JOZEF   CZECHOWICZ


POEZJE










Jozef Czechowicz
(15 marca 1903 – 9 wrzesnia 1939)




FRONT


Ludzie w bialych domach mowia to pole chwaly
w niedziele chodza do kosciola i na biale procesje
ulicami czystymi w sloncu przebiega pies bialy
w bialym kwitnacym parku Zakochana czyta poezje

Ale tutaj nie ma wcale bialosci
w szarej ziemi rowy pelne brudnych zolnierzy
dym siny i rozowy przechodzi do nas przez rzeke
nie biale zolte sa kosci
armatniego ataku ognisty prad
na niebie nieustannie lezy
to front
to zstapienie do piekiel

Odcinek 212 i wzgorze 105
we dnie szturmy i strzaly
a w nocy przez dym przedzieraja sie reflektory
po drutach kolczastych biegaja blyski zywe jak rtec
wszystko ma wtedy inne kolory

Gdy cicho zblakana kula wsliznie sie w biale czolo
znienacka zrobi sie bialo (nawet na froncie)
biala niedziela bialy park piesek bialy
zatancza wkolo

Pole chwaly







DALEKO


wiatraki kolysza horyzont
chaty pachna stepem
chatom zle
stoja na palcach o zachodzie slepe
wspinaja sie jak konie
za chwile sie pogryza

nie step ucichle morze
rozlewa sie wieczor bez szumu
swiecace szyby otoczyly kolejowy dworzec
zachod mozolnie zuje gume

ostajcie zdrowo matus
z wojska napisze list
nad parowozem dym biale kwiaty
gwizd

w niedziele pociag odjechal
w inna niedziele przyjdzie
pracuja czerwone obloki pchaja sie ku sloncu
na stacji dzien jak codzien tydzien jak tydzien
a szyny
szyny sie nigdzie nie koncza







LATO NA WOLYNIU


laka hustawka
sznury pogody chrzeszcza
rozwiewa sie nieba kaftan
w rozkolysaniach
kolysza sie galezie pachnac szczesciem
tryumfowania

od chmur dalekich do suchych skal
mlot slonca polysk
moich stop chwala
tratuje wolyn
unosimy sie falisty dym
to sloneczna glowa i ja
opadamy jak zgaszony wybuch
krazy fosforyczny rym
napowietrzna ryba

z rozkosza gwizdze w czerwcowy czad
skacze koluje tetnie
25 lat
nagiego ciala ogien
rece ptakami w niebie
wiatrem nad trawa nogi
to pieknie

to pieknie sluchaj
gdy karminowy grzebien
poludnia zlobi upal
gdy lazurowym koniem do nas
przyfruwa z goracej przestrzeni
asonans
ukochanej ziemi

hej







PONTORSON


osma godzine znaczy twardy zegara terkot
dzieci w sabotach smieja sie biegna do szkoly
odprowadza je sad brzoskwiniowy a pachnie cierpko
jest tu i ranek jasny jak lusterko
wesoly

to on siekiera z bursztynu podcina drzewa nocy
wiec wala sie ciemnymi koronami na zachod
w uliczce kosciol ma srebrne oczy
domy na kolanach modla sie bez strachu

pole w cieplych okrzykach
bo tam zolty lubin
swoim nocnym kolorem sie upil
a jeszcze slonca polyka
ramieniem pijanym otacza
najmilsza zabawke swa
miasteczko
plaskie jak taca
stare jak zgrzyt zegara
pontorson


pani stanislawie z gozdeckich horzycowej







BALLADA Z TAMTEJ STRONY


o smierci nic juz nie wiem

o czarne okna i powieki
trzepoce motylami
pachnie sosnina modrzewiem
dotyka co noc snami
zza cichej rzeki
gdzie mgla noga za noga
wlecze sie w ciemny zakat

trzyma w skrzynce niebieskawy akord
skrzynki otworzyc nie mogac

zycie jest snem krotkim
mowi glos z prawej strony
zycie snem krotkim
wtoruje ze smutkiem
glos lewy przyciszony
zycie snem krotkim
to trzeci nieodgadniony

i wzbija sie w szare niebo
mgla z nieznanego oblicza
a czas
a ziemia dziewicza

o dlaczego
wzrok twoj nie schodzi
z przedmiotow pod oknem lezacych na stole
z godziny w ktorej zem sie rodzil
ze skrzynki zamknietej jak bolesc
z umarlych rak czechowicza


panu waclawowi gralewskiemu







ELEGIA NIEMOCY


stapaja poslowie nocy
w ciezkich szatach z buczackich makat
szafirowy zwir spod karocy
zaskakal

ide z orszakiem jesiennym
butwieja poetom spiewy
ciemno
prycha kon we skrzydlach ogniobrewy

w dolinie tej za lisciem lisc
jak pieczecie spadaja na rude traw niebo
isc dokad isc
z wierszem jak dym niepotrzebnym

poslugiwaly mi burze
widzialem dno
cien mnie swym glosem urzekl
apokalipsa zbudzil
czy to
jest sprawa ludzi
opowiadac komu
nuce
powinien bym blyskac i grzmiec

tak oto snuja sie slowa listopadowe
szemrzace sennym listowiem
o czas
o rece puste
nie miec bialego gromu
a chmure miec







AUTOPORTRET


stanalem na ziemi w lublinie
tu mnie skrzydlem uderzyla trwoga
matko dobra
na deszcz mnie malego tesknego wynies
za miasto tam siano pachnie w stogach

ze snow dziecinstwa mnie wydarl
z nudow ksiazki szkolnej
serdeczny jan wydra
i brat w mundurze
taki duzy
pilsudskiego zolnierz

tak tak to po kolei
tupaly dni lata nadzieje
az zaczely i mnie dudnic armaty

litwa raz pierwszy
ciekla przez marszow smugi jak przez palce
przeciekla z frontu do wierszy
wiersze o mnie walcza

i znow litwa jeziornej jesieni
chora borow na wzgorzach mosiadzem
wody pod lodzia rumieniec
na przemian z mowa bialoruska
lsnil na wybrzezy wstedze
we wstedze reki mej pluskal

wolyn
jak tam kipialem
wesoly
ciezko i gesto rosnac
w miasteczku o cerkwie biale
grzmiala moja majowa wiosna

w warszawie juz jasne witryny
smutek zaslonil przede mna
paryz ocean widzialem przez dym siny
takze laurowo ciemno

znow ziemia lublin pusty
jak czerwone skaly bretanii
serce w pol drogi nie ustaj
dalej
za nic







SNICA I SNIEGOWICA


wczoraj male podworko zbieralo w garsc zamiec
alarm szyb nie ustawal czulem smutek
dom z przeciwka sztachety umiem na pamiec
chlodne barwy na sniegu porastaly brudem

znow lampa gasnie znow
skron spadajaca w poduszke
dotyka plotna
nici tkane na krzyz sa krata snow
za nia rozplywa sie ciemnosc smutna
w przejrzala sagi gruszke

brnie przez nurt nocy snica
noc zlotymi rekoma odgarnia i swiat
patrzaca z okien ksiezycem
rozwinela sie jasnoscia w kwiat

lopoca cieniutkie krazki
snuja sie formy splaszczone
w gore i w dol
karty olbrzymiej ksiazki
przerzuca wiatr z pol

za szklanym wysmugiem san
wiruja smukli i wiotcy
w grzywach sniegowych wlosow
sniegowi chlopcy

snica i sniegowica

zasypiac







KWIECIEN TYCH CO BEZ TROSKI


wiosna jasnych oddechow golebianych sluchaj
w pianie promykow ranek wiosne wartko wiozl
az kipial lazurowy puchar

bo to radosc biegla wzwyz po drzewach
a seledyn mlodziutkiej korony owych brzoz
poblask z wisly od dolu rozgrzebal

na wodzie lekki przewiew
grzebieniem jeszcze sennym
fale sycil
promienny

i szyby swieca kwietniowolagodny brzask
w ktory sie niebo wtula bo niebo tam osiada
brzozy na blekit zachodza
odchwieja sie znow przychwieja
raz wraz koleja
raz wraz
kazda jest szumu struzacego sie zielona ballada
a jak ten bruk uliczny krysztalem blyszczy
jakim dudnieniem wtoruje wodogrzmotem kol

jeszcze nie wszystko nie wszystko
dzieciaczki po swietach w tornistrze
reszte wiosny przywieziecie z pol







TA CHWILA


reko smagla otworz okno dnia z podworka utocz
i nalalo sie jak w dzbanek soku godzin zimnych
oddech gestwin rownomierny deszczu tupot
przyspiew rynny

to jest w kuchni dom na pradze niedaleko remiz
tramwajami co za czerwien ulice sie dlawia
i zly odblask bije zorza po kamieniach
i deszcz i deszcz i deszcz i deszcz i deszcz

oczy patrzcie senna topiel szyby w siwym dreszczu
teczy szabla kropel magia chmur ciezkie delfiny
upadaja na twarz ziemi cieniem wieszczym
srebrnym hymnem
srebrnym hymnem deszcz i deszcz i deszcz i deszcz







O SWIERSZCZACH


pascie sie pascie w chrzescie polonin
wloczegi swierszcze spiewacze
chmura za chmura gora za gora
za gora goni
zwiastuje rzeczy podwojny urok
tak nie inaczej

deszcz w seledynach drobno zacina
po niedalekim stoku
szopa zwalona zgnile ma krokwie
o slonce z malin oswiec ja okwiec
uluna dwoistych urokow

z tamtego deszczu jeszcze w potoku
piana przeplywa sam szum
a cieniow szprychy za drzewami
wieczor nierychly
wioza tu po ziol zamszu

malenstwa swierszcze chwila upalna
upalna ale jak cialo
wiezcie ja w spiewie po gniewnym niebie
piesn kto wie moze czasem uwalnia
jedynosc a tej tak malo







SEN SIELSKI


od powaly nocy co zwisa
przez szum jaskrow i bylic
bylby bulgot deszczu jak zmora parskal
lecz znane sa slowa zaklec siarka
zwelnienie grzyw kobylich

chodzila Maria Panna miedzy gwiazdami
chlodzila Maria Panna dusz cierpiacych upalenie
a ja w gromie stoje polnocy sie boje
po co wam przebywac ze spiacymi i ze snami
nie meczcie odfruncie dokad chcecie
kruki wilcy niedzwiedziowie jelenie
amen

o ciemnosci tak czysta teraz
blysnal nad gankiem twoj srebrny grzebien
ta cicha mowa w rowie
to lepiech
oglasza wodna spowiedz
gwiazdy maryjne palcami przeciera
a nam jak mowic gdy za szyba sad
i dalej ule grzedy kopru marchwi

oczysc nas ktokolwiek jestes wszedzie
odfruncie od nas dziela ludzkie i zwierzece
po to kleczymy lezac na slomie jak martwi
od niezliczonych lat







OBLOKI


obloki przyjaciele pastuszego switania
nad wioska bialy wieniec u strzech i kalenic
umilknij mokre niebo dosyc modrego grania
obloki nam ukaza galop i uciszenie
obloki sila dzwiga spoza namiotow jodel
bor obalaja rdzawy ku wodzie bruzdy szklacej
bija jak cichy werbel powracajacej roty
obloki czeremchowe chlodne plynne i racze
obloki srebrny lopuch na firmamentow dunaju
chlona sie dra i dziela i rosna w zakosach
te kamienie bez wagi skads z fruwajacych krajow
czy moze tuman pylu po niewidzialnych wozach
obloki ujrzec z gory to ujrzec niw rozlogi
swiat z bialymi dziurami niby ksiazka we snie
oczy sie niepokoja wtedy szukaja drogi
bo oczy plam nie lubia slepoty ani plesni

jest droga pod olbrzymim niebem nisko na ktorym
obloki obloki obloki droga idzie staruszka tobolek
niesie w rece ciemnej spracowanej







WULKAN


Pod Paryz, Londyn, Warszawe
wwierca sie ogniem podkop -
gasza go salw kurzawy
glusza go salwy podkow.

Z niezapisanych przyczyn
sztandary, piescie rosna,
pecznieje, ogien syczy,
pachnie grozba i wiosna!

Trzesie juz gruntem jak mina,
niejeden juz zbladl parlament,
patrzac trwoznymi oczyma
na dymiace rany i szramy...

Pod ziemia dopiero kipi,
a juzescie wielcy, scierpli? ...
Poczekajcie... zakipi lepiej...
moze w lipcu... moze na sierpien...







WOJENNE ECHO


Tylem zebral, tylem uzal
jakby smiechow srebra bylo duzo
a to ludzie dorastali do kul...
Papier dzwieczal pod piorem
wiersze wiazal kolczastym sznurem,
wiersze z maszynowych ulic,
z rogowych snu bram, z rol.

Teraz tak: szczeknal zmierzch: - bateria! Marsz! Marsz!
Linie kolejowa obsialo piechota.
Peknie noc. Glowe zlota, bujna glowe da.
Splynie pod zeschla darn.

Gdy sie skrzydlo kruszy w ciezkim placzu bomb,
lotniku, sondujesz smiercia wiatrow glab
lecacy jasnym ogniotryskiem.
Kometowy, zlatuj.
Po coz krzyczec: - Ratuj!
nad pobojowiskiem...

Bedzie dzwon, gluchy dzwon
po zweglonej karcie poematu...







* * *


dlon jak noc przezroczysta obejmowala mi twarz
gdy oczy szklil mi lazmi niewidzialny szklarz

ta dlon w zaduszne swieto swiatlo wywoluje
nad glowa mego brata
i dlatego wiem i czuje
ze jest mocna madra i dobra w goryczy
najczystsza dlon mego swiata





Tekst o poezji Jozefa Czechowicza zamieszczony w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje