji sie uskarzal, nie pamietam, pamietam tylko, ze byl niezadowolony.

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||