
"Niejedną twarz mi los przyprawił."
Mit trwający niespełniony, niepokój wieku...
Jacek Kaczmarski (22 marca 1957 – 10 kwietnia 2004)
JACEK KACZMARSKI
WIERSZE DAWNE I OSTATNI...
PRZYPOWIEŚĆ O ŚLEPCACH
(B r e u g h e l)
– Potykam się, więc ręce w przód, do góry twarz, w dół lecę!
O, ciemny Boże mego życia, miej mnie w swej opiece!
Nie puścić kija! Paść na wznak! Plecami na kamienie!
To tylko rów, przydrożny rów, już po przerażeniu...
– Gdzie wleczesz nas, przeklęty kpie? Gdzie jesteś, głupcze ślepy?
Giń sam, jak chcesz, a nas ze sobą nie zabieraj w przepaść!
W ręku mam twego płaszcza kłąb... Chryste! I ja padam!
Z twarzy ucieka ciepło dnia! Biada nam, ginę! Biada!
– Puść kij, którym mnie ciągniesz w dół! Upadliście, ja stoję!
Puść kij, my dalej chcemy iść! Przeklęte nogi twoje!
Nie puszcza! Ciągnie tam gdzie garby poplątanych ciał!
Ach, gdybym oczy miał!
– Krzyk, hałas, co się dzieje tam? Bark tego co przede mną
Twardnieje pod palcami, odgłosów pełna ciemność,
Szum drzew, kroki, własny oddech, co w słuchaniu wadzi...
Cóż z groźnych przeczuć? Pójdę tam, gdzie ślepiec poprowadzi!
– Z ręką na cudzych plecach iść – poniżenie i męczarnia !
Każdy z nich inną kryje myśl, w inną się stronę garnie.
Przy żarciu też – ten pierwszy syty się poczuje,
Kto szybciej zmaca gdzie jest chleb i szybciej go przeżuje!
– Ciężko na końcu iść, tłum gnojem cię obrzuci,
Lecz zawsze będę tym, który ostatni się przewróci.
O, tak jak teraz! Padam na nich, kłębią się pode mną,
A każdy swoje ciało ma i swoją w ciele ciemność!
– Cóż nam zostało, kiedy świata zabrakło dookoła?
Kije i sakwy i kapoty i palce w oczodołach!
Powiewy wiatru, słońca promień na chciwe twarze brać,
– Padać i wstawać, padać i wstawać, padać i wstawać...
I wstać!
1977
KRZYK
(M u n c h)
Dlaczego wszyscy ludzie mają zimne twarze?
Dlaczego drążą w świetle ciemne korytarze?
Dlaczego ciągle muszę biec nad samym skrajem?
Dlaczego z mego głosu mało tak zostaje?
Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy!
A! Zatykam uszy swe!
Smugi w powietrzu i mój bieg
Jak prądy niewidzialnych rzek
Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie!
Kim jest ten człowiek, który ciągle za mną idzie?
Zamknięte oczy ma i wszystko nimi widzi!
Wiem, że on wie, że ja się strasznie jego boję,
Wiem, że coś mówi, lecz zatkałam uszy swoje!
Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy!
A! Czy ktoś zrozumie to?!
Nie kończy się ten straszny most
I nic się nie tłumaczy wprost
Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno!
Mówicie o mnie, że szalona, że szalona!
Mówicie o mnie, ja to samo krzyczę o nas!
I swoim krzykiem przez powietrze drążę drogę,
Po której wszyscy inni iść w milczeniu mogą...
Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy!
A! Ktoś chwyta, woła – stój!
Lecz wiem, że już nadchodzi czas
Gdy będzie musiał każdy z was
Uznać ten krzyk, ten krzyk, ten krzyk z mych niemych ust
Za swój!!!
1978
PUSTY RAJ
W pustym raju dni po wygnaniu
Stwórca trawi na długich spacerach
Nocą leży na chmurnym posłaniu
Jasność własna sen mu odbiera
Swoich praw się uczy na pamięć
Sam ich musi przestrzegać by trwały
W pustym raju niebo jak kamień
Pusty raj jest dla Stwórcy za mały
A ludzi dwoje
W świecie brodzi
Adam poluje
Ewa dzieci rodzi
W pustym raju powietrze kwaśne
Jałowieje nietknięta ziemia
Zarastają ścieżki ostatnie
Nikt nie zbiera owoców stworzenia
W wielkiej ciszy prócz kroku swojego
Słyszy Stwórca rytm uporczywy
Z drzewa wiedzy dobrego i złego
Lecą jabłka w wysokie pokrzywy
A tam deszcz pada
Wichry żałosne
Adam ma katar
Ewa sieka czosnek
W pustym raju archanioł Gabriel
Miecz ognisty czyści od święta
To przed Panem wypręży się nagle
To postraszy z nudów zwierzęta
Towarzyszy Stwórcy w przechadzkach
Lecz nie może Go bawić rozmową
Żadną myślą zaskoczyć znienacka
Obaj myślą wszak jednakowo
Na ludzkim lądzie
Nagle już starzy
Adam wciąż błądzi
Ewa ciągle marzy
W pustym raju czas stracił władanie
Stwórca czeka z rękami wzdłuż ciała
Panujący światu skazaniec
Dożywocie wyłącznej chwały
Zycie Pana jest wiecznym czuwaniem
Wśród niewysłowionych problemów
W pustym raju cokolwiek się stanie
Zawsze stanie się przeciw Niemu
1980
DZIECI HIOBA
Żyły przecież dzieci Hioba bogobojnie i dostatnio
Siedmiu synów jak te sosny siedem córek jak te brzozy
Szanowały swego ojca i kochały swoją matkę
Żyły w zgodzie z każdym przykazaniem bożym
A tej nocy błysk i grom
Runął ich bezpieczny dom
I na głowy spadł lawiną głazów grad
Dnia nie ujrzy więcej już
Siedem sosen siedem brzóz
Jednej nocy cały las utracił świat
Za tę ojców nadgorliwość
W wierze w wyższą sprawiedliwość
Która każe ufać w dobra tryumf nad złem
Za lojalność i pokorę:
I za łask minioną porę
Za niewiarę w świat za progiem który jest
Za ten zakład diabła z Bogiem
Czyj silniejszy będzie ogień
Dzieci Hioba Dzieci Hioba
Idzie kres
Żyły przecież dzieci Hioba na nadzieję w przyszłość rodu
Siedmiu synów jak te miecze siedem córek jak te róże
Nie zaznały w swoim życiu smaku krwi ni smaku głodu
I kto tylko żył szczęśliwy los im wróżył
A tej nocy grom i błysk
Śpiących pozamieniał w nic
Boży świt oglądał już dymiący gruz
Patrzył nieomylny kat
Jak litością zdjęty wiatr
Bogobojny lament Hioba w niebo niósł
Za ten zakład Boga z biesem
W zgodzie z waszym interesem
Choć ostrzega was jak może zmysłów pięć
Za ten zakład Boga z czartem
O kolejną dziejów kartę
I za kija końca oba za zwykłego życia chęć
Za to czego nie ujrzycie
Bo się wam odbierze życie
Dzieci Hioba Dzieci Hioba
Idzie śmierć
1981
BIRKENAU
(K r a w c z y k)
Porządny w pryzmach marnuje się opał
I zimny komin zbędne ma przestoje
Mizerne niebo czeka na swój pokarm
Tłuste obłoki słodkich swądów zwoje
Skrzętni palacze gdzieś się zapodziali
Wystygły ruszta popiół tuli glina
I w bezcielesnym milczeniu umarli
Słuchają jęków głodnego komina
Po ustalonych raz na zawsze drogach
Płynie nad nimi ślepe oko Boga
1981
BAJKA O POLSCE
Popatrz na Polskę zatopioną we śnie
Od gwiazd chronioną przez chmurne odmęty
Wygasłe domy suną bezszelestnie
Jak dnem do góry płynące okręty
Trudno uwierzyć wśród czarnych pejzaży
Że wewnątrz w ostatnim powietrza pęcherzu
Leżą gorące ciała marynarzy
Co jeszcze w przystań ostatnią nie wierzą
1978
EGZAMIN
Czterdzieści lat z nas robicie
Zdrajców na srebro pazernych
A teraz – jawnie i skrycie
Mówicie nam – bądźcie wierni!
Czterdzieści lat wszelkie prawa
Dłoń prawodawcy dławi
A gdy zdrętwiała w brawach
Mówicie nam – bądźcie prawi!
Czterdzieści lat nasze siły
Trawi wasz sąd nieomylny
A teraz – gigantom byłym
Mówicie nam – bądźcie silni!
Czterdzieści lat nas uczono:
Kiep ten co w prawdę wierzy
A teraz głosem Katona
Mówicie nam – bądźcie szczerzy!
Czterdziestu lat rytm wydzwania
Zegar porywów i kaźni
Wy nam bez chwili wahania
Mówicie – bądźcie rozważni!
Niejeden z nas ziemię gryzie
Inni choć młodzi – już siwi
A wy szykując nam krzyże
Mówicie – bądźcie cierpliwi!?
A my – uczniowie leniwi
By was wysłuchać – niepilni
Jednak jesteśmy cierpliwi
Wierni rozważni i silni
(I choć nikt z was w to nie wierzy
Jesteśmy prawi i szczerzy
Lecz z cnót tych już nie przed wami
Będziemy zdawać egzamin!)
1981
MURY
On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
On im pieśnią dodawał sił, śpiewał że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów podnosił się dym,
Śpiewał, że czas by runął mur ...
Oni śpiewali wraz z nim:
Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!
Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i głów.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał,
I ciążył łańcuch, zwlekał świt...
On wciąż śpiewał igrał:
Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!
Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas,
I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast;
Zwalali pomniki i rwali bruk: – Kto z nami! Kto przeciw nam!
Kto sam, ten nasz najgorszy wróg! ...
A śpiewak także był sam.
Patrzył na równy tłumów marsz,
Milczał wsłuchany w kroków huk,
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg...
1978
PROŚBA
Mów mi to co dzień: oni górą
Jakbyś w twarz raz po raz mi pluł.
Chrzest dadzą bezimiennym murom
Seriami kul tłum tnąc na pół.
Postawią miasta sierocińców,
Nabierze mocy życia smak.
Nim wyjrzy ludzka twarz zza sińców:
Mów mi, ach mów, że będzie tak!
Przy podpalonych bibliotekach
Lud sine ręce będzie grzał
I odnotuje to bezpieka
Kto przy tym płakał, kto się śmiał.
Dawnych znajomych nazwiskami
Mignie rubryka – zawód: kat
A nas obwoła ktoś zdrajcami,
Mów mi, ach mów że będzie tak!
Nasi najbliżsi w łapach hycli.
Cośmy robili – śledztwo trwa.
W przedszkolach gwiazdka dla milicji,
Wojsko na placach i we snach,
Starcy mrą niepotrzebni światu,
Co dotąd przecież krążył wspak.
Zamiast "Jak się masz!" – "Dać go katu!"
Mów mi, ach mów, że będzie tak!
Bo kiedyś może się przydarzyć
Że z którymś z Nich powtórzę błąd
Szukając uczuć w jego twarzy
Zamiast go zabić z zimną krwią.
Zamiast zacisnąć drut na szyi
I krtań w ostatni skręcić krwiak.
Chcę słyszeć, jak przed śmiercią wyje –
Mów mi, ach mów, że będzie tak!
27. 0l. 82
LINOSKOCZEK
Włodzimierzowi Wysockiemu
Na klucz nasz cyrk zamknięto nam i postawiono straż u bram
Nie odpowiadał ponoć normom bezpieczeństwa,
Sprzedano małpy, konie, psy i w klatkach znów zamknięto lwy,
W szpitalach błazny, bo się śmiały do szaleństwa.
Ponuro w mieście robi się bo znowu pobyć nie ma gdzie
A pusty cyrk to przecież zawsze rzecz ponura,
A mnie najciężej – bo cóż ja? Cóż linoskoczek robić ma,
Gdy nie ma napiętego nad otchłanią sznura?!
Bez tego strachu którym czuł co dzień, gdy mogłem runąć w dół
Przez chwilę lęku, nieuwagi, chwilę pecha
Naprawdę nie mam po co żyć, po ziemi chodzić, gorycz pić –
Nie, takie życie mi się wcale nie uśmiecha!
Czuję się jakbym nie miał nóg, obcy mym stopom każdy bruk,
Potykam się co krok o swoją własną piętę!
Lecz nawet wtedy znajdą się ludzie co podtrzymają mnie,
I widzę twarze litościwie uśmiechnięte.
Nie dany więc upadek mi, nie dana sława dawnych dni
Więc swoje kroki stawiam dzisiaj bez oklasków!
Wtem błyska oczywista myśl!
I wiem co robić mam od dziś!
Napięte zawsze w świecie druty są kolczaste!
Po takiej drodze trzeba iść!
Kaleczyć stopy! Wargi gryźć!
Gdy z lewej próżna wolność, z prawej kat cię niańczy!
Pod stopą mieć kolczastą nić!
Tak długo, aż nie pęknie – żyć!
Pokazać światu, że i po niej można tańczyć!
27. 03. 82
OBŁAWA
Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spał
I spały małe wilczki dwa – zupełnie ślepe jeszcze
W tem stary wilk przewodnik co życie dobrze znał
Łeb podniósł warknął groźnie aż mną szarpnęły dreszcze
Poczułem nagle wokół siebie nienawistną woń
Woń która tłumi wszelki spokój zrywa wszystkie sny
Z daleka ktoś gdzieś krzyknął nagle krótki rozkaz – goń!
I z czterech stron wypadły na nas cztery gończe psy!
Obława! Obława! Na młode wilki obława!
Te dzikie zapalczywe w gęstym lesie wychowane!
Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa!
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane!
Ten który rzucił na mnie się niewiele szczęścia miał
Bo wypadł prosto mi na kły i krew trysnęła z rany
Gdym teraz – ile w łapach sił – przed siebie prosto rwał
Ujrzałem małe wilczki dwa na strzępy rozszarpane!
Zginęły ślepe, ufne tak puszyste kłębki dwa
Bezradne na tym świecie złym, nie wiedząc kto je zdławił
I zginie także stary wilk choć życie dobrze zna
Bo z trzema naraz walczy psami i z ran trzech naraz krwawi!
Obława!...
Wypadłem na otwartą przestrzeń pianę z pyska tocząc
Lecz tutaj też, ze wszystkich stron – zła mnie otacza woń!
A myśliwemu co mnie dojrzał już się śmieją oczy
I ręka pewna, niezawodna podnosi w górę broń!
Rzucam się w bok, na oślep gnam aż ziemia spod łap tryska
I wtedy pada pierwszy strzał co kark mi rozszarpuje
Wciąż pędzę, słyszę jak on klnie! I krew mi płynie z pyska
On strzela po raz drugi! Lecz teraz już pudłuje!
Obława! ...
Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las
Lecz ile szczęścia miałem w tym to każdy chyba przyzna
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi długi czas
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna!
Lecz nie skończyła się obława i nie śpią gończe psy
I giną ciągle wilki młode na całym wielkim świecie
Nie dajcie z siebie zedrzeć skór! Brońcie się i wy!
O, bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie!
Obława!
1974
(Na motywach pieśni Włodzimierza Wysockiego Achota na wołkow)
OBŁAWA IV
(fragment)
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Myśliwy jeszcze ma broń i trzyma smycze
Lecz las jest nasz i łąki też są nasze!
Wilk wolny – wyje, na smyczy pies – skowycze
I bać się musi i swych braci straszyć.
Po lasach jeszcze wciąż żyją wilki młode
Porozpraszane przez bezrozumne salwy.
Silne i wściekłe, i strasznej zemsty głodne
I ja je kocham i tak mi bardzo żal ich.. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
1990
STAROŚĆ TEZEUSZA
W młodości byłem Tezeuszem,
A dzisiaj jestem Minotaurem.
Po mrocznym labiryncie kluczę
Nie mogąc liczyć na Ariadnę.
Głowa mi coraz bardziej ciąży
Gdy żądam światła niby boga;
A ostrzegali ludzie mądrzy,
Że wszelka żądza to choroba.
Kiedyś walczyłem z potworami –
Dziś przeistaczam się w potwora.
Na ścianach cień mój, niby pamięć
Tego, kim byłem ledwie wczoraj.
Z pochodnią u łba ścigam siebie
Geometriami korytarzy,
A świat się boi mnie, bo nie wie,
Że winien przejrzeć się w mej twarzy.
W młodości byłem bohaterem,
Dziś jestem więźniem ciemnej sławy;
Miejsca w pułapce tej niewiele
Na więcej coś, niż życia nawyk.
Robię co mogę mimo kaźni,
Małe starczają mi radości:
Mgliste obrazy wyobraźni,
I gorzka sytość dorosłości.
Nocą mnie prześladują zjawy
Ludzi złożonych mi w ofierze;
To ów obrządek krwawy sprawił
Żem pół-mężczyzna i pół-zwierzę.
Więc odkupienia dla mnie nie ma
W niezawinionej poniewierce;
Skrobiąc na murze ten poemat
Pokornie czekam na mordercę...
Osowa, 15. 09. 2003
(jeden z ostatnich wierszy Poety)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||