ZIMOWE SNY NA OBCZYŹNIE





STEFAN   ANTONI   GRASS



Śnisz mi się obco, dal bez tła
Wieczność się w chmurach błyska
Lecimy razem. Ty i ja.
Bóg, ciemność i urwiska...

                                         Bolesław Leśmian



Styczniowe drzewa stoją w swej bezlistnej nagości jak czarne tancerki, zastygłe w bezruchu, porażone własną śmiałością. Wiatr miał im grać do tańca na skrzypiących gałęziach, ale gdy słońce zaczęło krwawić w ciemne kontury zachodu, niebo i ziemia umilkły, owijając balet drzew w nagłą ciszę.




Styczniowe drzewa stoją w swej bezlistnej nagości jak czarne tancerki, zastygłe w bezruchu...
(fot.   Stefan Grass)


Nostalgia za Polską, krainą mojej młodości, jest jak te angielskie drzewa-wiedźmy, pozbawiona zieleni pamiętliwej, ale zakorzeniona głęboko w żyznym czarnoziemie słów, które powędrował ze mną do obcych krajów.

Drzewa mają swój własny język. Rozmawiam z nimi dość często, bo są gadatliwe na ich powolny sposób Tolkienowskich Entów. Wprawdzie nie dorównuję wiekiem tym dostojnym dębom, jesionom i platanom, ale wydaje mi się, że przemijające lata zwęziły między nami tę przestrzeń, gdzie moje słowa nie gubią się już w labiryncie drzewnych hieroglifów.




Przestrzeń, gdzie moje słowa nie gubią się już w labiryncie drzewnych hieroglifów.


Im dłużej przebywam wśród drzew, tym bardziej podejrzewam, że to te starodrzewy entowskie, wymyśliły pierwszy alfabet, który potem ludzie przerobili na runy, oghamy i wreszcie litery. A najlepszą porą na czytanie drzewnych legend i tajemnych ksiąg prastarej mądrości jest właśnie zima, bo wtedy ukazują się spod liściastych zasłon gałęziste litery, słowa i podpisy-zawijasy kronikarzy puszcz i lasów. A czasem, gdy światła i cienie, uwydatnią pomarszczony pień, widzę ukryte w jego zmarszczkach twarze elfów, krasnali i innych duchów leśnych. Mógłbym pisać o nich księgi na pergaminie lub papirusie, ale wolę gawędzić z nimi na pograniczu naszych dwóch światów. A gdy chcę dać im w podarunku mój poemat, to piszę go na zamszowych płatach białej brzozy.

Drzewa i książki... ileż jest tutaj subtelnych powiązań, ileż tajemniczej alchemii w gazetach przesyconych żywicą sosnową czy w książkach, nad którymi unosi się duch eukaliptusów. W białych kartach papieru zaklęta jest pamięć całych pokoleń drzewnych, ale ludzkie oko nie dostrzega tego skarbca historii naszej ziemi. Nieudolnie próbujemy wywołać dusze Entów tworząc zaklęcia gałązkami liter, ale to są tylko nasze myśli, nasze słowa, nasze klechdy. Cienie drzew straszą drukarzy po nocach, a o świcie wracają na poręby i liczą kręgi lat na kikutach pni, okrytych mchem dobrotliwym.

Za oknem jesion-olbrzym sklecił sobie z ciemnych gałęzi oblicze brodatego Wikinga i teraz natęża konary ramion jak gdyby chciał się wyrwać ze snu zimowego i powędrować w świat po dawno zapomnianych szlakach Odina.




Za oknem jesion sklecił sobie z ciemnych gałęzi oblicze brodatego Wikinga ...
(fot.   Stefan Grass)


Dziwne imię nosi to drzewo starożytnych bogów nordyckich i dziwaczne ma obyczaje. Chociaż brzmi nieco jak nasza polska "jesień", swą nazwę wziął z pra-germańskiego ask-oz. Kwitnie zanim pojawią się jego pierzaste liście, które trwają od późnej wiosny do pierwszych dni zimowych, nie rdzewiejąc od przymrozków i opadając gdy są wciąż jeszcze zielone. W kwietniu, jego owoce-skrzydlaki, wirując jak eskadry maleńkich śmigłowców, chwytają przelotny wiatr i odlatują w dalekie strony. Jesion to skandynawski Yggdrasil, ("koń Strasznego Odina"), drzewo łączące dwa światy: głową sięga do stóp bogów a korzeniami trzyma ziemię w zazdrosnym uścisku.

Angielski ash-tree – jesion to właśnie to tajemnicze i magiczne "drzewo świata", którego korzenie są moją nostalgią wrośniętą w polską ziemię, a rozczochrany wierzchołek to moje życie tutaj, pod chmurnym brytyjskim niebem. Białe brzozy, jak wysmukłe panienki, krygują się za płotem i nucą jakieś wiejskie melodie. Topole, buki, świerki, tuje cmentarne, dęby mocarne, kasztany – wiewiórczyne supermarkety – i plamiste platany, drwiące z trujących powietrze spalin i strzegące ulic swoją odporną zielenią – wszystkie te drzewa, to moja Polska starych borów i pradawnych puszcz, ale także i ta zielona wyspa Druidów, mistrzów języka drzew i kapłanów dębowych gajów. Drzewa nie należą do żadnego kraju, bo od prawieków są synami Matki-Ziemi.

Jeśli spadnie śnieg – rzadkość w mojej miejskich ostępach – to ubierze nagie gałęzie w delikatny biały puch i przywróci mi pamięć zaśnieżonych lasów i ogrodów, skrzących się na mrozie sopli zwisających spod okapów i tej ciszy, jaką tylko gruba powłoka śniegu potrafi stworzyć.

Świt owinął nagie ramiona czarnych baletnic w szare woale porannych mgieł. Może ruszą w taniec, gdy słońce wyjdzie spoza postrzępionych chmur i zbudzą mnie z mojego snu o kraju, w którym cisza zimowych wieczorów przerywana była tylko dzwonkami sani, wracających do domu.






Teksty Stefana Grassa zamieszczone w Zwojach:




Copyright © 1997-2007 Zwoje