
PSY W NASZYM DOMU
HALINA BIRENBAUM
Zariz
Mieszkaliśmy wówczas w moszawie (wsi kooperatywnej), w blaszanym baraku jako kandydaci do wstąpienia do tej wspólnoty. Byliśmy młodym małżeństwem. Spodziewaliśmy się dziecka w bardzo trudnych warunkach egzystencji pośród innych nowoprzybyłych kandydatów, jak my.Mój mąż pracował od rana do nocy u dawno osiadłych tutaj, zamożnych gospodarzy. Żywiliśmy nadzieję, że i nam się uda założyć własne gospodarstwo. Pragnęliśmy mieszkać na wsi. Mieszkaliśmy w blaszanym baraku, w którym było ciasno i duszno, chłód dokuczał zimą, latem upał, ale byliśmy młodzi, szczęśliwi i pełni nadziei.
Pewnego razu ktoś ze wsi podarował nam małego szczeniaka. Umieściliśmy go w kartonowym pudle, obok naszego łóżka. Nazwaliśmy go Zariz (Zręczny po hebrajsku). Po raz pierwszy po wojnie i długiej włóczędze mieliśmy jakiś własny kąt, choć w blaszanej budzie – i czworonożnego przyjaciela. Zariz był podobny do wilka, nie specjalnej urody, ale zabawny i miły. Od początku traktowaliśmy go nieomal jak jedyne nasze dziecko – aż urodził się Jakubek. Piesek cieszył się jego przyjściem na świat. Towarzyszył nam w spacerach, gdy wychodziliśmy z dzieckiem w wózeczku, lub w drodze do załatwiania sprawunków.
Pewnego dnia zagubił się, gdy nam towarzyszył do przychodni dla niemowląt nazwanej "Kropla Mleka". Przez cały czas był przy nas, i nagle znikł gdzieś...
Szukałam go wszędzie, wołałam, ale na próżno. Nie wracał, mimo, że stawało się późno. Nie miałam pojęcia, gdzie mógł się zawieruszyć i nie mogłam się uspokoić. Popłakiwałam w ukryciu, było mi go brak, tak bardzo już się do niego przywiązaliśmy! W końcu postanowiłam pójść znów do tej "Kropli Mleka". O tej późnej godzinie wszystko już było tam zamknięte. Zaczęłam krążyć wokół budynku i wołać głośno: "Zariz, Zariz!" Odpowiadała mi deprymująca cisza.
Już chciałam odejść zrezygnowana, zmęczona i smutna, gdy nagle dotarło do moich uszu cichutkie szczeknięcie. Serce uderzyło mi mocniej. Byłam przekonana, że to on. Pobiegłam odszukać siostrę-pielęgniarkę, by szybko otworzyła drzwi przychodni... Pies wyskoczył uszczęśliwiony!
Okazało się, że zaciekawiony wkradł się do pokoju, w którym robiono naświetlana ultrafioletowe, schował się pod łóżkiem i tam biednego szczeniaka zamknięto przez nieuwagę...
Wróciliśmy radośnie razem do domu, dziękując gorąco siostrze za wybawienie go z uwięzi. Mieszkaliśmy już wtedy w murowanym, jedno pokojowym domku blisko granicy wiosek arabskich. Mieliśmy niewielkie pole, pragnęliśmy założyć kurnik. Trudziliśmy się ciężko oboje, nie mając niemal niczego, sprzętu do roli, ani środków na ich zakup. Mąż musiał do późna dorabiać w cudzych gospodarstwach, abyśmy mogli się utrzymać. Jedyna we wsi spółdzielnia spożywcza znajdowała się daleko od naszego domu i tylko jeden raz w tygodniu mogło się tam robić zakupy. Wlokłam się tam z dzieckiem w wózeczku po piachach. Zariz zawsze biegł obok nas. Wystawałam w długich, denerwujących kolejkach, dźwigałam ciężkie kosze..
Zariz, 1951
Pewnego dnia, a był to piątek i panował tu szczególny tłok, napięcie i zniecierpliwienie wśród ludzi. Zariz wszedł za mną do sklepu i zaczął uporczywie szczekać ze strachu przed tym obcym tłumem. Ludzie cofnęli się, nie ukrywając swego gniewu i złości na mnie i na psa. Próbowali wygnać go siłą, ale on wskoczył przerażony śmiertelnie pod bufet z kasą i tam się skulił w ciasnym kącie...Sprzedawanie zostało przerwane, wszyscy krzyczeli, przeklinali, odgrażali się, a ja byłam zupełnie bezradna, bo pies mnie też już nie słuchał, warczał groźnie i nikomu nie pozwalał zbliżyć się do miejsca, w którym znalazł schronienie. Nawet i na mnie tak wrogo warczał, jakby zapomniał w tym zamieszaniu, kim jestem i mnie też się bał, jak wroga. Nie dowierzał, że zdołam go obronić przed tym rozłoszczonym tłumem.
Wreszcie udało mi się wywabić go spod kasy dobrymi słowami i... czekoladą. Drżałam cała ze zdenerwowania, gdy go wyprowadzałam stamtąd, rezygnując już z zakupów. Ludzie odprowadzali mnie niemal nienawistnym spojrzeniem, słusznie zresztą. Każdy by się zląkł takiego dużego psa, ale ich strach udzielił się zwierzęciu i napełnił wrogością. Jednak nic złego mu nie uczynili, widać wybaczyli jakoś i opanowali swój gniew na nas.
Po roku opusciliśmy tą wieś. Nie mogliśmy urządzić się tam i jak wszystkie rodziny nowoprzybyłych wróciliśmy do obozu imigrantów, tak zwanej maabara. Dziecko nasze rosło w namiocie, który zastępował nam dom. Zariz był przywiązany do sznura naszego namiotu. Przechodzący obok, szczególnie Żydzi przybyli z Iraku, bali się go, niemal zabobonnie.
W owym czasie prawie niczego nie można było normalnie kupić w naszym nowopowstałym państwie Izrael; wszystko było wyłącznie na kartki przydziałowe, albo po bardzo wysokich cenach na czarnym rynku. Marek, mój brat, który wtedy mieszkał we Francji, pomagał nam trochę przysyłając co pewien czas paczki żywnościowe.
Jakubek, bawił się z Zarizem, gaworzył do niego swą dziecinną mową, wołał na psa "Aisz, Aisz!" Wsiadał na niego, jak na konia, tarmosił za uszy. Zariz znosił to wszystko cierpliwie, z miłością.
Jednego dnia, gdy robiłam pranie w balii przed namiotem usłyszałam radosne okrzyki dziecka i głośne mlaskanie i kichanie psa. Obejrzałam się, nie wiedząc, co się dzieje? Zariz oblizywał się raz po raz z entuzjazmem, Jakubek skakał wokół niego, klaszcząc wesoło w rączki bardzo czymś uszczęśliwiony: "La bijut, Aisz!" – "Na zdrowie, Aisz!"...
Okazało się niebawem, że wyniósł psu garnek smalcu z paczki z Francji! A Zariz skrupulatnie wylizał wszystko do dna... Szczęście, że się nie rozchorował z tego obżarstwa!
Nasza Lady
Nie chciałam mieć psa w domu! Tak usilnie przeciwstawiałam się temu, że dziś aż mi wstyd za siebie, za mój głupi upór... i za to, że jestem tak mocno przywiązana do niego. Bo oczywiście nie wygrałam, nie postawiłam na swoim. Gdy nasz starszy syn na coś się uwziął, to na nic było moje "chcę" albo nie "chcę"...No i przyniósł psa, a raczej ja sama, na przekór wszystkiemu oraz samej sobie, przyniosłam ją do domu, a nawet zapłaciłam za nią... Za to teraz nie oddałabym jej za żadne pieniądze. Mówię "ona" – bo to na dodatek była suczka. Właśnie ona, gdy piszę te słowa, leży u moich nóg, i patrzy na mnie z taką ufnością, jakby była najzupełniej przekonana, że tak jest i nie może być inaczej...
* * *
Ale najpierw było inaczej.Nie chciałam wziąć psa do domu, bo uważałam, że to dla mnie zbyt wielki kłopot. Obawiałam się, że szczekanie rozłości sąsiadów, przeszkodzi spać w nocy, że pies wyrządzi nam szkody w mieszkaniu skakaniem, połamie coś, podrze, nabrudzi. Bałam się ewentualnych wizyt "zakochanych kolegów", gdyby to miała być suka, i potem dalszych kłopotów z małymi... Nie brak mi było obowiązków i pracy w gospodarstwie domowym, zmartwień, trosk o dzieci, czy więc na dodatek jeszcze brakowało mi psa? Krzyczałam tak wciąż do dzieci, gdy wszelkimi sposobami starały się nakłonić mnie, żebym się zgodziła na pieska.
Aż raz, po tych wszystkich kłótniach, perswazjach i krzykach – przynieśli do domu szczeniaka. Starszy syn przyniósł go, ten duży... "Tylko do jutra" – wyjęczał, gdy kazałam natychmiast odnieść pieska tam, skąd go przyprowadził. - "Dziś nie wypada, tak od razu" - powiedział płaczliwie. "Jutro go odniosę"; a tymczasem obaj zaczęli go niańczyć, pieścić, karmić.
Mnie samej bardzo chciało się także pogłaskać kudłate, białe futerko, ale nie mogłam przecież pokazać, że lubię pieska i tak łatwo kapituluję... Pobawiłam się więc z szczeniakiem kiedy malcy odeszli do szkoły, a potem zapomniałam im przypomnieć, i tak pozostał u nas przez dalsze kilka dni.
W obecności dzieci patrzałam na niego surowo, demonstrując tym, że nie zgadzam się na jego obecność – a oni, szczególnie ten duży, w strachu tak pilnowali szczeniaka, że nie dali mu pisnąć, by się nam nie naraził. Zastanawiałam się wciąż, czy syn tak pilnie opiekuje się pieskiem z miłości do stworzenia – czy mnie na złość?...
Raz wierzyłam w to pierwsze i przyjmowałam łagodnie pieską obecność oraz nieczystości, które roznosił po mieszkaniu – to znów utwierdzałam się w tym drugim i krzykliwie żądałam, aby czym prędzej usunęli psa z domu. Ale psa bynajmniej nie usuwano – za to odłożono na stronę lekcje i książki, bawiąc się z nim nieustannie. A tego już miałam naprawdę za wiele!
Jednego ranka uprosiłam męża, aby zabrał z sobą szczeniaka do pracy i oddał go tam komuś. Wieczorem stanowczo uprzedziłam o tym dzieci i w naprężonej, wrogiej atmosferze położyliśmy się wszyscy spać.
Nazajutrz wstali rano, nie mówiąc nic. Zjedli śniadanie, wzięli teczki i poszli do szkoły. Najpierw wyszedł ten mniejszy syn. Przeszedł obok pustego miejsca po piesku, nie podnosząc głowy, jak koło cmentarza. A potem poszedł ten duży. Myślałam, że zacznie się ze mną kłócić, ale wyszedł z domu bez słowa, jakby nigdy nic. Ulżyło mi to, jednak mimo woli podeszłam do okna i obserwowałam go ukradkiem.
Otworzył drzwi drewnianej komórki, w której ostatnio trzymali pieska na noc, postawił teczkę na ziemi – i rozpłakał się. Stał i płakał ten gimnazjalista, jak po umarłym...
Przez cały dzień nie mogłam już nic robić, nie znajdowałam sobie miejsca. Zamęczały mnie wyrzuty sumienia. Cóż mi przeszkadzało to biedne stworzenie i radość dzieci? Dlaczego im to odebrałam i wyrzuciłam psinę? W nauce nie poprawiło się przez to – przeciwnie. Atmosfera w domu pogorszyła się i nasze wzajemne stosunki też.
* * *
Yakov jednak uparł się, że chce mieć psa, przyrzekał poprawę w nauce i nasz wybór padł na małą suczkę, o pięknym, rudym futerku i jasnym puszystym ogonie. Pewnego dnia kupiłam ją sama, piękną i majestatyczną jak Lady. Tak też od razu ją nazwaliśmy, rozstrzygając długotrwały spór między synami o imię przyszłego psa.Lady była cicha, poważna, bardzo czujna, i bardzo wybredna. Nie nadskakiwała ludziom, nie rzucała się łapczywie na jedzenie, nie skakała dziko, nie łasiła się do byle kogo – prawdziwa „Pani”. Robiła łaskę, gdy raczyła przyjąć jakiś przysmak, lub pozwoliła się pogłaskać. Niewiele z nią było kłopotu – ale za to moc radości i śmiechu. I tak miło było ją obserwować, widzieć jej przywiązanie, inteligencję, dobroć.
Szczególnie mnie było z nią dobrze, bo najwięcej przebywałam w domu. Miałam towarzyszkę, mogłam odezwać się do kogoś w samotne i żmudne godziny pracy domowej. Mogłam pobawić się z nią, wyjść na spacer, ogrzać się w słońcu w chłodne dni.
Halina z Lady, Herzliya, 1968
Lady była wdzięczna za wszystko, zawsze zadowolona. Dobrze jej było u nas, aż prawie zapomniała szczekać. Przeważnie spała, albo siedziała skulona przy mnie i grzała się o moje nogi pod stołem, gdy ja pisałam...Kiedy wzięliśmy ją z przytułku dla porzuconych zwierząt miała sześć miesięcy – i była w ciąży. Wkrótce miała śliczne małe. Poradziliśmy sobie również z nimi. Takie były piękne a ona cudowna w swym macierzyństwie, w swym przywiązaniu do nich! Przychodziła do nas w czasie karmienia tylko na chwilę, żeby ją pogłaskać i natychmiast pędziła z powrotem do swoich dzieci. Nawet jeść nie chciała z dala od małych.
Jednak młodziutka Lady dostała infekcji od niewyssanego mleka i o mało nie umarła. Yakov zawiózł ją do lekarza, podawał jej lekarstwa i biały ser (podobno skuteczny przeciw zatruciu), czuwał nad nią dniem i nocą – aż wyzdrowiała ku naszej radości.
Potem, kiedy szczeniaczki Lady podrosły, chętnie przygarnęli je nasi znajomi, każdy piesek dostał się do przyjaznego domu, gdzie sprawiał wiele uciechy swym opiekunom.
A ja, gdy posprzeczałam się z którymś z synów i trudno nam było się pogodzić, zaczynałam bawić się z Lady, opowiadać coś pociesznego o niej i od razu wszystko wracało do dobrych stosunków. Już tylko dlatego warto było wziąć do domu psa, nie mówiąc o tym, jak przyjemnie było zatopić palce w jej jedwabistej sierści, cieszyć się wraz z dziećmi, gdy w centrum tych swawoli znajdował się wspólny ulubieniec naszej rodziny – pies. Przepraszam, nasza Lady!
Bardzo przywiązaliśmy się do Lady, choć była kapryśna i wybredna – łatwo wpadała w gniew. W ciągu lat chodziliśmy z nią na dalekie spacery, przeżywaliśmy wiele radości związanych z nią. Najśmieszniejsze było, gdy przypominała zasiedziałym do późna gościom, że czas się żegnać według normalnego trybu życia w tym domu... Podchodziła do zawieszonych płaszczy gości, a potem do nich spoglądając znacząco. Jakby ją ktoś wytresował był w ten sposób. Na szczęście, nie obrażali się, podziwiali ją tylko i wszyscy razem śmieliśmy się z jej przemyślności.
Lady
Lady nikomu nie pozwalała się głaskać, a jej piękna sierść nęciła. Sypiała obok mnie, przytulona do moich nóg, a zwłaszcza nie odstępowała mnie, gdy byłam chora. Cicha, piękna – spokojna, gdy nikt jej nie dotykał. Nawet mnie nie pozwalała się pogłaskać więcej niż dwa, trzy razy – potem już warczała. Szczekała zajadle na inne psy, jednak gdy przechodziła obok większych od siebie i bała się ich – odwracała głowę, udając, że ich nie widzi i dlatego nie odgraża się swym zwyczajem. Na dźwięk smętnych melodii zadzierała mordkę do góry i oblizywała się, ziewała raz po raz albo zaczynała wyć żałośnie, tęsknie, jakby przypomniała sobie coś bardzo smutnego i pragnęła wtórować... Nigdy nie wiadomo jaką przeszłość ma stworzenie przygarnięte z przytułku, co doświadczyło, zanim trafiło do przyjaznych ludzi, i dlaczego jest tak podejrzliwe?Było nam bardzo smutno, gdy Lady umarła po ciężkiej chorobie. Miała 15 lat. Po tych wszystkich latach z nami, brakowało nam jej na każdym kroku.
Kimi i Dubi
Kimi to był nasz nowy pies. Obok Lady, która już bardzo się zestarzała.Pewnego wieczoru znaleźliśmy tego nowego pieska. Akurat poszliśmy odwiedzić ciężko chorą znajomą. U wejścia do jej mieszkania leżał na schodach młody, czarno-brązowy pies. Gdy wracaliśmy, siedział nadal w tym samym miejscu, i spoglądał na nas prosząco. Polizał nas w nogi i z jawną radością pomachał przyjaźnie krótkim ogonkiem. Zatrzymaliśmy się przy nim dłuższą chwilę wzruszeni tym ciepłym zaakceptowaniem nas przez obce, porzucone stworzenie. Zauważyliśmy też, że jedną łapę miał bezwładną – trzymał ją uniesioną, jakby zawieszoną w powietrzu.
Wzięliśmy go na ręce, pogłaskaliśmy. Przypomniała mi się moja własna ręka, miesiącami wisząca tak bezwładnie po postrzeleniu mnie przez wachmana w Auschwitz 1 stycznia 1945... Poczułam bliskość z pieskiem, jakąś wspólnotę losu i współczucie.
Po wyzwoleniu z obozu, gdy zaczęłam normalnie się odżywiać, uszkodzony nerw zrósł się i mogłam znowu poruszać ręką. Pomyślałam, że chyba łapa pieska także wyzdrowieje w odpowiednich warunkach. Nasza Lady jest już staruszką, niech więc będzie obok niej i młody pies.
Z jaką radością podążył za nami!
Z początku nieustannie spał. Miał gorączkę, całe jego ciało było w bliznach - widoczne skutki czyjegoś ciężkiego znęcania się. Lekarz nie wierzył, że łapa psa wygoi się, ale ja wierzyłam, miałam przecież przykład tego na sobie.
Kiedy przynieśliśmy Kimiego do domu, była tu już także kotka z tej czwórki, co przyszła z pardesu... Piękna Lady o szpiczastej mordce i wspaniałym, jakby specjalnie napuszonym ogonie, którym obnosiła się z gracją - nie lubiła kotki. Przechodziła z dala od niej, ignorując jej obecność.
A kotka nawet szanowała ignorancję starej, od lat zadomowionej suczki. Starała się nie przeszkadzać jej, nie wchodzić w drogę, nie wyjadała jej jedzenia, mimo że była młodsza i o wiele zręczniejsza. Jakby rozumiała, że można współżyć w pokoju także i bez sympatii, jeżeli istnieje wzajemne poszanowanie.
Kimi wyzdrowiał, wyrósł, zmężniał, ale wciąż był wystraszony. Szczekał o byle co, a jego potężny głos, niestety dawał się słyszeć na odległość. Pokochał nas zazdrośnie, przesadnie – drzwi naszego mieszkania stały się nieprzystępną twierdzą. Nie chciał też zostawać sam w domu. Mścił się, gdy odchodziliśmy, przewracał doniczki, rozrzucał gazety, książki, uganiał się za kotką i za starą Lady. Kiedy wracaliśmy wpadał w szalonej radości do ogrodu i z błyskawiczną szybkością wyrywał z ziemi niedawno zasadzone rośliny, rzucając je nam do nóg na powitanie, i nawet nie można się było na niego złościć... Miał mocne, lśniąco białe zęby, wielkie brązowe, rozumne oczy o buntowniczym spojrzeniu. Czynił na przekór, ściągał ze stołu, brudził jeszcze. Ale lubiliśmy go i wybaczaliśmy szkody. Wierzyliśmy, że przyzwyczai się do nowych porządków i ustatkuje się.
W końcu jednak byliśmy zmuszeni uwiązać go na dworze.
Nie przestawał się buntować. Pewnego razu podrapał panią listonosz i zabrali go na kwarantannę. Zamknięty tam w klatce rwał się do nas i płakał, aż serce się rwało z żalu, gdy odwiedzaliśmy go tam. Był uszczęśliwiony kiedy wreszcie odebraliśmy go po dwóch tygodniach! Jednak dalej szczekał w niebogłosy, budząc tym wrogość sąsiadów wobec siebie i nas.
Sąsiedzi w ogóle nie lubili zwierząt, a ten swym doniosłym głosem nie dawał zapomnieć o swej obecności. Pochodzili z innej kultury, innego kraju, i nie byli nam życzliwi, przybyszom z Europy. Czepiali się każdej drobnostki, ale nie spodziewaliśmy się aż takiej zawiści i braku serca. Jednego dnia znaleźliśmy Kimiego leżącego na ziemi. Nie ruszał się, nie wydawał głosu z siebie. Został podstępnie otruty!
Przeżyłam to bardzo ciężko. Bolała nie mniej ludzka złość i to, że nie potrafiłam obronić Kimiego przed nią! W tym samym czasie Lady poważnie zachorowała i wkrótce umarła.
* * *
Znów przyniósł nam syn, tym razem ten młodszy, Beni, do domu szczeniaka,. Upodobał sobie czarnego wilka belgijskiego. Dubi (niedźwiadek po hebrajsku) był grubiutki, ociężały - stąd też jego imię. Duży, jak na szczeniaka, ale nieporadny, jak niemowlę. Tulił się do nas, słuchał pilnie, uczył sie szybko wszystkiego. Z początku bał się nawet zejść ze schodków i patrzał na mnie z przerażeniem, błagając o pomoc... Przekręcał miseczkę, z której jadał, gdy ją opróżniał, na znak, że czeka na nową porcję... Tyle bylo z nim radości i śmiechu! Miał miękkie, czarne futerko, duży łebek, podłużną mordkę, opadające nieco uszy i dobre, czarne oczy.Był delikatny, inteligentny. Polubiliśmy go bardziej od innych naszych zwierząt, był zachwycający! Trzymaliśmy go w domu. Ale od samego początku odznaczał się słabym zdrowiem. No i znów ta złość sąsiadów! Nie podejrzewaliśmy, że rzadkie szczęknięcia Dubiego rozbudzą ich złość.
Dubi, Herzliya, 1978
Pies wychodził na dwór, tylko za swą potrzebą i natychmiast wracał, ale widać i tego było za wiele. A może to ja nie przypadłam komuś do gustu – może mścili się jeszcze za Kimi? Kto wie, co ludziom "siedzi" w głowie?Dubi nagle przestał jeść, bawić się. Natychmiast poszliśmy z nim do lekarza. Znalazł się taki jeden litościwy, który nas przyjął, bo akurat było to w wielkie święto. Okazało się, że Dubi stracił dużo krwi i trzeba było dawkę krwi od silnego, zdrowego psa. Sąsiadka z innej ulicy zaofiarowała się pójść z nami ze swoim psem. Ale pomogło to tylko zaledwie na kilka dni. Piesek leżał u moich nóg i wpatrywał się we mnie swymi rozumnymi, cierpiącymi oczami.
Zawieźliśmy go do nowoczesnego szpitala dla zwierząt w Beer Szewie. Usiłowano go ratować, dawali mu infuzje, nawet główny lekarz go polubił i wszyscy, którzy się nim tam zaopiekowali. Ale nic nie pomagało. Po tygodniu zawiadomili nas ze szpitala z serdecznym żalem, że Dubi nie żyje.
Postanowiłam już nie brać więcej psa do domu. Dość tych zmartwień i żalu po nich!
Akurat w tym czasie znajomi Yakova wyjechali za granicę. Ich Foksi został, nie mogli go wziąć z sobą. Biały, kędzierzawy, spokojny piesek. Stąpał lekko i raźnie na swych owłosionych aż do paznokci łapach, jakby tańczył. Nie mogłam się zdecydować, a on patrzał na mnie wyczekująco spod swej kędzierzawej grzywy, która zasłaniała mu żywo błyszczące oczy. Nie będzie miał już ani domu ani przyjaciół!...
Zapomniałam o swym przyrzeczeniu, żeby nie brać więcej psa, mąż także bardzo namawiał, żeby go przygarnąć. Jego szczególną sympatią są właśnie psy.
I znów stało się radośnie w domu – wspólne spacery, zabawy i figle młodego psiaka, wesoły śmiech.
Kruczek
Jeszcze przed urodzeniem się naszego wnuka Yonatana, syna Beniego, przygarnęli jego przyszli rodzice pieska, który wałęsał się wokół studia muzycznego, gdzie zauważył go Yakov.Czarny kędzierzawy piesek o długich uszach i ukrytych w tych kędziorach oczach wzbudzał sympatię i nie był smutny, mimo, że się zagubił lub został porzucony. Nikt nie wiedział, skąd się tam wziął, ale był czysty, nie zaniedbany, choć osamotniony. Yakov ulitował się nad psiakiem, nie mógł go jednak trzymać u siebie, gdyż przeważnie bywa poza domem, ma też kotka - więc zaproponował przygarnięcie psa bratu i bratowej, którzy chętnie się zgodzili przygarnąć go, co okazało się radością dla nieco dumnego stworzenia i jego nowych opiekunów. Nazwali go Kruczek, wedle mojego wyboru. To ja wymyśliłam takie polskie, trudne do wymowy dla Izraelczyków imię, tłumacząc, że kruk po polsku to kraczący, czarny (jak ten piesek) ptak.. Wszystkim spodobało się, gdyż to imię brzmiało niezwykle, oryginalnie.
Beni i Hanita zaopiekowali się Kruczkiem, jak małym dzieckiem, a on też tak się zachowywał. Tulił się wciąż do nóg Beniego czy Hanity, przyciągał na siebie moc uwagi, wskakiwał na ręce Hanicie i tak zasypiał. W nocy zostawał w ich pokoju, spał na brzeżku łóżka swej pani, jakby czuwając. Był grzeczny, wesoły, wszyscy lubili go, bawili się z nim, rozpieszczali go.
Aż Hanita pojechała do szpitala urodzić Yonatana... Kruczka zostawiła pod opieką swojej matki. Piesek zląkł się bardzo, zasmucił, schował się pod łóżkiem, odseparował od otoczenia i zawodził żałośnie wypełniony goryczą i buntem. Tęsknił, zaczął łobuzować – szybko zmienił się nie do poznania.
Gdy Hanita wróciła ze szpitala ze swym nowonarodzonym synkiem, w domu powstał zamęt. Kruczek nie godził się na nowe porządki, dalej buntował się, robił na złość, przeszkadzał wszystkim. Chciał odwrócić uwagę od małego przybysza, Yonatana, i zwrócić ją na siebie. Złościł się, stał się nieprzyjazny.
Hanita nie miała teraz wiele czasu do niego, musiała też usunąć go ze swego pokoju w trosce o niemowlę, które tam karmiła piersią. Yonatan leżał w swym łóżeczku, płakał, trząsł się na każde szczeknięcie Kruczka.
Kruczek protestował, skamlał pod drzwiami, stukał łapą, drapał, starał wcisnąć się do pokoju i usiąść, jak dawniej, u nóg swej pani – jak to bywało, gdy nie było jeszcze Yonatana, który teraz we wszystkim zajął pierwsze miejsce w domu. Na domiar tych zmartwień pieska, wciąż schodzili się goście, aby powitać nowonarodzonego.
Kruczek awanturował się, nic nie mógł zrozumieć - nie godził się z losem. Raz, gdy zostawili go samego w domu matki Hanity, z wielkiego oburzenia porwał na strzępy dywanik. Tak bardzo się zmienił!
Goście nie przestawali składać wizyt, przynosili prezenty dla Yonatana. Pod nieuwagę domowników, Kruczek chwytał je i chował cichaczem. Hałasował, skomlał, pragnął za wszelką cenę przywrócić sobie niespodzianie utraconą ważność. Stał się bezczelny, uparty, czynił na przekór, denerwując jeszcze bardziej swych opiekunów, tylko ściągając na siebie ich gniew. W końcu złapał w rozpaczy gwiżdżącą lalkę gumową i rozgryzł ją na kawałki. Wszystko, co Yonatan dostawał wyrywał mu z rączek, łapał i chował się błyskawicznie pod łóżko – a stamtąd szczekał głośno i odgrażał się, gdy ktoś się zbliżył.
Pewnego dnia Yonatan bardzo płakał i nic nie mogło go ukoić. Podano mu smoczek i tak wreszcie zasnął zmęczony. Kruczek nie spuszczał z niego wzroku. Nagle doskoczył do wózeczka - wyciągnął mu smoczek z ust...
Kiedy Hanita wróciła do pokoju obok śpiącego spokojnie dziecka zastała leżącego na wznak Kruczka z wyciągniętymi łapkami i... ze smoczkiem w pysku! Odtąd piesek pilnował swego skarbu, nikomu go nie oddał!
Minęło kilka miesięcy. Yonatan zaczął unosić główkę, gaworzyć, rozglądać się wokół siebie, naśladować wszystko. Obserwował z zaciekawieniem znajdującego się w pobliżu Kruczka, wodził za nim oczami, nie wstrząsał się już na jego szczekanie.
Niedaleki był już dzień, w którym on i Kruczek stali się nierozłącznymi przyjaciółmi, bawili się razem i zanikła wszelka zawiść psa.
Foksi
- Ranny
Nasz Foksi został ciężko ranny. Swoim zwyczajem wybiegł na dwór ciekawy kolegów i nęcących niespodzianek, a niespodziewanie naraził się na ciężki wypadek.Piesek miał białe, kędzierzawe futerko, oczy przesłonięte czarną, łobuzerską grzywką, różowy języczek, a jego nosek to była po prostu czarna, lśniąca plamka... Stąpał cicho i lekko, jakby nie dotykał ziemi łapkami. Nie kwapił się do kłótni, starał się nie drażnić nikogo, przeważnie ustępował, by nie wszczynać bójek – omijał niebezpieczne spotkania z większymi i nieprzyjaznymi psami. Nie był natrętny, nie gniewał się. Zadawalał się byle czym, łatwo przyzwyczajał się do wszelkich warunków a nas strzegł pilnie.
Był zwinny wesoły, rozumny. Wierzył wszystkim, miał przyjaciół nawet wśród kotów, nie mówiąc o dzieciach w okolicy, które lubiły go bardzo, głaskały go, bawiły się z nim.
Tamtego ranka usłyszałam nagle straszne szczeknięcie z ogródka, jak krzyk. Wybiegłam szybko z domu i zamarłam przez moment. Nasz piesek leżał skulony przy bramie, jakby błagał o litość a nad nim ogromne psisko, Doberman. Pchnęłam furtkę bez zastanowienia i udało mi się przepędzić napastnika. Zdążył jednak wbić swe kły w szyję pieska i o mało nie sięgnął do mojej! Piesek drżał na całym ciele. Zaniosłam go do domu. Ułożyłam na posłaniu na podłodze, obmyłam ranę. Leżał cicho bez skargi. Znam już to milczenie u zwierząt, którym wyrażają ból, chorobę, cierpienie!...
Rana była głęboka, nie obeszło się bez operacji, po której przywieźliśmy go w dużym pudle kartonowym z kliniki do domu. Spał jeszcze długo. Dopiero nad ranem obudził się z narkozy, jęknął cicho, jakby chciał dać nam znać, że żyje. Był w opłakanym stanie! Nie mógł się poruszać, język miał wysunięty na zewnątrz w bok, wyschnięty.
Rozcięłam pudło, by go wydostać, otworzyłam okno, aby wpuścić do pokoju świeże powietrze. Uniosłam głowę pieska i ułożyłam na swojej ręce, umoczyłam mu język w miseczce z wodą i zachęcałam do picia. Z początku nie mógł – zdrętwiały język odmawiał posłuszeństwa. Ponawiałam próby i prośby, aż wreszcie łyknął trochę wody i po chwili zaczął pić łapczywie. Schował swój różowy język do pyszczka, pomachał lekko ogonkiem nad podłogą, okazując tym swoją wdzięczność.
Rana zagoiła się, piesek wyzdrowiał i zapomniał o tym całym zdarzeniu, nie zachowując żalu. Lekki i wesoły bawił się, jak dawniej i z ufnością szukał nowych przyjaciół.
Halina i Henryk z wnuczką Yael i Foksim, Herzliya, 1986
- Foksi i moje ciapy
Foksi znajdował sobie pociechę na wszelkie bolączki w moich... ciapach. Nie oponował dłużej, gdy wychodziliśmy z domu, nie wyrażał gniewu, jak dawniej. Widocznie nie bał się już więcej, że miał zostać sam, ale zamyślał co by tu zrobić...I tak wróciłam kiedyś z miasta – a moje domowe pantofle zniknęły. Piesek milczał, był spokojny. Siedział na kanapie i spoglądał na mnie. A ja szukałam, coraz bardziej się denerwując. Gdzież je odstawiłam? - pytałam siebie. Kręciłam się po mieszkaniu, zaglądałam do wszystkich kątów – pantofli nie było nigdzie. Zniknęły, jak kamień w wodę!
W końcu przysiadłam zmęczona i zrezygnowana. Stare ciapy - komu byłyby potrzebne? - śmieszna zagadka. Wtem zwróciłam wzrok na przeciwległą kanapę. Jeden pantofel stał tam z boku, a tuż obok na wyszywanej zdobnie poduszce – drugi. Foksi siedział przy nich z największą powagą, pilnował ich i nie spuszczał oczu ze mnie. Jakby chciał się upewnić, że nie odbiorę mu przywłaszczonego skarbu...
Odtąd wyrobił sobie stały zwyczaj – ja odstawiałam moje ciapy na ich stałe miejsce, a gdy tylko wyszłam z domu, już były ustawione równiutko jeden obok drugiego zaszczytnie w samym środku kanapy, na pięknie wyszywanej poduszce! Foksi postanowił uhonorować je i strzec. Podczas mojej nieobecności przypominały mu o mnie, najwidoczniej znajdował w nich poczucie bezpieczeństwa i pociechę – jakbym była blisko.
- Kto powiedział, że nie ma przyjaźni między psem a kotem?
Syjamska kotka nagle zeskoczyła z miejsca, gdzie siedziała ze swym kociakiem. Pokręciła się przy mnie, zajrzała do kuchni. Znalazła tu jakiś przysmak i cicho go zajadała, bez potrzeby ustąpienia swojemu małemu żarłokowi, który jej wszystko wyjada. Potem oblizała się skrzętnie, zamiauczała, a może poskarżyła się na samotność, wskoczyła na chwilę na biurko i zajrzała do moich papierów, których stos (może niepotrzebnie?) wciąż powiększam.Pochłonięta pisaniem, nie zwróciłam na nią uwagi, zapomniałam o wszystkich, a kotka milczała i nie przypominała mi o sobie.
Wreszcie oderwałam się od papierów lub raczej przenikliwy chłód zmusił mnie do tego. Rozejrzałam się po pokoju zdziwiona, że nie słychać było nikogo, ani psa ani kota. Spały spokojnie, nie przeszkadzając nikomu. Może to z powodu szarych, ciężkich chmur zwiastujących burzę?
Foksi skulił się w fotelu i zasnął, kotka ukradkiem przylgnęła do jego pleców i także spała mocno. Uśmiechnęłam się na ten widok, poczułam dobre ciepło w sobie, mimo szarości i chłodu. No i kto powiedział, że nie może istnieć przyjaźń i sympatia między psem a kotem?
Nasz obecny pies Lucky i kot Wojtuś, Herzliya, 1992
Dobrze, że Foksi nie umie czytać moich zapisków, inaczej by się obraził, bo najwięcej wspominam kotki. On wszak nie jest mniej ważny dlatego, że koty lubią się łasić i tulić.Jest rozumny i cierpliwy, psy nie "pieszczą się", jak kotki... Są czujne, pilnują swych opiekunów, ostrzegają szczekaniem przed niebezpieczeństwem.
Foksi bawi się z kotkami. One towarzyszą mu codzień w spacerach. Ale ponieważ jest opanowany i niepretensjonalny, nie zajmuje wiele miejsca w moich zapiskach.
Nie myślę wcale, by chciał on znajdować się między "sławnymi". Jest zadowolony ze swego losu, wierzy, że kochamy go i niepotrzebne mu są dodatkowe tego dowody.
Koty chyba są bardziej zazdrosne, jak na ogół mniejsi i słabsi...
* * *
dobrze mi
jest mi dobrze
wśród kotków i piesków
w ich gronie zapominam
wszelkie zło
wraca mi jasny uśmiech
dzieciństwa
wzmaga się moja więź
z życiem
Niezwykła kolejka
W pobliżu centralnej stacji w moim mieście, Herzliya, jest nieduży, schludny sklep mięsny. Na szerokim trotuarze przed sklepem codziennie siedzi stała gromadka piesków i kotków... Widać właściciel sklepu nie pozostaje obojętny wobec wyczekujących zwierzaków, co one doskonale rozumieją. Siedzą cicho na uboczu, każde na swoim miejscu, nie kłócą się, nie przeszkadzają – w napięciu czekają na swoje porcje. Żadne nie wchodzi w drogę jednakowo głodnemu sąsiadowi. Wpatrują się tylko uparcie w drzwi sklepu i oblizują się raz po raz na smak obiecanego...Przechodziłam tam wczoraj w drodze do autobusu. Było zimno i dżdżyście na dworze. Ruch na ulicy niewielki, sklep mięsny był jeszcze zamknięty. Na chodniku, niedaleko jedno od drugiego, czuwały dwa wielkie rasowe wilczury, poważne i skupione. Chyba nie były bardzo głodne, bo widać było, że mają opiekunów. Trochę dalej od nich, samotny czarny pies, również spokojny i zrównoważony, też nie robił wrażenia zagłodzonego. Czekał w milczeniu na podobieństwo kolegów.
Z lewa, w pewnym oddaleniu od psów, na trotuarze wyczekująco siedzą w kolejce koty. Patrzą na zamknięty sklep – i na te wielkie, niebezpieczne psy. Nie zbliżają się, ale można zauważyć, że bardzo wypatrują właściciela. Należą też do stałej gromadki, na ogół nie tak wygłodzonej.
Inna, duża i silna kocica zasiadła niemal na progu sklepu i karmi swoje małe, ignorując ewentualne niebezpieczeństwo ze strony psów. Może wie, że tutaj nikt jej zagraża. Wszyscy mają wspólnego przyjaciela-dobroczyńcę, ten sam cel i jednakowe szanse powodzenia... Każde dostanie coś dla siebie: trochę odpadków mięsnych, kości. Dlatego czekają cierpliwie i cicho. Oprócz jednego...
Mały, czarny i chudziutki piesek przywarł do drzwi, drży cały, macha ogonkiem niecierpliwie, jakby chciał powiedzieć, że on musi być pierwszy w kolejce. Poszczekuje raz po raz, jakby wołał: "otwórzcie już, jestem taki głodny, taki głodny!" Inne zwierzaki nie odpychają go, spoglądają tylko trochę z góry na dzikusa i nie reagują. Może rozumieją jego mowę i litują się? Mały wprawdzie zachowuje się bezczelnie, ale skoro jest aż tak wygłodzony, trzeba mu wybaczyć.
Na usprawiedliwienie pieska trzeba dodać, że wczoraj było święto, właściciel sklepu wypoczywał, a głodny piesek nie miał co jeść. Czekał i czekał przed zamkniętym sklepem, wołał daremnie przez cały dzień i noc, nie pojmując dlaczego właściciel nie przychodzi i nie otwiera drzwi, jak zwykle?!
Nic dziwnego, że tak się pcha, by być pierwszy w kolejce, mimo że mały i słaby.
Śmierć kotki
Byłam świadkiem zdarzenia, gdy wielki pies zabił kotkę. Chciałam zapobiec, wtrącić się, ale siła psa przewyższała moją. Czułam się, jakbym sama była na miejscu zaatakowanej kotki! I znów ta straszna świadomość bezradności wobec zła, wobec przemocy - śmierci!Wychodziliśmy akurat z mężem z domu syna, gdzie nacieszyliśmy się naszym małym wnukiem, Yonatanem. Szliśmy do auta, gdy z przeciwległej strony podwórka nagle wyskoczyło olbrzymie psisko. Pies był sam, bez kagańca. Rozejrzał się wokoło i popędził jak szalony przez zielony trawnik do parkanu, gdzie przylgnęła śmiertelnie przerażona kotka.
Jedna chwila i znalazł się przy niej, ogromny, żądny krwi! Dla kotki nie było już drogi ucieczki.
Kotka parskała, pragnąc odstraszyć olbrzyma, wznosiła łapki, jakby błagała o zmiłowanie, jakby się chciała osłonić przed napastnikiem. Psisko stało nad swą ofiarą, bawiło się jej strachem i zamierzało się do ostatecznego skoku.
Zamarłam ze zgrozy. Zaczęłam krzyczeć z wszystkich sił, biec ku niemu, aby go odepchnąć od bezbronnej kotki, ale w ostatniej chwili zatrzymał mnie mąż – potwór już zamierzał się na mnie!
Kotka nie wykorzystała tej chwili, nie uciekła. Sparaliżował ją strach, nie była więcej zdolna do żadnego działania. Albo pies już zdążył ją zranić i tylko na moment zostawił ją, aby się rzucić na mnie? Wcisnęła się cała w parkan, jak w ostatnią deskę ratunku.
Zanim zdążyłam oprzytomnieć pies skoczył błyskawicznie i wbił w nią swe kły. Jakby we mnie! Nazajutrz rano nasz syn zauważył martwą kotkę! Nic nie wiedział o przyczynie jej śmierci.
Okazało się, że to nie pierwszy raz ten pies napadał i zabijał inne, słabsze stworzenia. Jego opiekun zwykł bezczelnie mawiać, iż należy wystrzegać się jego psa, bo jest niebezpieczny!... Bardziej niebezpiecznym jest właśnie on sam, który wychował psa na bestię i wypuszcza go samego na dwór! To człowiek jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo i spokój – nie zwierzę!
- Opowieści o naszych zwierzakach pisałam jako oddzielne całości w latach 1982-1993. (HB)

![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |||||