GOMBROWICZ.   SMIERC





SLAWOMIR MROZEK



Nie moge odpedzic wrazenia, ze piszac i drukujac o zmarlym, dlatego, ze umarl, odprawiam pewien obrzed i zabieg, ktorego znaczenie jest ukryte pod znaczeniem konwencjonalnym.

Jezeli pod nim ukryte, to znaczy z nim nie tozsame. Nie tozsame z uczczeniem pamieci, wyrazeniem zalu, podkresleniem zaslug.

Mozliwe, ze chodzi o ustosunkowanie sie, o zajecie jakiegos stanowiska, o nakaz: zrob cos – wobec zjawiska smierci. Jakkolwiek kuszaca jest alternatywa przyjecia smierci za nicosc doskonala i wobec tego starania sie, zeby ustosunkowac sie do niej nijako – silniejszy jest przymus, zeby nawet ze smiercia cos zrobic, jakos sie zachowac. Czyli przed smiercia sie bronic. Miec inicjatywe (pozal sie Boze). Nie uznac jej. Jakikolwiek obrzed moj wlasny do tego sie nadaje.

Ale nie moze tylko o to chodzic – tylko o "uzyciowienie" smierci, o to, co zrobic z rekami w salonie, do ktorego weszla kostucha. Ona zawsze jest czyjas, nigdy nie jest sama. Tu zaczyna sie sprawa miedzy mna, a tym, czyja smierc.

Musze powiedziec, bo jak tego nie powiem, to nie mam prawa niczego powiedziec, ze ilekroc ktos umiera, odczuwam rodzaj ohydnej ulgi. Za przeproszeniem osob, ktore nie wiedza, albo nie chca wiedziec, ze wiele rzeczy odczuwa sie jednoczesnie. Rzeczy rozdzierajaco sprzecznych miedzy soba.

Wiec ta ulga – chyba stad, ze dla mnie kazdy czlowiek jest tyle moja rana, co moim zdrowiem, a przede wszystkim mozliwoscia wszystkiego, nieobliczalnym producentem swiata i tyle z niego dla mnie wynika bezpieczenstwa, co niebezpieczenstwa. Zreszta ten sam rodzaj ohydnej ulgi odczuwalem wobec siebie, kiedy raz przez przypadek umieralem i takze przez przypadek nie umarlem.

Podejrzewam, ze obrzadek, jaki odprawiam, odpowiada checi zazegnania, opieczetowania zmarlego. O zmarlym pisze sie: "byl". Niby jakze pisac inaczej. A jednak perfidne to slowko.

Z Gombrowiczem laczyl mnie Gombrowicz. Bylo w nim znacznie wiecej istnienia, niz we mnie. Czasami, nie mogac sprostac przewadze jego istnienia, uciekalem od niego.

Gombrowicz popelnial – notorycznie – przestepstwo, ktore ludzie wybaczaja najtrudniej. Nie szanowal, nie piescil milosci wlasnej jego bliznich. Chyba za to samo skazano na smierc Sokratesa. Analogie sa uderzajace. Ta sama bezwzgledna przyjazn i zyczliwosc dla ludzi, tak wlasnie bezwzgledna, ze ludzie nie mogli jej zniesc. Gombrowicza nie dalo sie skazac, inne czasy, inne okolicznosci i mam nadzieje, moze jednak odrobine inni juz ludzie. Ale reakcje byly takie same. Oburzenie, oskarzenie o kpiny, o zarozumialosc, o zlosliwosc, o szarganie, o blazenstwo wreszcie. Jeden i drugi najbardziej draznili medrcow, ludzi uwazajacych sie za kogos i za cos. Kto sie przynajmniej za cos nie uwaza.

Do wszystkich jego, Gombrowicza, oskarzycieli o cokolwiek – zwracam sie z osobista prosba: Nie zmieniajcie o nim zdania, teraz, kiedy umarl. Jezeli teraz zmienicie zdanie, to bedzie znaczylo, ze poddajecie sie owej uldze, o ktorej mowilem na poczatku. Co sie zmienilo? Tylko tyle, ze umarl. A wiec czujecie sie bezpieczni. Nigdy juz wiecej nie urazi waszej milosci wlasnej, a wiec – jezeli nagle, w jednej chwili, zmienicie o nim zdanie, to znaczy, ze witacie jego smierc jako swoje wyzwolenie.

Wszystkie wasze de mortuis nihil nisi bene beda tylko poboznym pozorem.

Ranic nasza milosc wlasna jest bardzo niebezpiecznie, dla tego, kto rani. Sami tego unikamy, staramy sie tego nie robic nikomu, przynajmniej swiadomie. I slusznie postepujemy, jezeli chodzi nam o bezpieczenstwo. Nie trzeba sadzic, ze on ani nie wiedzial co robi, ani jak to jest niebezpieczne. On, tak swiadomy.

Dlaczego to robil? Mozna sie umowic, ze czlowiek ledwo zyje i wystarczajaco zasluguje na litosc, zeby go zostawic w spokoju. Nie pozbawiac go nedznych i smiesznych skorupek, ktore sobie z mozolem kleci, zeby sie w nie schowac i jako tako przeczekac, az sie to wszystko skonczy. Ze nie trzeba mu tych skorupek ani odbierac, ani rozbijac. Coz dziwnego, ze stworzenie wyjete z ciemnej norki, gdzie sie schowalo – na ostre swiatlo – krzyczy, mruga oczkami i gryzie. Nie chce w tej chwili dyskutowac, czy wobec tego nalezy czlowieka zostawic w malym, swietym spokoju, czy nie. Ale tak sie zlozylo, ze on byl jednym wielkim "nie" w tej sprawie.

Jezeli kogos bolal, niech ten ktos pamieta, ze ze soba postepowal podobnie. Bylismy jego pacjentami i niektorzy z nas maja mu to za zle. Pomyslmy o chirurgu, ktory sam siebie operuje.

Niech sobie wyobraze, ze gralem z nim w szachy. Wstal i wyszedl z pokoju. Juz nie wroci. Mozna miec pokuse, zeby pomieszac mu figury, i zadac mu mata, ktorego tak trudno mu bylo zadac w zyciu. Jemu? Sobie, bo przeciez to ja bylbym tym, ktory przestawia jego figury. Jakiego mata. Zasmialby sie tak, jak to mial w zwyczaju.


Kultura, Nr 9/264, 1969, Paryz





Teksty o Witoldzie Gombrowiczu zamieszczone w Zwojach:





Copyright © 1997-2004 Zwoje